Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Projekt: Polska] Wypadek...

[Projekt: Polska] Wypadek przy pracy

Piotr S. Kozdrowicki

Wbrew opiniom części publicystów polska demokracja wcale nie umiera. Co najwyżej przechodzi wyjątkowo paskudną grypę.

Pod koniec lutego Ziemowit Szczerek napisał w „Gazecie Wyborczej” tekst o Polsce i środkowo-wschodniej Europie. Połączył w nim różne tendencje, które pojawiły się ostatnio w państwach naszego regionu, a których Polska jest jego zdaniem świetnym odbiciem. Narastające nastroje nacjonalistyczne i szowinistyczne, eurosceptycyzm, wreszcie tęsknota za bliżej nieokreśloną chwalebną przeszłością oraz jednolitą narodową wspólnotą. Szczerek swoim lekkim piórem ubiera to w porównanie z fikcyjną Bordurią – krainą pojawiającą się w serii komiksów o przygodach Tintina – uosobieniem dzikiej i nieprzewidywalnej Europy Wschodniej, dla której wolność i demokracja nie są wartościami nadrzędnymi.

Konkluzja jest prosta: razem z Węgrami, Słowacją, Czechami czy Chorwacją staczamy się w przepaść. Teraz czeka nas już tylko zamordyzm i izolacja od cywilizowanego świata. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że znajduję u Szczerka (a może tylko u cytowanych przez niego zachodnich dyplomatów?) jakąś mściwą satysfakcję ze stwierdzenia, że Polska wreszcie trafia tam, gdzie jej miejsce. Na ubłocone peryferia Europy.

Tymczasem wygrana PiS-u nie jest polskim „końcem historii”. Nie ma żadnych racjonalnych podstaw, by sądzić że po 25 latach rozwoju czeka nas ćwierćwiecze politycznego mordoru. Nawet jeśli aktualnie Polską rządzi partia nastawiona co najmniej sceptycznie do liberalnej demokracji, nie oznacza to, że skończymy w jakiejś ponurej polskiej odmianie faszyzmu z naczelnikiem Kaczyńskim na szczycie władzy. Ten rząd to nie tragedia. Raczej wypadek przy pracy.

Po pierwsze, powinniśmy pamiętać, że Polacy zagłosowali na inny PiS. W podwójnych wyborach zeszłego roku wygrała partia o wizerunku Beaty Szydło i Andrzeja Dudy, nie Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Wygrała całkiem sympatyczna prawicowa formacja ze zrębami spójnego konserwatywnego pomysłu na państwo. To raczej nie świadczy o ucieczce od wolności polskiego społeczeństwa. Warto oczywiście pamiętać, że PiS strategię „chowania Macierewicza” stosowało w wyborach co najmniej od kilku lat. W większości przypadków się to jednak nie udawało. Udało się ostatnim razem, ale czy to świadczy o jakiejś nowej prawidłowości? Wątpliwe.

Po drugie: nie wolno zapominać, że PiS zdobyło władzę w wyniku specyficznego rozkładu sił w parlamencie. Partia Razem osłabiła Zjednoczoną Lewicę, a Nowoczesna – Platformę. Do tego mizerny wynik ludowców i nadspodziewanie dobry ruchu Kukiza. Przejęciu przez PiS samodzielnej większości sprzyjała więc zbieżność wielu niezależnych czynników. Nie była to wielka narodowa konserwatywna kontrrewolucja, jak uporczywie twierdzi rząd i prawicowi publicyści. To raczej łut szczęścia. To też się w demokracji zdarza.

Wreszcie, po trzecie, raptem po trzech miesiącach rządów PiS-u, skala oporu społecznego jest niespotykanie duża. Owszem, formalnie partia nadal trwa w powyborczym entuzjazmie i cieszy się wysokim zaufaniem społecznym, jednak podobny kapitał na starcie mieli niemal wszyscy poprzedni premierzy i prezydenci. Tymczasem presja środowisk opozycyjnych narasta. Wielotysięczne demonstracje, protesty kręgów akademickich czy wrzenie w mediach niezależnych od rządu pokazują, że Kaczyński i jego ekipa musi liczyć się z opinią społeczną. Skoro dziesiątki tysięcy Polaków z dużą regularnością, niekiedy tydzień po tygodniu, wychodzą na ulice w obronie Trybunału Konstytucyjnego (instytucji, której działalność wydawała się dotąd dla wielu zwykłych ludzi abstrakcją), jakiekolwiek dalsze majstrowanie przy podstawach ustrojowych państwa albo konstytucyjnych wolnościach obywateli napotka na jeszcze większy opór.

Oczywiście opozycja nie jest pozbawiona wad. Komitet Obrony Demokracji ma tendencję do popadania w nieznośną emfazę i megalomanię. Nowoczesna i PO na protestach antyrządowych usiłują zbijać polityczny kapitał. Partia Razem wydaje się protestować nie tylko przeciw rządowi, ale i wszystkim wyżej wymienionym. Może się wydawać, że to rozdrobnienie przesądza o klęsce opozycji, ale jest wręcz przeciwnie. Zyskujemy różnorodność, w której każdy może się odnaleźć. Pomimo różnic, wspólnym elementem wszystkich tych ruchów są hasła demokratyczne, nawet jeśli u każdego są one rozumiane trochę inaczej i niepozbawione partyjnych podtekstów. Czy nie to jest właśnie sednem demokracji?

Doczekaliśmy się wreszcie w obozie liberalnym zrębów prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Takiego, którym wcześniej mogła się pochwalić tylko prawica. Z własnymi oddolnymi strukturami, zmobilizowanymi zwolennikami i spójnymi podstawami ideologicznymi. Być może gdyby rządy PiS-u wydarzyły się w naszym kraju jakieś 15–20 lat wcześniej, mogłyby być realnym zagrożeniem dla „rządów ludu”. Dziś to mało prawdopodobne, bo nawet antydemokratyczny i antyspołeczny rząd nie jest w stanie złamać społeczeństwa, które zasmakowało demokracji. Zwłaszcza TEGO społeczeństwa – o którym można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest ono pokorne wobec władzy.

Cała obecna sytuacja jest efektem pewnego wynaturzenia politycznego, któremu ulegliśmy. Nie jest to, jak sugeruje Ziemowit Szczerek, naturalna tendencja Polaków do pogrążania się w chaosie. Jest to wynik procesów narastających od lat, które akurat teraz znalazły ujście. Nie mam wątpliwości, że za jakiś czas skompromitowany PiS odejdzie od władzy (w taki czy inny sposób), a polskie państwo wyjdzie z tego wzmocnione. Polska demokracja nie umiera. Co najwyżej przechodzi wyjątkowo paskudną grypę.

SKOMENTUJ

Nr 375

(11/2016)
21 marca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail