Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Projekt: Polska] 52/48,...

[Projekt: Polska] 52/48, czyli świat podzielony prawie na pół

Paweł Ciacek

Dzisiaj, w sierpniu 2016 r., nikt z nas nie ma wątpliwości, że przyszło nam żyć w niespokojnych czasach. Era „końca historii” i przekonania, że teraz może być już tylko lepiej i tylko spokojniej, bezpowrotnie odeszła w przeszłość.

Uczucie niepokoju o to, co przyniesie jutro, zaczęło nam towarzyszyć w codziennym życiu. Zapewne każdy z nas jeszcze pamięta wydarzenia sprzed niecałego miesiąca: zamach w Nicei, strzelaniny w Dallas i Monachium. Pamiętamy, choć strumień kolejnych niepokojących doniesień sprawia, że te dramaty szybko przechodzą do historii. Tymczasem w tle dramatycznych zamachów zachodzą gwałtowne polityczne przemiany w wielu zakątkach kuli ziemskiej. Kolejne wybory, kolejne referenda, wojskowe pucze…

Odległość miejsca, specyfika kultury i uwarunkowań społeczno-politycznych nakazywałaby dużą ostrożność w snuciu porównań i szukaniu związku pomiędzy tymi zdarzeniami. A jednak intuicyjnie zaczynamy szukać podobieństw, powiązań, a nawet ciągów przyczynowo- skutkowych pomiędzy wyborami w Polsce, referendum w Wielkiej Brytanii, puczem w Turcji i wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Przekonanie, że świat jest coraz bardziej zglobalizowany, nakazuje nam patrzeć na problemy społeczno-polityczne niezależnie od państwowych granic. Pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia na kontynencie europejskim i w USA zaczynają bowiem układać się w wyraźny wzór.

Każdy z tych politycznych zwrotów dokonał się dzięki niewielkiej przewadze przeciwników obecnego porządku. 52 do 48 – to proporcja, którą warto zapamiętać. Powtarza się ona niezależnie od kraju i wydarzenia. W Polsce do ostatniej chwili Bronisław Komorowski był faworytem, w Wielkiej Brytanii zwolennicy Brexitu mieli poparte sondażami nadzieje, że jednak wygrają referendum. W Stanach Zjednoczonych niemal do ostatniej chwili perspektywa nominacji Donalda Trumpa wydawała się polityczną fikcją. A jednak to, co wydawało się niemożliwe, kolejno stawało się faktem. Kandydaci, partie czy kwestie promowane przez polityczny establishment przegrywały. Właśnie stosunkiem 48 do 52.

Polska

Wynik drugiej tury wyborów prezydenckich w Polsce w 2015 r. do ostatniej chwili stał pod znakiem zapytania. 24 maja 2015 r. okazało się, że Andrzej Duda pokonał Bronisława Komorowskiego stosunkiem głosów 51,55 proc. do 48,45. W pierwszej turze Andrzej Duda dostał spodziewane poparcie twardego elektoratu PiS. Głosowali na niego przede wszystkim ludzie mieszkający na wsi, starsi, powyżej 50 lat, z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Był to elektorat tradycyjny, najbardziej niezadowolony z kierunku rozwoju, który Polska obrała w ostatnich latach.

Prawdziwą rewolucją na scenie politycznej był jednak Paweł Kukiz. Znany z rockowych scen, a nie z politycznych wieców, prowadził brawurową, nieokrzesaną kampanię. Jego niepoprawne politycznie wypowiedzi i nieobliczalne deklaracje wprowadzały popłoch w mainstreamowych mediach i na politycznych salonach. Wynik 20 proc. dla Pawła Kukiza w pierwszej turze był szokiem dla wszystkich obserwatorów życia społecznego. Dlaczego? Skąd te głosy? Dlaczego człowiek, który nie ma pojęcia o funkcjonowaniu państwa, jest kandydatem jednej piątej wyborców w Polsce? Ta jedna piąta to przy tym głównie ludzie młodzi, wychowani po roku ‘89, całkiem dobrze wykształceni, wchodzący na rynek pracy lub funkcjonujący na nim od niedawna.

Paweł Kukiz w trakcie kampanii wydawał się być „nieprzemakalny”, żadna poważna gafa nie była w stanie zatrzymać staje rosnącego trendu poparcia. Kukiz ze swojej politycznej niepoprawności uczynił zaletę. Nieznajomość mechanizmów funkcjonowania państwa i brak doświadczenia w zawodowej polityce służyły jako uwiarygodnienie jego podstawowego przekazu: „Precz z partiokracją!”.

Radykalne zerwanie z dotychczasową praktyką rządzenia znakomicie wpisywało się w oczekiwania młodego elektoratu. Pokolenie wychowane po 1989 r., lepiej wykształcone niż ich starsi koledzy i koleżanki i patrzące na Zachód bez kompleksów nie chciało i nie chce przyjąć do wiadomości, że nie mają co liczyć na taki sam awans materialny, jaki był udziałem ich rodziców. Czas szybkiego wzrostu odchodzi już w przeszłość, a związane z tym poczucie niepewności jest znakomita glebą, na której wyrasta potrzeba silnej władzy i chęć zamykania się we własnej narodowej wspólnocie. Odrzucenie znanych polityków i państwa, które – w przekonaniu wielu ludzi – nie pomaga, bo „istnieje tylko teoretycznie”. Na tym właśnie polu spotkali się wyborcy Kukiza i Andrzeja Dudy.

Wielka Brytania

W 2013 r., w obliczu słabnącego poparcia Torysów i w oczekiwaniu na nowe wybory w 2015 r., David Cameron zadeklarował, że jeśli zostanie ponownie premierem, ogłosi referendum w sprawie pozostania jego kraju w strukturach Unii Europejskiej. Wówczas gest ten był traktowany jako sprytny taktyczny ruch, dzięki któremu Cameron uciszył zwolenników wyjścia z UE w swojej partii, a także zneutralizował konkurencję ze strony Nigela Farage’a i jego Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa.

Cameron dotrzymał słowa i po niespodziewanie udanych dla siebie wyborach musiał wyznaczyć termin głosowania. W lutym 2015 r., kiedy premier zwołał referendum, zwolennicy pozostania w Unii mieli nieznaczną przewagę w sondażach. Jednak w ciągu kolejnych miesięcy kampania przeciwników pozostania Wielkiej Brytanii w UE okazała się bardziej dynamiczna. Suchym wyliczeniom pokazującym, ile kraj straci na wyjściu ze Wspólnoty, przeciwstawiała silny emocjonalny przekaz: „Odzyskamy niepodległość. Sami będziemy o sobie decydować”.

Przebudzenie 24 czerwca było bolesne: Brytyjczycy zdecydowali, że ich kraj wyjdzie z Unii Europejskiej. Stosunek głosów już znamy : 51,89 proc. – za; 48,11 proc. – przeciw. O „wyjściu” przesądzili mieszkańcy małych ośrodków, a także osoby starsze, z niższymi dochodami. Londyn – globalna metropolia, młodzi oraz Szkocja i Irlandia Północna głosowali za pozostaniem w strukturach EU. Ostatnio dziennik „The Independent” w artykule podsumowującym Brexit zacytował Nigela Farage’a, który w trakcie kampanii powiedział, że wyborcy wykorzystają referendum do tego, by pokazać środkowy palec klasie politycznej. Miał rację.

Stany Zjednoczone

Niedługo czekają nas wybory na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Już stało się to, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się niemożliwe. Donald Trump oficjalnie został kandydatem Partii Republikańskiej na ten urząd. Nieobliczalny, narcystyczny miliarder w ostatnich miesiącach niwelował dystans do Hillary Clinton. Obecnie średnie poparcie w sondażach wskazuje na kilkuprocentową przewagę byłej sekretarz stanu (47,5 do 40,5 proc.).

Niewielka to jednak różnica, zważywszy na to, że jeszcze rok temu Trump nie miał praktycznie żadnych szans w starciu z Clinton. Tym bardziej niewielka, zważywszy na liczbę wpadek, jakie notuje republikański kandydat na prezydenta. Obrażanie muzułmanów, Meksykanów, protekcjonalny i często impertynencki ton wypowiedzi w stosunku do kobiet, przyjazne gesty w stosunku do Rosji i do Putina osobiście, to tylko kilka z przykładów „barwnych” politycznych niepoprawności politycznych, które Trump popełnia na drodze do najważniejszego urzędu na świecie. Cały czas żaden z tych błędów pojedynczo, a nawet ich suma nie zraniły go na tyle poważnie, żeby waszyngtońskie i nowojorskie elity przestały obawiać się najgorszego.

Donald Trump, podobnie jak i zwolennicy Brexitu, z dużą łatwością posługuje się antyestablishmentowymi hasłami, a także sprzeciwem wobec globalizacji oraz elit politycznych i finansowych.

Co z tego, że on sam od urodzenia jest częścią tego establishmentu. Co z tego, że kiedy dojdzie do władzy, nie zrealizuje większości swoich obietnic. Co z tego, że większości z tych obietnic zaprzeczy, podobnie jak zrobił to Nigel Farage dzień po zwycięskim referendum. Dla tych 52 proc., którzy wynoszą nowe siły do władzy, niespełnienie obietnic wyborczych nie ma na razie większego znaczenia. Ważniejsze jest to, że mogą wyrazić sprzeciw wobec polityków, którzy przestali reprezentować ich interesy, wobec elit finansowych, które nie poniosły żadnej odpowiedzialności za kryzys 2008 r., pozostawiając ich – zwykłych coraz biedniejszych obywateli – samym sobie. Ważniejsze jest to, żeby usłyszeć, że ich kandydat zmiecie elity, sprawdzić siłę swojego głosu, zobaczyć przerażenie w oczach wymuskanych elit, które przez lata karmiły ich okrągłymi zdaniami. Oraz powtarzały jak mantra, że czegoś nie można zrobić, czegoś nie można zmienić, bo budżet, bo równowaga finansowa, bo tak urządzony jest świat.

Te 52 proc., niezadowolone z kierunku, w którym zmierza świat, chce właśnie wywrócić do góry nogami dotychczasowy porządek liberalnych demokracji. Powiedzieć: „jesteśmy tutaj”, zapomniani przez was, zajętych globalną ekspansją neoliberalnego porządku, pogonią za szybkim zyskiem osiąganym bez odpowiedzialności, kosztem obywateli ich własnych krajów. Jesteśmy tutaj, my, którzy dobrze wiemy, że lepiej już było, że teraz może być już tylko gorzej. Jesteśmy tutaj i oczekujemy, że coś dla nas w końcu zrobicie. Inaczej wybierzemy takich ludzi, którzy wysadzą was z wygodnych foteli.

W obronie liberalnych demokracji

Świat zachodni jest pęknięty niemal dokładnie na pół – 52/48. Jednak trudno jest wyznaczyć geograficzną, czy też społeczno-demograficzną linię tego podziału. Zwolenników Brexitu, wyborców Trumpa, zwolenników Kukiza i do pewnego stopnia Dudy łączy przekonanie, że obecne polityczne elity nie są w stanie sprostać wyzwaniom przyszłości, a globalizacja nie przynosi rozwiązań dobrych dla wszystkich.

Możemy oczywiście uznać, że serca i umysły tych 52 proc. podbijają populiści ze swoimi nierealistycznymi hasłami. Możemy wierzyć w to, że kilka lat populistycznych rządów przyniesie otrzeźwienie i społeczeństwa, po latach niefrasobliwie uprawianej polityki, z radością wrócą do polityków środka. Ja jednak uważam, że wszyscy, którzy wierzą w dotychczasowy model kapitalizmu i demokrację liberalną, muszą postawić sobie pytanie o to, w jaki sposób odpowiedzieć na realne społeczne lęki, co zrobić, żeby nie zaprzepaścić gospodarczych osiągnięć zachodniego świata.

Warto się zastanowić, czy w drodze do ekonomicznego sukcesu i w wierze, że wolny rynek działa, a demokracja liberalna sprawdza się jako sposób na odkrywanie i spełnianie społecznych żądań, nie przegapiliśmy istotnych potrzeb. Namysł w tej sprawie jest konieczny, jeśli nie chcemy, żeby to globalne pękniecie się nie pogłębiało. Namysł i działanie jest niezbędne, jeśli nie chcemy, żeby w miejsce demokracji liberalnych pojawiły się państwa bazujące na totalitarnych mechanizmach. Erdoğan już pokazuje drogę do takich rozwiązań.

 

* Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Pixabay.com

SKOMENTUJ

Nr 395

(31/2016)
8 sierpnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail