Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Czy wielkość przechodzi...

Czy wielkość przechodzi w jakość? Relacja z festiwalu Audioriver 2016

Karol Aurewicz

11. edycja festiwalu pozostawiła po sobie mieszane uczucia. Szereg porządnych występów i z roku na rok coraz lepszą organizację zrównoważyło kilka bolesnych wpadek.

Bilety na ten największy w Polsce festiwal muzyki elektronicznej czwarty raz z rzędu wyprzedano jeszcze przed jego rozpoczęciem. Stał się już więc rozpoznawalną marką. Także lista zaproszonych artystów tradycyjnie wyglądała imponująco i dołożyła sporo do komercyjnego sukcesu. Zapowiadała się więc świetna edycja festiwalu. Czy spełniła pokładane nadzieje?

Organizacja to nie wszystko

Na pewno organizatorzy robią, co w ich mocy, by nie zawieść oczekiwań. Po tylu latach budowania marki festiwalu nie stawiają oczywiście swojego dzieła na głowie, ale nie osiadają także na laurach. Cieszy ich otwartość na sugestie publiki. W zeszłym roku kolejki po piwo ciągnęły się w nieskończoność? Tym razem było więcej stanowisk. Fani chcieli więcej drum and bassu? Jeden festiwalowy namiot był poświęcony wyłącznie temu gatunkowi przez obie noce imprezy. I najważniejsza nowość: dzienna scena na płockim rynku i najmniejsza na terenie festiwalu zyskały osobnych sponsorów, co przełożyło się na poprawę nagłośnienia i poziomu artystycznego.

Do sprawdzonej formuły wprowadzono więc kosmetyczne, acz odczuwalne poprawki. Dźwiękiem muszą ją jednak wypełnić artyści, a tym udawało się to różnie. Pozytywnie zaskoczyli mnie Dubfire i Fabio Florido. Obaj przebili oczekiwania – pierwszy audiowizualnym show przewyższającym standardowe festiwalowe wizualizacje, drugi… opanowaniem. Zrozumiał, że grając o 22.00 nie jest gwiazdą wieczoru i powinien publikę raczej rozgrzać i wprowadzić w nastrój, niż zaprzęgać to szalonych temp. Takiej samoświadomości wielu DJ-om niestety brakuje. Wysoki poziom pokazali także Richie Hawtin, Vrilski i François X. Bez niespodzianek dostarczyli porządne sety techno. Nie wymagają one rozbudowanego komentarza, każdy dał nam swoją porcję festiwalowej zabawy.

Fot. Paweł Brudło. Materiały organizatora.

Fot. Paweł Brudło. Materiały organizatora.

Wiele tematów do dyskusji dostarczyli z kolei Crystal Castles. Był to na pewno najciekawszy występ tegorocznego Audioriver, przede wszystkim dzięki pytaniom, do których postawienia zmusił. Obecne poczynania zespołu mają bowiem udowodnić, że to kompozytor wszystkich partii instrumentalnych Ethan Kath jest mózgiem tej operacji, a tożsamość wokalistki jest drugorzędna wobec ostatecznej formy dzieła. W końcu poprzednia, ogłaszając swoje odejście z duetu, chciała go od razu pogrzebać, czemu Kath natychmiast zaprzeczył. Szybko znalazł zastępczynię, wystąpił z nią wspólnie już na kilkudziesięciu koncertach i nagrał album, którego premiera lada dzień. Wydawać by się mogło, że krzyczeć potrafi każdy, prawda? Nieprawda. Odkąd nowa wokalistka, Edith Frances, wydała pierwsze tchnienie do mikrofonu, nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Jej śpiew od razu skojarzył mi się z lotniskową spikerką z „Misia”, która angielski akcent imitowała, wypychając usta jedzeniem. Przychodziły mi na myśl różne hipotezy, tłumaczące ten spektakl. Może miała gorszy dzień? Może źle się poczuła? Wszystkie jednak zmuszony byłem odrzucić, ponieważ Frances koncertowo położyła prawie cały materiał poprzedniczki, bez problemu natomiast poradziła sobie z utworami nowymi, w których powstaniu już uczestniczyła. Na ich tle starsze piosenki brzmiały wręcz groteskowo.

Trudno więc nie doszukiwać się przyczyny. Była to jedynie niekompetencja czy świadomy manifest artystyczny? Może w ten sposób chcieli odciąć się od dotychczasowego dorobku i symbolicznie rozpocząć nowy rozdział w historii zespołu? Tak czy inaczej mam nadzieję, że wypracują jakiś konsensus i także stary materiał będą wykonywać na równie dobrym poziomie. Bo nowe utwory wraz z DJ-skimi „solówkami” Katha pokazały, że potrafią zaprezentować się od najlepszej strony. Jeśli tylko chcą.

Cyrkowe fatum?

Problemem tegorocznej edycji były jednak występy, które nie tylko nie wzbudzały żadnych refleksji, ale i wypadły daleko poniżej oczekiwań. Skupiły się w namiocie cyrkowym, co raczej nie jest przypadkiem. Wygląda na to, że kiedy DJ-e dowiadują się, że mają grać na największej festiwalowej scenie dedykowanej muzyce stricte klubowej, wszelkie bardziej artystyczne zapędy paraliżuje chęć przypodobania się jak największej liczbie zgromadzonych.

DJ-e podczas seta nie otrzymują wiarygodnej informacji zwrotnej, jest więc on odzwierciedleniem bardziej ich wyobrażenia o publiczności niż jej rzeczywistych gustów. W tym roku najniższe mniemanie o niej mieli Scuba i The Martinez Brothers. Ten pierwszy wypadł szczególnie niekorzystnie, bo spadł z wysokiego konia. Trudno wymagać, by w 2016 r. dla szerokiej publiki grał dubstep, mógłby jednak wykrzesać z siebie set o chociaż śladowych ilościach autorskiego stylu. Wmiksowanie urywka „Blood on my Hands” Shackletona i najnowszego singla Pearson Sound („XLB”) w półtoragodzinny występ to za mało. Skończyły one jako przerywniki pomiędzy muzyką nieustannie wywołującą déjà vu. Czasem z powodu usłyszenia kolejny raz wyeksploatowanego utworu („Submission” Truncate’a i Jimmy’ego Edgara), czasem tak zestandaryzowanego, że przypominającego szereg podobnych.

Cechą charakterystyczną seta The Martinez Brothers była natomiast ubogość. Ich występ ograniczał się często do sekcji rytmicznej okraszonej jedynie głupawym samplem wokalu zapętlonym do znudzenia. Nawet z pokaźnego katalogu Roberta Hooda potrafili wyłuskać jedno z bardziej bezbarwnych dokonań (Floorplan – „Baby, Baby”). Daleko odeszli od deep house’u singla „My Rendition”, którym w 2007 r. rozpoczęli międzynarodową karierę. Znamiennym owocem przemian jest ich najnowszy utwór „Stuff in the Trunk”, którym także uraczyli nas w Płocku. Z jego czterowersowego tekstu dowiadujemy się, że… bliżej niesprecyzowane „rzeczy” znajdują się w bagażniku. Ta informacja powtarza się tyle razy, że z pewnością zapamiętam ją na długo. Razem z przeświadczeniem, że The Martinez Brothers zamiast muzyki klubowej zaprezentowali akompaniament do aerobiku.

…i kto się przed nim uchronił

Na szczęście nawet na scenie cyrkowej zdarzali się wykonawcy nierównający w dół. Spośród nich najcieplej wspominam live set Kölscha. Jego styl idealnie znalazł się w plażowych okolicznościach przyrody na Audioriver. Słodka, niezobowiązująca i lekko, acz w sposób kontrolowany kiczowata muzyka świetnie pasuje do letniego festiwalu. Kölsch udowodnił, że większą publikę można zabawić z głową i bez poświęcenia indywidualnego stylu. Podobno live set Recondite pozostawił podobne wrażenia. Może zapraszanie producentów do odegrania własnych utworów jest właśnie sposobem na uniknięcie fatum Circus Tent?

W tym roku udawało się je kontrować także dzięki tajnej broni festiwalu – scenie Electronic Beats. Tam czekały dobre i przede wszystkim urozmaicone występy. W tym kolejne ze ścisłej czołówki AR 2016: Octave One i Shackleton. Pierwsi nie tylko klasykiem „Black Water”, ale i najnowszymi kompozycjami, pokazali, że Detroit techno ma się świetnie. Drugi, dzięki zaproszeniu dwóch bębniarzy i ksylofonisty, dodał więcej dynamizmu do muzyki w stylu swoich najnowszych dokonań z „Deliverance Series”. Na żywo zachowała ona hipnotyczność, nabierając jednocześnie koncertowych rumieńców.

***

Choć 11. edycja Audioriver na papierze wyglądała lepiej niż w rzeczywistości, nie pozwoliła się nudzić i zaserwowała kilka pamiętnych występów. Jeśli tylko uda się przełamać cyrkowe fatum, następne odsłony AR będą tak dobre, jak ich zapowiedzi. Bo marka i sprawna organizacja już zostały wypracowane.

 

Festiwal:

Audioriver 2016, 29 – 31 lipca, Płock.

 


Aurewicz baner

Patronem artykułu jest NETIA, wspierająca inicjatywy społeczne w dziedzinie muzyki niezależnej.


 

SKOMENTUJ

Nr 397

(33/2016)
16 sierpnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail