Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Śledczy historii. Recenzja...

Śledczy historii. Recenzja filmu „Labirynt kłamstw” Giulio Ricciarellego

Magdalena Saryusz-Wolska

Na przełomie lat 50. i 60. niedoświadczony prokurator kieruje we Frankfurcie nad Menem śledztwem w sprawie morderstw dokonywanych w Auschwitz. Gdy zdaje sobie sprawę z ogromu zbrodni, ogarnia go obsesja ukarania winnych.

„Labirynt kłamstw” Giulio Ricciarellego to jeden z głośniejszych debiutów w kinie niemieckim ostatnich lat. Jest 1958 r., młody prokurator, Johann Radmann (Alexander Fehling), prowadzi śledztwo w sprawie morderstw dokonywanych w Auschwitz. Analizuje dokumenty oraz przesłuchuje byłych esesmanów i ocalałych. W miarę zapoznawania się z kolejnymi relacjami zaczyna zdawać sobie sprawę z rozmiaru rekonstruowanych zbrodni i ogromu odpowiedzialności, która na nim ciąży. Jego działania doprowadzają do wszczęcia procesów oświęcimskich, które rozpoczęły się w 1963 r. we Frankfurcie nad Menem i zakończyły skazaniem 17 członków załogi obozu.

labirynt6

Reakcje niemieckiej prasy na „Labirynt kłamstw” były w większości pozytywne. Wpływowy portal internetowy perlentaucher.de (dosł. ‘poławiacz pereł’), który publikuje teksty poświęcone kulturze, nie bez ironii podsumował, że film Ricciarellego ma wszystko, czego oczekuje się od niemieckiego kina: historię, nazistów i powagę. Jednak „Labirynt kłamstw” to niekonwencjonalny film o pamięci Zagłady. Auschwitz, którego dotyczy dochodzenie, widzimy trzy razy: na dwóch fotografiach oraz podczas krótkiej podróży do Polski, którą Radmann i Thomas Gnielke (postać autentyczna, dziennikarz, który zainicjował śledztwo) odbywają, by zmówić kadisz za córki jednego z ocalałych. Również relacje, zbierane podczas przesłuchań, przekazywane są w sposób niezwykle szczątkowy.

Nie chodzi o to, że zachodnioniemieckie elity polityczne kłamały na temat zbrodni wojennych, ale o to, że nic o nich nie mówiły.

Magdalena Saryusz-Wolska

Radmann ma niespełna 30 lat (Alexander Fehling, który wcielił się w jego rolę, może być znany polskim widzom z filmu „A na koniec przyszli turyści” Roberta Thalheima). Śledztwo zdaje się go przerastać, a słowo „Auschwitz” niewiele mu mówi. Młody prokurator nie jest przygotowany na ogromne stosy akt zebrane w archiwach, zaskakują go też zeznania świadków. Mimo że nie słyszymy, co mówią ocalali, to raz po raz widzimy zdziwione i oburzone twarze prokuratora oraz protokolantki. Niemiecki tytuł filmu brzmi „Im Labyrinth des Schweigens”, czyli „W labiryncie milczenia”, co trafniej oddaje sytuację głównego bohatera i wymiaru sprawiedliwości w ogóle. Nie chodzi bowiem o to, że w latach 50. zachodnioniemieckie elity polityczne kłamały na temat zbrodni wojennych, ale o to, że nic o nich nie mówiły. Aż do spotkania Gnielkego Radmann nie zastanawiał się więc, co stało się ze zwolennikami Hitlera, jak żyją byli esesmani i ilu (dawnych) nazistów pełni funkcje publiczne. Dopiero śledztwo sprawia, że ogarnia go obsesja identyfikacji i ukarania winnych. Zaczyna sprawdzać przeszłość nie tylko oskarżonych, ale też swoich najbliższych. Nie przejmuje się nawet, gdy z tego powodu opuszcza go narzeczona.

W epoce milczenia?

Początkowa niewiedza Radmanna na temat niemieckich zbrodni ilustruje znaną tezę o latach 50. jako epoce milczenia, w której społeczeństwo RFN cieszyło się cudem gospodarczym pod przywództwem Adenaurea zamiast rozliczać się z przeszłością. Nagła przemiana prokuratora, wywołana relacjami ocalałych, to jednak najmniej wiarygodny element fabuły. Tuż po zakończeniu wojny alianci konfrontowali Niemców z dowodami ich zbrodni, rozwieszając na ulicach plakaty z fotografiami z Dachau, Bergen-Belsen czy Mauthausen. W kinach wyświetlano filmy o niemieckich zbrodniach, a gazety publikowały sprawozdania z procesów norymberskich. Jest więc mało prawdopodobne, by dorastający w takim otoczeniu Radmann – członek prawniczej elity, przekonany (jak się później okazuje, niesłusznie), że jego ojciec był antynazistą – nie wiedział, czym były obozy koncentracyjne.

labirynt8

Wraz z proklamacją RFN w 1949 r. rozliczenie z II wojną światową przestało być priorytetem dla niemieckich polityków, którzy koncentrowali się na odbudowie gospodarki i tradycyjnych struktur społecznych. Wielu z nich sympatyzowało zresztą z nazistami, więc nie mieli interesu w podtrzymywaniu pamięci o zbrodniach wojennych. Film nie wyjaśnia jednak, dlaczego akurat młody i niedoświadczony prokurator Radmann miałby dokonać zwrotu w zachodnioniemieckiej kulturze historycznej.

W przededniu procesów

W rzeczywistości głównym inicjatorem ukarania tej części załogi obozu Auschwitz, która nie została wcześniej skazana w Polsce bezpośrednio po zakończeniu wojny, był Fritz Bauer – ocalały z Zagłady i prokurator generalny we Frankfurcie nad Menem. W „Labiryncie kłamstw” gra go Gert Voss, który zmarł niedługo po zakończeniu zdjęć. Twórcy filmu uczynili jednak z Bauera postać drugoplanową. Ukazano go jako mentora Radmanna, który roztacza nad nim opiekę, lecz sam nie podejmuje działania. Bauer przygląda się pracy swojego podopiecznego, lecz ingeruje tylko w ostateczności – na przykład wtedy, gdy Radmann naciska na ściganie Josepha Mengele, choć szanse na jego aresztowanie są znikome, gdyż sprzeciwia się temu Mosad, zajęty przygotowaniami do procesu Adolfa Eichmanna.

labirynt9

Skupienie scenariusza na postaci fikcyjnej daje większą swobodę dramaturgiczną (wątek Mengelego byłby na przykład nie do utrzymania, gdyby film ograniczył się do postaci Bauera), pozwala także wykreować Radmanna na prekursora pokolenia, które dekadę później będzie domagało się rozliczenia ze zbrodniami. Niewątpliwa wada tego rozwiązania polega natomiast na tym, że Bauer – inspirująca postać historyczna w wybitnej kreacji Vossa – pozostaje na marginesie fabuły.

Akcja „Labiryntu kłamstw” kończy się wraz z rozpoczęciem procesów (finał jest od początku przewidywalny, więc zdradzenie go nie pozbawi widza przyjemności oglądania filmu). Najważniejszy jest bowiem sam przebieg dochodzenia, poszukiwania dowodów, identyfikowania sprawców. Amerykański oficer w archiwum donosi Radmannowi kolejne teczki z aktami esesmanów, a do pokoju przesłuchań wchodzą następni świadkowie, których adresy Radmann wyszukał najpierw w setkach książek telefonicznych z całej RFN. Napisy końcowe pojawiają się jednak nim odczytany zostaje akt oskarżenia.

Wyjątkowość frankfurckich procesów oświęcimskich polegała na tym, że po raz pierwszy państwo wytoczyło proces własnym żołnierzom. Dotychczas bowiem nazistowskie zbrodnie osądzane były w drugiej połowie lat 40. w Polsce (proces niektórych członków załogi obozu Auschwitz) oraz w Niemczech z inicjatywy aliantów (procesy przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze oraz kilkanaście innych procesów załóg obozów koncentracyjnych). Natomiast rozprawy sądowe prowadzone w latach 60. odbyły się z inicjatywy RFN i wyznaczyły przełom w kształtowaniu się zachodnioniemieckiej pamięci o II wojnie światowej. Stanowiły wyraz krytycznego stosunku do własnej historii, a poprzez transmisje telewizyjne upowszechniły wiedzę na temat obozów i rzeczywistych sprawców. Ostatni z procesów zakończył się w czasie, gdy trwała już rewolta studencka 1968 r., znana w RFN z tego, że protestujący publicznie zwracali się przeciw politycznej postawie pokolenia ich rodziców.

labirynt11

Pomysł, by przedstawić historię poprzedzającą procesy oświęcimskie bez pokazywania ich samych nie jest banalny. W ten sposób twórcy filmu opowiadają o przepracowywaniu niemieckiej przeszłości, nie podlegając gatunkowym ograniczeniom dramatu sądowego. Taka konstrukcja filmu wymaga jednak od widza dobrej znajomości kontekstu, wiedzy o tym, co działo się wcześniej i później. Inaczej pozostanie nam oglądać na ekranie mało wiarygodnego bohatera oraz ciekawe postaci drugoplanowe.

 

Film:

„Labirynt kłamstw”, reż. Giulio Ricciarelli, Niemcy 2014.

 

SKOMENTUJ

Nr 367

(3/2016)
19 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail