„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Gra o tron...

Gra o tron 1914. „The Sleepwalkers” Christophera Clarka

Hubert Czyżewski

Przyczyny wybuchu I wojny światowej od stu lat prowokują gorące debaty, które miałyby wskazać winnych wielkiej katastrofy. Australijski historyk Christopher Clark sugeruje, że przedwojenne elity funkcjonowały niczym lunatycy zmierzający bezmyślnie do katastrofy. I nie boi się szukać współczesnych analogii.

Przyczyny wybuchu I wojny światowej to jeden z najbardziej kontrowersyjnych i najdłużej roztrząsanych problemów najnowszej historii. Nie da się bowiem jednoznacznie wskazać źródeł jednej z największych katastrof w dziejach ludzkości. Nie są nimi ani działania jakiegoś konkretnego państwa, ani konflikty religijne. Nic dziwnego zatem, że problem odpowiedzialności za śmierć dziesiątek milionów ludzi był kluczowy dla powojennych rozliczeń. Niesławny artykuł 231 traktatu wersalskiego, który jako głównego winowajcę wskazywał Rzeszę Niemiecką, wzbudził poczucie niezasłużonej krzywdy w społeczeństwie niemieckim i posłużył za jeden z najważniejszych argumentów nazistowskiej propagandy.

The_Sleepwalkers_Clark_okladka

To dlatego tak ważne jest, co na temat przyczyn katastrofy roku 1914 mają do powiedzenia historycy. W dyskusji o Wielkiej Wojnie padło zresztą wiele śmiałych tez. Niemiecki dziejopis Fritz Fischer bił się w piersi za cały naród i argumentował, że wszystkiemu rzeczywiście był winny agresywny niemiecki nacjonalizm, a II wojna światowa stanowiła w tej perspektywie dogrywkę pierwszego nieudanego podejścia do zbudowania niemieckiego imperium. Tak zwana „teza Fischera” była jednym z kluczowych elementów debaty o nowej tożsamości Niemiec po tragediach XX wieku. Wielki brytyjski historyk A.J.P. Taylor z charakterystyczną przekorą sugerował, że odpowiedzialny był „rozkład jazdy pociągów”, który w tym wypadku symbolizował sztywne i schematyczne plany mobilizacji oraz działań frontowych, które raz wprawione w ruch były nie do zatrzymania. Amerykanin Arno Mayer twierdził, że wojna była raczej „ucieczką do przodu” konserwatywnych elit, które obawiały się rosnącej popularności partii socjalistycznych i problemów wewnętrznych w swoich krajach.

Setna rocznica Wielkiej Wojny, którą obchodzimy w tym roku, przyniosła mnóstwo nowych publikacji na temat wojennych wydarzeń. Niemniej jednak największym hitem wydawniczym, szeroko komentowanym w światowej prasie – niestety, nie doczekaliśmy się jeszcze polskiego wydania – jest książka australijskiego historyka Christophera Clarka „The Sleepwalkers. How Europe Went to War in 1914” (Lunatycy. Jak Europa doprowadziła do I wojny światowej) opublikowana już w 2012 roku.

Balkan_troubles1

„Kocioł bałkański” zmienił układ sił pomiędzy wielkimi mocarstwami. Źródło: Wikimedia Commons.

Niepewne sojusze

Clark to historyk o bardzo uznanym dorobku, wybitny znawca tematyki niemieckiej. Jako profesor Uniwersytetu w Cambridge napisał wcześniej m.in. biografię cesarza Wilhelma II (2000) czy bestsellerową historię Prus (2006, polskie wydanie 2009). Jednak dopiero „The Sleepwalkers” przyniosła mu miejsce w pierwszej lidze anglojęzycznych intelektualistów.

Autor w swojej opowieści o przyczynach wybuchu I wojny światowej podąża bardzo konserwatywną ścieżką. „The Sleepwalkers” to przede wszystkim historia stosunków międzynarodowych ostatnich dwóch dekad przed wybuchem konfliktu. Tradycyjna narracja, którą zazwyczaj spotyka się w podobnych opracowaniach, zostaje jednak u Clarka postawiona na głowie. Wojna wcale nie wybuchła – mówi nam australijski historyk – w wyniku rosnących napięć dwóch wielkich bloków sojuszniczych, z których jeden (Trójporozumienie) był utworzony przez mocarstwa kolonialne, a więc Wielką Brytanię i Francję oraz Rosję, broniące swojej dominującej pozycji, a drugi (Trójprzymierze) przez Niemcy, Austro-Węgry i Włochy, dopominające się o równorzędną pozycję w wyścigu o światową hegemonię. Clark oczywiście opisuje proces powstawania tych sojuszy od końca lat 80. XIX wieku i robi to doskonale, bijąc na głowę wszelkie współczesne analizy kolejnych szczytów Rady Europejskiej, jednak przede wszystkim zwraca uwagę na procesy, które osłabiały owe alianse od samego początku. Przymierza wcale nie były takie pewne. Każde z państw starało się zostawić sobie możliwie najwięcej otwartych  możliwości politycznego manewru. Austro-Węgry i Rosja rywalizowały o wpływy na Bałkanach, ale Rosji nie chodziło wcale o bezpośrednią kontrolę nad słowiańskimi ludami, a raczej o długoterminowy plan przejęcia kontroli nad cieśninami Bosforu, które dałyby jej dostęp do Morza Śródziemnego. Wielka Brytania zawsze starała się być z boku, ale przede wszystkim chciała powstrzymać imperialne ambicje Rosji w Azji. Francja pragnęła odegrać się za klęskę 1870 roku. Niemcy miotały się we wszystkie strony z poczuciem, że muszą zrobić coś, ale nie do końca wiedziały co. Kolejne kryzysy jak Faszoda, Agadir czy aneksja Bośni i Hercegowiny były impulsami do cementowania ówczesnego układu sił, ale w żaden sposób nie czyniły wojny nieuniknioną.

Kluczowe, sugeruje Clark, były przetasowania w europejskim układzie sił tuż przed 1914 rokiem, powstałe w wyniku dwóch wojen bałkańskich (1912-1913), kiedy sojuszowi bułgarsko-serbsko-greckiemu udało się po niemal 600 latach wypchnąć Turków z Europy. Do tej pory na poły marionetkowe państwa zaczęły nagle odgrywać niezależną rolę, co zachwiało poczuciem bezpieczeństwa Rosji i Austro-Węgier i zburzyło równowagę pomiędzy wszystkimi wielkimi mocarstwami. Bałkański kocioł rozgrzał się tak bardzo, że wszystkie dotychczasowe wentyle bezpieczeństwa zawiodły. To przecież rojenia o Wielkiej Serbii doprowadziły do zamachu na Franciszka Ferdynanda 28 czerwca 1914 roku. I o ile w pierwszej połowie książki Clark zaprezentował się jako wytrawny i zimny analityk dyplomacji, o tyle drugą część dotyczącą tzw. kryzysu lipcowego czyta się miejscami niczym sensację – z wypiekami na twarzy, tym bardziej, że dużo większe znaczenie ma tu opis głównych aktorów wydarzeń, którzy podejmowali w tym czasie najważniejsze decyzje.

Wszystko zostaje w rodzinie

Dla współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do opisów wielkich procesów ekonomicznych i społecznych, ten ostatni sposób opowiadania historii może się wydać anachroniczny. Jednak jak podkreśla australijski historyk, polityka przed 1914 rokiem opierała się w dużo mniejszym stopniu na odpowiedzialnych demokratycznie instytucjach. Wciąż w ogromnej mierze zależała od osób na kluczowych stanowiskach, które rekrutowały się z małej, zamkniętej europejskiej elity. Banałem byłoby przypominać koneksje rodzinne monarchów. Wilhelm II i Jerzy V byli wnukami królowej Wiktorii, Jerzy V i Mikołaj II wnukami duńskiego króla Chrystiana IX (potomkami obojga jest zarówno Elżbieta II, jak i jej mąż – książę Filip). Dość powiedzieć, że osobisty telegram z 29 lipca od niemieckiego cesarza do jego rosyjskiego kuzyna wstrzymał mobilizację rosyjskiej armii (był pisany po angielsku, zaadresowano go „Do Nicky’ego”, a nadawca podpisał się jako „Willy”). Nawet w wydawałoby się najbardziej „nowoczesnej” ustrojowo republikańskiej Francji, jeśli chodzi o politykę, „wszystko zostawało w rodzinie”. W 1914 roku ambasadorowie Francji w Londynie i Berlinie byli rodzonymi braćmi, a ambasador w Petersburgu był ich szwagrem.

Clark przywołuje szereg anegdotycznych sytuacji, które obnażają niefrasobliwość i nieodpowiedzialność elit tamtego czasu. Ze szczególnym upodobaniem opisuje dziwaczne zachowania niemieckiego kajzera, którego impulsywne pomysły i melancholijna natura miały katastrofalne skutki dla niemieckiej polityki zagranicznej – chociażby podczas kluczowych rozmów z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Sazonowem, kiedy to Wilhelm II rozwodził się godzinami nad tym, jak bardzo nie kochali go rodzice. Co ważne, mimo że politykę wciąż robiło się zasiadając na lub będąc blisko monarszego tronu, królowie i cesarzowie nie byli jedynymi ośrodkami decyzyjnymi w swoich państwach. Clark świetnie pokazuje, jak w poszczególnych krajach siły rozkładały się pomiędzy monarchą, rządem, ministerstwem spraw zagranicznych, a sztabem generalnym. Niespójność polityki mocarstw w ostatnich latach przed wojną wynikała w ogromnej mierze z braku porozumienia między różnymi ośrodkami władzy w konkretnych państwach, osobiste animozje i nostalgiczne charaktery odgrywały równie ważną rolę, co raison d’État.

Tsar_Nicholas_II_&_King_George_V

„Lunatykami” byli według Clarka przedstawiciele europejskiej elity. Car Rosji Mikołaj II i król Wielkiej Brytanii Jerzy V. Źródło: Wikimedia Commons.

Kto winien?

To personalne ujęcie polityki wydaje się sednem argumentacji Clarka, który skupia się głównie na tym,  jak doszło do wybuchu I wojny światowej. W kluczowych dwóch latach przed 1914 rokiem, europejskie elity nie udźwignęły odpowiedzialności za utrzymanie kruchej równowagi pomiędzy interesami różnych państw. Ówczesna sytuacja geopolityczna przypominała „Grę o tron”, w której na końcu wszyscy przegrali. Można się zresztą rozmarzyć, wyobrażając sobie, jakie kinematograficzne cacko powstałoby, gdyby za historie opisane przez Clarka wzięliby się scenarzyści z HBO. Australijski historyk pokazuje, jak mało brakowało, aby Wielka Brytania nie zdecydowała się jednak na ingerencję w kontynentalny konflikt (jest to zresztą jeden z ulubionych scenariuszy autorów tzw. historii alternatywnej). W kluczową noc z pierwszego na drugiego sierpnia partia jastrzębi z sekretarzem spraw zagranicznych Grey’em i młodym Winstonem Churchillem na czele ledwo przekonała partię gołębi do udziału w wojnie. Autor zwraca szczególną uwagę na pewne „niewypowiadane założenia”, fatalistyczne poczucie, że wojna prędzej czy później jest nieunikniona. To sprawiało, że polityczne elity różnych państw bezwładnie poddawały się logice wydarzeń w kluczowych momentach. Niczym chodzący we śnie lunatycy – parli ślepo przed siebie.

W związku z tym, argumentuje Clark, na najważniejsze z punktu widzenia opinii publicznej pytanie „kto winien?” nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. „To nie powieść Agathy Christie”, pisze autor. Winni są wszyscy razem i każdy z osobna. Co ważne, historyk sugeruje, że europejskie elity, prowadzące Stary Kontynent na zatracenie, tak naprawdę nie do końca zdawały sobie sprawę, w co się pakują. Mimo że wielu generałów mówiło o przyszłej wojnie jako o „zagładzie cywilizacji”, aż do 1914 roku nie było żadnego wzorca wojny totalnej w epoce przemysłowej.

Gdzie się podział Freud?

Niestety, to co stanowi o największej wartości książki Clarka, a więc doskonałe analizy polityczne i świetne portrety najważniejszych bohaterów, jest też jej największą słabością. „The Sleepwalkers” to historia high politics w starym stylu, opowieść o elitach grających w pokera o losy świata. Ale polityka to przecież nie wszystko. Autor bardzo rzadko odwołuje się do ekonomicznych czy socjologicznych danych. O ideach czy wartościach czytelnik nie znajdzie w tej książce prawie nic. Clark pisze o fatalistycznym poczuciu niechybności Wielkiej Wojny, o rodzących się ambicjach małych narodów, o kolonialnym apetycie wielkich państw. Ale skąd to się wszystko wzięło? Skąd wzięła się ta chęć, z jaką „mężczyźni prawie wszędzie zgłaszali się do punktów poborowych”? Morze atramentu wylano na temat ponurego światopoglądu fin-de-siècle, jednak autor w ogóle z tego nie korzysta i nawet nie próbuje podbudować swojej analizy teoretycznym tłem. Nazwiska Marksa, Darwina czy Nietzschego nie padają w książce ani razu, Zygmunt Freud jest tylko wspomniany anegdotycznie, kiedy w sierpniu 1914 roku zapisał: „Całe moje libido jest teraz skoncentrowane na Austro-Węgrzech”. Autor tak bardzo skupia się na opisaniu, jak konkretni ludzie doprowadzili do wojny, że zapomina przedstawić kontekst, w którym ci ludzie funkcjonowali i z którego wyrośli, a który zdeterminował przecież ich światopoglądy i określone podejście do rzeczywistości. Jedynym przyczynkiem do podjęcia takich tematów jest ledwie dwustronicowy podrozdział o kryzysie męskości na początku XX wieku. Szkoda, że autor nie pokusił się o więcej podobnych analiz.  To niewątpliwie wzbogaciłoby opowieść o tło światowego konfliktu.

NCOs from Infanterie-Regiment Nr. 358 drink wine, feast on gherkins and play cards whilst wearing gas masks late in the Great War FLICKR drakegoodman

Podoficerowie z regimentu piechoty nr 358 pijący wino w maskach gazowych. Źródło: Drakegoodman. Flickr.

Jest to oczywiście z założenia książka o tym, jak doszło do wybuchu wojny w Europie w 1914 roku. Niemniej trochę szkoda, że Clark nie podejmuje pewnych wątków, które nie były tak ważne w lipcu 1914 roku, ale okazały się kluczowe dla rozstrzygnięć w roku 1918. Stany Zjednoczone w ogóle nie występują w tej historii. Nie ma też bolszewików, których przewrót w 1917 roku był kolejnym postawieniem na głowie układu sił między państwami. Znaczenie imperiów kolonialnych w Azji i Afryce jest ledwie naszkicowane. Hitler przewija się tylko w przypisie, w którym autor stwierdza, że to chaos wiedeńskiego parlamentu ostatecznie zniechęcił go do demokracji. Po raz kolejny można odnieść wrażenie, że polityczne szachy w 1914 roku były grą dla samej gry, w której to dynamika kolejnych konferencji i gabinetowej wymiany telegramów przysłoniły całą scenę, na której odbywało się polityczne przedstawienie.

Historia i odpowiedzialność

Christopher Clark jest jednak wybitnym historykiem, i takie, a nie inne podejście jest w tym wypadku w pełni świadome. Australijczyk wprost mówi o tym, że podejście „dlaczego” nie tłumaczy nam konkretnych wydarzeń, lecz raczej buduje iluzje presji długoterminowych czynników, w której „polityczni aktorzy są raczej tylko wykonawcami sił będących poza ich kontrolą”. Mówiąc krótko, jeżeli przyjmiemy, że za katastrofami historii stoją wielkie historyczne procesy, to ludzie nie są odpowiedzialni za swoje decyzje. A przecież, argumentuje Clark, europejscy politycy nie dlatego zachowywali się w 1914 roku niczym lunatycy, że musieli poddać się prawom dziejów, ale dlatego, że nie sprostali nałożonej na nich odpowiedzialności i podejmowali fatalne w skutkach decyzje. To nie długoterminowe procesy, ale doraźne korekty polityki wielkich graczy doprowadziły do wybuchu wojny.

Na koniec należy jeszcze raz powtórzyć: „The Sleepwalkers” to świetna książka. Tak trzeba pisać historię. Niemniej jednak pozostawia pewien niedosyt, jak na dzieło, które ma być najważniejszym intelektualnym wydarzeniem obchodów stulecia wybuchu Wielkiej Wojny. Najlepiej można ją podsumować cytatem z jednego z najważniejszych aktorów dramatu 1914 roku, starego cesarza Franciszka Józefa, który każdą oglądaną przez siebie uroczystość zwykł kwitować tym samym zdaniem: „Było miło, jesteśmy zadowoleni”.

 

Książka:

Christopher Clark, „The Sleepwalkers. How Europe Went to War in 1914”, Allen Lane / Penguin, London 2012.

SKOMENTUJ

Nr 290

(30/2014)
29 lipca 2014

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE

Ilu_2

Lunatycy



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail