„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Gronostaje i delikatność....

Gronostaje i delikatność. Recenzja filmu „Subtelność” Christiana Vincenta

Ewa Łętowska

Kamera francuskiego reżysera zagląda w kuluary procesu sądowego, odsłaniając relacje jego głównych aktorów. Równie wnikliwie przygląda się jednak samej sprawie, wydobywając z niej dwa nierozerwalne oblicza prawa: jego formalizm i humanizm.

W oryginale film nosi tytuł „L’hermine” – „Gronostaje”. To wspaniale anachroniczne futrzane przybranie purpurowej togi, w jakiej występuje bohater. Sędzia, a właściwie – co wielokrotnie i pedantycznie prostuje – przewodniczący składu sądzącego w sprawie podejrzanego o dzieciobójstwo jest kostyczny, profesjonalny, chłodny i bardzo rzeczowy w kontaktach z otoczeniem. Michel Racine (znakomity Fabrice Luchini) budzi respekt, ale zarazem niechęć. Surowość jego wyroków ilustruje przezwisko „Sędzia 10 plus” (kara od 10 lat i w górę). Jest on na dodatek – gdy zaczyna się film – chory na grypę, w trakcie rozwodu, mieszka w hotelu oraz kuleje, bo dokucza mu biodro po kontuzji sprzed kilku lat. Doskonale nosi te gronostaje (rzecz jasna sztuczne), togę, sprawnie radząc sobie z przysięgłymi, świadkami, adwokatami, salą, i całym sądowym kramem, tak od jego teatralnego frontu, jak i rutynowego urzędowego zaplecza. Gorzej radzi sobie z uczuciami – swoimi i innych.

Materiały prasowe Aurora Films

Materiały prasowe Aurora Films

Delikatna codzienność

Polski tytuł filmu – „Subtelność” – jest pozornie niezrozumiały i ma się nijak do oryginalnego. Dopiero rozwój akcji ujawnia, że tłumacz postanowił zwrócić nam uwagę na delikatność, nieśmiałość, nadzieję, ciepło, a nawet wzruszającą bezbronność, których nasz bohater nie jest pozbawiony. One gdzieś tam są, lecz trzeba je wydobyć. Dzieje się tak za sprawą jednej z przysięgłych. To lekarka, Dunka (Sidse Babett Knudsen, Cezar za rolę drugoplanową), która kilka lat wcześniej leczyła Racine’a po wypadku i z którą łączyło go odwzajemnione uczucie.

Domyślamy się tego, bo nic – ani przeszłość, ani teraźniejszość, już o perspektywach przyszłości nie wspominając – nie jest tu przedstawione wyraźnie, jednoznacznie, łopatologicznie i prosto. Gra słówek, gestów i spojrzenia, które mówią więcej niż dialog. Poszukiwanie kontaktu z drugim człowiekiem, ostrożne wyjście zza fasady oficjalnych spotkań i banalnych rozmów odbywa się właśnie z tytułową subtelnością, gdzie słowa znaczą niewiele, ale budowana środkami pozawerbalnymi atmosfera budzi coraz żywsze emocje. Sędzia Racine i jego była ukochana spotykają się w czasie przerwy procesu – wszystko zgodne z prawem, o czym zostajemy poinformowani – prowadzą rozmowy pozornie bez znaczenia, milczą, patrzą i uśmiechają się do siebie. Takie spojrzenie z boku zwraca uwagę na to, co naprawdę buduje nasze kontakty z innymi, a o czym chyba często w dobie szybkości, SMS-ów i mediów społecznościowych zapominamy. Znaczący w tym względzie konflikt pokoleń uświadamia scena ze – skądinąd sympatyczną i wrażliwą – córką bohaterki przyklejoną do nieśmiertelnego smartfona.

Bohaterów widzimy na lunchu, zamieniających kilka słów w czasie codziennych spotkań. Banalne, a przecież budują w ten sposób złożoność wzajemnej relacji, odkrywają przed nami i sobą swoje obawy i nadzieje. Świetnie jest to wszystko przy tym zagrane przez odtwórców ról dwójki głównych protagonistów. I jak ładnie się oboje, choć zupełnie inaczej, uśmiechają: jej uśmiech rozpromienia i trwa, on uśmiecha się ukradkiem, szybko zmykając za ochronną maskę.

Sądowy teatr

Ale w filmie ukazany jest też proces sądowy. Dla jednych będzie wątkiem pobocznym, który miał doprowadzić do spotkania bohaterów i służy im jako tło. Dla innych odwrotnie – rozprawa i jej smakowita rodzajowość społeczna są głównym tematem, a prywatne perypetie bohaterów to coś, co raczej przeszkadza w rzetelnym przedstawieniu całej procedury.

„Subtelność” przypomina o rzeczy niepojętej dla laików: o tym, że interpretacja jest pełnoprawnym składnikiem znaczenia prawa.

Ewa Łętowska

Prawo ma wiele wspólnego ze sztukami performatywnymi. Przede wszystkim – tak jak tekst sztuki, scenariusz czy nuty – bez odtworzenia, zagrania, wystawienia po prostu nie istnieje, jest martwe. Tekst prawa (jak goły scenariusz filmu) nie zawiera wszystkiego. Dopiero wzbogacony przez interpretację odtwórców coś znaczy. To nam zresztą wyjaśnia rzecz niepojętą dla laików: że interpretacja jest pełnoprawnym składnikiem znaczenia prawa.

Malowniczość sądowego teatrum wielokrotnie skłaniała filmowców do osadzenia akcji w jego ramach. Czyni się to z większym (rzadziej, ale np. bronią się tu filmy André Cayatte’a, Stanley’a Kramera, Billy’ego Wildera czy „Filadelfia” Jonathana Demme) lub mniejszym (częściej) pietyzmem dla realiów. Prawnicy na ogół zgrzytają więc zębami, gdy widzą takie produkcje, zwłaszcza klasy B albo C, sklecone z zerowym prawdopodobieństwem akcji i księżycową znajomością procedur i sądowego zaplecza.

Jako odwzorowanie sądowego teatrum film Christiana Vincenta budzi szacunek. Nie chodzi tutaj nawet o czysto zewnętrzną aranżację sali czy poprawnie odtworzone fragmenty postępowania dowodowego, ale o atmosferę i kuchnię sądową, do której reżyser podszedł z duża dbałością. Przestrzegłabym wprawdzie przed wykorzystaniem filmu jako jedynego źródła wiedzy o francuskiej procedurze karnej, ale trudno mi doszukać się w nim dezinformacji. Dialogi między uczestnikami procesu, wyjaśnienia udzielane nieco speszonym przysięgłym co do ich roli, tłumaczą także widzom, kto jest kto, o co może pytać, jaka jest rola procesowa niektórych szczegółów czy zwrotów akcji. Przykładowo: egzotyczna dla nas postać rysownika pozwala domyśleć się, że w czasie procesu nie wolno fotografować; do prasy trafiają więc tradycyjne rysunki.

Materiały prasowe Aurora Films

Materiały prasowe Aurora Films

Sąd przysięgłych we Francji działa inaczej niż ława przysięgłych w USA. Dlatego zbyt dalekie analogie z klasycznym filmem Sidney’a Lumeta „Dwunastu gniewnych ludzi” są mylące. Sąd francuski jest bardziej podobny do naszych składów ławniczych. Siedzący przy jednym stole z trójką sędziów zawodowych francuscy przysięgli nie orzekają oddzielnie o winie, zostawiając resztę w rękach zawodowców (jak to znamy z filmów amerykańskich), ale zajmują się w ramach procesu dokładnie tym samym, co sędziowie zawodowi, którym towarzyszą. Mają takie same uprawnienia w procesie i decydują o tym samym, co sędzia zawodowy: o czynie, winie i karze. Nie są oni powoływani do jednej sprawy jak w USA ani – jak u nas – na rozciągniętą na kilka lat kadencję, ale na krótszy okres, w którym rozpatruje się kilka spraw, jedna po drugiej.

Kapitalne jest zróżnicowanie etniczne, środowiskowe, kulturowe grupy przysięgłych w filmie Vincenta. Akcja toczy się na północy Francji, w pobliżu Pas-de-Calais, a rozmówki przysięgłych są migawką chwytającą różnice doświadczenia i statusu, uprzedzenia kulturowe, a nawet wzajemną niechęć tych, którzy dla nas są tacy sami. Francuzi, dawni i nowi przybysze z Maghrebu (jakże inaczej reagujący!), lekarka pochodząca z Danii, bezrobotni i typowi bourgeois – onieśmieleni sytuacją, grzeczni z tą francuską powierzchowną kurtuazją skrywającą ksenofobię. Tego rodzaju środowiskowa rodzajowość jest w ogóle mocną i „smaczną” stroną filmu. Popatrzmy na przechodniów omijających szerokim łukiem leżącego człowieka, w ich przekonaniu nietrzeźwego; poobserwujmy milczącą, otępiałą matkę ofiary czy policyjny sznyt świadka.

Materiały prasowe Aurora Films

Materiały prasowe Aurora Films

Dwa oblicza Temidy

Dzieciobójstwo, którego dotyczy proces, pozornie jest sprawą równie wstrząsającą co banalną. Niby już od początku wszystko wiadomo. Ale z czasem fragmenty zeznań biegłych anatomopatalogów, odpowiedzi na pytania z rzadka, ale jednak trafnie zadawane przez przysięgłych, dociekliwe i cierpliwe „dopytywania” przez przewodniczącego składu głównego świadka oskarżenia – policjanta – coś zmieniają. Próby przebicia aroganckiego uporu (albo bezradności wobec sytuacji, która go przerasta) oskarżonego okazują się niebezowocne. Jego zaprzeczenia, jakoby skopał dziecko na śmierć, zaczynają budzić wątpliwości w trafność oskarżenia. To wszystko nie jest wcale tak bardzo oczywiste. I układa się w kilka możliwych scenariuszy.

Czy to dobrze czy źle? „Zadaniem sądu nie jest odkrycie prawdy” – powiada przysięgłym sędzia Racine. „Zadaniem sądu jest odpowiedź na pytanie, czy dostarczone dowody pozwalają na skazanie oskarżonego”. Nic więc nie będzie w tym dziwnego, gdy obraz sprawy, jeśli będzie ona rozpatrywana w postępowaniu odwoławczym, okaże się jednak inny niż w pierwszej instancji. Zmora polskiego sądownictwa – strach, że odeślą z drugiej instancji do ponownego rozpatrzenia i znajdzie się to w ŚWIĘTYCH STATYSTYKACH SĄDOWYCH – załatwiona w jednej scenie! Dla polskiego sędziego jako psychoterapia – bezcenne.

Subtelność (znów tytuł filmu!) różnicy między prawdą i prawdą sądową nie jest tu wykorzystana (jak to u nas bywa) do żenującego zawstydzania sędziego i sądu. Bezradność Temidy dobrze spełniającej swój obowiązek jest bowiem, o czym wie reżyser, sędzia i przysięgli, wkalkulowana w działanie wymiaru sprawiedliwości i nie odbiera jej ona społecznej legitymizacji. Nie jest przecież problemem, kiedy ta bezradność jest nieuniknionym kosztem i ryzykiem towarzyszącym funkcjonowaniu w złożonym społeczeństwie, ale staje się nim, kiedy to konsekwencja błędów, niedbalstwa, prymitywizmu i braku profesjonalizmu. Sąd to nie tylko gronostaje. To także subtelność. Ozdobna toga symbolizuje wyniosłość, formalizm, bezduszne oderwanie od życia, niezrozumiały, hermetyczny język sług Temidy. Sama subtelność uczuć to z kolei niesprawiedliwa dowolność decyzji na rzecz tego, kto bardziej wzruszy sąd prawdziwymi czy udawanymi łzami. Kiedy gronostaje, kiedy subtelność? Ile której, w jakich proporcjach, jak mają ze sobą współistnieć? Rozróżnienie tych sytuacji wymaga uwagi, starania, umiejętności, czasu i znów – subtelności.

Tę uwagę dedykuję tym, którzy chętnie i szybko, stawiając nawet trafną diagnozę chorób dręczących judykatywę, zarzucających jej (nie bez racji) mandarynizm, w momencie przejścia do terapii proponują populistyczne, prościutkie końskie lekarstwo gorsze od choroby, by wspomnieć chociażby niedawny wywiad Adama Czarnoty dla „Kultury Liberalnej”.

Szkoda, że film o sędzim Racine i jego pracy, zatytułowany na dobitkę „Subtelność”, nie skusi zapewne tych, którym obejrzenie go, i to koniecznie ze zrozumieniem, najbardziej by się przydało.

Może chociaż znajdą się w ciemnej kinowej sali przez przypadek?

 

Film:

„Subtelność”, reż. Christian Vincent, Francja 2015.

 

*Ikona wpisu: fot. materiały prasowe Aurora Films

SKOMENTUJ

Nr 394

(30/2016)
26 lipca 2016

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail