Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska] Polityka jako...

[Polska] Polityka jako stan przedzawałowy

Łukasz Pawłowski

Po wypowiedzi Antoniego Macierewicza na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej czy po kolejnych niefortunnych wywiadach ministra Waszczykowskiego komentatorzy zadają pytania, czy takie słowa mogą mieć negatywne skutki dla pozycji Polski za granicą. Tymczasem należałoby zadać pytanie odwrotne – czy mogłyby mieć jakiekolwiek skutki pozytywne?

Podczas wykładu w Wyższej Szkole Mediów i Komunikacji Społecznej kierowanej przez o. Tadeusza Rydzyka minister obrony twierdził, że katastrofa smoleńska „miała na celu pozbawienie Polski przywództwa”, a następnie dodał, że Polska stała się ofiarą „terroryzmu państwowego” stosowanego przez Rosję. W dalszej części dyskusji, zapytany o negatywne oceny polskiego rządu za naszą zachodnią granicą, odpowiadał, że demokracji nie mogą uczyć nas państwa, które same swoją państwowość budowały zaledwie w XVIII w. Choć minister nazwy państwa nie wymienił, wiadomo że chodzi o ten sam kraj, którego obecności wojskowej na polskim terytorium ten sam minister kategorycznie się domaga.

Załóżmy, że Antoni Macierewicz zachowuje się jak człowiek racjonalny, a więc decydując się na określone działanie, oczekuje jakichś pozytywnych ze swojego punktu widzenia skutków. A jakie korzyści mogą przynieść przytoczone wyżej słowa? Czy minister dostrzegł szansę na to, że po oskarżeniu o „państwowy terroryzm” Rosjanie nagle zmienią swoje stanowisko w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem, zwrócą wrak, przeproszą Polaków, pozwolą na przesłuchanie personelu lotniska lub przynajmniej wrócą do rozmów? Twierdząca odpowiedź dowodziłaby tak skrajnej naiwności ministra, że byłaby dla niego obraźliwa.

Podobnie zresztą byłoby w przypadku wypowiedzi ministra Waszczykowskiego. Szef naszej dyplomacji nie mógł bowiem liczyć na to, że po nazwaniu przewodniczącego Europarlamentu, Martina Schultza, „skrajnym lewakiem” a wiceszefa Komisji Europejskiej, Fransa Timmermansa, „unijnym urzędnikiem, który zdobył urząd dzięki politycznym powiązaniom” obaj panowie nagle zmienią zdanie na temat polskiego rządu i przeproszą za dotychczasową krytykę.

Jeśli więc na korzystne reakcje zachodnich partnerów żaden z ministrów liczyć nie mógł, dlaczego decydowali się na kontrowersyjne wypowiedzi? Można by przyjąć, że ministrowie nie panują nad sobą lub też nie zdają sobie sprawy, że ich słowa jako członków rządu mają inną wagę niż wówczas, gdy byli jedynie szeregowymi posłami. Ale i takie założenie w przypadku polityków tak doświadczonych byłoby jawną niesprawiedliwością, na którą nie możemy sobie pozwolić.

Pozostaje nam zatem wyjaśnienie trzecie, mówiące, że to nie Timmermans i nie Schulz, nie Putin i nie politycy amerykańscy byli adresatami słów polskich ministrów, ale że kierowane były one na tzw. rynek wewnętrzny. Kto jednak tworzy ów rynek? Z pewnością nie jest to ogół polskich wyborców, bo ci w znacznej większości nie lubią wypowiedzi radykalnych i antagonizujących. Potwierdziło to samo kierownictwo PiS-u, łagodząc ton na czas kampanii – czy ktoś przypomina sobie, by wówczas naśmiewano się ze Stanów Zjednoczonych lub oskarżano Rosję o terroryzm? – i relegując kontrowersyjnych polityków do drugiego szeregu. Oczywiście warto w tym miejscu przypomnieć, że PiS nadal cieszy się ogromnym poparciem, ale jest tak raczej pomimo wypowiedzi ministra Macierewicza i Waszczykowskiego, niż dzięki nim.

Może więc ów rynek wewnętrzny, do którego zwracali się ministrowie, to „twardy elektorat PiS-u”, głodny mocnych słów po okresie „gołębiej” kampanii? I znów pudło. Wszak potrzeby owej grupy można zaspokajać dyskretniej – jak to robiono przed wyborami parlamentarnymi – albo z hukiem, ale ustami specjalnie do tego wyznaczonych posłów, mających „licencję” na takie zachowania jak Krystyna Pawłowicz czy Stanisław Piotrowicz.

Być może więc „rynek wewnętrzny” to w rzeczywistości rynek bardzo niewielki, jednoosobowy, złożony tylko z prezesa Kaczyńskiego. Czy to do niego kierowali swoje słowa panowie ministrowie? Tak mogłoby być przypadku ministra Waszczykowskiego, którego pozycja w rządzie znacząco osłabła. Tak mogło być w przypadku Jarosława Gowina, który doszukiwał się związków między aparatem represji w PRL, a członkami KOD-u, czy nawet w przypadku ministra Ziobry wysyłającego gniewne listy do wspomnianego już Fransa Timmermansa. Każdy z nich miał powody, by udowodnić prezesowi swoją lojalność. Każdy poza Antonim Macierewiczem.

Po co więc takie słowa ze strony ministra obrony? Otóż najpewniej Jarosław Kaczyński nie tylko uznaje tego rodzaju wypowiedzi za dowód lojalności, ale także najwyraźniej w nie wierzy. W wystąpieniu w Łomży prezes tak mówił chociażby o zwolennikach KOD: „Za tym ruchem, za tą szeroką koalicją stoją siły, które chcą utrzymać Polskę jak najniżej. Po to, by służyła innym. By Polacy dla innych pracowali. By Polska była swego rodzaju kolonią”. A nieco później dodawał, że „będziemy się bronić przed antypolonizmem, który w różnych miejscach na świecie jest silny”. Antoni Macierewicz powiedział więc w Toruniu to, co mógłby powiedzieć także sam prezes.

Taki wniosek prowadzi nas do dwóch predykcji na temat przyszłości. Po pierwsze, skandalizujących słów usłyszymy w najbliższych miesiącach jeszcze wiele, aż w końcu – przynajmniej na arenie międzynarodowej – przestaną być traktowane poważnie, podobnie zresztą jak ich autorzy. Po drugie, okazuje się, że Jarosław Kaczyński nie wyciągnął wniosków z rządów w latach 2005–2007. Po raz kolejny na forum międzynarodowym i wewnętrznym będzie walczył z mitycznym antypolskim układem, którego – po raz kolejny – nie znajdzie. I podobnie jak wówczas, ów stan permanentnego napięcia i rozgorączkowania doprowadzi go do otworzenia zbyt dużej liczby frontów, a co gorsza – w końcu się wyborcom znudzi. Przeciętny obywatel nie oczekuje bowiem od polityki wprowadzenia w permanentny stan przedzawałowy, a najwyraźniej tylko w takiej polityce lider rządzącej partii umie się odnaleźć. Stawiając na wzbudzanie tak wielu konfliktów utrzyma przy sobie najwierniejszy elektorat, ale może stracić wyborców bardziej umiarkowanych, których do PiS przyciągnęły w czasie kampanii uśmiechnięte twarze Beaty Szydło i Andrzeja Dudy.

Sygnałem ostrzegawczym dla PiS-u powinny być sondaż opublikowany niedawno w „Rzeczpospolitej”, w którym 74 proc. ankietowanych opowiedziało się za publikacją (a zatem w domyśle uszanowaniem) wyroku Trybunału. Interesująca była też wypowiedź szeregowego posła PiS, Marka Opioły, który w rozmowie z radiem TokFM powiedział, że „pewnie szeregowi członkowie PiS odpowiedzieliby jak w tym sondażu”. Jeśli zaś przyjmiemy, że większość Polaków nie zna dokładnie ani przyczyn, ani przebiegu konfliktu, a nawet nie jest w stanie określić dokładnie roli Trybunału, wniosek jest oczywisty – respondenci opowiadali się nie tyle za Trybunałem, ile za wygaszeniem sporu.

Jarosław Kaczyński, jeśli nie zmieni modelu prowadzenia polityki, ostatecznie poniesie więc porażkę i znów trafi tam, gdzie od 25 lat czuje się najwyraźniej najlepiej – do ław opozycji. Aby tak się stało, musi być jednak spełniony jeszcze jeden warunek, który dziś spełniony nie jest – prezes musi mieć z kim przegrać.

SKOMENTUJ

Nr 375

(11/2016)
17 marca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail