Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Psychodeliczne podróże w...

Psychodeliczne podróże w czasie i poza czas

Kamil Aksiuto

Zespół Heron Oblivion ma swój patent na nagrywanie muzyki psychodelicznej: dwóch gitarzystów chętnie zapuszczających się w gęstwinę przesterowanych brzmień, wokalistka obdarzona pięknym, eterycznym głosem, wyczucie dynamiki i kontrastu. Niby nic nowego, ale miłośnicy gatunku odkryją, że efekt robi wrażenie.

If you’re going to San Francisco…

Częścią profesji krytyków muzycznych jest posługiwanie się gatunkowymi etykietkami. I choć należy zachować pewien sceptycyzm wobec tej pedantycznej namiętności do szufladkowania, czasem pozwala ona uchwycić coś istotnego. Twórczość Heron Oblivion klasyfikowana jest na różne sposoby, ale najczęściej powtarzają się dwa słowa: psychodelia i folk. Fuzja tych dwóch gatunków zrodziła się w latach 60. minionego stulecia i wtedy też święciła największe triumfy. W pierwszej dekadzie nowego wieku w Ameryce nastąpił jednak renesans zainteresowania tym nurtem. To właśnie w tym kontekście krytycy przywołują z reguły takie określenia jak freak folk albo New Weird America. Chodzi o przetłumaczenie tradycyjnego folku na bardziej współczesny język muzyczny, przefiltrowanie go przez inspiracje czerpane z heavy metalu, muzyki elektronicznej czy eksperymentalnej.

To właśnie w tej scenie tkwią korzenie Heron Oblivion. Przesadą byłoby nazwanie członków grupy weteranami, na pewno są to jednak doświadczeni muzycy. Na ich artystyczne życiorysy składa się udział w takich projektach jak Espers, Comets on Fire, Six Organs of Admittance, Howlin Rain. Enigmatyczne dla szerszej publiczności, zapracowały jednak na uznanie pasjonatów psychodeliczno-folkowej sceny.

Debiutancki krążek Heron Oblivion (nazwany tak samo jak zespół) stanowi zaś logiczne rozwinięcie wcześniejszych poszukiwań. Choć wydany został przez legendarną wytwórnię Sub Pop z Seattle, lepszym prognostykiem tego, czego można się po nim spodziewać, jest miejsce zamieszkania zespołu. Rezyduje on bowiem w San Francisco, gdzie przed mniej więcej 50 laty kłębiły się gęste, psychodeliczne obłoki dźwięków. Z pewnymi zastrzeżeniami można powiedzieć, że debiut Heron Oblivion jest odpowiednikiem podróży wehikułem czasu do brzmień tamtej epoki. Z drugiej strony album egzystuje też gdzieś poza czasowym odniesieniem – przypomina krajobraz z regularnie nawracającego snu, gdzie nie ma żadnego przed ani po, jest tylko trwanie i obecność czegoś tajemniczego.

Gitarowe ekscesy i nieziemski spokój

Może się to wydawać dziwne, zważywszy, że pierwszą rzeczą, która przyciąga uwagę w twórczości Heron Oblivion, jest bardzo ekspresyjne brzmienie dwóch gitar. Noel von Harmonson i Charlie Saufley zdecydowanie nie zaliczają się do zwolenników rozlazłego, ugrzecznionego grania, które regularnie pojawia się we współczesnej neopsychodelii. Ich gitarowe pojedynki są zadziorne, często ocierają się o kakofonię.

Obaj gitarzyści udowadniają przy okazji starą prawdę, o której niestety często się zapomina we współczesnej muzyce rockowej: w grze na gitarze elektrycznej nie nieskazitelna technika i akrobatyczne popisy manualnej sprawności są najważniejsze. O wiele bardziej liczy się nieszablonowość i wyobraźnia, która potrafi maksymalnie wykorzystać proste środki.

Harmonson i Saufley sięgają po całą paletę gitarowych sprzężeń i efektów brzmieniowych z zamiłowaniem, którego nie powstydziłby się nawet Neil Young. I rzeczywiście, w najdłuższych, najbardziej improwizowanych kompozycjach na płycie („Rama”) dosłyszeć można wyraźne echa takich epickich wyczynów Kanadyjczyka jak „Down by the River” czy „Cowgirl in the Sand”. Odnieść można nawet wrażenie, że momentami obaj gitarzyści aż nazbyt folgują swoim muzycznym kaprysom. Na szczęście nie zdarza się to zbyt często. Bardzo dobrze uzupełniają się oni natomiast w bardziej zwartych, krótszych kompozycjach, nie poświęcając przy tym surowego, ekspansywnego brzmienia swoich instrumentów. W „Oriar” ich nieokiełznana gra niemalże rozsadza strukturę utworu, z kolei kakofoniczny riff w „Faro” ma intensywność przywodzącą na myśl dokonania The Stooges. Tylko dwa ostatnie utwory w zestawie nie utrzymują tak wysokiego poziomu jak pozostałe. Jest to jednak jedynie łyżka dziegciu w beczce miodu.

Lecz wszystko to nie miałoby takiej siły oddziaływania, gdyby nie drugi z atutów zespołu – wokalistka i perkusistka Meg Baird. Jej minimalistyczna, pozbawiona ozdobników gra także wnosi pewien intrygujący element do brzmienia zespołu. Ale obecność Baird na płycie najwyraźniej zaznacza się właśnie przez jej delikatny, hipnotyczny wokal, który kontrastuje z gitarowymi ekscesami jej kolegów. To właśnie ten głos odpowiada w największym stopniu za skojarzenia ze złotą erą muzyki folkowej. Baird ma bowiem dar opowiadania historii nie tylko poprzez słowa, lecz przede wszystkim przez samo brzmienie wokalu. Brzmienie jakby pochodzące z odległej przeszłości i jednocześnie nieprzynależące do żadnej konkretnej epoki. Na płycie wokalistka często porusza się w rejestrach bliskich szeptu, tak że trudno wyłowić poszczególne wyrazy. Ale to nie przeszkadza, wprost przeciwnie – przydaje albumowi aury obcowania z niewysłowioną nigdy do końca tajemnicą.

W muzyce folkowej katalizatorem podobnego doświadczenia był często zachwyt nad naturą. Nie wiem, czy tak jest też w tym przypadku. Krajobraz przedstawiony na okładce płyty Heron Oblivion na pewno daleki jest od stereotypowej idylli, ma jednak w sobie sporo surowej majestatyczności. Podobnie można też opisać zawartą na tym albumie muzykę. Jest w niej element nieuporządkowania, a nawet niebezpieczeństwa, ale jest też niezmienny, nieziemski spokój, który wnosi przede wszystkim głos Meg Baird.

Tradycja bez ortodoksji

Muzyka Heron Oblivion czerpie pełnymi garściami z lat 60. Mimo to błędem byłoby uznanie debiutu amerykańskiego kwartetu za przejaw banalnej nostalgii za mitologizowaną epoką. Nikt nie próbuje udawać, że hipisowskie czasy z ich estetyką trwają w najlepsze, ani nie ogranicza się do jej niewolniczego kopiowania. Inspiracje zespołu nie zamykają się zresztą tylko w kręgu muzyki sprzed 50 lat. Na przykład „Sudden Lament” przypomina – szczególnie od strony wokalnej – nagrania Cocteau Twins. Z kolei utwór „Faro” zapuszcza się w obszary, w których komfortowo czułaby się legendarna noiserockowa formacja Sonic Youth.

Na krążku Heron Oblivion mamy do czynienia z twórczą kontynuacją wspaniałej muzycznej tradycji. Choć nominalnie jest to debiut zespołu, został on nagrany przez muzyków, którzy wiedzą, czego chcą i jak to osiągnąć. W rezultacie powstała muzyka dojrzała i na tyle wysokiej próby, że wiele można sobie po tym zespole obiecywać.

 

Płyta:

Heron Oblivion „Heron Oblivion”, Sub Pop, 2016.

SKOMENTUJ

Nr 376

(12/2016)
22 marca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail