Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Bo to był...

Bo to był głos i tylko głos. Recenzja „Will” Julianny Barwick

Karol Aurewicz

Niektórzy muzycy całe życie grają jeden utwór wzorem Josepha Granda z „Dżumy”, który chciał napisać powieść, lecz poprawiał tylko w nieskończoność pierwsze zdanie. Julianna Barwick dotychczas należała do tego grona. Grand w końcu przełamał klątwę pierwszego zdania. Czy Barwick udała się ta sztuka?

Od publikacji pierwszych nagrań w 2006 r. do ostatniego wydawnictwa („Rosabi EP”) sprzed dwóch lat styl i metoda twórcza Barwick podlegały jedynie kosmetycznym zmianom. Artystka do budowy muzyki wykorzystywała przede wszystkim własny głos. Zapętlone, wielokrotnie nałożone na siebie i często przetworzone przez filtry próbki jej śpiewu, szeptu czy nucenia tworzyły kunsztowne, bogate brzmieniowo dzieła. Akompaniament, jeśli w ogóle się pojawiał, pozostawał zwykle symboliczny.

Złożoność tekstur była na dodatek eksponowana prostotą strukturalną utworów. Brakowało w nich nie tylko zwrotów akcji, ale nawet najprostszych zwrotek i refrenów. Przypominały raczej przypływy i odpływy morza: z początku kolejne ścieżki włączały się do chóru, by na końcu wyciszać się jedna po drugiej. Dzięki tym zabiegom uwaga słuchacza musiała skupić się na zmultiplikowanym głosie Barwick. Nic dziwnego, jest on fundamentem, główną zaletą i największą atrakcją całego jej dorobku. Możliwości artystki najtrafniej podsumowuje tytuł jej poprzedniego albumu – „Nepenthe” – oznaczający „lek zapomnienia”. Tak właśnie działa muzyka Barwick: delikatnie snuje wokół słuchacza kokon dźwięku, oddzielający i chroniący go przed światem. „Nepenthe” był też zwieńczeniem rozwoju kariery artystki do 2013 r., opus magnum autorskiego stylu, na którym został rozwinięty w pełni i doszlifowany do perfekcji.

Opus magnum i co dalej

Trzy lata później dzięki trzeciemu albumowi „Will” wiemy już, że Barwick na szczęście nie postawiła na kopiowanie tego, co potrafi najlepiej, a na rozwój. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie postępowała delikatnie. Ostrożnie balansuje pomiędzy znanym a niezbadanym, jakby dokładnie badając grunt przed każdym krokiem naprzód. Znamienna dla tego podejścia jest nawet kolejność utworów. Album otwiera krótkie intro żywcem wyjęte z „Nepenthe”, od pierwszych dźwięków zapewniające fanów, że wszystko, za co pokochali artystkę, pozostaje w mocy. Zamyka z kolei najodważniejszy utwór w jej dorobku, pierwszy, w którym nie wokal, a instrumenty są na pierwszym planie.

Osią „Will” pozostaje głos, lecz istotne zmiany zachodzą w jego otoczeniu. Obok znanych z poprzednich wydawnictw partii smyczkowych i fortepianowych pojawiają się syntezatorowe i męski wokal. Ton dziełu nadaje jednak współpraca syntezatorów z głosem Barwick. Brzmienie całości jest zimniejsze, bardziej klarowne i minimalistyczne niż dotychczas. W rezultacie nowy album jest przesiąknięty melancholią w stopniu większym niż poprzednie. O ile „Nepenthe” mogło przywodzić na myśl występy orkiestr symfonicznych, to „Will” odnalazłoby się raczej wśród muzyki kameralnej.

Nie ma tu więc miejsca na rewolucję. Rozwój stylu Barwick tradycyjnie dokonuje się poprzez coraz odważniejsze dodawanie podkładów instrumentalnych pod wokal. Tym razem doprowadziło to do nieśmiałego otwarcia nowego rozdziału twórczości. Dotychczasowe oscylowanie pomiędzy podkładem smyczkowym i fortepianowym pozostawało na tym samym gruncie. Dokooptowanie syntezatorów jest wypadem do innego muzycznego świata, który może być niepozornym punktem zwrotnym w ewolucji stylu artystki. Także gościnny udział wokalisty, który na co dzień tworzy pod pseudonimem Mas Ysa, pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość. Dialogów męskiego i żeńskiego wokalu z utworów „Same” i „Someway” nie powstydziliby się nawet Dead Can Dance.

I nic nie było oprócz głosu

Choć jednak Barwick operuje głównie głosem, niczego nie mówi. Nawet jeśli jej utwory posiadają teksty, trafiają do słuchacza w niezrozumiałej formie po niezliczonych manipulacjach nagraniem. W najlepszym wypadku można rozróżnić pojedyncze, powtarzane słowa („See, Know”). Zwykle jednak Barwick traktuje swój głos dosłownie jak instrument,  Przez 10 lat kariery nagrała tylko jeden utwór z całkowicie zrozumiałym tekstem („One Half” z poprzedniego albumu), i to pod presją… ojca.

Nie stało się to przypadkiem. Barwick pochodzi z religijnej rodziny. Jej ojciec jest pastorem, a matka organizowała zajęcia religijnych chórów, w których młoda artystka zbierała pierwsze wokalne sznyty. Jej rodzicom zapewne trudno pogodzić się z faktem, że córka nie nagrywa autorskich interpretacji pieśni religijnych, których uczyli jej w dzieciństwie. Ta jednak wyraźnie podkreśla w wywiadach, iż świadomie unika nie tylko szufladek ideologicznych, ale nawet gatunkowych. Żądanie śpiewania tradycyjnych tekstów musi więc pozostać niespełnione, ich słowa bowiem skupiłyby interpretację dzieła Barwick na sobie. W tym podejściu do twórczości trop biograficzny splata się z (bez)konceptualnym.

Muzyka Barwick wzbudza bowiem wręcz sakralny zachwyt, nie przekazując religijnej treści. Nie dziwi więc odejście artystki od religijnych korzeni. Łatwo przecież uznać, że odczuwając wzniosłość, obserwujemy oznaki nieskończoności absolutnej – boga. Dla wierzących niedaleka jest więc droga od wzniosłości do świętości. Barwick, nie sugerując niczego poza samą formą, musi ich zawieść. Daje im bowiem odczucie świętości bez samej świętości i wzniosłości bez absolutu.

Robi to łagodnie, czasem nawet ekstatycznie, lecz nigdy w celu przerażenia. Jakby przeczuwała, że nie ma świętych bytów, których gniew mógłby nam zagrozić. Tworzy więc świętość i wzniosłość czasów śmierci boga. Zamknięcie w bezprzedmiotowym medium – głosie, który nic nie mówi – pozbawia te odczucia metafizycznych pretensji. Muzyka Barwick jest ich czystą, wyabstrahowaną formą.

Głos i dalej

Powyższą interpretację zastosować można do całego dorobku artystki, na różnych wydawnictwach zmienia ona raczej dodatki niż sam koncept. „Will” na tle tych nieśmiałych poprawek wypada odważnie, choć w pół kroku. Z nowym instrumentarium i atmosferą Barwick mogłaby więcej osiągnąć. Tymczasem tylko część utworów świadczy o nowatorstwie tego albumu, inne bez problemu odnalazłyby się na starszych wydawnictwach.

W wywiadach Barwick jednoznacznie dawała do zrozumienia, że stworzyła „Will” tylko dlatego, że trzy lata po „Nepenthe” odczuwała już presję na nagranie kolejnego albumu. Szkoda, że się pod nią ugięła. Zaprezentowała się przez to w trakcie ewolucji, wypuściła na rynek lek zapomnienia nowej generacji wprawdzie, lecz jeszcze w fazie testowej. Gdyby wzięła przykład z Toola i nic nie robiła sobie z oczekiwań otoczenia, za jakiś czas mogłaby zaprezentować w pełni nowe brzmienie. Fani z pewnością czekaliby pokornie, tak jak już czekają na następcę „Will”, bo Barwick nawet bez słów ma jeszcze wiele do powiedzenia.

 

Album:

Julianna Barwick, „Will”, Dead Oceans, 2016.

Słysząc okładka

SKOMENTUJ

Nr 392

(28/2016)
12 lipca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail