„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > SZAHAJ, BIELIK-ROBSON, BERTRAM,...

SZAHAJ, BIELIK-ROBSON, BERTRAM, SAWCZUK: W oczekiwaniu na zadymę, czyli Święto Niepodległości

Szanowni Państwo,

1po 1989 r. zastanawiano się, czy wybór 11 listopada na Święto Niepodległości nie był błędem. Pytano, czy ta pora roku nie jest po prostu w naszej szerokości geograficznej zbyt chłodna na świętowanie w sferze publicznej. Podsuwano pomysł wyróżnienia dnia związanego z bliższym nam porzucaniem komunizmu, np. 4 czerwca. Jednakże to nie chłód może wiele osób powstrzymać w najbliższy poniedziałek przed obchodami Święta Niepodległości, szczególnie w Warszawie. Przeciwnie: uczyni to temperatura polskiego podziału, bliska 100 stopni Celsjusza.

W ubiegłym roku pisaliśmy o „pamięci i zadymie”. Nic nie wskazuje, by w tym roku miało być inaczej. Radykałowie doskonale zrozumieli sposób działania polskich mass mediów głównego nurtu. Zrobią wszystko, aby znaleźć się w centrum zainteresowania.

Nie zmienia to faktu, że przedstawiciele istniejących do niedawna na marginesie życia politycznego organizacji bez trudności występują w najlepszym czasie antenowym ogólnopolskich telewizji. Ogłaszają beztrosko powołanie do życia paramilitarnych organizacji i odwołują się do przedwojennych tradycji polskiego nacjonalizmu. Wystarczy – zresztą jak Front Narodowy we Francji – odjąć przedwojenny antysemityzm z ideologicznego dziedzictwa, a wszystko ma wydawać się w porządku.

Tuż przed 11 listopada warto pytać o politykę historyczną w naszym kraju, tak często podnoszoną w sporze o radykalizmy i ideologię nacjonalistyczną. Wyobrażenia przeszłości, zbiorowe marzenia i nadzieje mają ogromne znaczenie społeczne. Wpływają niebagatelnie na całokształt życia społecznego, także liberalnego. Ale czy do każdej tradycji powinniśmy się odwoływać? Czy zapominamy o uczeniu się na błędach dwudziestolecia międzywojennego? I czy z punktu widzenia liberalizmu polityka historyczna ma w ogóle rację bytu?

Na to pytanie odpowiadają dziś Andrzej Szahaj i Agata Bielik-Robson. Szahaj jest skłonny twierdzić, że liberalizm nie wyklucza polityki historycznej, a mądre myślenie liberałów wymaga rozsądnego wyboru z tradycji i historii tych elementów, które mogą mieć budujące znaczenie dla przyszłości. Z kolei Bielik-Robson w rozmowie z Jakubem Krzeskim o polityce historycznej wypowiada się przede wszystkim podejrzliwie. Twierdzi, że jest ona zupełnie wbrew liberalizmowi, ze swojej definicji opartemu na myśleniu o jednostce, a nie abstrakcyjnie definiowanej grupie narodowej.

Jednak czy państwo liberalne jako zestaw reguł dotyczących wolności jednostki, doprowadzone do ostatecznej konsekwencji, nie byłoby tylko pustą utopią? Tak przynajmniej pisał Leszek Kołakowski, przyznając, że ten rodzaj państwa zawsze musi być uzupełniany elementami wspólnotowymi – choćby powszechną edukacją. Politykę historyczną, rozumianą jako głęboki, ale cywilizowany, spór o przeszłość między różnymi stronnictwami, można byłoby z tego punktu widzenia traktować jako specyficzne uzupełnienie liberalizmu. Racjonalnie rzecz biorąc, stabilność osiągnięta dzięki zjednoczeniu wspólnoty lub produktywnemu sporowi w jej obrębie, jest lepsza niż wrogość.

Problem jednak w tym – i zasadnicze wyzwanie – aby spór ten rzeczywiście nosił znamiona produktywności. Łukasz Bertram i Tomasz Sawczuk z „Kultury Liberalnej” pytają zatem o to, czy liberałowie powinni podejmować dyskusję z osobami, które głoszą poglądy antysemickie, antyromskie lub ksenofobiczne, wykraczające poza racjonalny konsensus liberalnie rozumianej debaty publicznej. Bertram odpowiada w duchu Millowskim: spychanie skrajnych poglądów na margines debaty, niepozwalanie na ich logiczne obalenie, traktowanie ze wzruszeniem ramion, może prowadzić do ich akumulacji i radykalizacji. Odpowiedź Sawczuka to wezwanie do działania w duchu liberalnej polityki: korzystania z konstytucji RP, która wartości liberalno-demokratyczne chroni, a także z tych tradycji niepodległościowych, które mogą wspierać nastawienie pro wolnościowe.

Na koniec dodajmy jeszcze jedną kwestię. W badaniach Johna R. Hibbinga, autora głośnej ostatnio książki „Predisposed” o głębokich źródłach postaw liberalnych i konserwatywnych, zagadkowe pozostaje jedno. Respondenci, których dzięki swoim ankietom rozpoznawał jako osoby liberalne, tolerancyjne wobec innych narodowości, ras, przekonań religijnych, orientacji seksualnych, itd., okazywali się wyjątkowo zamknięci i nietolerancyjni, gdy przychodziło do oceny osób o przekonaniach bardziej konserwatywnych. Dlaczego tak było, pozostawało dla niego zagadką – zaznaczał jednak wyraźnie, że wytłumaczeniem nie jest przemoc stosowana przez grupy radykalne, bardziej konserwatywna część społeczeństwa jest bowiem przecież bardzo zróżnicowana i radykałowie stanowią tylko jej odłam. Wygląda więc na to, że czas, by liberałowie poznali także samych siebie. I nie pozostawiali inicjatywy radykałom.

Zapraszamy do lektury!

Karolina Wigura

2


1. ANDRZEJ SZAHAJ: Polityka historyczna a prawda
2. AGATA BIELIK-ROBSON: Śmierć jako narzędzie polityki

3. ŁUKASZ BERTRAM: Zrzucona maska Mosdorfa. Na marginesie spotkań z nacjonalistami
4. TOMASZ SAWCZUK: Liberalizm, radykalizm i walka o niepodległość


Andrzej Szahaj

Polityka historyczna a prawda

Wraz z postępującą świadomością dotychczasowego uwikłania swej dziedziny badawczej w politykę, sami historycy stopniowo tracą wiarę w to, że można je od siebie odseparować. Czy oznacza to jednak, że narracja na temat przeszłości może bezkarnie służyć celom politycznym i nie musi się przejmować standardami, jakie zostały wypracowane w ramach naukowej refleksji historycznej?

Wykorzystywanie przeszłości dla celów bieżącej polityki jest tak stare, jak stara jest sama refleksja nad przeszłością, sięga zatem pierwszych myślicieli, którzy historią zajęli się nie na sposób mityczny (w myśleniu mitycznym nic nie ulega zmianom, a więc i nie ma żadnej przeszłości różnej od teraźniejszości i przyszłości), lecz refleksyjny, Tukidydesa i Herodota. Problemem stało się to jednak dużo później, a mianowicie w XIX w., gdy z jednej strony rodziła się nauka historii jako nauka akademicka, a z drugiej powstawały nowoczesne państwa narodowe, które nieomal od razu zaczęły ją wykorzystywać dla własnych celów (tak jak działo się to z archeologią czy nauką o literaturze).

Aktywne kształtowanie narodów w oparciu o świadomą politykę poszczególnych państw potrzebowało historii jako nauki, która będzie legitymizowała roszczenia do ich istnienia jako wyrazicieli istniejącego jakoby od wieków „ducha narodu”. Wszystko to świetnie opisał Ernest Gellner w sławnej książce „Narody i nacjonalizmy”. W ten sposób narodziła się tradycja wykorzystywania narracji o przeszłości dla celów politycznych. Ma się ona świetnie także dziś.

Wywołuje to opór wielu historyków, którzy chcieliby widzieć historię jako naukę apolityczną, wolną od wpływów bieżących interesów jednostkowych czy wspólnotowych (narodowych, klasowych czy po prostu grupowych). Przywiązani są oni do kategorii prawdy, która nie może być zawłaszczana przez jakiekolwiek siły polityczne. Wraz jednak z postępującą świadomością dotychczasowego uwikłania swej dziedziny badawczej w politykę (a świadomość ta pojawiła się m.in. za sprawą tzw. historiografii postmodernistycznej), sami historycy stopniowo tracą wiarę w to, że można ich dziedzinę doskonale odseparować od polityki. Czy oznacza to, że narracja na temat przeszłości może bezkarnie służyć celom politycznym i nie musi się przejmować standardami, jakie zostały wypracowane w ramach naukowej refleksji historycznej? Odpowiedź brzmi: nie. We wszystkim jest trochę polityki, ale nie wszystko jest tylko polityką. W tym sensie historycy muszą się bronić przed zawłaszczaniem swej dziedziny refleksji przez politykę, zdając sobie jednak sprawę, że sami od uwarunkowań politycznych nie są całkowicie wolni. Dlatego ich uporczywe przywiązanie do kategorii prawdy historycznej ma głęboki sens, także moralny.

Sądzę, że ludzie, którym bliskie są ideały liberalizmu powinni ich wspierać w tym niepoddawaniu się presji bieżących interesów politycznych, bez względu na to, z której strony politycznej sceny one wypływają. W interesie liberałów leży bowiem wspieranie swej narracji o wolności, równości i sprawiedliwości na rzetelnej analizie przeszłości, która mogłaby także pokazać, jak łatwo ich ideały zamieniają się swe przeciwieństwo. W tym sensie myśl liberalna potrzebuje porządnego rozliczenia się ze swą przeszłością. Po to m.in., aby uniknąć błędów, które doprowadziły ją do stanu degeneracji objawiającego się przekazami ideologicznymi tzw. liberatarianizmu czy neoliberalizmu. Podobnie jak potrzebuje rzetelnej analizy przyczyn, które doprowadziły do tego, że wciąż zdaje się ona z gruntu obca naszej kulturze narodowej, że jej ideały nie znajdują nad Wisłą posłuchu.

Byłaby to zatem polityka historyczna, która traktuje przekaz naukowy historii jako nauki akademickiej serio – w tym sensie broni także jej prawa do autonomii wobec bieżących zapotrzebowań polityki i idei prawdy jako idei regulatywnej dla jej praktyki badawczej – szczególnie wtedy, gdy jest on krytyczny wobec naszej przeszłości i zainteresowany poprawą, a nie pokazywaniem jedynie, że jesteśmy jako wspólnota do niczego. Tylko na tle takiego przekazu możemy budować rozsądne wizje przyszłości, które nie będą oderwane od społecznych realiów, a jednocześnie wolne od przekonania, iż niczego w naszych losach nie da się zmienić.

Byłaby to zatem polityka historyczna, która paradoksalnie sprzeciwia się nadmiernemu upolitycznieniu historii jako dziedziny refleksji, a szczególnie używaniu historii do propagowania ideałów z gruntu obcych myśli liberalnej, takich jak nacjonalizm czy rasizm, a jednocześnie pokazuje, że w naszej przeszłości są takie tradycje, do których warto sięgnąć, aby projektować naszą lepszą przyszłość.

* Andrzej Szahaj, dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownik Zakładu Filozofii Współczesnej w Instytucie Filozofii UMK.

3

Do góry

***

Śmierć jako narzędzie polityki

„Zbiorowym bohaterem polityki historycznej prawicy zawsze jest honorowo ginący w powstaniu szlachcic-katolik. Celem tych narracji jest obrócenie polskich beznadziejnych powstań w zwycięstwa moralne, a tym samym – zwycięstwa w ogóle. Karmi się ona motywem śmierci męczeńskiej, który ma służyć celom czysto politycznym”. Z filozofką Agatą Bielik-Robson, o podejrzliwości liberałów wobec polityki historycznej, rozmawia Jakub Krzeski.

Całość wywiadu czytaj : [TUTAJ]

Jakub Krzeski: Polityka historyczna jawi mi się przede wszystkim jako domena sztandarów i totemów, w której brak miejsca dla jednostki z jej własną, niepowtarzalną biografią. A przecież jednostka, która nie mieści się w walce kolektywnych symboli, stoi w centrum zainteresowania liberałów. Jak zatem liberał powinien postrzegać politykę historyczną?

Agata Bielik-Robson: Polityka historyczna to szalenie cyniczna dziedzina. Już w samej swojej nazwie jasno definiuje cel, którym jest dokonywanie manipulacji na faktach historycznych w imię dowartościowania takiej czy innej grupy, którą uważa się za centralną dla danej wspólnoty. Główne zadanie myśli liberalnej wobec tego fenomenu to patrzeć na niego podejrzliwie. Liberałowie nie powinni się zabierać za tworzenie swojej własnej formuły polityki historycznej, ale od samego początku wystąpić jako siła krytyczna. Jeśli mamy być jakkolwiek wierni podstawowej idei myśli liberalnej, musimy powiedzieć sobie jasno – polityka historyczna, która skupiałaby się na jednostce, to mrzonka.

wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” mówiła pani o potrzebie uczynienia liberalizmu bardziej atrakcyjnym. Polityka historyczna z pewnością stawia przed liberałami takie wyzwanie. W końcu martyrologicznej propozycji prawicy, w wydaniu choćby Jarosława Marka Rymkiewicza, nie można odmówić namiętności i siły przyciągania. Przyjęcie pozycji krytycznej i brak własnej kontrpropozycji to wycofanie się z tego postulatu i oddanie pola oponentowi. 

Nie zgadzam się. Liberalizm to nie tylko chłodny krytycyzm i sceptyczna dekonstrukcja – „popsujzabawa” różnych wspólnotowych gier. Jego namiętności lokowane są po prostu gdzie indziej, dlatego błędem byłoby podjęcie próby stworzenia własnej narracji martyrologicznej. Niezależnie od tysiącletniej historii, jako nowożytny naród dopiero raczkujemy. Z kolei polityka historyczna to genealogicznie polityka właśnie tworzących się narodów. Jej celem jest obsłużenie namiętności rodzącej się wspólnoty, która potrzebuje silnej narracji samostanowienia. W sposób oczywisty wiąże się z tym nadmiar kolektywizmu. Liberał powinien raczej zwracać się do jednostek, które ten optymizm sztucznie wykrajanych historii uwiera. Tylko w taki sposób liberalizm stanie się w Polsce atrakcyjną propozycją. Inaczej przegra już w przedbiegach z patriotycznym romantyzmem i wieszczami, w których tradycję wpisuje się choćby Jarosław Rymkiewicz.

Przejdźmy w takim razie do postawionego przez panią postulatu zdystansowania się wobec polityki historycznej i wzięcia na siebie roli krytycznej. Dostrzegam tu kolejny problem. Tradycyjny aparat krytyczny zupełnie się dziś zdezawuował. Pojęcia takie jak „homofob” czy „antysemita”, które piętnują politykę opartą na wyłączaniu ze społeczeństwa jego „zbędnych”, „obcych” elementów, straciły dziś swą moc. Na polskiej prawicy te epitety zdają się nie robić wrażenia.

Wielokrotnie wspominałam już o tym, że słowa te straciły swoją wagę, zwłaszcza określenie „antysemita”. Po części winna jest temu agresywna polityka historyczna uprawiana przez „Gazetę Wyborczą” w latach 90., kiedy to walczyła zarówno o swoje przewodnie miejsce wśród mediów opiniotwórczych, jak i prawo do kształtowania sfery publicznej. Niemal wszyscy wrogowie polityczni, bez względu na to, czy choćby napomknęli o kwestii żydowskiej, lądowali w worku z etykietką „antysemita”. Wystarczyło tylko, że krytykowali to, co popierała „Gazeta Wyborcza”: politykę Leszka Balcerowicza, okrągły stół, kapitalizm czy choćby chwilowe zbliżenie Adama Michnika i Jerzego Urbana, które przecież wielu ludziom mogło się wydawać niesmaczne.

Ja również mam zastrzeżenia do metod prowadzenia walki politycznej przez „Gazetę Wyborczą”, zwłaszcza w dobie transformacji ustrojowej, mam jednak wątpliwości, czy określenie polityka historyczna jest tu odpowiednie. Prędzej doszukiwałbym się tu sporej dozy paternalizmu.

Ależ jak najbardziej, to też był rodzaj polityki historycznej. Słowo „antysemita” jest w naszym kraju silnie związane z długą historią – często zresztą przemilczaną – prześladowań Żydów przez Polaków. Stąd też ogromnie oburzenie osób, które zostały zaszufladkowane jako antysemici. Podejmowali oni z góry skazaną na porażkę walkę z etykietką, która zdążyła już do nich przylgnąć. Prawicę, czy też raczej wszelką opozycję wobec wybranej strategii „kompromisu historycznego” i obsługującej go polityki historycznej (a jakże), nazywano antysemitami po prostu zbyt często i zbyt łatwo, co wywołało inflację tego skądinąd bardzo poważnego oskarżenia. Więcej jeszcze, doprowadziło to do wykształcenia się nowej postawy, w której bycie antysemitą w oczach „Gazety Wyborczej” nie jest już powodem do wstydu, ale wręcz źródłem legitymizacji. Piętno nałożone przez establishment świadczy wszak o tym, że jest się kimś ważnym i zupełnie różnym od tego establishmentu. „Antysemityzm” stał się w rezultacie tylko kolejnym epitetem w arsenale walk politycznych. Biorąc pod uwagę, że mamy w Polsce do czynienia z jego jak najbardziej realnymi przejawami, to ogromne nieszczęście.

Rozumiem jednak, że nie ma pani na myśli całej polskiej prawicy. To byłoby silne nadużycie.

Całość wywiadu czytaj: [TUTAJ]

* Agata Bielik-Robson, profesor filozofii. 

** Jakub Krzeski, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.

4

Do góry

***

Łukasz Bertram 

Zrzucona maska Mosdorfa. Na marginesie spotkań z nacjonalistami

Czy z szeroko pojętymi antysystemowymi radykałami, którzy głoszą poglądy nie mieszczące się w ramach jako tako stabilnego demokratycznego konsensusu, należy w ogóle rozmawiać? Czy osoby, które mienią się liberałami i przyznają do pewnego katalogu wartości, swym uczestnictwem w takich dyskusjach nie legitymizują pętli na własną szyję?

Jakiś czas temu widzowie Polsat News mogli się przyjrzeć krótkiej dyskusji członka redakcji „Kultury Liberalnej” Tomasza Sawczuka z głosem Ruchu Narodowego, jakim z pewnością jest Robert Winnicki. Wydarzenie to można by skwitować: ot, jedna z rytualnych połajanek telewizyjnych, w których z trudem lepiący ramówkę redaktorzy usadzają naprzeciw siebie mieszkańców dwóch politycznych biegunów – i czas antenowy leci. W pewnym jednak momencie na zarzut o antysemickim charakterze przedwojennego ruchu narodowego Robert Winnicki – tonem spokojnej aprobaty oraz wiary w samouzasadniający i wszechwyjaśniający charakter swojej argumentacji – odparł: „Był to ruch przeciwstawiający się nadreprezentacji społeczności żydowskiej na uczelniach. Takie były realia, takie były problemy ówczesnej Rzeczypospolitej”.

Nie ma potrzeby rozpisywać się, dlaczego słowa te powinny każdego widza „postawić do pionu”. Frapujące wydaje się natomiast pytanie, dlaczego Robert Winnicki powiedział o działaniach swoich ideowych protoplastów to, co powiedział. Wedle pierwszej z interpretacji byłby to przypadkowy wyłom w oficjalnej nacjonalistycznej narracji na temat kwestii żydowskiej – czyli właściwie braku tej narracji, ewentualnie wspominkach o obozowym czynie Jana Mosdorfa, którego postać stanowi swego rodzaju ideologiczny mem polskiej prawicy (śmierć taka bohaterska, postawa taka chrześcijańska, a zatem nacjonalizm taki rozgrzeszony). Nie jest to, rzecz jasna, tożsame z odcięciem się od dziedzictwa kastetu i żyletki, a jedynie z przekonaniem, że w obecnym, nienawistnym porządku demoliberalnym z pewnymi sądami należy się kryć. Passus z wypowiedzi przywódcy RN byłby tu zatem nieopatrzną galopadą i wyskoczeniem przed Zeitgeist.

Rozumieć go jednak można zupełnie inaczej, jako słowa przemyślane i wyartykułowane całkowicie świadomie, z przekonaniem o własnej sile, a co więcej z rozeznaniem, iż nikogo, poza gromadą lewackich zdrajców i liberalnych pięknoduchów, to nie oburzy. Obie opcje są równie zatrważające. Ich przemyślenie może nam jednak pomóc w zrozumieniu, na jakim stadium znajduje się obecnie polski ruch nacjonalistyczny – i jaki jest stan społecznej gotowości na akceptację jego haseł.

Co zaś z osławionymi bojówkami, będącymi głównym tematem rozmowy, na bicepsach których Robert Winnicki chce budować Wielką Polskę i za których szerokimi plecami chce chować słynne matki z dziećmi maszerujące 11 listopada (nie, nie twierdzę, że na marsz wybierają się sami kibole)? Postępujący od stuleci proces ucywilizowania przyzwyczaił nas do reagowania bojaźnią i drżeniem na każdą możliwość posługiwania się środkami przymusu przez ludzi nieumundurowanych lub noszących mundury nieujęte w żadnym rozporządzeniu. Tak samo dzieje się, gdy Winnicki mówi policji, by trzymała się od marszu – który wyrasta tu na coś w rodzaju ruchomej nad-Polski – z daleka. Oczywiście, my wszyscy, którzy czytaliśmy Baumana, wiemy dobrze, że skupienie monopolu na przemoc w rękach państwa jest zjawiskiem, któremu należy przyglądać się z podejrzliwością. Tym bardziej mamy zatem obowiązek refleksji nad arsenałem argumentów, które dowodzą, iż złamanie tego monopolu może być odskocznią do gwałtu na znacznie szerszym zbiorze wartości i osiągnięć modelu liberalnej demokracji.

I tu właśnie pojawia się pytanie natury bardziej ogólnej: czy z szeroko pojętymi antysystemowymi radykałami, którzy głoszą poglądy nie mieszczące się w ramach jako tako stabilnego demokratycznego konsensusu, należy w ogóle rozmawiać? Czy osoby, które mienią się liberałami i przyznają do pewnego katalogu wartości, swym uczestnictwem w takich dyskusjach nie legitymizują pętli na własną szyję?

Przywódca Ruchu Narodowego głosi poglądy, które wyrastają najczęściej z zupełnie innego pnia ideologicznego, moralnego, emocjonalnego, niż jest to w przypadku osób utożsamiających się z formacją liberalną. Głęboka dystynkcja między nimi skłania nierzadko do konstatacji, że jedyną reakcją może być odmowa gry na tych samych warunkach, moralny sprzeciw, zawołanie: non possumus, nie będziemy tego słuchać, nie będziemy na to odpowiadać. Niestety, taka strategia (która jest pewną formą obrażenia się na rzeczywistość) nie ma – moim zdaniem – większych szans, by zapaść w pamięć odbiorcom medialnego przekazu, a co dopiero ich przekonać. Nie można pozwolić, by został w owej pamięci wizerunek jednej strony głoszącej śmiało i otwarcie swe poglądy – i drugiej, która gdzieś w tle daje świadectwo mglistym imponderabiliom. Nie w miejscu, które wymaga nieustannego przechodzenia z gardy do kontrataku.

Nie mamy żadnej niestety pewności, że za kilka lat Robert Winnicki i inni, którzy chcą obalać Republikę, nie zasiądą w jej sejmowych łamach – i w mediach pojawiać się już będą z urzędu. Trzeba zatem czytać ich literaturę, identyfikować wewnętrzne zróżnicowanie (nie, to, czy umiemy odróżnić Straż Narodową od Straży Marszu Narodowego, nie jest obojętne), poznawać dokładnie organizacyjne i ideowe korzenie – choćby po to, by móc w każdej chwili wyciągnąć na światło dzienne ich mniej chwalebne odnogi. Trzeba porzucić też wiarę, że święte przekonania liberalizmu na temat godności jednostki czy wolności wyboru drogi życiowej są dla szerokich mas zrozumiałe i oczywiste, że należy im tylko o tym przypomnieć, odwołując się do wspólnego kośćca moralnego.

Jednym słowem, trzeba nie tylko ćwiczyć się w deklamacji Herbertowskiej „Potęgi smaku”, ale potrenować kilka bokserskich (miejmy nadzieję, że tylko retorycznych) ciosów, by móc je niestrudzenie i celnie wymierzać.

* Łukasz Bertram, doktorant Instytutu Socjologii UW, współpracownik Ośrodka KARTA oraz działu „Patrząc” w „Kulturze Liberalnej”.

5

Do góry

***

Tomasz Sawczuk

Liberalizm, radykalizm i walka o niepodległość

Odradzanie się w naszym kraju radykalnych ruchów prawicowych to w pewnym sensie zjawisko niezrozumiałe. Ich wpływ na polskie życie publiczne zdaje się rosnąć, a poglądy coraz częściej bywają wygłaszane w sferze publicznej, trafiając również do mediów głównego nurtu. Jak to możliwe, że przedstawiciele radykalnej prawicy tak często pasjonują się historią, a wyciągają z niej tak niewiele wniosków?

Warto rozmawiać?

Przy tej okazji rodzą się dwa pytania. Czy istnieje możliwość dyskusji z osobami głoszącymi skrajne przekonania? I czy warto z nimi dyskutować? Odpowiedź nie jest oczywista. Z jednej strony, demokratyczna sfera publiczna zakłada otwartość na rozmowę i wolność wypowiedzi. I rzeczywiście, hasła radykałów mogłyby odgrywać uprawnioną funkcjonalną rolę w publicznej debacie, gdyby – kwestionując pewne jej założenia – wskazywały na potrzebę lepszej realizacji istotnych dla demokracji wartości. Bez akceptacji takiego założenia niemożliwa byłaby wszelka reforma kwestionująca zastane obyczaje.

Jednakże hasła prawicowych radykałów wywodzą się w wielu wypadkach z nieakceptowalnej i fałszywej wizji historii i nie wnoszą wartościowych treści w nasze rozumienie współczesności. Są na tyle odrealnione, że rozprawiają się z zagadnieniem żyjących wśród nas „obcych”, choć przytłaczająca większość osób innego niż polskie pochodzenia została zgładzona w trakcie ostatniej wojny lub wyrzucona poza granice kraju już po niej. Pokazuje to przy okazji dozę makabryczności immanentnie tkwiącą w postawach radykałów. Dzisiaj problemem Polski jest raczej nie obce zagrożenie, lecz to, że jest ona zbyt homogeniczna. I to homogeniczna w tak osobliwy sposób, że jej relatywna spoistość w niewielkim stopniu wytwarza poczucie wzajemnego zaufania i solidarności. Odpowiedzią na taki stan rzeczy nie może być kolejna fala homogenizacji, ale właśnie otwarcie na osoby spoza najbliższego kręgu.

Z drugiej więc strony, rozmowa z radykałami kwestionującymi podstawowe zasady liberalnej demokracji legitymizuje ich jako równoprawnych uczestników demokratycznej praktyki. Zwolennicy tego podejścia twierdzą, że zezwalając na przykład na przemarsz narodowców ulicami miasta, w szczególności pod ochroną policji, autoryzujemy poglądy jego uczestników. Na drodze tego rozumowania doszlibyśmy do wniosku, że manifestacje skrajnych organizacji powinny być zakazane.

Na tak postawioną tezę można odpowiedzieć, że mimo ryzyka danie radykałom głosu lub dyskusja z nimi to koszt warty poniesienia, jako że to najlepsza strategia obrony – prędzej czy później albo przegrają w pojedynku na argumenty, albo zostaną wciągnięci w demokratyczną praktykę, w której sami niepostrzeżenie się odnajdą. Zresztą może się przecież okazać, że radykałowie są politycznymi dyletantami, a ich raz zabrudzone bieżącą polityką ugrupowanie rozpłynie się, jak kiedyś Liga Polskich Rodzin. Ceną za zbyt tolerancyjne i inkluzywne nastawienie wobec skrajności może być jednak radykalizacja sfery publicznej i przesunięcie jej centrum, przez co demokracja stanie się mniej liberalna.

Zgodnie z innego rodzaju wątpliwością, przywiązywanie tak dużej wagi do kwestii zakazywania pewnego rodzaju mowy może spowodować nadmierną fiksację na punkcie ograniczania wolności słowa, w szczególności w młodej i niepewnej swego demokracji o dopiero kształtujących się standardach. Nie chcielibyśmy zaś, aby demokracja przekształciła się w „emokrację”, a wolność słowa była ograniczana zawsze wtedy, gdy komuś zrobi się przykro.

Wola niewiedzy

Jak więc rozwikłać te dylematy? W pewnym sensie są one rozwikłane za nas. Jeżeli chodzi o pierwsze z postawionych wcześniej pytań, to sądzę, że dyskusja z radykalną prawicą w istocie nie jest możliwa. Wizje świata prezentowane przez jej przedstawicieli oraz przez liberałów są na tyle odmienne, że nie ma tu wspólnych punktów, nad którymi można by dyskutować. Wiara w magiczne właściwości niekończącej się dyskusji jest nieco naiwna. Tym bardziej że o ile prawica w rodzaju Prawa i Sprawiedliwości chętnie cofnęłaby nas przed oświecenie, by sprawić, że Polacy odkryją polskokatolicką tożsamość, o tyle narodowcy, choć również odwołują się do chrześcijańskich fundamentów, poruszają się w porządku ponowoczesnym, zastępując rozum wolą („Ignorancja to siła” – brzmi jedno z ich haseł).

Owa wola jest przesiąknięta emocjami, a jej podmiotem jest ekspansywny naród realizujący swoje interesy, względnie drapieżna – choćby gospodarczo – jednostka działająca w imieniu narodowej wspólnoty (w praktyce zapewne mężczyzna lojalnie wspierany przez podporządkowaną celowi rodzinę). Prowokuje to pytania o to, gdzie znajdują się ograniczenia owej woli i czy niechętni istniejącym instytucjom państwowym, a przychylni militaryzacji społeczeństwa radykałowie zechcą osiągać swoje cele pokojowymi środkami. A przecież to właśnie taka pokojowa postać politycznej zmiany stanowi – za sprawą transformacji ustrojowej – przedmiot uzasadnionej dumy Polaków.

Co do drugiego z początkowych pytań, niemożliwość rzeczywistej dyskusji nie oznacza, że nie należy reagować publicznie na działania radykałów, a także zabierać głosu w spotkaniach, w których biorą oni udział. Można tu jednak zrobić niewiele więcej niż raz za razem przypominać o wartościach, w które się wierzy, i rozjaśniać znaczenie wartości konkurencyjnych. Liberalno-demokratyczne ideały odtwarzają się tylko wtedy, gdy są praktykowane. To zaś wymaga nieustannego powtarzania.

Ważenie sił

Pojedynek z radykałami nie odbywa się zatem na poziomie filozofii, lecz na poziomie polityki. Tymczasem odmawiają oni uczestnictwa w klasycznej polityce, pozując na antysystemowców, którzy posprzątają cały ten „demokratyczny bałagan” skorumpowanych elit i obcych wpływów. Tym samym stawiają się od początku w gorszej sytuacji.

Po pierwsze, ugrupowania narodowe opowiadają się za polityką wykluczania w miejsce liberalnej polityki kompromisu i konsensusu. Jest to najbardziej widoczne w głoszonej przez nie koncepcji narodu, ale zasadniczo dotyczy wykluczenia we wszystkich kwestiach, w których sfera indywidualnej wolności mogłaby szkodzić temu, co określają mianem „interesu narodowego”. Skoro zaś radykałowie stawiają tak ostre kryteria przynależności do swojego klanu, to wykluczają z niego większość ludzi, którzy chcą przede wszystkim wygodnie żyć i mają inne zmartwienia niż witalność sił narodu. Tym samym ich siła przyciągania maleje.

Swoją polityką wykluczania kwestionują zarazem sens demokratycznych instytucji, choćby nawet nie mówili głośno o likwidowaniu demokracji. Po drugie więc, legitymizowane istniejącym porządkiem instytucje państwa mogą stawiać im legalny opór.

Warto zauważyć, że nie obywa się to bez problemów. W Polsce nie ma partii politycznej, która naczelnym punktem swojego programu uczyniłaby ochronę oraz wspieranie konstytucyjnych praw i wolności. Tymczasem to właśnie nasza konstytucja jest kluczowym wyrazicielem liberalno-demokratycznych wartości. Jeżeli więc radykałowie negują ważne elementy naszego świata, jak choćby pluralizm dopuszczalnych światopoglądów, dotyczy to nie tylko liberalnych wartości, lecz także centralnego punktu naszego porządku prawnego i ukazuje tym samym skalę pożądanej przez radykałów rewolucji. Zmiany, która zniszczyłaby fundamenty nowoczesnego państwa i która staje się tym bliższa, im bardziej dzielimy ludzi na swoich i obcych – obcym właśnie przypisując winę za niepokojące nas zjawiska.

Środki polityczne to więc zbyt mało. Wraz z prawdopodobną radykalizacją powszechnych nastrojów wzrost niechęci wobec liberalnej demokracji może realizować się również na poziomie społecznym, czyniąc stopniowo z konstytucyjnych wartości jedynie nic nie wartą wydmuszkę. Mechanizm ten funkcjonowałby z istoty rzeczy poza kontrolą polityczną, a kształt sceny politycznej i rosnąca nieufność wobec polityków mogą być wręcz jednym z jego motorów. To właśnie z tej perspektywy skrajna prawica wygląda na pełną energii i ekspansywną, zaś nasza liberalna demokracja – na słabą i chybotliwą.

A zatem sam negatywny opór nie wystarczy. Ludzie instynktownie stają w obronie uciśnionych, choć radykałowie nie zasługują na takie miano. Czy jednak nie ma innych metod, czy nie ma u nas tradycji bardziej godnych przywołania niż przeszłość Młodzieży Wszechpolskiej lub ONR-u? Otóż w Polsce, która była świadkiem ekscesów radykalnych ugrupowań przed wojną, Holocaustu i ofiarą dwóch totalitaryzmów, jest inna tradycja warta przypomnienia. Jest to tradycja solidarności. Solidarność zakłada istnienie wspólnotowych więzów wzajemnego wsparcia, nie wyklucza jednak ludzi ze względu na pochodzenie. Więzy owe mogą mieć bowiem rozmaite podłoże, składając się w pewną funkcjonalną sieć zależności, która ogniskuje się w instytucjach państwa. Taka konstatacja prowadzi nas do ważnej konkluzji.

Droga do niepodległości

Jeżeli naszym dylematem jest kwestia konieczności zmagań z radykalizmem, który w niektórych obszarach zawłaszcza zbiorową wyobraźnię, to w miejsce bezradnego zawodzenia potrzebujemy w dniach takich jak 11 listopada pozytywnego przesłania. Skoro zajmowanie się radykałami powoduje uzasadniony dyskomfort, lepiej w miarę możliwości zająć się czymś bardziej konstruktywnym. Niewątpliwie takimi pozytywnymi wzorcami są wspomniane praktyka solidarności, duma z pokojowego przejścia do demokracji i wypływająca z nich konstytucja, zabezpieczająca podstawowe prawa i wolności obywateli. Nieszczęście współczesnej Polski polega na tym, że każda z tych tradycji w najlepszym wypadku otoczona jest aurą wstydliwości, a w najgorszym zohydzona. Zadaniem dla liberałów pozostaje zmiana takiego stanu rzeczy. Liberalny głos o historii musi wydobyć się na niepodległość spod natłoku przesadnie romantycznych, wielbiących upuszczaną krew opowieści.

Propozycja ta nie polega na strachliwej ucieczce od historii, lecz na jej wykorzystaniu. Historia jest ważna. Na tożsamość każdego z nas składają się relacje łączące nas z otoczeniem, które w istotnej mierze kształtowane są przez lokalne tradycje. Analiza historii pozwala owe powiązania wydobyć i zrozumieć, a także ocenić. Dzięki temu wiemy, że wyzwania, przed jakimi stawiają nas dzisiaj radykałowie, są rażąco anachroniczne.

11 listopada najważniejszym wydarzeniem w Warszawie i w Polsce będzie międzynarodowy szczyt klimatyczny. Jego przedmiot i pytanie, czy Polska jako gospodarz storpeduje obrady w imię trwania przy tradycyjnych źródłach energii, są zasadniczymi zagadnieniami, które powinny zajmować wtedy Polaków. Historyczna data rozpoczęcia szczytu może tylko działać na naszą korzyść. Spójrzmy, jaką drogę przebyła Polska przez te wszystkie lata!

Dzisiaj, gdy cały świat przyjeżdża do nas dyskutować o globalnych problemach, mamy do czynienia z sytuacją, o której nasi przodkowie mogli tylko marzyć. Demonstranci, którym zależy na wielkości polskiej kultury i jej atrakcyjności w świecie, powinni to znakomicie rozumieć. Tego dnia każdy będzie miał okazję zrobić to, co do niego należy. Kiedy za jakiś czas kolejne pokolenia nas z tego rozliczą, nie warto byśmy mieli powody do wstydu.

* Tomasz Sawczuk, członek redakcji „Kultury Liberalnej”. 

Do góry

***

*Autorzy koncepcji numeru: Karolina Wigura i Łukasz Pawłowski.

*** Ilustracje: ola.das [1,2,3] oraz Adam Rębacz [4,5]

** Współpraca: Jakub Krzeski, Anna Piekarska.

„Kultura Liberalna” nr 252 (44/2013) z 5 listopada 2013 r.

SKOMENTUJ

Nr 252

(45/2013)
5 listopada 2013

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail