Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Rok, w którym...

Rok, w którym powstała Europa

Ian Buruma w rozmowie z Karoliną Wigurą

„Po II wojnie światowej rozpowszechnił się, bardzo krótkotrwale, pewien rodzaj zbiorowego idealizmu. Dziś świat stworzony po roku 1945 ma się ku końcowi”, mówi brytyjsko-holenderski pisarz i publicysta.

Karolina Wigura: Napisał pan ważną książkę „Year Zero: A History of 1945” [1]. Wielu czytelnikom może się ona kojarzyć z bestsellerem sprzed niemal 10 lat, monumentalnym „Powojniem” Tony’ego Judta; polskim odbiorcom – dodatkowo ze świetną książką Marcina Zaremby „Wielka trwoga. Polska 1944 – 1947”. Zasadnicze cechy różnią jednak pańską książkę od tamtych dwóch. Raz, że nie rości sobie pan praw do roli profesjonalnego historyka. Dwa, że koncentruje się pan przede wszystkim na tym, co to znaczyło obudzić się w Europie tuż po zakończeniu II wojny światowej, jak odczuwano ówczesny „krajobraz po bitwie”. Skąd pańskie zainteresowanie bezpośrednim następstwem czasowym II wojny?

Ian Buruma: Istnieją przynajmniej trzy odpowiedzi na to pytanie. Po pierwsze, stosunkowo niewiele pisze się o miesiącach, które nastąpiły zaraz po zakończeniu wojny. Większość dostępnych prac dotyczy planu Marshalla, zimnej wojny, czyli rzeczy już późniejszych. Po drugie, spotykam coraz więcej ludzi, którzy nie mają żadnych osobistych wspomnień z tamtego czasu. Jedyne, co sobie przyswoili, to hurraoptymistyczna historia zwycięstwa nad dyktatorem. Nie rozumieją, jak potworne są konsekwencje wojny, nawet jeśli była to wojna sprawiedliwa. Zaś trzeci powód był osobisty. Chciałem zrozumieć doświadczenie mojego ojca.

I od jego historii zaczyna się książka. Pojmany przez Niemców, został umieszczony w obozie pracy przymusowej, widział bombardowania pod koniec wojny, nadejście Armii Czerwonej. Jakie znaczenie ma dziś, pańskim zdaniem, rok 1945, jako odniesienie dla współczesnej kultury europejskiej – albo może nawet kultury zachodniej?

Zasadnicze. Przedstawiam ten rok w kategoriach tak globalnych, jak to tylko możliwe: nie po to, by przekonywać, że wszyscy mamy takie same wspomnienia, ale by pokazać, że zrozumienie sytuacji jednych krajów w tamtym momencie jest kluczowe dla zrozumienia innych. To jedna rzecz. Druga: w tamtym momencie została ukształtowana Europa, taka, jaką znamy dziś. Ten moment miał znaczenie dla powstania zarówno późniejszej Unii Europejskiej, jak i Narodów Zjednoczonych. Idea współpracy międzynarodowej, czy wręcz międzynarodowego zjednoczenia, była bezpośrednią konsekwencją katastrofy wojny. A także idea państwa opiekuńczego, wyrównywania szans. Inna sprawa, że ten świat, wówczas stworzony, ma się dziś ku końcowi.

Zanim zapytam o przyczyny tego końca, jeszcze jedno pytanie o daty. W tym roku obchodzimy 70. rocznicę zakończenia II wojny światowej, wiele dyskusji jest zatem poświęconych znaczeniu roku 1945, ewentualnym różnicom i podobieństwom. W roku ubiegłym obchodziliśmy z kolei 100-lecie wybuchu I wojny. Wielu historyków, między innymi autor bestsellera „The Sleepwalkers” Christopher Clark, twierdziło wówczas, że to rok 1914 jest najlepszym punktem odniesienia, by zrozumieć czas współczesny. Chodziło zwłaszcza o stworzenie punktu odniesienia dla współczesnego układu geopolitycznego. Wielobiegunowego, bez jasnych punktów odniesienia, jak przed stu laty.

Moim zdaniem tego rodzaju porównania nie mają zbyt wiele sensu. Można równie dobrze powiedzieć, że Europa została ukształtowana w 1814 r., wraz z upadkiem Napoleona, albo w 1789, z wybuchem rewolucji francuskiej. Oczywiście, że wszystkie te daty są istotne. Nie widzę jednak powodu, by przekonywać kogokolwiek, że któraś z nich jest ważniejsza niż wszystkie inne.

Ilu_1_Wstępniak i Buruma

Autor ilustracji: Kamil Burman

Chciałabym teraz wrócić do tego, co powiedział pan wcześniej, że kultura europejska, ukształtowana w odniesieniu do roku 1945, przechodzi do przeszłości…

To zjawisko ma częściowo podłoże po prostu biologiczne. Następuje wymiana pokoleń i pamięć o 1945 r. zanika. Jednak ja mam na myśli coś więcej. Wtedy, po II wojnie światowej, rozpowszechnił się, bardzo krótkotrwale, pewien rodzaj zbiorowego idealizmu. Musimy zbudować lepszy świat, bardziej równościowy, wrażliwy na krzywdę i biedę, mówiono – bo inaczej doprowadzimy do kolejnej takiej katastrofy. Potem zimna wojna sprawiła, że blok wschodni zamknął się przed tą wspólnotą myślenia. Albo inaczej – tam tę „rewolucję” przeprowadzano własnymi środkami. Na Zachodzie natomiast idealizm przetrwał stosunkowo długo, oczywiście także w drodze kontestacji wobec ZSRR.

Ten konsensus trwał aż do rządów Ronalda Reagana, kiedy przynajmniej ludzie na prawicy zaczęli przekonywać, iż państwo opiekuńcze jest zbyt drogie, związki zawodowe stały się zbyt silne itd. Jednak dopiero upadek Imperium Sowieckiego przyspieszył te zmiany. Wszyscy oczywiście cieszyliśmy się z tego – wielu ludzi uważało, że dopiero przełom lat 80. i 90. przyniósł prawdziwe zakończenie II wojny światowej, wyzwolenie Polski i innych krajów Europy Wschodniej. Kłopot w tym, że wraz z upadkiem realnego socjalizmu idealizm, który rządził Europą Zachodnią, wyrażający się w narracji socjaldemokratycznej, także zaczął się kruszyć. Rok 1989 miał zatem podwójne działanie: wyzwalające z jednej strony, zaś z drugiej – eliminujące to, co dobrego udało się zbudować w Europie po 1945 r.

Mówi pan o rodzaju zbiorowego idealizmu, czyli pozytywnym aspekcie powojennego myślenia. Jednak wraz z dekadami po II wojnie światowej zanikło jeszcze coś. Chodzi o strach: przed wojną, totalitaryzmem, i do pewnego stopnia przed demokracją, czy też przed jej skutkami, gdy nie jest poddana kontroli – w końcu to ona doprowadziła Hitlera do władzy. Strach jest bardzo silną namiętnością polityczną i to ona przez dekady dodawała idealizmowi, o którym pan mówi, energii.

To ciekawe, jednak sądzę, że można spojrzeć na to inaczej. Owszem, Hitler został wybrany w demokratycznych wyborach. Ale czyż nie było tak, że faszyzm, nazizm, a także komunizm wyrosły z głębokiego kryzysu demokracji? W takiej sytuacji wygrać mogli tylko ludzie skrajnie antydemokratyczni, pragnący rządzić silną ręką, narzucać innym dyscyplinę i porządek. Myślę, że tym, co uczynił rok 1945, było przywrócenie zaufania do demokracji – choćby w tym sensie, że to liberalna demokracja właśnie, Stany Zjednoczone, pokonały faszyzm i nazizm. Dziś, niestety, widzimy ponownie załamanie się ufności do demokracji, także w części krajów europejskich. Ludzie patrzą na Chiny i podobne im kraje, zastanawiając się, czy nie reprezentują one lepszego modelu. Znów zaczynamy pytać, czy nie potrzebujemy przypadkiem rządów silnej ręki i dyscypliny…

Wraz z upadkiem realnego socjalizmu idealizm, który rządził Europą Zachodnią, wyrażający się w narracji socjaldemokratycznej, także zaczął się kruszyć.

Ian Buruma

Czyli mielibyśmy taką sytuację: pamięć roku 1945 zbudowała niegdyś w Europie rodzaj dominującej narracji. Była to narracja idealizmu z jednej strony i strachu przed przeszłością z drugiej. Dziś, gdy pamięć straciła swój dominujący wpływ, puste miejsce po niej kolonizują inne opowieści: na przykład strach przed Innym, mającym najczęściej muzułmańską twarz, chętnie rozpowszechniany przez populistyczną prawicę.

Zgadzam się, dodałbym jednak, że nie tylko populistyczna prawica próbuje tworzyć nowe narracje. Inną opowieścią, którą dostrzegam, jest neoliberalizm, obecny także w części Europy Wschodniej. Proszę na przykład przyjrzeć się różnicy między Vaclavem Havlem a Vaclavem Klausem w Czechach. Havla cechowało coś w rodzaju staromodnego liberalno-demokratycznego idealizmu. Klaus był neoliberałem od samego początku. Reszty dopełnił głęboki sceptycyzm, dotyczący jakiejkolwiek wersji zbiorowej idealistycznej narracji, rozpowszechniony w krajach byłego bloku wschodniego. Sprawił on, że neoliberalizm bardzo szybko zaczął się rozpowszechniać. Podobna historia dotyczy Europy Zachodniej. Mamy tu z jednej strony neoliberalizm, z drugiej – populistyczną prawicę.

Nie do końca się zgadzam. Raz, nie jest wykluczone, że wolnorynkowe reformy, podjęte w początkach lat 90. w Polsce, są bezpośrednią przyczyną dzisiejszego ogromnego sukcesu tego kraju. Dwa, europejska narracja socjaldemokratyczna od samego początku miała pewien problem: oto moralną idealistyczną obietnicę, o której pan mówi w kontekście 1945 r., przetłumaczono na kategorie wyłącznie ekonomiczne. Nic dziwnego, że pierwszy poważny kryzys ekonomiczny spowodował wybuch eurosceptycyzmu… Na koniec pytanie o konsekwencje bezpośredniego kontaktu z pamięcią, który wiąże się z wymianą pokoleniową, odchodzeniem świadków. Jak pan sądzi, jakie konsekwencje będzie to miało dla naszej pamięci kulturowej o II wojnie światowej?

Niekoniecznie negatywne. Może to także uczynić nas bardziej obiektywnymi, mniej emocjonalnymi. Zupełnie jak w przypadku pamięci o I wojnie światowej, o którą nie prowadzimy już zażartych sporów. Mój argument jest raczej taki, że nie musi być czymś złym, że większość ludzi nie ma osobistych wspomnień na temat II wojny światowej. Mam raczej wrażenie, że osoby, które walczyły w Iraku, Afganistanie czy Libii, cechuje bardzo często brak wyobraźni. Natomiast stabilizująca rola II wojny światowej nie polegała dla wszystkich Europejczyków na tym, że ją przeżyli, ale raczej na tym, że potrafili ją sobie wyobrazić.

Przypis:

[1] Książka Iana Burumy „Rok zerowy. Historia roku 1945” niedługo ukaże się w Polsce nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN.

SKOMENTUJ

Nr 330

(18/2015)
5 maja 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail