Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Polityka historyczna nie...

Polityka historyczna nie zadziała

Z Janem Kubikiem rozmawia Adam Puchejda

Polityka historyczna na dłuższą metę nie może zadziałać. Z jednej strony państwo chce budować konsensus dotyczący historii, z drugiej – obserwujemy prawdziwą eksplozję lokalnych grup i organizacji, zajmujących się pamięcią zbiorową. Te dwie tendencje mogą wejść tylko w konflikt.

Czy polityka historyczna jest skuteczna?

Jeśli pyta pan, czy państwo może stworzyć sytuację, w której państwowa wersja przeszłości stanie się zupełnie dominującą, to odpowiedź brzmi – nie. Na pewno nie w liberalnej demokracji. W systemach autorytarnych lub totalitarnych jest to możliwe do pomyślenia, ale nigdy nie jest perfekcyjne. Nie da się po prostu zadusić pamięci tworzonej niezależnie. Państwo może wykonać pewną liczbę manewrów, np. wprowadzić cenzurę prewencyjną, która zdominuje pewien obszar pola pamięci, ale tylko w ograniczonym stopniu.

Po co jednak państwu potrzeba zapanowania nad pamięcią zbiorową?

Żeby wzmocnić państwo i tożsamość narodową, która w państwie narodowym jest też mechanizmem wzmacniania państwa. Oczywiście w samym umacnianiu państwa nie ma nic złego dopóty, dopóki zgadzamy się co do tego, jakiego chcemy państwa. Dla większości badaczy, którzy zajmują się demokratyzacją i procesami transformacyjnymi, idealnym modelem jest demokracja liberalna. Nie tylko dlatego, że większości daje możliwość wypowiedzenia się, czy to w wyborach, czy przez różnego rodzaju działania, protesty, organizacje pozarządowe. Ale przede wszystkim dlatego, że gwarantuje pluralizm.

Gursztyn

Zwolennicy polityki historycznej protestują, kiedy zarzuca się im brak pluralizmu. Twierdzą zarazem, że państwo musi dbać o swój wizerunek na arenie międzynarodowej i stąd pomysł, żeby wspomagało budowanie takiej, a nie innej narracji historycznej. 

Powiedzmy tu dwie rzeczy. Jeśli mówimy o Polsce, to włóżmy między bajki tezę, że Polska ma jakichś wrogów lub że się o niej źle myśli zagranicą. Ostatnie lata to okres, kiedy Polska miała doskonałą prasę na całym świecie, była przedstawiana jako przykład niezwykle udanej transformacji i wzór przemian. Większość danych, które się da wyzbierać w porównawczych studiach, pokazuje, że Polska zajmuje jedno z czołowych miejsc w przeróżnych rankingach 27 krajów postkomunistycznych. Zatem założenie, że musimy się bronić, dbać o swój wizerunek jest z księżyca. Ale załóżmy na chwilę, że tak jest w istocie, że świat nas nie rozumie. Jak mamy na to odpowiedzieć? Przez budowę bardzo silnej, jednolitej wizji naszej przeszłości? W imię czego? Wracam uparcie do tego samego pytania – w imię jakiej wizji państwa? Jeśli ma to być państwo nieliberalne, w którym pewne wartości demokratyczne i liberalne są atakowane, to ja nie chcę takiego państwa. I to jest, jak podejrzewam, wybór sporej grupy ludzi. Jeśli zaś ma to być państwo liberalnej demokracji, to wtedy natychmiast odpowiadam, w takim razie przestańcie budować odgórnie politykę historyczną, bo tego nie da się pogodzić.

Czy państwa liberalnej demokracji nie mają jednak swojej polityki historycznej? W końcu mają swoje jasno określone cele, prezentują swój kraj w taki, a nie inny sposób, bronią pewnych wartości.

Nie mają. Weźmy np. Stany Zjednoczone. Nie ma tam ministerstwa kultury, nie ma żadnej centralnej, federalnej instytucji, która by się zajmowała polityką historyczną. Można co prawda powiedzieć, że ta ogromna masa opowieści historycznych, książek i filmów produkowanych w Ameryce kumuluje się i powstaje w miarę spoisty obraz podstaw systemu politycznego, ale nic nie jest tu zadekretowane. Co ważniejsze, od 20–30 lat nie ma w Stanach jednej narracji i nie ma jej z różnych względów, np. takich, że pisanie rewizjonistycznej historii na temat najważniejszego problemu Ameryki, czyli spadku po niewolnictwie i rasizmu, doprowadziło do tego, że cała masa wcześniej przyjętych, ustanowionych narracji zupełnie się rozpadła. Historia USA opowiadana jest na nowo.

W Polsce pojawia się jednak argument, że państwo musi reagować na to, jak np. w prasie zachodniej przedstawia się problem współudziału Polaków w Zagładzie Żydów. To np. kwestia Jedwabnego.

Jeżeliby uznać, że istnieje gra ofensywna i defensywna, to ja bym się zgodził, że państwo ma pewną rolę do odegrania w grze defensywnej, w poprawianiu błędów, jakichś niechlujności czy też prób opowiadania czegoś poniżającego o Polakach. Ale to nazwałbym taką polityką pilnowania, żeby nie opowiadano kłamstw i bzdur. Natomiast czym innym jest ofensywa, czyli próba stworzenia jakiegoś aparatu wewnątrz rządu, którego celem będzie produkowanie i prowadzenie konkretnych narracji i jeszcze przekonywanie ludzi, że państwo wie lepiej, ma możliwości opowiadania lepiej. Skąd państwo ma wziąć lepszych opowiadaczy niż inne instytucje? Państwowi opowiadacze będą opowiadać historie „państwowe”, ale niekoniecznie „lepsze”, mądrzejsze, bardziej etyczne. Już wiemy, jak etycznie dyskwalifikujące i bzdurne są narracje o Jedwabnem właśnie opowiedziane przez rządowych opowiadaczy pochodzących z PiS-u.

Gross

Nowy polski rząd chce sfinansować wielki film historyczny. Pan, jak rozumiem, jest przeciwny?

Nie wierzę, że sztuka produkowana na zamówienie może być dobrą sztuką. Moją pierwszą dziedziną była socjologia sztuki. Kiedy studiowałem filozofię, specjalizowałem się w estetyce, dlatego te rzeczy mnie interesują. W takich sytuacjach zawsze przypominam sobie jednak pewną krakowską anegdotę o malarzu Styce. Styka nie malował w stylu, który był – powiedzmy – estetycznie wyszukany i pewnego dnia objawił się Styce Pan Bóg i mówi: „Ty, Styka, maluj mnie dobrze, a nie na kolanach”. I to jest coś takiego. Ja sobie nie wyobrażam, żeby państwo mogło zadekretować dobry film. Natomiast to, co państwo może zrobić, to przeznaczyć odpowiednie środki i dać je gildii filmowców, żeby oni sobie to rozprowadzili według własnych kryteriów. Państwo ma oczywiście możliwość udostępnienia takich środków.

W swoich badaniach doszedł pan jednak do wniosku, że nawet państwowe środki nie gwarantują sukcesu polityki historycznej.

Tak, nasze analizy doprowadziły mnie do przekonania, że polityka historyczna na dłuższą metę nie może zadziałać. A to ze względu na transnacjonalizację i eksplozję transnarodowego społeczeństwa obywatelskiego. Mamy więc z jednej strony transnacjonalizację, tj. próbę zbudowania jakiegoś podstawowego konsensusu dotyczącego historii, co jest szczególnie ważne w Europie. Z drugiej, obserwujemy prawdziwą eksplozję grup i organizacji zajmujących się pamięcią zbiorową, na poziomie lokalnym, regionalnym, ruchów społecznych. Bardzo dużo się dzieje na poziomie poniżej państwa narodowego. W związku z tym zwolennicy polityki historycznej stoją przed dylematem. Chcą budować politykę państwa narodowego, centralnie sterowaną, której celem jest wzmocnienie państwa, ale wchodzą też w świat, w którym spotykają się z transnacjonalizacją i subnacjonalizacją. Polityka historyczna staje się wówczas potwornie kosztowna i konfliktogenna. Ludzie, którzy są zaangażowani w upamiętnianie, nie powiedzą nagle: w porządku, skoro państwo się tym zajmuje, to my odpuszczamy. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że państwo zamiast produkować konsensus, produkuje konflikt.

Można sobie chyba jednak wyobrazić sytuację, w której rząd jest tylko jednym z wielu głosów w dyskusji o pamięci i historii?

Tak, ale pod warunkiem, że akceptujemy tę wielość, a nie dążymy do zdominowania jednych przez drugich. Silna polityka historyczna prowadzona przez jednego aktora, zwłaszcza tak mocnego jak państwo, której celem jest ujednolicenie pamięci zbiorowej, jest sprzeczna z takim podejściem. Ale w dłuższej perspektywie to i tak nie może się udać, bo nie pozwoli na to to, o czym mówiłem: intensyfikacja pamięci w społeczeństwie obywatelskim i transnacjonalizacja, budowanie ogólnoeuropejskiego konsensusu na temat pamięci.

Od razu pojawia się też jednak pytanie, jak radzić sobie z konfliktami różnych pamięci, które pojawiają się w sferze publicznej, i jaki ma to wpływ na stabilność demokracji jako systemu. Istnieje tak intensywny podział w świecie mediów, już nie tyle polaryzacja, co prawdziwe poszatkowanie mediów i komunikatów przez nie wysyłanych, że staje się to gigantycznym problemem dla demokracji. Ta ostatnia tradycyjnie zorganizowana jest w ramach państwa narodowego, a przestrzeń państwa narodowego jest tworzona przez wspólną kulturę. Jeśli wspólna kultura zaczyna się rozpadać, to w pewnym sensie rozpadać zaczyna się też państwo narodowe i nie wiadomo, gdzie ta demokracja jest osadzona. Bo ona sobie niezbyt dobrze radzi w tej transnarodowej sferze. Ale w XXI w. odbudowa wspólnej przestrzeni publicznej demokratycznego państwa narodowego dekretami odgórnymi może prowadzić tylko do osłabienia demokracji.

Tyle że pan właśnie podał doskonałe uzasadnienie dla istnienia polityki historycznej. Jej twórcy mówią przecież: trzeba narracje historyczne budujące naszą tożsamość wziąć w karby, bo państwo jako instytucja prawa międzynarodowego musi dobrze funkcjonować w otoczeniu międzynarodowym.

I tu jest paradoks. Bo jeżeli demokracja oznacza zezwolenie na pluralizm, na swobodne toczenie się pewnych procesów, w tym opowiadanie o przeszłości, a rząd mówi, że musi dopilnować, by państwo narodowe się nie rozpadło, w związku z czym dąży do mocnego wspierania jednej narracji, to dochodzi do zderzenia i konfliktu. Bo jeżeli istnieje próba zbudowania wspólnej przestrzeni kulturowej i symbolicznej, a rezultatem jest wojna symboliczna i wojna kulturowa…

To może prowadzić do fizycznej przemocy.

Niestety tak. Istnieją np. badania sprawdzające, czy młodzi ludzie, którzy namiętnie grają w gry komputerowe pełne przemocy, w normalnym życiu mają większą skłonność do agresji. I choć przyczynowość nie jest tu do końca jasna, wielu obserwatorów potwierdza, że wkładanie ludziom do głów coraz to bardziej radykalnych pomysłów, przemocy symbolicznej i kulturowej, to igranie z ogniem.

Zatem silna ideologizacja podziałów społecznych jest prostą drogą do wojny domowej?

Jest to możliwe, choć mało prawdopodobne. Ale zniszczenia w sferze publicznej mogą być ogromne, okaleczające dla demokracji. Najświeższym tego przykładem są zachowania ludzi, chodzących na spotkania z Donaldem Trumpem. Jego język jest tak naładowany agresją, że po niektórych jego wiecach dochodziło do przemocy. Co gorsza, nie ma już pewnego tabu, które było obecne w Ameryce jeszcze 20–30 lat temu. Kiedyś pewne rzeczy można było powiedzieć w domu po paru kieliszkach, dziś robi się to otwarcie, w sferze publicznej. I to wzmaga poziom agresji. Do tego dochodzi problem przemocy symbolicznej, która może mieć czasem gorsze skutki niż przemoc fizyczna. Jak ktoś komuś wejdzie w duszę z komunikatem, który go naprawdę poruszy i upokorzy, to ta rana może później mieć swoje groźne konsekwencje. Z tego też powodu demokratyczny rząd, który chce uporządkować sferę tożsamości i państwa narodowego, w sytuacji pluralizmu i tak dużego zainteresowania przeszłością w społeczeństwie obywatelskim, musi bardzo ostrożnie przemyśleć własną politykę. Najlepiej by było, gdyby rząd przyjął rolę, którą w naszych badaniach nazywamy pamięciowym pluralistą. Nie musi rezygnować z promowania własnej wizji przeszłości, ale musi zrezygnować z założenia, że to wizja a priori prawdziwa, bo rządowa. I może, co ważniejsze, w demokratycznym państwie, gdzie rząd jest powiernikiem środków społecznych, te nie powinny być używane na promocje „jedynie słusznej”, oficjalnej wersji przeszłości, ale na budowę jak najbardziej efektywnej bazy instytucjonalnej, koniecznej do prowadzenia pluralistycznej debaty o przeszłości.

 

* Ikona wpisu: źródło: Flickr

SKOMENTUJ

Nr 394

(30/2016)
26 lipca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail