Wojna kobiet
09.02.2009 — 13:02Marta Budkowska
W kropce?
Kobiety to jedna wielka mistyfikacja. Z godną podziwu wprawą oddają się uprawianiu gry pozorów wobec mężczyzn, co nie jest niczym nowym ani szczególnie zaskakującym. Tę samą taktykę, lecz znacznie mniej finezyjnie, stosują jednak nawzajem wobec siebie. Trudno w to uwierzyć? Proszę bardzo: weźmy na przykład siostrzaną solidarność.
Każda kobieta – choć może nie od razu i raczej po cichu – przyzna, że to mit. Nie trzeba przy tym tropić problemu ani tworzyć skomplikowanych teorii. Sprawa jest prosta: źródłem opresji wobec kobiet są one same. I tylko feministki walczące z dyskryminacją ze strony mężczyzn, dziwnie jakoś nie dostrzegają tego problemu. A jest z czym się zmierzyć. Sidła zastawiają bowiem nie tylko panie starsze, ale i te młode. U podstaw tego zjawiska stoi problem seksualności: terror przychodzi zarówno spoza cyklu reprodukcyjnego, jak i z niego samego.
Zacznijmy od szacownych matek, babek i ciotek. To one wywierają presję na młode kobiety, próbując tym samym utrwalić stary i bardzo dobry ich zdaniem system zachowań i ról społecznych. Ideałem jest tu niewiasta skromna i cicha, której w pewnym wieku stanowczo nie wypada już pozostawać w stanie wolnym (toż to postawa antysystemowa!). Podobno kiedyś takie przechadzały się po mazowieckich łąkach.
„Kobieta powinna się szanować!”.
„Powinnaś zachować się tak a tak!”.
„Kobiecie nie wypada to a to!”.
Przykłady można mnożyć. Na końcu zdania jest wykrzyknik, a kobieta – w kropce. Horror zawiści budzi wspomnienie pełni własnej kobiecości i przymusowe przejście na pozycję obserwatorki. Na szczęście można zawrzeć sojusz z innymi osobami spoza cyklu reprodukcyjnego. Do aliansu nadają się na przykład księża z własnej woli pozostający poza nim. Poparcie ze strony takiej instytucji jeszcze zwiększa zapędy.
Drugim źródłem opresji, chyba jeszcze bardziej dotkliwie odczuwalnym, są młode kobiety. Swoją działalność prowadzą z nie mniejszym zapałem i oddaniem niż te starsze.
Rzecz działa następująco. Kończymy studia, które podjęłyśmy nie tylko dla zdobycia dyplomu, lecz także dla możliwości stawiania pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi. Wydaje się, że skoro tak wiele ich nam podczas studiów zadano, czegoś się przecież nauczyłyśmy i poradzimy sobie w każdej sytuacji. A nie! Dość szybko dosięga nas wypowiedziane arcypoważnym tonem pytanie:
„No, kiedy?”.
Można myśleć, że chodzi o brak męża. To też, ale nie do końca. Idzie o brak potomstwa. Czyli o egoizm. I co wtedy? Nie wiadomo, co począć. Choć wiadomo, że najlepiej byłoby właśnie począć.
„Wolisz pracować? Poświęcać się karierze? Jesteś pewnie samolubna i nierozsądna.” Tak, to po prostu oburzająco niepoważne. A – niech nikt w to nie wątpi – poważną kobietą być warto. Kobieta-matka to odpowiedzialność, wiarygodność, nieomylność i dojrzałość. Drogę w przyszłość wyznacza przecież świadomość powagi sytuacji, gdy trzeba zająć się bezbronną istotą. Zgoda, ale czy to jedyna droga do dojrzałości?
„Kobieta powinna mieć charakter” – usłyszałam z jednej strony, „Kariera nie jest niczym poważnym” – dosięgło mnie z drugiej. Cóż, jeśli nie resentyment połączony z osobliwą satysfakcją, to absolutna szczerość w powielaniu wzorca. Nie ma co się skupiać, jak przezwyciężyć parytety, nie walczmy z mężczyznami – lepiej zastanówmy się nad sobą. Trzeba zacząć od własnego podwórka.
A może to kolejna mistyfikacja…
* * *
Joanna Erbel
Kobieta jako podmiot polityczny?
Czy można mówić o wspólnym interesie wszystkich kobiet? Czy w walce o własne interesy kobiety mogą polegać na siostrzanej solidarności? Czy inne kobiety są naszymi sojuszniczkami czy też stanowią dla nas, kobiet, zagrożenie? Są to pytania, które stawia sobie zarówno ruch feministyczny, jak i wiele niezwiązanych z nim emancypujących się kobiet. Od odpowiedzi na to pytanie zależą zarówno osobiste decyzje, jak i szersze strategie polityczne. Czy siostrzaność jest gwarantem solidarności, więc można ufać każdej kobiecie? Czy kobiety są podmiotem politycznym?
Schemat solidarności płci (zarówno jak i tzw. „walka płci”) w praktyce często okazuje się być pułapką. Zawodzimy się na kobietach i nie możemy zrozumieć, dlaczego lepszymi sojusznikami w walce o równe prawa są nie nasze koleżanki, ale koledzy. Zamiast wsparcia od innych kobiet słyszymy nakaz wdrożenia się w opresyjną strukturę, w której kobieta jest uległą kochanką, posłuszną i rozsądną żoną czy odpowiedzialną matką. Matki, babki, ciotki stoją na straży patriarchalnych wartości i ograniczają naszą wolność. Kobiece przyjaźnie pękają w obliczu damsko-męskich romansów. Nie tylko pracodawcy, ale również pracodawczynie wyzyskują swoje pracownice.
Nie świadczy to jednak o tym, że źródłem opresji kobiet są one same, ale że patriarchat jako opresyjny system relacji nie ma płci. Dyskryminacja, której doświadczają kobiety wynika nie tylko z płci, ale coraz częściej z pozycji społecznej. Patriarchat to hierarchiczny system, w którym kontrola jest sprawowana z góry, gdzie ludzie ciemiężą ludzi, a nie tylko mężczyźni kobiety. We współczesnych społeczeństwach kapitalistycznych często to pozycja społeczna a nie płeć jest źródłem opresji. Nie można mówić o wspólnym interesie wszystkich kobiet.
Sojusznikami protestujących kasjerek z Tesco zazwyczaj nie są młode businesswoman, ale koledzy ze związków zawodowych. Protestujące pielęgniarki silniejsze wsparcie uzyskują ze strony górników niż polityczek. Interes ekonomiczny niejednokrotnie jest silniejszy niż solidarność płci. Podmiot polityczny nie jest tutaj podmiotem płciowym, ale ekonomicznym.
Co więcej często emancypacja kobiet odbywa się kosztem innych kobiet. Nowoczesne kobiety z klasy średniej w walce o swoją niezależność często same stają się opresorkami. Niejednokrotnie oczywistym sposobem pogodzenia dwóch sprzecznych nakazów kapitalistycznego społeczeństwa opartego na patriarchlanych wartościach: „bądź niezależna i pracuj” oraz „bądź dobrą matką i żoną”, wydaje się być wynajęcie taniej gospodyni albo opiekunki do dziecka. Jednak odpowiedzią na ten dylemat nie powinno być nielegalne zatrudnienie pracującej Ukrainki albo innej taniej pomocy domowej, ale przewartościowanie wartości obecnego systemu relacji społecznych.
Wspólna odpowiedzialność zarówno za podział prac domowych, jak i za utrzymanie rodziny ma szanse znieść napięcia wynikające z patriarchalnego podziału ról. Kobiety chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo ekonomiczne i emocjonalne nie będą skazane na znalezienie sobie wpływowego i bogatego męża. Z kolei mężczyźni zostaną odciążeni z bycia głównymi żywicielami rodziny. Niechciana ciąża, dzieci, bezrobocie będzie tym, co dotyczy obojga, a nie tylko jednej ze stron. Przy wspólnej odpowiedzialności gra pozorów i kobieca maskarada służąca zdobyciu wpływowego partnera straci rację bytu.
Podobne teksty:
- Wojna kobiet 2
- SERZYSKO: „O władzę się nie prosi, władzę się bierze”, czyli czego pragną kobiety. Wnioski z II Kongresu Kobiet
- STANISZKIS, ŚRODA, TKACZ-JANIK, WYSOCKA: Czy warto zorganizować następny Kongres Kobiet?
- REJMER, FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA, KIM, PITERA, GRAFF: Kobieta. Pole walki?
- HOLLAND, ADAMCZAK, KUISZ: Czy warto zorganizować następny Kongres Kobiet? [II]
Kategoria: Temat tygodnia | Tagi: dyskryminacja, feminizm, Joanna Erbel, kapitalizm, kariera, kobieta, Marta Budkowska, mężczyzna, opresja, patriarchat, pracodawcy, Tesco, walka płci Komentarzy 8 - dodaj swój »





Rzeczywiście ciekawie jest sprawdzać dokąd prowadzą liny, które dokują jakieś pojęcie do tej a nie innej kei. Tutaj, w obu tekstach zacumowało – i to w miejscu centralnym – pojęcie „siostrzaności”. A linki oczywiście prowadzą do ojca i matki. By być siostrami, w najpierwszym i najsilniejszym rozumieniu tego słowa, trzeba mieć przecie wspólnych rodziców. By nazwać tę postulowaną międzykobiecą pomocność, empatię i zrozumienie musimy użyć słowa z porządku rodziny. I to nie symbolicznej ale tej jawnie repredukcyjno-biologicznej. Samo w sobie ciekawe. I pouczające.
Rodzina i jej model jako narzędzie dla „czytania” problemu wojny kobiet wydaje mi się byc wielkim nieobecnym obu tych tekstów.
Mamy w nich za to dwie inne perspektywy. Perspektywę socjobiologicznego dipolu z biegunami „+repredukcja” i „-repredukcja” wyznaczającymi grę sił i napięc w przestrzeni międzykobiecych i kobieco-niekobiecych zależności.
I perspektywę klasycznego marksizmu, każącą wyznaczyć linie frontu i zygzak okopów dokładnie tam gdzie przebiegal linia rozdzielająca grupy mające ten sam stosunek do środków produkcji i pozycję w tańcu „wyzykiwani-wyzyskujący”.
Obie perspektywy są tak klasyczne, że jakaś fundamentalna polemika co do sensowności ich zastoswania wydaje się przywilejem nieuka. Mam pełne prawo by z niego skorzystać ale się wstydzę więc tego nie zrobię.Z dwoma drobnymi wyjątkami:
1. Mam szczere przekonanie, że jednakowoż nieprawdą jest, że „Kobiety to jedna wielka mistyfikacja”. To by było straszne. Nawet scenarzyści Seksmisji się do tej krańcowości posuneli…
2. Nie widzę powodu, dla którego zmiana relacji w związku z patriarchalno-własnościowej na partnerską ma spowodować że ipso per se rację bytu straci gra pozorów i kobieca maskarada służąca zdobyciu partnera. Zmieni się tylko cel gry i leitmotiv balu maskowego. I tyle.
„Patriarchat jako opresyjny system relacji nie ma płci.” Pani Joanno, jak to możliwe, że to jeszcze jest patriarchat? A może mężczyźni stali się bezpłciowi. I kobiety w aliansie z władzą stają się bezpłciowe? A może każda władza jest hermafrodytyczna? Albo pożąda obu płci na raz i obie zniewala? Po co w ogóle mówić tu o płci?
Wojna kobiet, czymże ona jest? Walką o równouprawnienie? O pozycję w męskim świecie? o bycie zauważoną? Czy po prostu próbą przeciwstawienia się destrukcyjnemu wpływowi sfrustrowanych kobiet na resztę świata? Tego nie wiem …ale pewnie każda z kobiet co dnia toczy parę takowych, marząc skrycie o idealistycznym pomyśle, jak piękny byłby świat, w którym to kompetencje i osobowość człowieka, a nie jego płeć mają priorytetowe znaczenie w byciu docenioną/docenionym *niepotrzebne skreślić.
A tak na marginesie
Pani Marto,
rewelacyjny styl pisania, w prosty i dowcipny sposób jest Pani w stanie dotrzeć do szerokiego kręgu odbiorców i przekazać prawdy nie zawsze oczywiste, jednym słowem dla każdego coś miłego…w swoim imieniu proszę o więcej.
Marto,
Świetnie się czyta – dwa razy nawet :)
Niczym Monica Belluci w Malenie stawiasz wyzwanie tyranii świata kobiet ;) Czy bez tej tyranii i jej męczennic nie było by kobiet w ogóle?
Z niecierpliwością czekam na Twoje kolejne publikacje.
no tak… kobieta jako źródło opresji dla innych kobiet.. co za konserwatywne podejście ;)
Świetne teksty! Trafnie identyfikują problem, szczególnie jeśli chodzi o całą strukturę społeczeństwa kapitalistycznego. Mam tylko małą obawę, że jeden system opresyjny: wyjdź szybko za mąż, miej dużo dzieci i bądź matką-polką, zamienia się na inny system równie opresyjny: chcesz rodzić dzieci? To egoizm, nie daj się w to wrobić. Optowałabym raczej za postawieniem na wolność i indywidualizm podejścia, otwieranie kolejnych wrót, zamiast zamykanie na siłę tych już otwartych. Wyznacznikiem wolności (czymkolwiek ona tak naprawdę jest) nie jest prosty wybór urodzę (i poddam się ciemiężącym podziałom ról), czy nie urodzę (nie dam się), ale to, że poznam większy wachlarz możliwości, że zrzucę z siebie jarzmo zdefiniowanej i określonej kobiecości, że wpoję i rozpowszechnię model akceptacji na życiowe wybory każdego człowieka (zarówno mężczyzny, kobiety, płci trzeciej, czwartej czy piętnastej). I bez wątpienia każdy z nas musi zacząć od własnego podwórka!
[...] tym tygodniu kolejna odsłona “Wojny kobiet“, która wzbudziła niemało kontrowersji. Poprzednio dyskutowały: Marta Budkowska, Joanna [...]
Autorka pisze:
„Horror zawiści budzi wspomnienie pełni własnej kobiecości i przymusowe przejście na pozycję obserwatorki.”
„Horror zawiści” ? Jak uroczo powiedziane. Redaktor/ka wygladzajacy tekst zapewne bawil na urlopie. No i skad to zabawne dosc zalozenie, ze starsze kobiety zazdroszcza mlodym przebywania na targu erotycznym? Mlodym kobietom istotnie sie wydaje, ze to, co maja do ofiarowania, jest najwazniejsze na swiecie, i ze wszyscy im tego zazdroszcza: mezczyzni, bo chca sie do tego dobrac, a starsze kobiety – bo mezczyznom juz nie zalezy na tym, zeby sie do tego dobrac.
Ani to takie najwazniejsze na swiecie, ani tak znowu koniecznie jest bardzo czego zazdroscic. Wyjscie z targu erotycznego bywa i egzystencjalnym, i spolecznym wyzwoleniem. Juz sie nie trzeba scigac, zabiegac o powodzenie i o przetrwanie, a i organizujacy zycie w kulturze zachodniej mit romantycznej milosci ma sie juz przecwiczony i – more often than not – raczej skompromitowany. Co wiecej, mezczyzni przestaja miec wladze nad kobieta w sile wieku, bo przestaja byc szafarzami lask. NIe trzeba juz zabiegac o ich wzgledy. Mozna mowic, co sie chce i wygladac, jak sie chce. Przestaje sie byc towarem.
Autorka – zapewne jeszcze przebywajaca na rynku jako towarz – bezkrytycznie zaklada, ze bycie towarem na tym rynku jest koniecznie przedmiotem zazdrości, i to „horroru zazdrości”.
Ponadto te straszne stare wiedzmy, ktore z takim horrorem zawisci czuwaja nad tym, zeby mlode kobiety wepchnac w ramy normy spolecznej, moga miec na mysli po prostu to, ze z mezczyzna zyje sie i milej, i latwiej, niz samej. Moga miec po prostu na wzgledzie dobro mlodej kobiety, z ktora rozmawiaja – tak jak je pojmuja – i moga miec calkiem dobre intencje.
O ile kobieta powyzej czterdziestki, egzemplarz uposledzony biologicznie, moze w ogole miec dobre intencje – jak zdaje sie powątpiewac autorka.