Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BAMcinemaFest: American Psyche

BAMcinemaFest: American Psyche

Sebastian Smoliński

BAMcinemaFest, festiwal amerykańskiego kina niezależnego organizowany przez Brooklyn Academy of Music, poświęcony był w tym roku prześwietlanej ze wszystkich stron amerykańskiej psyche, a szczególnie jej mrocznej warstwie, którą symbolizuje nieprzeparty pęd do posiadania – i używania – broni.

Jak wyróżnić się w Nowym Jorku, mieście, w którym w każdym miesiącu odbywa się więcej wydarzeń kulturalnych niż w niektórych innych przez cały rok? Być może jest to nieco łatwiejsze, gdy za festiwalem filmowym, złożonym z niespełna 30 tytułów, stoi renomowana Brooklyn Academy of Music. BAM to – jak podkreślają z dumą jej pracownicy – najstarsze wciąż działające amerykańskie centrum sztuk performatywnych, poświęcone teatrowi, operze, baletowi i tańcowi. I choć wizytówką instytucji nadal pozostaje lubiany przez nowojorczyków (bilety rozchodzą się ponoć błyskawicznie) festiwal Next Wave, na którym w tym roku pojawią się ze swoimi spektaklami m.in. Krzysztof Warlikowski i Teatr Pieśni Kozła, to prężnie rozwijająca się od kilkunastu lat filmoteka BAMcinématek pod względem atrakcyjności bynajmniej nie ustępuje teatralnej części akademii.

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

BAMcinématek, wchodząca w skład imponującej struktury BAM, pozostaje względem niej praktycznie niezależna. Jeśli chodzi o dobór repertuaru, działa jak zwyczajna filmoteka: kilkuosobowy zespół selekcjonuje klasyki światowego kina, zapomniane perły oraz ambitne nowości. Szczególnie podchodzi natomiast do samego „programowania” kultury, a ta misja wpisuje ją w rolę instytucji wielokrotnie goszczącej Petera Brooka, Pinę Bausch, Roberta Wilsona czy Jerzego Grotowskiego (plakat do „Księcia niezłomnego” wisi do dziś na ścianie jednego z korytarzy). BAM działa na przecięciu niszowej (i – przypuszczalnie – niekiedy snobistycznej) wrażliwości oraz twórczego podejścia do kultury popularnej i lokalnej.

Usytuowana w samym sercu Brooklynu, w punkcie, w którym zbiegają się najważniejsze węzły komunikacyjne tej części miasta, BAM regularnie organizuje festiwale i przeglądy kultury afrykańskiej i afroamerykańskiej – czarnoskórzy mieszkańcy stanowią bodaj najliczniejszą grupę rasową w okolicy, a akademia stara się mocno zakorzenić swoją działalność w brooklyńskim kontekście. Nie ma chyba zresztą w Nowym Jorku miejsca, które lepiej pokazuje, że liczy się już nie tylko Manhattan. Niesłabnąca wciąż popularność BAM świadczy ponadto o tym, jak zmieniły się miasto i sam Brooklyn: coraz bardziej samowystarczalny, coraz ciekawszy, ale też bardziej ekskluzywny i dużo droższy – modelowy przykład stopniowej, niepokojącej gentryfikacji.

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Kto zabroni broni?

Stwierdzenie, że na BAMcinemaFest, najważniejszy przegląd filmowy organizowany przez BAMcinématek, złożyły się tytuły zaangażowane społecznie, zabrzmi jak komunał. Jednak kino od dawna jest dla Amerykanów formą terapii: to nie przypadek, że tak wiele dokumentów i fabuł z USA bierze na warsztat bieżące problemy i traumy. Także blisko 30 amerykańskich filmów z ostatniego sezonu pokazywanych przez BAM układa się w sejsmogram, obraz popękanej psyche rozdartej między potrzebą bezpieczeństwa i normalności a świadomością, że w amerykańskich realiach wciąż naga przemoc ma zbyt wiele do powiedzenia. Jean Baudrillard, nazywając w „Ameryce” mieszkańców Stanów Zjednoczonych, mimo ich zaawansowania w dziedzinie technologii, „jedynym dzisiejszym społeczeństwem prymitywnym”, znakomicie ujął podstawową sprzeczność kultury, w której strzelby kupuje się równie chętnie jak komputery czy samochody [1].

Blisko 30 amerykańskich filmów z ostatniego sezonu pokazywanych przez BAM układa się w sejsmogram, obraz popękanej psyche rozdartej między potrzebą bezpieczeństwa i normalności a świadomością, że w amerykańskich realiach wciąż zbyt wiele jest nagiej przemocy.

Sebastian Smoliński

Wydaje się, że w kwestii dostępu do broni w USA powiedziano już wszystko. Tymczasem dla tamtejszych twórców wciąż jest to temat w najwyższym stopniu zajmujący – nie sposób wręcz od niego uciec. Duża część festiwalowych filmów zawierała wątki poboczne związane z bronią; kilka z nich opowiadało w całości o masowym zabijaniu – niedawnych strzelaninach oraz przemocy „tradycyjnej”, opakowanej w westernową konwencję. Najbardziej angażujący emocjonalnie okazał się pokaz „Newtown” Kim A. Snyder, dokumentu o rodzicach, których dzieci zginęły w masakrze w szkole podstawowej Sandy Hook w 2012 r. Po seansie z udziałem bohaterów filmu odbyła się dyskusja, której głównym punktem był sprzeciw wobec braku odpowiednich regulacji w zakresie dostępu do broni. Rzeczywiście, młodym w USA łatwiej kupić shotguna (obowiązujące w całej federacji ograniczenie wiekowe to 18 lat) niż piwo (21 lat).

Poznając z perspektywy rodziców wydarzenia, które wstrząsnęły krajem – ile jeszcze takich wstrząsów Ameryka zaliczy w najbliższym czasie? – nie sposób nie zapytać, dlaczego do tej rzezi w ogóle doszło. Dwudziestolatek Adam Lanza wszedł na teren szkoły i zastrzelił 20 dzieci i 6 pracowników Sandy Hook. Dla Europejczyka, nawet po wydarzeniach na norweskiej wyspie Utøya z 2011 r., amerykańskie masowe egzekucje są tym bardziej przerażające i niepoddające się eksplikacji, że nie stoi za nimi zwykle żadna silna ideologia, żaden wyższy cel, który pozwoliłby na udzielenie odpowiedzi na pytanie o motywy sprawców. Łatwo oczywiście szukać źródeł tragedii w alienacji, chorym indywidualizmie i bullyingu w amerykańskich szkołach (tak jak uczynił to Gus Van Sant w nakręconym w 2003 r. „Słoniu”, inspirowanym masakrą w Columbine z 1999). „Newtown” nie wchodzi w podobne dywagacje i w ten sposób tworzy przestrzeń na powtórną inscenizację procesu żałoby. Rodzice dzielą się swoimi doświadczeniami, a Snyder stosuje podczas wywiadów prosty, choć radykalny zabieg: kamera cierpliwie rejestruje momenty ciszy i intymnego płaczu, które na równych prawach z wypowiedzią słowną znalazły swoje miejsce w dokumencie.

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Bardzo Dziki Zachód

Rewersem „Newtown” był „Dark Night” Tima Suttona, pokazywany na zamknięcie festiwalu. Tytuł to wyraźna gra słów z anglojęzycznym tytułem filmu „Mroczny rycerz powstaje” („The Dark Knight Rises”). To podczas premierowego pokazu dzieła Christophera Nolana w Aurora w stanie Kolorado w 2012 r. do sali kinowej wtargnął mężczyzna, który zastrzelił 12 osób oraz ranił kolejnych 70. Większą liczbę zabitych i poszkodowanych przez jednego sprawcę przyniosło potem tylko jedno wydarzenie w historii USA – strzelanina w nocnym klubie w Orlando. Odniesienia do tej masakry, która miała miejsce zaledwie kilka dni przed festiwalem, nie znikały z odbywających się po projekcji rozmów z twórcami „Dark Night”, szczególnie że Sutton osadził fabułę swojego filmu właśnie na Florydzie. W filmie toczącym się w leniwym, choć obdarzonym podprogowym napięciem, tempie oglądamy jeden dzień z życia kilkorga bohaterów, których losy krzyżują się dopiero na feralnym pokazie filmu o Batmanie. Przez większość czasu nie wiemy, kto jest mordercą, a kto ofiarą ani w którym tak właściwie kierunku zmierza opowieść. W swej uwodzącej wizualnie, niekiedy pastelowej wizji Sutton stawia na niedopowiedzenia, budując cierpliwie impresję o niebezpieczeństwie dojrzewającym w banalnych amerykańskich krajobrazach.

Trzeci z filmów o amerykańskiej słabości do broni, które znalazły się na festiwalu, w innych okolicznościach sprawdziłby się być może jako solidny western korzystający z tropów eksploatacyjnych kina klasy B oraz westernowej rewolucji zapoczątkowanej przez „Django” Quentina Tarantino. „In a Valley of Violence” Ti Westa smakuje bowiem jak zacna podróbka Tarantino zrobiona przez filmowca, który ma talent raczej na miarę Roberta Rodrigueza. Western Westa powiela wizję Dzikiego Zachodu jako amoralnego koszmaru; spalonej ziemi, po której wałęsają się szumowiny, oszuści i obleśni amatorzy agresji. Ethan Hawke gra rewolwerowca, który pragnie zaprzestać używania przemocy i znaleźć w Meksyku ciche miejsce dla siebie oraz swojego ponadprzeciętnie inteligentnego psa. Kiedy pupil pada ofiarą prymitywnej zemsty za zaczepki swego właściciela, Hawke sam przystępuje do krwawej vendetty, która pozbawi miasteczko niemałej części męskiej populacji.

Ti West ma dar budowania zajmujących sekwencji i mimo skromnej skali „In a Valley of Violence” prezentuje się imponująco, jeśli chodzi o realizację. W film wpisana jest jednak pewna bezwstydna małostkowość: tak jakby West chciał zarówno dopisać swój rozdział do tradycji westernu „odczarowanego”, jak i wyśmiać sam pomysł kręcenia filmu o kowbojach i rewolwerowcach. Efektem jest złośliwa przeróbka, zawierająca nie do końca świadomy komentarz do amerykańskiej psyche. „In a Valley of Violence”, oparty na scenach śmiertelnych pojedynków, skłania do postawienia tezy, że dla Amerykanów stosowanie broni jest czymś tak samo „naturalnym” i trudnym do wyrugowania jak dla Polaków obfite picie wódki. Trudno mówić o zaostrzaniu przepisów w sytuacji, gdy prawo do posiadania i używania broni palnej (w celu samoobrony) zakodowane jest tak głęboko w narodowej świadomości. By zrozumieć zwolenników National Rifle Association, organizacji lobbującej na rzecz powszechnego dostępu do pistoletów, wystarczy być może obejrzeć pod tym kątem kilka klasycznych westernów.

By zrozumieć zwolenników National Rifle Association, organizacji lobbującej na rzecz powszechnego dostępu do pistoletów, wystarczy być może obejrzeć kilka klasycznych westernów.

Sebastian Smoliński

 

Neurozy i egzorcyzmy

Lekarz wypowiadający się podczas panelu po „Newtown” podkreślił, że dąży do tego, by odpowiednie organy uznały przemoc związaną z użyciem broni za krajowy problem zdrowotny. Przekonywał, że takie ujęcie sprawy pozwoli nie tylko skupić uwagę na ofiarach kolejnych ataków, lecz także poszukać przyczyn tych tragedii. Podobnym tropem podążają najwyraźniej niezależni twórcy, z różnych stron przyglądający się problemom psychicznym trawiącym współcześnie Amerykanów.

W „Weiner-Dog” Todd Solondz pławi się we własnej mizantropii, portretując swych bohaterów jako dosyć żałosnych poczciwców, których kompetencje społeczne bliskie są zeru. Film zapożycza strukturę narracyjną od „Na los szczęścia, Baltazarze!”, arcydzieła Roberta Bressona z 1966 r.: brązowy jamnik przekazywany jest od właściciela do właściciela i w ten sposób trafia w ręce coraz dziwniejszych ludzi. Ameryka konstruowana przez Solondza staje się w każdym kolejnym filmie miejscem jeszcze mniej zdatnym do przyzwoitego egzystowania. Żyjący w desperacji i samotności przedstawiciele białej klasy średniej albo dopuszczają się aktów terroru (epizod z Dannym DeVito jako podstarzałym wykładowcą scenariopisarstwa), albo popadają w zgorzknienie tak przemożne, że aż odbierające wzrok (finałowa część z niewidomą Ellen Burstyn). Wpływowy krytyk Armond White nazwał „Wiener-Dog” „najbogatszym osiągnięciem w amerykańskim kinie tej dekady” [2]. Nie sposób zgodzić się z tym stwierdzeniem, ale bez wątpienia przyznać można, że część tamtejszej widowni odnajduje masochistyczną przyjemność w oschłym krytycyzmie Solondza, który z dynamiki więzi międzyludzkich w USA (oraz ich braku) czyni przedmiot bezwzględnych żartów.

Inny aspekt amerykańskiego szaleństwa pokazał Carson Mell w horrorze familijnym „Another Evil”. To zręczne przetworzenie wątków znanych z filmów o egzorcystach i horrorów home invasion pokroju „Paranormal Activity”. Do wakacyjnej posiadłości młodej rodziny sprowadzają się dwa duchy o straszliwym wyglądzie, ale nieszkodliwym usposobieniu. Kiedy ojciec z pomocą egzorcysty podejmie próbę usunięcia upiorów, okaże się, że zło leży w istocie być może po ludzkiej stronie rzeczywistości. Debiut Mella oddaje niepokoje tzw. przeciętnych Amerykanów: kreatywnej klasy średniej, która zamiast obiecanego spokoju na przedmieściach doświadcza apokalipsy na oddalonych od cywilizacji pustkowiach. Jeśli dodać do tego „Little Sister” Zacha Clarka, genialny portret toksycznej rodziny z Karoliny Północnej, otrzymamy tryptyk o bliskości jako źródle cierpień.

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Smutek czynszówek

W salach kinowych Brooklynu największym echem odbił się film, którego akcja w całości rozgrywa się w tej właśnie dzielnicy. Otwierający festiwal „Little Men” Iry Sachsa kontynuuje rozważania o gentryfikacji i roli drożejących nieruchomości w zapewnianiu sobie godnego życia, zapoczątkowane przez reżysera w przepysznej gejowskiej komedii „Miłość jest zagadką”. Przyjaźń dwóch chłopców staje pod znakiem zapytania, kiedy ojciec jednego z nich, biały dziedzic kamienicy, planuje podnieść czynsz matce drugiego, chilijskiej imigrantce prowadzącej autorski sklep z odzieżą. Mimo że młodzi aktorzy Theo Taplitz i Michael Barbieri wcielają się w swoje postaci z brawurą i zaangażowaniem, konflikt naszkicowany jest zbyt cienką kreską i ma zbyt doraźny charakter, by nadać „Little Men” artystyczny ciężar, do jakiego kino Sachsa nas przyzwyczaiło.

„In a Valley of Violence” skłania do postawienia tezy, że dla Amerykanów stosowanie broni jest czymś tak samo „naturalnym” i trudnym do wyrugowania jak dla Polaków obfite picie wódki. Trudno mówić o zaostrzaniu przepisów w sytuacji, gdy prawo do posiadania i używania broni palnej (w celu samoobrony) zakodowane jest tak głęboko w narodowej świadomości.

Sebastian Smoliński

Tym niemniej, ponieważ mieszkałem w pokoju na osiedlu Park Slope, które w ostatnich latach zamieniło się w eleganckie zagłębie zamożniejszych rodzin, trudno było mi nie utożsamić się z arcynowojorską narracją „Little Men”. W krótkim czasie ceny wynajmu w wielu miejscach poszybowały w górę bodaj dwukrotnie, zmuszając umiarkowanie zarabiających nowojorczyków do przeznaczania większej części pensji na opłacanie czynszu. Film Sachsa dokumentuje zmierzch Nowego Jorku, w tym Brooklynu, jaki znamy z poprzednich dekad. Imigranckie osady w rodzaju polskiego Greenpointu powoli zamieniają się w kosztowne osiedla, które opłacić można tylko odnajmując część mieszkania, np. poprzez serwis Airbnb.

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

Mistrzowie autokrytycyzmu

Repertuar BAMcinemaFest, złożony z filmów powstałych daleko od Hollywood, szkicuje posępny obraz Ameryki A.D. 2016. Czy jednak amerykańscy twórcy mają szansę być bardziej obiektywni w ocenie własnego kraju niż goście z zagranicy? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Amerykanie, wbrew stereotypowi zadowolonych z siebie patriotów, są najlepszymi krytykami własnych systemu politycznego, stylu życia i kultury. Sprawdza się to zarówno w kinie (choć coraz rzadziej w kinie mainstreamowym), jak i telewizji (konia z rzędem temu, kto wskaże bardziej trafną analizę społeczną USA niż serial „The Wire” Davida Simona). Festiwal w BAM wyrasta na istotną przestrzeń tego typu refleksji, w idealnych proporcjach dawkując kino jako pożywkę dla intelektu i zmysłowe przeżycie estetyczne. Kto wie, może teraz zamiast odbezpieczać broń Amerykanie odpowiednio zabezpieczą warunki rzeczowej rozmowy na jej temat?

 

Przypisy:

[1] Jean Baudrillard, „Ameryka”, przeł. Renata Lis, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2011, s. 14.

[2] Armond White, „A-State-of-the-World Movie”, „National Review” 24.06.2016.

 

Tekst powstał w trakcie pobytu w Stanach Zjednoczonych zorganizowanego przez Polish Cultural Institute New York, któremu autor składa serdeczne podziękowania.

*Ikona wpisu: materiały prasowe Brooklyn Academy of Music

SKOMENTUJ

Nr 392

(28/2016)
12 lipca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail