Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Bliskie spotkania z...

Bliskie spotkania z latami 80. Recenzja serialu „Stranger Things”

Karol Kućmierz

„Stranger Things”, jeden z najnowszych hitów platformy Netflix, to idealny produkt naszych czasów, w których popkulturę zdominowały próby powrotów do przeszłości. Nostalgiczna podróż do świata kina lat 80. opłaciła się jego twórcom, prowokuje jednak pytania o oryginalność ich wizji.

Włodarze największych wytwórni filmowych w Hollywood od lat żyją w przekonaniu, że nieustanna reanimacja dobrze znanych tytułów i bohaterów to recepta na gwarantowany sukces. Widzowie tylko ich w tym utwierdzają, reagując nadmiernym entuzjazmem na każdą wzmiankę o nowej wersji filmu, który uwielbiali w młodości, lub adaptacji kultowej książki albo komiksu. Modelowym konsumentem popkultury i jej główną siłą napędową stał się pogardzany niegdyś geek, obsesyjny pasjonat gotowy do bezkrytycznego zachwytu, jeszcze zanim zobaczy choćby jeden kadr. A przynajmniej tak wyobrażają go sobie ludzie stojący za najbardziej dochodowymi franczyzami.

Stworzony przez Matta i Rossa Dufferów „Stranger Things” to przedsięwzięcie zdecydowanie skromniejsze od hollywoodzkich blockbusterów, jednak mimo to pasuje ono do krajobrazu, który wypełniają kolejne produkcje powstające pod sztandarami „Gwiezdnych wojen”, „Star Treka” czy superbohaterskiego uniwersum Marvela. Serial Netflixa zaledwie w ciągu tygodnia zdobył tak dużą popularność, że zauroczeni widzowie dyskutowali o nim zawzięcie nawet na tegorocznym Comic-Conie, jednym z najważniejszych konwentów miłośników komiksów i fantastyki odbywającym się w San Diego. To impreza, na której twórcy oraz aktorzy związani z najbardziej wyczekiwanymi kinowymi widowiskami pojawiają się osobiście, żeby spotkać się z fanami i zaprezentować zwiastuny nadchodzących filmów. Konkurencja była zatem ogromna, a producenci „Stranger Things” nie mieli żadnej oficjalnej reprezentacji, jednak gdzieś pomiędzy „Wonder Woman” a „Strażnikami Galaktyki 2”, w kuluarach, serial zaistniał w świadomości uczestników. W przyszłym roku z pewnością pojawi się już z własnym panelem dyskusyjnym.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Oryginalna nieoryginalność

Pierwszy odcinek „Stranger Things” rozpoczyna się od ujęcia rozgwieżdżonego nieba, po czym kamera zjeżdża w dół, ukazując tajny rządowy budynek podający się za laboratorium Departamentu Energii, położony na obrzeżach małego miasteczka Hawkins w stanie Indiana. Już w pierwszej minucie dowiadujemy się, że odbywają się w nim podejrzane i niebezpieczne eksperymenty, z których rezultatami przyjdzie się zmierzyć głównym bohaterom serialu. Ich z kolei spotykamy w następnej sekwencji. To czwórka 12-letnich chłopców dzielnie walcząca z Demogorgonem w emocjonującej rozgrywce fabularnej gry „Dungeons & Dragons”. Podczas tej krótkiej sceny od razu poznajemy również ich charaktery: Mike (Finn Wolfhard) jest liderem grupy, Dustin (Gaten Matarazzo) to wesołek, Lucas (Caleb McLaughlin) wyróżnia się charyzmą i odwagą, a Will (Noah Schnapp) to najbardziej wrażliwy z chłopców. I to właśnie ten ostatni, wracając w nocy do domu, zaginie w tajemniczych okolicznościach.

Poszukiwania Willa stają się katalizatorem dla całej narracji i wciągają w intrygę coraz szersze grono bohaterów: matkę chłopca, Joyce (Winona Ryder), jego starszego brata Jonathana (Charlie Heaton), szeryfa Jima Hoppera (David Harbour), a kiedy znika także nastolatka Barb (Shannon Purser), w centrum wydarzeń pojawia się jej przyjaciółka i zarazem siostra Mike’a – Nancy (Natalia Dyer). Najważniejszy wątek fabuły pozostaje jednak przy trójce chłopców. To oni spotykają w lesie Eleven (Millie Bobby Brown), dziewczynkę, która uciekła z laboratorium Departamentu Energii i – jak wkrótce się przekonują nasi bohaterowie – dysponuje czymś w rodzaju psychokinetycznych mocy.

Można powiedzieć, że serial Dufferów to remake niemal wszystkich filmów z pogranicza science fiction i horroru z lat 70. i 80. jednocześnie.

Karol Kućmierz

Opowiadając tę historię, twórcom „Stranger Things” udało się wypełnić ważną lukę w popkulturze, gdzieś pomiędzy świeżością a czymś całkowicie konwencjonalnym. Na tle licznych kontynuacji, adaptacji lub remake’ów serial braci Dufferów wypada oryginalnie. Pojawiają się w nim nowi bohaterowie oraz świat przedstawiony obudowany skrupulatnie skonstruowaną mitologią. To jednak sprytna iluzja, która szybko się rozmywa przy wnikliwym spojrzeniu. „Stranger Things” pośrednio i bezpośrednio nawiązuje do tak wielu wytworów popkultury – filmów, powieści, komiksów – że w natłoku skojarzeń nie da się jednoznacznie ustalić tej jednej najważniejszej inspiracji. Można powiedzieć, że serial Dufferów to remake niemal wszystkich filmów z pogranicza science fiction i horroru z lat 70. i 80. jednocześnie. Albo że twórcy napisali opowieść, która mogłaby się rozgrywać na przecięciu światów znanych z dorobku Stevena Spielberga, Johna Carpentera oraz Stephena Kinga.

Żadne porównanie tego rodzaju nie odda jednak gęstej i splątanej sieci zapożyczeń, której nitki prowadzą do praktycznie każdego aspektu serialu. Niektóre z nich są łatwo dostrzegalne, jak plakaty z ikonicznych filmów – „Szczęki” (1975), „Martwe zło” (1981) czy „Coś” (1982) – wiszące w pokojach głównych bohaterów. Inne dotyczą np. warstwy dźwiękowej (syntezatorowy soundtrack Kyle’a Dixona i Michaela Steina do złudzenia przypomina muzykę Johna Carpentera do jego własnych obrazów), wizualnej (liternictwo czołówki odsyła wprost do okładek powieści Stephena Kinga) czy konstrukcji postaci (bohaterowie to wariacje na temat typów stale przewijających się w kinie lat 80., np. w młodzieżowych filmach Johna Hughesa, takich jak „Klub winowajców”).

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Mit nowej przygody

Ambitni fani „Stranger Things” zdążyli już przygotować bogate przewodniki po tytułach, które miały znacznie bardziej istotny wpływ na fabularny i audiowizualny kształt „Stranger Things”. Wśród wymienianych dzieł pojawiają się m.in.: „E.T.” (1982) oraz „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977) Stevena Spielberga, „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” (1979) Ridleya Scotta, „Goonies” (1985) Richarda Donnera, „Duch” (1982) Tobe’a Hoopera, „Stań przy mnie” (1986) Roba Reinera, a nawet awangardowe „Pod skórą” (2013) Jonathana Glazera. W jednym z materiałów wideo, przygotowanym przez dziennikarza Ulysse’a Thevenona, możemy nawet samodzielnie ocenić, na ile twórcy zwyczajnie kopiowali, a na ile kreatywnie przetwarzali ujęcia i motywy wizualne z filmów, do których nawiązywali.

Rozpoznawanie i śledzenie przytłaczającej liczby przypisów i hiperłączy, przyklejonych do wielu elementów serialu, nie jest jednak konieczne, żeby czerpać przyjemność z jego oglądania. Podczas przekopywania się przez kolekcję kaset VHS z czasów swojej młodości Matt i Ross Dufferowie stworzyli coś więcej niż tylko zbitkę montażową złożoną z ulubionych scen. Choć bohaterowie serialu to w większości dobrze znane archetypy, zupełnie nie przeszkadza to w przejmowaniu się ich losami. „Stranger Things” to zatem idealna propozycja dla widzów, którzy pragną wciąż tych samych historii, tylko za każdym razem w nieco odmiennych dekoracjach – i bez ciężaru przynależności do rozbudowanego uniwersum. Dzieje się tak dlatego, że gdy Dufferowie obsesyjnie parafrazują sceny z filmów science fiction i horrorów lat 70. i 80., nie chodzi im tylko o popisanie się przed widzami swoją encyklopedyczną wiedzą o kinie z tego okresu. Udało im się dotrzeć do jego mitycznych struktur.

W poszukiwaniu straconych emocji

Działanie twórców „Stranger Things” ma na celu przywołanie intensywnych odczuć i emocji, które towarzyszyły im samym podczas inicjalnych seansów tych filmów i podzielenie się nimi z publicznością. Zachwytem nad wyobraźnią Stevena Spielberga, strachem pomieszanym z fascynacją podczas oglądania „Obcego” czy powiewem czekającej tuż za rogiem przygody z „Goonies”. Tak jak w przypadku wielu współczesnych filmów i seriali, tęsknota za wyidealizowaną przeszłością po raz kolejny okazała się jedną z głównych motywacji do tworzenia. Jeśli wziąć pod uwagę ogromną popularność „Stranger Things”, po drugiej stronie ekranu widzowie mają podobne potrzeby.

Dzięki skromnej, lecz umiejętnie poprowadzonej fabule i bohaterom naszkicowanym z empatią, Dufferowie skuteczniej zbliżyli się do standardów wyznaczonych przez Spielberga.

Karol Kućmierz

Jednym z najbardziej wyrazistych i często powtarzających się motywów w twórczości Stevena Spielberga jest tzw. spielbergowska twarz, doskonale przedstawiona w wideo eseju Kevina B. Lee. Chodzi o charakterystyczne zbliżenie na twarz bohatera, który obserwuje – zachwycony i przerażony równocześnie – jakieś niezwykłe zjawisko, często w połączeniu z dynamicznym najazdem kamery i podniosłą ścieżką dźwiękową. Ekspresyjna twarz postaci w filmach twórcy „E.T.” ma jednak przede wszystkim sugerować oczekiwaną reakcję widza, który – jeśli reżyser dobrze wykonał swoje zadanie – powinien dzielić z nimi te odczucia.

Bracia Dufferowie również sięgnęli po ten środek i chociaż nie zawsze udaje im się osiągnąć zamierzony efekt, to poszło im zdecydowanie lepiej niż J.J. Abramsowi, który próbował swoich sił w inspirowanym estetyką Spielberga filmie „Super 8” (2011). Zamiast wywołać w widzach odpowiednie emocje, Abrams ograniczył się jedynie do perfekcyjnej mimikry gestów swojego mistrza. W „Stranger Things”, dzięki skromnej, lecz umiejętnie poprowadzonej fabule i naszkicowanym z dużą dozą empatii bohaterom, nieco mniej utalentowani w reżyserskiej technice Dufferowie skuteczniej zbliżyli się do standardów wyznaczonych przez Spielberga. Ich największy popis stanowi sekwencja, w której Eleven w ostatniej chwili ratuje Mike’a i Dustina z rąk szkolnych prześladowców, wykorzystując do tego swoje nadnaturalne umiejętności. Całość rozgrywa się nad malowniczą przepaścią w kamieniołomie. Wszystkie elementy idealnie ze sobą współgrają: proste efekty specjalne, stopniowanie napięcia oraz gra młodych aktorów. W zbliżeniach na twarze bohaterów obserwujemy całą gamę emocji, które z pewnością udzielają się także widzom.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Miłośnicy fantastyki w fantastycznym świecie

Opowieść braci Dufferów w ciągu ośmiu odcinków składających się na pierwszy sezon serialu płynnie przechodzi pomiędzy gatunkami: science fiction, horrorem, dramatem rodzinnym i komedią o nastolatkach. Biegłość reżyserów sprawia, że zmiany tonacji nie są rażące, a dzięki niewielkiej ilości epizodów wszystkie poruszone wątki są esencjonalne. Twórcy pozwalają sobie na drobne innowacje w obrębie obowiązujących gatunkowych schematów (np. uczuciowy trójkąt pomiędzy Nancy i dwoma chłopcami zostaje rozegrany dużo ciekawiej, niż to bywa zazwyczaj), lecz jeśli chodzi o najważniejsze wątki, to zmierzają one w kierunku, który łatwo przewidzieć. Mimo to „Stranger Things” skutecznie pochłania widza i angażuje go emocjonalnie, przede wszystkim dzięki świetnym rolom młodych, w większości debiutujących aktorów. Serce serialu tkwi w relacjach pomiędzy chłopcami i Eleven, która pełni rolę E.T. Mike, Lucas i Dustin zmieniają się i redefiniują swoją przyjaźń pod wpływem jej inności, co jest także świetną metaforą okresu dojrzewania. W końcu chłopcy w tym wieku postrzegają dziewczyny trochę, jakby były istotami nie z tego świata.

Poza tym Dufferowie mają niewątpliwy talent do realizacji atrakcyjnych wizualnie oraz trzymających w napięciu sekwencji: próby kontaktu z Willem za pomocą lampek choinkowych, ucieczkę na rowerach przed rządowymi agentami czy liczne konfrontacje z grasującym po okolicy potworem należy zaliczyć do najlepszych momentów serialu. Odświeżające jest również to, że główni bohaterowie sami są miłośnikami popkultury i w reakcji na spotykające ich niezwykłe wydarzenia porównują je do znanych im filmów, książek i komiksów. Część lasu, w której zaginął Will, chłopcy nazywają Mroczną Puszczą z „Władcy Pierścieni”, rozmawiając o pochodzeniu mocy Eleven, uciekają się do analogii z superbohaterami – X-Menami i „Zieloną Latarnią”, a w wielu innych sytuacjach wykorzystują nawiązania do „Gwiezdnych wojen” jako skróty myślowe (gdy podejrzewają zdradę, wystarczy, że powiedzą „Lando Calrissian”, i wszyscy wiedzą, o co chodzi; ponadto Dustin marzy o tym, żeby Eleven uniosła siłą swojego umysłu model Sokoła Millenium).

***

Pomimo wielu przyjemności płynących z oglądania „Stranger Things” (najlepiej w jak najkrótszym czasie), nie jest to serial pozbawiony wad. Poza twórczym przetwarzaniem swoich ulubionych inspiracji w zapadające w pamięć sceny bracia Dufferowie tak naprawdę nie mają zbyt wiele do powiedzenia o ludziach i świecie. Skonstruowana przez nich opowieść składa się przede wszystkich z innych opowieści. Pomimo sprawnej charakterystyki większość bohaterów nie wykracza poza obręb stereotypu i scenarzyści nie wykorzystali licznych okazji, żeby jakoś skomentować lub skrytykować rodzaje postaci, które zaludniają ich świat. Nawet najciekawsze z nich, takie jak Eleven, momentami są redukowane do roli narzędzia posuwającego akcję do przodu. Z kolei osadzenie fabuły w latach 80. – logiczne, biorąc pod uwagę zakres inspiracji – uniemożliwiło twórcom uaktualnienie lub wywrócenie do góry nogami pewnych konwencji. Pod wieloma względami „Stranger Things” mogłoby powstać w latach 80., co jego twórcy pewnie uznaliby za nie lada komplement.

Pomimo niedociągnięć i niewykorzystanych możliwości „Stranger Things” wciąż pozostaje doskonałą rozrywką o zwartej strukturze – pozbawionej zbędnego fabularnego balastu charakterystycznego dla produkcji platformy Netflix. Wyłapywanie nawiązań do licznych dzieł popkultury zadowoli wymagających widzów, a cała reszta doceni odpowiednie wyważenie pomiędzy oryginalnością a tradycją. Prawdziwym sprawdzianem dla serialu okaże się drugi sezon. Jeśli Dufferowie chcą kontynuować swoją opowieść i wejść na wyższy poziom, będą musieli sięgnąć nieco głębiej pod powierzchnię.

 

Serial:

„Stranger Things”, twórcy: The Duffer Brothers, USA 2016–.

 

*Ikona wpisu: fot. materiały prasowe

SKOMENTUJ

Nr 397

(33/2016)
16 sierpnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail