Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Ekologiczne radio samochodowe

Ekologiczne radio samochodowe

Andrzej Jarczewski

Od kilkunastu lat badam fenomen konkurowania dwóch przedwojennych radiostacji górnośląskich: polskiej i niemieckiej. Ta pierwsza nadawała z Katowic, ta druga – z Gliwic. Stawką była dusza Ślązaka.

Jeżeli dwujęzyczny słuchacz (czyli każdy Polak w Niemczech i każdy Niemiec w Polsce) włączy audycję katowicką – dzieci przez cały dzień będą się wychowywały w języku polskim. Jeżeli wybierze Gleiwitz – otworzy je na kulturę niemiecką.

A w ciągu dnia na tanich odbiornikach można było znaleźć tylko te dwie rozgłośnie, pracujące na falach średnich. Inne nadajniki były za daleko; słuchano ich tak, jak później my Wolnej Europy czy Radia Luxemburg: wieczorem, kiedy to – dzięki odbiciu od jonosfery – fale średnie rozchodziły się na cały świat. Młodszym czytelnikom trzeba tu dopowiedzieć, że UKF-u przed wojną nie było, a tylko w najbogatszych, wielopokojowych domach widywano dwa odbiorniki. Normą było jedno radio w mieszkaniu, oczywiście – lampowe. Dzieci mogły wpatrywać się w „magiczne oko”, ale nie pozwalano im kręcić gałkami. Biedota korzystała z odbiorniczków detektorowych (bezlampowych), wyposażonych w słuchawki.

Radio – gość w dom

Decydowała kobieta, która – gdy mąż już wyszedł do pracy – budziła dzieci głosem najważniejszej osoby w domu: radioodbiornika! Nietrudno się domyślić, że w takiej sytuacji obydwie radiostacje stawały na głowie, by matka Ślązaczka wybrała – z ich punktu widzenia – właściwie. Z czasem pojawiły się naciski polityczne, a głośne słuchanie polskiego radia w nazistowskich Niemczech bywało przyczyną różnych kłopotów, niemniej głównym staraniem obydwu stacji pozostawała autentyczna atrakcyjność programów, a to sprawiało, że te radia były po prostu znakomite zarówno pod względem programowym, jak i – równie ważne – technicznym.

Radio – intruz w aucie

Dziś wszystko się pozmieniało. W domu, w każdym pokoju, w kuchni, łazience, a nawet w piwnicy i na strychu mamy sprawne radioodbiorniki, których jednak rzadko słuchamy. Króluje telewizor, marginalizowany w młodszym pokoleniu przez internet. Ja sam najczęściej słucham radia w samochodzie. Niekiedy mam na to kwadrans w drodze do pracy, innym razem pół godziny w korku, a czasem i kilka godzin w dłuższej podróży. Rzadko trafi się współpasażer. Przeważnie bywam skazany na towarzystwo radia i nie zawsze jest to towarzystwo przyjazne.

Tryton – wróg numer jeden

Nie będę tu wymieniał konkretnych nadawców, bo nawet nie zawsze wiem, czego słucham. Mając niewiele minut na jazdę, przeszukuję stacje, by dowiedzieć się, co tam, panie, w polityce, a tu na każdym kanale lecą piosenki. Sytuacja na drodze każe mi zrezygnować z dalszych poszukiwań, pozostawiam więc dość przypadkową stację… i nagle słyszę sygnał karetki lub przeraźliwy klakson trytonowy! Rozglądam się dookoła, lecz nic się nie dzieje. Przez ułamek sekundy jestem jednak zdezorientowany i zaniepokojony.

A gdy uświadomię sobie, że ten dźwięk nadał realizator audycji dla kierowców – irytacja narasta. Przecież właśnie w tej redakcji powinni wiedzieć, że puszczanie takich sygnałów powiększa sumę zdenerwowania i agresji na drodze. To jest sprowadzanie powszechnego zagrożenia! Czy kiedyś skończyło się to jakimś wypadkiem? Któż to wie. Ja wiem tylko, że zamiast rozładować codzienny stres w drodze do domu – przyjeżdżam z podniesionym ciśnieniem i pewnie adrenaliną.

Podobnie działa włączanie dżingli na tle kończącej się piosenki. Niekiedy jest to tak zharmonizowane, jakby było autentyczną kadencją. Częściej jednak brzmi jak zgrzyt żelaza po szkle. A już gdy przytrafi się tryton – jedyna myśl to wyłączyć radio, zmienić stację, wyrzucić coś albo i ugryźć lub udusić współpasażera. Tryton-pyton wywołuje nieuświadomiony niepokój, szukający jakiegoś rozładowania. Całe szczęście, że przynajmniej nie ma już trytonowych klaksonów, a przynajmniej nie słychać ich w mieście. Za to pewien mój znajomy ma komórkę z trytonowym sygnałem wywoławczym. Ze dwa razy próbowałem go przekonać do zmiany melodyjki. Ale on właśnie lubi pytony. Cóż, omijam go z daleka.

Ekologia akustyczna

Tego rodzaju zakłócenie przestrzeni akustycznej można porównać do wyrzucania śmieci w lesie. Człowiek jest biologicznie przystosowany do w miarę czystego środowiska i źle reaguje na różne alergeny, konserwanty i inne chemikalia. Podziwiamy nieskażoną przyrodę i oburzamy się, gdy ktoś niszczy kolejny kawałek pięknego (dla oczu) świata. Ale to samo dotyczy innych światów, odbieranych kolejno wszystkimi zmysłami. Samochodowe spaliny czy dym tytoniowy – to zapachy, które kiedyś wywoływały pozytywne skojarzenia. Dziś są obrzydliwością.

Najrzadziej – jeśli nie liczyć zbędnych ekranów przy autostradach – ekolodzy zajmują się otoczeniem dźwiękowym. A ileż tu do zrobienia! To nie tylko kaszel sąsiada, przenikający przez ścianę, to nie tylko wibracja odkurzacza, pralki czy spalinowej kosiarki, stawiająca na nogi całą kamienicę. To ogromna rozmaitość dźwięków przyjaznych, obojętnych i wrogich człowiekowi. Ekologia akustyczna odróżnia jedne od drugich i daje odpowiedzi na pytanie, które zjawiska dźwiękowe powinny być eliminowane, a które powinny nas otaczać, bo przecież absolutna cisza, choć teoretycznie osiągalna, jest na dłuższą metę równie nie do wytrzymania, jak młot pneumatyczny, rozwalający trzecią dobę bruk na ulicy pod oknem.

Przydźwięk. Ratunku!

Ciekawe, że pewne okropne zjawiska akustyczne są tolerowane nawet w tak przyjaznym dla ucha radiu, jakim niewątpliwie jest polski Program Drugi. Otóż dysponują tam jakimś przedpotopowym magnetofonem czy wzmacniaczem, który wręcz miażdży uszy przydźwiękiem sieci. Często, wiedząc o jakimś wartościowym wywiadzie czy słuchowisku, specjalnie szykuję sobie prace ręczne, pozwalające skupić się na odbiorze. A tu jedyne, co słyszę, to 50 herców, albo 100, albo 200. Przydźwięk atakuje w każdej przerwie na oddech. Nie wtedy, gdy gra muzyka.

Owszem, jest to niby ciche i z początku da się wytrzymać, ale po półgodzinie działa jak tortura chińska: spadająca co minutę kropla wody na unieruchomioną czaszkę. Początek też ponoć znośny, po godzinie człowiek czuje się nieswojo, a po trzech dniach raczej wariuje. Jeśli więc słuchowisko zamienia się w hercowisko – zmieniam falę i wciąż nie wiem, jak się kończy „Ostatnia taśma Krappa”.

Kiedyś nasze głośniki po prostu lekceważyły niskie tony i przydźwięk sieci jakoś tam ginął wśród innych zakłóceń. Dziś mamy odbiorniki doskonałe, tony niskie zwykle podbite, a ja z każdą minutą 50-hercowej audycji czuję się coraz gorzej. Wyobrażam sobie, że wchodzę do kontenera z jakimś wielkim transformatorem, że to buczy coraz głośniej, że za chwilę będzie nie do wytrzymania…

Próbowałem też do lampki biurkowej wkręcić „ekologiczną” żarówkę energooszczędną. I to dopiero jest tortura! Przy samym uchu brzęczy ci najpierw komar, później trzmiel, golarka, wirówka, a w końcu samolot turbośmigłowy! Książki przy czymś takim czytać się nie da. Gdy samolot przekracza barierę dźwięku – bierzesz podręczne krzesło i walisz w lampę, aż ta się uciszy zupełnie. Co to będzie, jak w sklepach da się kupić tylko „ekologiczne” samoloty turbośmigłowe?!

Wybieram czyste środowisko dźwiękowe

Hasło promujące mój ulubiony program brzmi: „Wybieram Dwójkę!”. Przez cały dzień jakość nadawania jest dobra, a w samochodzie przydźwięku za bardzo nie słychać. Za to wieczorem, gdy człek szykuje się na ucztę dla ucha, obrywa niekiedy (bo nie zawsze) pięćdziesiątym hercem z alikwotami i musi obejść się smakiem. Gdzie pójdzie? Byle gdzie. Wybór przeogromny, zwłaszcza w internecie. Utwory są przeważnie świetnie nagrane. Tam już nie słyszy się amatorszczyzny. Mam – jak każdy – swoje preferencje muzyczne i staram się słuchać tego, co lubię. Ale mam też wymagania. Nie wytrzymam nawet minuty, jeżeli techniczna jakość dźwięku nie jest doskonała. Chyba że taśma archiwalna. Wtedy każdy trzask jest muzyką.

Słuchając Wolnej Europy z góry godziłem się na jakość taką, jaką oferowały sowieckie zagłuszarki (polskie zamknięto już w roku 1956, o czym mało kto wie, podobnie jak i o tym, że kierownictwo systemu zagłuszarek pierwsze budowało zalążki kapitalizmu, zakładając wtedy sieć państwowych punktów usługowych, a prywatnie handlowych, pod nazwą… ZURT, gdzie początkowo pracowali „zdemobilizowani” zagłuszacze). Dziś już słucham tylko tego, co nie sprawia przykrości lewemu uchu. Nawet jeżeli nie przysparza to przyjemności prawemu. Obydwu i tak nie zadowolę.

W przeciwieństwie do czasów przedwojennych na Górnym Śląsku: od mojego radiowego wyboru właściwie nic już – poza własną satysfakcją – nie zależy. Nadawcy starają się o odbiorcę statystycznie masowego, bo to znów przekłada się na wpływy z reklam. Za chwilę (dziejową) skończą się reklamy w radiu i skończy się ten model radia. Ale coś przecież grać musi! Co? Tym już nie zajmuje się ekologia akustyczna, bo nie „co” jest dla niej ważne, lecz: „jak”.

SKOMENTUJ
(46/2012)
13 listopada 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail