Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Kopciuszek z mopem...

Kopciuszek z mopem podbija Hollywood. Recenzja filmu „Joy” Davida O. Russella

Diana Dąbrowska

W centrum najnowszego filmu Davida O. Russella pojawiła się po raz pierwszy kobieta i to taka, która „żadnej pracy się nie boi”, jeśli zacytować polską klasykę. Czy zmiana perspektywy zaowocowała czymś zaskakującym, czy to jedynie próba odgrzania po raz kolejny tej samej historii na ekranie?

Historia Joy (Jennifer Lawrence) przybiera kształt współczesnej interpretacji baśni o Kopciuszku. Joy przekonywana przez ukochaną babcię o swojej wyjątkowości nie czeka jednak na księcia z bajki, lecz chce po prostu tworzyć i wynajdywać rzeczy. Jej dorosłe życie nie przypomina snu na jawie. Jako rozwódka z dwójką dzieci ledwo wiąże koniec z końcem. Nie może liczyć ani na swoich rodziców, ani na siostrę czy byłego męża, latynoskiego piosenkarza (Édgar Ramírez). Samozwańczy następca Toma Jonesa mieszka zresztą w jej piwnicy. Dołącza do niego antypatyczny ojciec tytułowej bohaterki (Robert De Niro), który wyprowadzi się dopiero wtedy, gdy znajdzie nową kochankę (co zresztą uczyni, gdy zwiąże się z diaboliczną Trudy, w wykonaniu dawno niewidzianej na ekranie Isabelli Rossellini). Życie Joy zdaje się układać na wzór telenoweli, którymi żywi się obsesyjnie jej matka, matrona wiecznie narzekająca przed telewizorem (Virginia Madsen). Świat opery mydlanej miesza się niejednokrotnie z tym realnym w bardziej dosłowny sposób, gdyż Joy w swoich snach występuje jako bohaterka jednej z nich, a resztę obsady stanowią jej najbliżsi. Czy tytułowej postaci uda się wybudzić z tego koszmaru i postawić na swoim?

JOY

Historia oparta na faktach

Pomimo że Joy pełni w ramach struktury narracyjnej wiele różnych życiowych funkcji (córki, matki, byłej żony, zadłużonej pracownicy, znienawidzonej siostry), daleko jej do kobiety świadomej własnej podmiotowości. Groteskowa rodzina jest dla bohaterki jak „ulatujący gaz, który codziennie po cichu ją zabija”. Pozbawiona jakichkolwiek widoków na lepszą przyszłość dusi się w kafkowskim domu wariatów. Historia nabiera rozpędu, kiedy Joy doznaje olśnienia i wpada na pomysł wynalezienia „cudownego mopa” (co też nie dziwi, w kontekście Kopciuszka). Próbując dowodzić niezbyt ogarniętą rodziną, zaczyna zaskakiwać inteligencją i przedsiębiorczością. Ze swoim wynalazkiem trafia do świata telewizji i kanałów sprzedaży i podbija serca całej Ameryki, która ogląda ją na małym ekranie. Proporcje się wreszcie odwracają i Joy staje się wzorem godnym naśladowania.

Szalona podróż bohaterki, która od zera buduje prawdziwe imperium finansowe, nie jest bynajmniej oparta na wyobraźni scenarzystów. „Joy” inspirowana jest biografią jednej z najbogatszych kobiet współczesnej Ameryki, self-made woman, Joy Mangano. Spektakularne dzieje posiadaczki ponad stu patentów, będących dowodem jej „praktycznego geniuszu”, okazały się być idealnym materiałem na hollywoodzki film. To nie pierwszy raz, kiedy twórca „Poradnika pozytywnego myślenia” bierze na warsztat historię opartą na faktach (w jego filmach roi się od autobiograficznych aluzji). W przypadku „Fightera” mieliśmy do czynienia z historią prawdziwych pięściarzy, Micky’ego Warda i jego starszego brata Dicky’ego Eklunda. W „Joy” powracają motywy znane z poprzednich dzieł Russella – rodzinne animozje i szwindle, kryzys wewnętrzny postaci, próba realizacji własnych marzeń. Tym razem reżyser przyjmuje jednak perspektywę kobiecą i baśniowy entourage.

JOY_2

Telewizja i baśnie

Film Russella zbudowany jest na przeciwstawieniu stłamszonej przez rodzinę codzienności bohaterki z retrospekcjami, w których chociażby przez chwilę doświadczyła tytułowej radości (jak dzieciństwo, studia czy „pierwsze dni miłości”). Całość komentowana jest w baśniowym stylu przez jej babcię, której słowa prowadzą nas przez kryzysy, aż po sukces i odwrotnie, bowiem dramaturgicznie film przypomina emocjonalną sinusoidę. Kiedy wydaje nam się, że bohaterka zbliża się do wymarzonego szczęśliwego zakończenia, nagle sytuacja, zgodnie z zasadą deus ex machina, zmienia się diametralnie. Z jednej strony taki zabieg stanowi odwołanie do struktury egzaltowanych telenowel, z drugiej – uzupełnia schemat baśniowy, zgodnie ze złotą myśl Brunona Bettelheima: „Baśnie dają do zrozumienia, że pomyślne, pełne satysfakcji życie dostępne jest każdemu mimo życiowych przeciwności, lecz jedynie wówczas, gdy nie ucieka się przed pełnymi niebezpieczeństw życiowymi zmaganiami” [1].

„Joy” to film pełen baśniowych elementów – od kreacji scen z dzieciństwa i „magicznego pudełeczka”, w którym młodziutka bohaterka zbiera swoje wynalazki, aż po fakt, że wyklęty przez rodzinę „Kopciuszek” musi zmagać się ze „złą macochą” i nieżyczliwą siostrą, na każdym kroku udowadniając swoją wyjątkową przedsiębiorczość. Oczywiście bohaterka ma również pomocników i „dobre wróżki” – od ukochanej babci, przez najlepszą przyjaciółkę (Dascha Polanco), aż po byłego męża czy szefa stacji telewizyjnej, który pomaga jej wylansować „cudownego mopa” (Bradley Cooper). Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że „Joy” wydaje się o wiele subtelniejszy od poprzednich filmów Russella. Widać to szczególnie w kreacji Lawrence, stanowiącej antytezę jej oscarowej roli w „Poradniku pozytywnego myślenia” czy w „American Hustle”. Tę zasadniczą zmianę uwydatnia chociażby scena w studiu telewizyjnym, kiedy Joy, przebierając się przed występem, stawia na skromność i odstawia na bok wszelkie migocące ozdobniki. Bohaterka nie jest męczennicą, przypomina raczej posłuszne dziecko, które na naszych oczach tupie nogą i decyduje się dorosnąć. To samo tyczy się mise-en-scène, o wiele prostszego niż w „American Hustle”. Chociaż Russell mógł wykorzystać plastikowy potencjał odległych już lat 90., ogranicza przebieranki do minimum i skupia całą energię na budowaniu zawiłych emocjonalnie relacji między postaciami, których interesy nieustannie się ze sobą ścierają.

JOY_3

Mit wyprzedza rzeczywistość

Russell wielokrotnie opowiadał już o beneficjentach „american dream”, a historia Joy nie stanowi bynajmniej wyjątku. Bohaterowie reżysera pokonują wszelkie przeszkody, aby zrealizować swoje marzenia – w „Fighterze” pięściarz uzyskuje tytuł mistrza świata, a w „American Hustle” duetowi hochsztaplerów wszystkie występki uchodzą na sucho. „Joy” zaskakuje jednak ideologiczną niekonsekwencją, która sprawia, że najnowsze dzieło Russella jest niejednoznaczne i bardziej drapieżne. Ameryka w tym wydaniu okazuje się być miejscem, w którym mit sukcesu wygrywa z logiką rzeczywistości. Nie ma zresztą filmu w dorobku reżysera, który nie kończyłby się dobrze, bohaterowie na przekór słynnej piosence Rolling Stonesów „zawsze dostają to, czego chcą”. Pomimo przeszkód zwyciężają i wprowadzają – czy to za sprawą odwagi, sprytu, czy też siły – nową jakość do własnego życia.

Równocześnie trudno znaleźć w tych filmach jasno zarysowaną granicę pomiędzy antagonistami, a samymi bohaterami. Wszelkie komplikacje w życiu postaci spowodowane są przez najbliższe otoczenie (najczęściej jest to rodzina, która im bardziej drażni główną postać, tym bardziej motywuje ją do działania). Przeciwnikami bohaterów nie są zatem klasycznie pojęte czarne charaktery (warto przypomnieć w tym kontekście skomplikowane relacje postaci w „American Hustle”, w którym żona Irvinga Rosenfelda sabotowała poczynania męża przez swoją nieumyślność i głupotę). Ten zabieg powoduje, że trudno nie lubić bohaterów uniwersum filmowego Russella, trudno też wymienić konkretną „znienawidzoną postać”. Ostatecznie wszyscy się godzą. Nie ma bardziej klasycznego, czy wręcz hollywoodzkiego schematu. Reżyser żongluje uniwersalnym przepisem na sukces i zamienia się na naszych oczach w zdolnego hochsztaplera, który dokładnie wie, co zrobić, aby zjednać sobie widownię.

Czy Russell nie przypomina zatem Altmanowskiego „Gracza”, przebiegłego Griffina Milla? Zgodnie z wizją reżysera tytułowa bohaterka odnosi życiowy sukces, gdy wykazuje się po raz pierwszy w życiu nie ciężką pracą (to przecież nie wystarczyło, aby dookreśliła świadomie swój los), a sprytem i przebiegłością. Będąca na skraju załamania Joy popełniłaby najprawdopodobniej samobójstwo, ale nie w Ameryce, w której – jak pisał Jean Baudrillard – „sprzeczności mogą bezboleśnie koegzystować”. W Ameryce się działa, w Europie natomiast myśli, gdy tymczasem gnije się w stagnacji i melancholii. To przecież kraj, w którym na każdym kroku manifestują się cuda, pucybut może zostać milionerem, a kelnerka – gwiazdą kina. Swoim kompleksem „szczęśliwych zakończeń” Russell pretenduje do tytułu współczesnego Franka Capry („To wspaniałe życie”, 1946), który bierze na siebie brzemię wcielenia amerykańskich wartości i ich idealistycznego ducha.

O ile początek filmu zdawał się nawiązywać do poetyki telenowel, to jego zakończenie (czyli moment, w którym Joy walczy o swój biznes) staje się zbiorem samoświadomych filmowych klisz i manifestacją amerykańskości. Bohaterka najpierw symbolicznie ścina włosy i zakłada ciemne okulary, a następnie wyjeżdża do Teksasu, aby wygrać pojedynek o własną sprawczość. Spotkanie z teksańskim potentatem przywołuje na myśl westernową konfrontację opartą na przenikliwych spojrzeniach i wymownej ciszy. Bohaterka pokonuje swojego przeciwnika nonszalancką pewnością siebie i sprytnie zakrojoną intrygą. Z dziewczyny, którą najbliżsi z satysfakcją pragną ukrzyżować, Joy przemienia się w świadomą swoich możliwości kobietę. W krucjacie o własną sprawczość bohaterka dumnie broni się mopem, nie wstydząc się samej siebie. Russell opowiada po raz pierwszy w swojej twórczości emancypacyjną baśń, która rządzi się własną logiką, a jej nadrzędnym celem jest przemiana świadomości bohaterki. Kopciuszek w jego wydaniu nie czeka na księcia, aby nałożył jej szklany pantofelek, ale idzie po niego sam.

Przypis:

[1] Bruno Bettelheim, „Cudowne i pożyteczne”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, s. 50.

 

Film:

„Joy”, reż. David O. Russell, USA 2015.

 

SKOMENTUJ

Nr 367

(3/2016)
19 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail