Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Właściwa strona lunety,...

Właściwa strona lunety, czyli preludium premierowe do „Łaskawości Tytusa”

Gniewomir Zajączkowski i Szymon Żuchowski

Od kilku lat w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie przed każdą nową produkcją operową odbywa się koncert kameralny z cyklu „Preludium premierowe”, którego tematyka związana jest z prezentowaną inscenizacją w ściślejszy lub luźniejszy sposób.

Czasami pojawiają się utwory korespondujące z daną operą chronologicznie, kiedy indziej tematycznie, a czasem po prostu przybliżające twórczość kameralną kompozytora premierowego utworu. Pomysłodawcą cyklu jest Stanisław Leszczyński, dyrektor festiwalu „Chopin i jego Europa”, widać więc pewne powinowactwo w doborze wykonawców i programu obu tych wydarzeń. Na preludiach premierowych występowali już chociażby Tobias Koch czy Janusz Olejniczak. Wykonawców związanych z festiwalem „Chopin i jego Europa” usłyszeliśmy również na najnowszym spotkaniu z cyklu, które odbyło się w Salach Redutowych Teatru Wielkiego 15 stycznia 2016 r., w przeddzień premiery „Łaskawości Tytusa” Wolfganga Amadeusza Mozarta w reżyserii Ivona van Hovego i pod dyrekcją Benjamina Bayla.

Koncert – choć zaledwie około godzinny – dał wykonawcom okazję do zaprezentowania trzech utworów na trzy różne składy, których wspólnym mianownikiem obsadowym były skrzypce, altówka i wiolonczela. Pierwsze było „Adagio i fuga d-moll” KV 404 Mozarta, złożone z utworu oryginalnego oraz transkrypcji „Fugi dis-moll” z I tomu „Das Wohltemperierte Klavier” Jana Sebastiana Bacha (BWV 877). Nie jest to utwór szczególnie często wykonywany, a szkoda, bo może sprawić miłą niespodziankę, szczególnie miłośnikom kontrapunktu, którzy przyjdą na Mozarta, a dostaną Bacha. Wielbicieli remiksów aż tak bardzo nie uraduje, bo jest to wprawdzie transkrypcja uczciwa, ale niezbyt innowacyjna, trzy głosy rozpisane jeden do jednego na skrzypce (Janusz Wawrowski), altówkę (Katarzyna Budnik-Gałązka) i wiolonczelę (Marcin Zdunik). Wykonawcy z pietyzmem podeszli do poważnego skądinąd utworu, co w przypadku adagia zaowocowało nie do końca potoczystą narracją i nieco rozmytym frazowaniem, świetnie za to sprawdziło się w przypadku fugi. Wszystko było w niej klarowne, nawet w miejscach, gdzie tematy nakładają się na siebie (stretto), nie pojawiał się bałagan, a wyraźnie eksponowane augmentacje dawały poczucie przestrzeni i dopełnienia. Cała trójka wykonawców zadbała o estetykę dźwięku. Dzięki temu, że uniknęli nadmiernego vibrato, uzyskali bardziej „historyczne”, barokowe brzmienie, niż można by oczekiwać po zespole, który nie specjalizuje się w takim repertuarze.

Kolejna była transkrypcja „Symfonii g-moll” KV 550 Mozarta pióra Johanna Nepomuka Hummla. Wawrowskiego zastąpił przy pulpicie skrzypiec Jakub Jakowicz, a dołączyli Łukasz Długosz (flet) i Paweł Wakarecy (fortepian). Ten niewątpliwy hit Mozartowskiej symfoniki nic w tej aranżacji nie traci, a czteroosobowemu zespołowi pozwala się skonfrontować z utworem zasadniczo zarezerwowanym dla orkiestry symfonicznej. Co tym bardziej nęcące, że brakuje utworów kameralnych, które mają chociaż jedną przebojową część (jak np. „Trio Es-dur” op. 100 Schuberta i „Kwintet Es-dur” op. 44 Schumanna ze smętnymi, wolnymi częściami chętnie eksploatowanymi przez kino czy „Kwartet C-dur «Cesarski»” op. 76 nr 3 Haydna, powszechnie kojarzony z hymnem Niemiec). Wykonawcy nie poszli w kierunku pustego efektu i nie przesadzili z sentymentalizmem. Zaproponowali brzmienie raczej wyrównane, ale nie płaskie, choć miejscami (I i II część) flet brzmiał zbyt agresywnie („solistycznie”), a fortepianowi zabrakło precyzji w finale, za to nie zbywało mu na prawym pedale w „Andante”. Zarówno Wakarecy, jak i Zdunik dawali się momentami ponieść emocjom, z pewnością szczerym, ale tak mocno ciążącym ku romantycznemu afektowi, że owocowały rubatem na granicy rozchwiania metrycznego (szczególnie tyczy się to partii fortepianu). „Menuet” cechował się bardzo żywym tempem, kojarzącym się wręcz z courante, ale trzeba przyznać, że ta część bywa wykonywana w nie całkiem taneczny sposób, jako że to w końcu stylizacja, a nie muzyka do tańca sensu strictissimo. Zresztą po menuetowym trio, w repetycji, tempo było nieco wolniejsze, z korzyścią dla wyrazu.

Koncert zakończył się „Kwintetem klarnetowym A-dur” KV 581. Jest to dzieło charakterystyczne dla późnej twórczości Mozarta, podobnie jak „Koncert klarnetowy A-dur” KV 622, i oba są żelaznymi pozycjami w repertuarze klarnecistów. Wybór kwintetu do programu preludium premierowego przed „Łaskawością Tytusa”, ostatnią opera seria Mozarta, jest tym bardziej zrozumiały, że zawiera ona rozbudowaną partię na klarnet solo, wirtuozowsko towarzyszący dwóm dużym i znanym fragmentom (aria Sykstusa „Parto, parto” z I aktu i rondo Witelii z II aktu). Ambrose Bierce twierdził, że są tylko dwa instrumenty gorsze od klarnetu – dwa klarnety. Nie jest wykluczone, że po usłyszeniu błyskotliwego i pełnego biegłości występu Romaina Guyota miałby szansę zmienić zdanie. Towarzyszący mu kwartet smyczkowy wywiązał się ze swojego zadania dobrze, a miejscami bardzo dobrze. Szczególnie cieszyła nas słyszalność i jakość zaniedbywanych często drugich skrzypiec (Wawrowski) i altówki. Można było zresztą odnieść wrażenie, że Budnik-Gałązka pełniła – formalnie bądź nieformalnie – rolę liderki tego zespołu. Po raz kolejny na uznanie zasługuje potężna świadomość kameralistyczna tej wykonawczyni, podobnie zresztą jak Marcina Zdunika. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że za pulpitem pierwszych skrzypiec mógłby zasiąść bardziej charyzmatyczny muzyk niż Jakowicz. Tak czy inaczej, całość „Kwintetu” wypadła dobrze, szczególnie w pierwszej i przedostatniej części, gdzie wprawdzie menuet znowu był pobudzony, co nie zmienia faktu, że I trio i ländler zostawiły po sobie dobre wrażenie.

Festiwal „Chopin i jego Europa” ma wyjątkowe szczęście do kameralistyki, która pojawia się na nim dość obficie i przeważnie w dobrych wykonaniach. Bywa, że koncerty kameralne należą do najjaśniejszych punktów tej imprezy. Obecność związanych z nią muzyków w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej może, jak pokazuje ten koncert, stanowić wartościowy kontrapunkt dla głównego nurtu działalności TW–ON. Zawsze też warto przypomnieć słuchaczom, że atrakcyjna muzyka klasyczna nie ogranicza się do wielkiej symfoniki, opery i baletu, a skład kameralny – w kinie pojawiający się głównie w kontekście bankietowej Tafelmusik i przez to trochę z nią kojarzony – ma do zaproponowania własną jakość. Nie pomimo, lecz dzięki temu, że kompozytor dysponuje środkami skromniejszymi w skali przedsięwzięcia, odbiorca może dokładniej przyjrzeć się temu, co zachodzi na przykład w formie dzieła lub barwie dźwięku. Z kameralistyką jest jak z lunetą, która może znacznie przybliżyć jakieś zjawisko lub zupełnie je oddalić. Wszystko zależy od tego, jak się jej używa. Jak usłyszeliśmy, wykonawcy niedawnego preludium premierowego zdecydowanie potrafią posługiwać się tym instrumentem.

 

Koncert:

„Preludium premierowe”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, 15 stycznia 2016.

Muzyka: J.S. Bach, W.A. Mozart, J.N. Hummel; wykonawcy: Katarzyna Budnik-Gałązka, Łukasz Długosz, Romain Guyot, Jakub Jakowicz, Paweł Wakarecy, Janusz Wawrowski, Marcin Zdunik.

SKOMENTUJ

Nr 367

(3/2016)
19 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail