Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Ludzie przeżywają po...

Ludzie przeżywają po to, by opowiadać. O reportażu Katarzyny Boni „Ganbare! Warsztaty umierania”

Jan Pytalski

Wszystko w reportażu Katarzyny Boni o katastrofie w Fukushimie jest na skalę totalną. Totalne zniszczenie i totalne sprzątanie. Totalna odbudowa i masowe odkażanie. Tylko historie jej japońskich bohaterów mają inną skalę – są bardzo ludzkie.

Ganbare_okladka

Do lektury mojego pierwszego reportażu z Japonii skłoniły mnie słowa Melchiora Wańkowicza. W poświęconej sztuce reportażu „Karafce La Fontaine’a” Wańkowicz wspomina „Hiroszimę” Johna Herseya jako podręcznikowy przykład reportażu wojennego prosto z epicentrum hekatomby na niespotykaną dotąd skalę.

Hersey był pierwszym reporterem, który tak szczegółowo opisał zniszczenia Hiroszimy po zrzuceniu na nią bomby atomowej. Swój reportaż, wydany w 1946 r., zbudował wokół historii sześciu osób, które niesamowitym zrządzeniem losu przetrwały wybuch.

70 lat później wydawnictwo Agora podarowało polskim czytelnikom reportaż Katarzyny Boni pod tytułem „Ganbare! Warsztaty umierania”. Podobnie do Herseya, Boni podąża za konkretnymi ludźmi i stara się pokazać niewyobrażalne zniszczenie poprzez kolaż indywidualnych głosów i relacji. Jest to opis spustoszenia, jakie na swoim szlaku pozostawiły trzęsienie ziemi oraz tsunami z 2011 r. w północno-wschodniej części wyspy Honsiu. To także śledztwo, które ma pomóc nam zrozumieć, jak po drugiej stronie globu ludzie powoli podnoszą się po końcu świata. Każdy z bohaterów zapamiętał zdarzenia nieco inaczej, jedni domyślali się prawdziwego charakteru zdarzenia, inni długo nie rozumieli otaczającego ich chaosu. Hersey zbudował kompozytowy portret tragedii z sześciu bardzo szczegółowych relacji, tymczasem Boni zdecydowała się na zbiór krótkich opowieści.

Pytalski_baner

Chronologicznie wszystko potoczyło się następująco: trzęsienie ziemi w marcu 2011 r. wywołało tsunami, które uderzyło w wybrzeże Japonii i zmiotło wszystko na swojej drodze. Pod wodą znalazła się także część elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. Jej reaktory wybuchły ostatecznie po heroicznej próbie ich uratowania przez pracowników oraz służby ratunkowe. Katastrofa doprowadziła do skażenia na bezprecedensową skalę.

Autorka śledzi losy ludzi pokrzywdzonych na każdym etapie tej tragedii, którzy stracili majątki, rodziny czy zdrowie, a często wszystko jednocześnie. Ciężar opowieści spada na świadków, dlatego czytelnik dostaje tekst bardzo osobisty, w którym zachowowane są jednak wszelkie zasady dziennikarskiego rzemiosła. Jego siłą faktycznie staje się opowiadana historia, a nie językowa ekwilibrystyka autorki.

Tsunami tendeko

Książka trafia na nasze półki pięć lat po tragicznych wydarzeniach tamtego feralnego marca. Krócej, bo około roku, zajęła podróż szczątków i pamiątek w formie przedmiotów codziennego użytku z wybrzeża Japonii na Alaskę: „W mroźny lutowy dzień David Baxter podniósł z piasku żółtą boję z czarnym chińskim znakiem «Kei». Postanowił odnaleźć jej właściciela” (str. 12). Pan Baxter odnajduje osobę powiązaną z tajemniczą bojką, a oprócz tego „jeszcze siedem osób, których rzeczy podniósł z plaży”.

Podobnie jak przypadkowy mieszkaniec Alaski, autorka jedzie do Japonii i odnajduje ludzi, a wraz z ludźmi świadectwa grabieży, której dokonał Pacyfik. Poszukując odpowiedzi na pytania o skalę traumy i zniszczenia, Boni idzie jednak krok dalej. Przedstawia kontekst, historyczny oraz kulturowy, który nadaje niewiarygodnej głębi historiom pojedynczych ludzi – kilkunastu spośród setek tysięcy zagubionych, zmarłych czy przesiedlonych osób.

To właśnie dzięki ukazaniu doświadczeń całych pokoleń Japończyków i przykładów wielu dawniejszych katastrof indywidualne historie śledzone przez autorkę stają się tak interesujące. Opis tradycji, które przetrwały wieki, a teraz ujawniają się z pełną mocą, pokazuje także, jak mocno splecione z życiem codziennym Japończyków są śmierć, zniszczenie, a także koncepcje cykliczności tych tragicznych zdarzeń i, zdawałoby się, niekończąca się odbudowa.

Podobnie jak rodzaje tsunami, pobojowiska mogą być różne – istnieją nie tylko te namacalne, oczywiste, do których widoku na ekranach monitorów i telewizorów przywykliśmy, ale także te ukryte, osobiste, takie, na których nigdy nie odbuduje się domu, dzielnicy czy całego miasta:

„Po trzech latach nie było już rumowiska. Jedyna pamiątka po tsunami to pusty plac, na którym kiedyś stała Onagawa. I brutalna linia na parterze szpitala. Miasto wracało do życia. A dla Masaakiego i Yasuo cały czas był 2011 rok” (str. 36).

Niekończącą się walkę z żywiołem i własną traumą świetnie ilustruje także rozdział zatytułowany „Cztery Tsunami Pana Sato”, w którym życie oraz losy rodziny tytułowego bohatera zdeterminowane zostały w dużym stopniu przez cztery niezależne kataklizmy na przestrzeni ponad stu lat. To historia, która wskazuje cykliczność opisanych doświadczeń i ich kulturową wagę, a w konsekwencji także przenicowanie wielu płaszczyzn życia, z językiem na czele:

Tsunami tendeko […] Kiedy zbliża się tsunami, ratuj się sam, nie patrz na innych […] zanim zaczniesz pomagać innym, musisz pomóc sobie. Akt egoizmu, bez którego nie przeżyłby nikt, żeby następnym pokoleniom opowiadać o tsunami. I ostrzegać: tsunami tendeko” (str. 43).

Każdy z nas zna swoją odległość

W drugiej część reportażu dominują tematy elektrowni atomowej Fukushima Daiichi, jej pracowników, skażenia radioaktywnego oraz specjalnego stosunku Japończyków do atomu. Dużo czasu i miejsca Boni poświęca próbie zrozumienia wielowymiarowości całego zdarzenia. Razem z ludźmi, których życie zostało wywrócone do góry nogami przez niewidzialne promieniowanie, dziennikarka zadaje pytania o pamięć, tożsamość i przywiązanie do ziemi, ale także o podstawy fizyki jądrowej.

Tu również spojrzenie autorki jest panoramiczne. Boni dociera do ludzi, którzy odmówili opuszczenia skażonych terenów i opiekują się czeredą domowych zwierzaków pozostawionych przez właścicieli, do farmerów, aktywistów czy naukowców. Druga część „Ganbare!” zaczyna momentami sprawiać wrażenie reportażu w reportażu, tym razem bardziej śledztwa niż antropologicznej analizy. Boni opisuje lata praktyk, ujawniających systemową lekkomyślność przy pracy z radioaktywnymi materiałami.

Krótki historyczny rys stosunku Japończyków do energii atomowej oraz tego, jak za sprawą ogromnych pieniędzy i propagandy udało się przekonać kraj, że atom może przeistoczyć się z najgorszego wroga w najlepszego przyjaciela, jest świetnym podsumowaniem całego zagadnienia. W rozdziale „Kampai” w trakcie niezobowiązującej rozmowy o tradycyjnej kuchni z różnych rejonów Japonii czy niuansach pędzenia oraz picia sake, Boni zręcznie przeprowadza wywiad z grupą hibakusha – napromieniowanych od bomby – który dostarcza historycznego tła dla dalszych rozdziałów poświęconych katastrofie w Fukushimie.

Uderzające podobieństwa relacji hibakusha z tekstu Boni do relacji ofiar z reportażu Herseya nie dziwią, jednak uderza fakt, że ofiary tsunami – podobnie jak ofiary bomby – zawsze pamiętają odległość, jaka dzieliła ich od epicentrum zdarzeń. „Każdy z nas zna swoją odległość”, mówią weterani z Hiroszimy. „To jak drugie imię”. Chociaż nikt spośród ofiar kataklizmu z marca 2011 r. nie formułuje tego w ten sam sposób, każdy zawsze wspomina o dystansie. Metry to zawsze to, co dzieli ich lub ich bliskich od śmierci, a poczucie bezpieczeństwa wynikające z bycia na odpowiedniej wysokości czy w punkcie ewakuacji często okazuje się fałszywe. Tak jak bohaterowie reportażu Herseya nigdy do końca nie zrozumieli, w jaki sposób mogli przeżyć, tak i bohaterowie Boni często kompletnie nie rozumieją w pierwszej chwili skali katastrofy. Z relacji przytoczonych przez reporterkę wyłania się obraz ludzi, którzy desperacko próbują uspokajać samych siebie, racjonalizując sytuacje, które zapowiadają tragedię:

„Próbował skontaktować się z żoną. Nie odbierała. Szpital, w którym pracowała, leżał daleko od brzegu w innej części Ishinomaki. Próbował skontaktować się z córką. Nie odbierała telefonu. Obie są bezpieczne, pomyślał […] Wiedział, że szpital w Onagawie stoi wysoko […] Wiedział, że Bank Shichiju Shichi [gdzie pracowała córka – JP] od szpitala dzieli kilkaset metrów. Był spokojny” (str. 32).

Masaaki, bohater tego fragmentu reportażu, stracił córkę, która nigdy nie dotarła do szpitala. Takich historii, demonstrujących wiarę w ludzką umiejętność przygotowania się na najgorsze, wyznaczenia odpowiednich punktów ewakuacji (bank córki Masaakiego był jednym z nich), jest w reportażu Katarzyny Boni znacznie więcej. Kolejne pokolenia Japończyków zdają się odkrywać tę samą prawdę od nowa. Zawsze uciekaj dalej. Znów powraca ostrzeżenie: tsunami tendeko.

Daj z siebie wszystko!

Siłą, która każe działać wielu bohaterom reportażu, jest potrzeba uszanowania i pożegnania zmarłych w sposób, który odpowiada japońskiej tradycji. Dzięki pochówkowi bliskich próbują oni odnaleźć spokój ducha. Te wysiłki, często skazane na niepowodzenie, dają autorce pretekst do opowiedzenia, jak ważną rolę w kulturze Japonii odgrywają śmierć oraz cały otaczający ją ceremoniał.

Ten specjalny stosunek do śmierci oraz tytułowe „ganbare!”, czyli „trzymaj się!”, „daj z siebie wszystko!”, stanowią oś reportażu. Okrzyk, który zna cała Japonia, pełni dwie funkcje na raz – ma zachęcać do działania i dodawać otuchy, gdyż, jak pisze Boni, „granica pomiędzy tym, kiedy potrzebujesz zachęty, a tym, kiedy potrzebujesz pomocy, jest bardzo cienka”.

Ludzie opisani w „Ganbare!” dzielą się właśnie według powyższych kategorii. Niektórzy bohaterowie to osoby, które desperacko potrzebują pomocy – jak ofiary kataklizmu wysiedlone z zalanych czy skażonych terenów, które do dziś żyją w stalowych kontenerach. Pozostali to ci, którzy pomocy udzielają. Jedni pomagają materialnie, inni niosą nadzieję, pozwalają się wygadać lub zapewniają bezpośredni kontakt ze zmarłymi, dają szansę na ostatnie pożegnanie, nadzieję na spokój.

Mocną stroną reportażu Boni jest dobór ludzi i sytuacji, które mają ilustrować te znacznie bardziej uniwersalne zagadnienia: od mnicha Kanety, który podróżuje od obozu tymczasowego do obozu z „Café de Monk”, objazdową kawiarnią, do której mogą przyjść i ponarzekać ci, którym na co dzień brakuje partnera do rozmowy, przez Itaru Sasakiego z jego Kenzo no denwa – wietrznym telefonem – dzięki któremu przy odrobinie wiary i wyobraźni każdy może odbyć tę ostatnią rozmowę z zaginionymi lub zmarłymi bliskimi, na którą zabrakło czasu, do Itako, szamanek, które są medium i pozwalają porozmawiać z dowolnym zmarłym, z którym łączą nas więzy krwi.

„Dwoistość japońskich wierzeń oznacza, że choć zmarły pozostaje z rodziną jako duch przodka, to jednocześnie jego dusza musi sobie radzić sama w zaświatach, zanim – w nowym wcieleniu – powróci na ziemię” (str. 75).

Dlatego tak ważne jest, aby ducha zmarłego odpowiednio przygotować, nie ściągnąć na siebie jego gniewu, zapewnić sobie i swojej rodzinie opiekę.

Było. Nie ma

Reportaż Boni zbudowany jest wokół kilku wiodących schematów, co dodaje jego konstrukcji pewnej elegancji. Po pierwsze, podobnie jak w „Hiroshimie” Herseya podążamy za losami poszczególnych ludzi, którzy przeżyli tragedię i są w stanie dać świadectwo kataklizmu, opowiedzieć o swojej osobistej walce ze stratą. To właśnie w rozdziale o czterech tsunami pana Sato autorka odnotowuje, że „ludzie przeżywają po to, by opowiadać”. Boni nie skupia się jednak na kilku wybranych osobach. Zamiast tego znajduje nowych bohaterów, gdziekolwiek zjawia się w trakcie swoich podróży.

Kolejnym elementem konstrukcyjnym reportażu są powtórzenia, które kojarzą się z modlitwą lub mantrą. Autorka dobiera je w sposób, który wzmacnia obraz zniszczenia i jest szczerze poruszający. Z punktu widzenia czytelnika potrafi być nawet nieco męczący, czy nawet nużący, ale to właśnie w ten sposób – niemal na siłę – Boni podkreśla nieodwracalność tragedii. Bo chociaż praca wre, a miasta podnoszą się z mułu i gruzów, niektórym bohaterom reportażu pozostają modlitwy bez odpowiedzi i głuche mantry powtarzane od nowa, ale wciąż bez rezultatu. Kiedy Boni opisuje Rikuzentakatę, miasto zmiecione z powierzchni ziemi przez tsunami, wylicza wszystko to, co zostało utracone. „Było. Nie ma” – tak kończy każdy akapit, który krok po kroku uzupełnia wizerunek zniszczenia.

Warsztaty umierania

Na warsztatach umierania w Jokohamie mnich Tetsuya Urakami uczy chętnych, jak zadbać w życiu o to, co dla każdego najważniejsze. Uczestnicy odgrywają w głowach scenariusz, w którym zapadają na nowotwór, a w trakcie postępującej choroby muszą odrzucać kolejno jedną z dwudziestu kartek, na których zapisali ludzi i rzeczy dla nich najważniejsze. Na końcu ćwiczenia umierają, ale w zamian dostają ważne pytanie: „co zrobicie z tymi dwudziestoma skarbami…?”.

Wszystko w reportażu Katarzyny Boni jest na skalę totalną. Totalne zniszczenie i totalne sprzątanie. Totalna odbudowa i masowe odkażanie. Nawet liczba historii i szczegółów, do których dociera pisarka, jest masowa. Tak jak liczba informacji i danych. Tylko historie jej bohaterów mają inną skalę, są bardzo ludzkie. Pewnie dlatego tak mocno oddziałują na czytelnika. Boni bezbłędnie przechodzi od ogółu do szczegółu. Być może największym osiągnięciem reporterki jest właśnie to, że w niepretensjonalny sposób i z dziennikarską klarownością opisała coś tak w gruncie rzeczy nieuchwytnego, jak osobista tragedia i zgliszcza, które katastrofa za sobą pozostawia – warsztaty umierania w wymiarze totalnym.

Książka:

Katarzyna Boni, „Ganbare! Warsztaty umierania”, wyd. Agora, Warszawa 2016.

SKOMENTUJ

Nr 399

(35/2016)
30 sierpnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail