Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Feminizując] Stan zagrożenia

[Feminizując] Stan zagrożenia

Katarzyna Kazimierowska

Polska nie stanie się drugim Salwadorem, nie zacznie za dokonywanie aborcji zamykać kobiet i lekarzy w więzieniach. Ale nie o zamykanie chodzi pisowskiemu rządowi, jedynie o stworzenie takiej możliwości.

Od miesięcy obserwuję poruszenie na forach internetowych, na grupach założonych na portalach społecznościowych, w rozmowach znajomych, w artykułach prasowych. Z naszych ust, wpisów internetowych, listów do polityków wypływa niepokój. Co to będzie, pytamy; czy posuną się tak daleko; martwimy się o nas, nasze siostry, przyjaciółki, córki, wnuczki. Czy nam to zrobią? Czy się odważą? Internet i prasa nierządowa płoną z oburzenia, na grupach dyskusyjnych gore chęć zemsty, walki i protestu.

Ale na demonstracjach tego nie widać. Może więc, skoro łatwiej nam wrzucić selfie w czarnym ubraniu i oznaczyć je hasłem „czarny protest”, niż wybrać się pod sejm, ten strach nie jest na poważnie, a ten niepokój to tylko z nudów? Może oprócz warszawskiej histerii i kilku mniejszych załamań nerwowych w Trójmieście, Poznaniu czy Krakowie właściwie nikogo to nie obchodzi? A może po prostu nie wyszliśmy jeszcze na ulicę w milionach, bo jednak wierzymy, że zdrowy rozsądek naszych polityków weźmie górę? Że jednak czytają sondaże, a te wyraźnie mówią, że Polacy nie tylko nie chcą zaostrzenia przepisów aborcyjnych, ale połowa z nas chce ich złagodzenia. Przecież nie jesteśmy państwem wyznaniowym, nie możemy światopoglądu i etyki katolickiej przekładać nad regulacje medyczne i paragrafy prawa karnego, prawda? Wierzymy, że w imię religii – a nie każdy Polak to katolik – nie można łamać praw człowieka, ubezwłasnowolniać ze względu na płeć i na podstawie definicji, które tworzone są na wiarę, a nie na wiedzę – jak ta, że zarodek to człowiek.

Ale od niemal roku ponura polityczna rzeczywistość codziennie pokazuje nam, że logika, prawo i dobro drugiego człowieka nie są wartościami, którymi kieruje się obecny rząd. Przykłady można mnożyć: hasła „Puszcza Białowieska”, „media narodowe” czy „apel smoleński” są wystarczająco dla Czytelnika zrozumiałe. Dlatego nie można liczyć na to, że i w kwestii ustawy aborcyjnej się nie pomylimy. A myliliśmy się już kilka razy, o kilka za dużo. Nie wierzyliśmy, że Andrzej Duda wygra – no jednak wygrał. Nie wierzyliśmy, że PiS będzie rządzić samodzielnie – ha, co za ponura niespodzianka. Dlaczego więc i tym razem ma być inaczej?

Wydaje mi się, że w przypadku przepisów regulujących dostęp do aborcji nie chodzi o rzeczywistą zmianę, a raczej o rzeczywisty strach, który odciąga uwagę. W Polsce po temat aborcji sięga się zawsze, gdy tak naprawdę chodzi o coś innego. Aborcja to wygodny temat. Wołamy: aborcja! I podnosi się larum z obydwu stron barykady. Media rzucają się na aferę jak wygłodniałe psy, mamy szum informacyjny, chaos w myślach i uczuciach. W takiej sytuacji, gdy opinia publiczna patrzy gdzie indziej, można wreszcie pracować. A przecież PiS lubi działać pod osłoną nocy. Tak jest, wydaje mi się, i teraz. Niby mamy głosowanie na temat odrzucenia wniosku obywatelskiego o zaostrzenie prawa aborcyjnego, ale w tym czasie sejm tak naprawdę powinien dyskutować umowę CETA, czyli unijno-kanadyjskie porozumienie o wolnym handlu. CETA to taki TTIP (umowa o wolnym handlu z USA, jeszcze nie przegłosowana), tak samo kontrowersyjna, tyle że z Kanadą. I chodzi o to, żeby wprowadzić ją od razu, choć tymczasowo, dopóki nie ratyfikują jej kraje unijne. Dlatego uwaga opinii publicznej powinna być skierowana w tę stronę.

Ale my widzimy aborcję, a nie to, co chce się po cichu, choć tymczasowo, załatwić bez naszej wiedzy. Aborcja się przydaje. Dlatego rządowi nie będzie zależało na szybkim załatwieniu tej sprawy, na zmianie ustawy aborcyjnej, bo wtedy będzie musiał wymyślić coś innego, co będzie wzbijało kurz i robiło szum. Poza tym już przekazał tyle pieniędzy na Fundusz Kościelny (ostatnio dodatkowe 8 mln zł), że odpłacił się po wielokroć panom w spódnicach, którym coraz bardziej nieliczni wierni coraz mniej wrzucają na tacę, a którzy najgłośniej postulują zamykanie rozwiązłych kobiet. I dlatego Polska nie stanie się drugim Salwadorem, nie zacznie zamykać kobiet i lekarzy w więzieniach, ale nie o zamykanie chodzi pisowskiemu rządowi, jedynie o stworzenie takiej możliwości, bo to stwarza chaos, a chaos jest dobry. Przynajmniej w polityce.

Przecież polski rząd nie chce być wzywany co chwila na dywanik przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. A sprawy zaczną być zakładane, bo w końcu kobiety to mściwa płeć. Przecież nie chcemy, by unijni prawnicy uznali zmianę prawa aborcyjnego za łamanie praw człowieka i zakręcili kurek z unijnymi pieniędzmi. Jeszcze w dodatku przyplątałby się Międzynarodowy Trybunał Karny i obok umiłowanych świętych słów „Polska” i „katolik” ktoś dopisałby „zbrodnie przeciwko ludzkości”.

W Polsce po temat aborcji sięga się zawsze, gdy tak naprawdę chodzi o coś innego.

Katarzyna Kazimierowska

Dlatego myślę, że w obecnej sytuacji może warto stosować te same metody, które wobec nas stosuje rząd. Skoro oni budują na kobiecych niepokojach stan zagrożenia, zróbmy to samo. Zamiast wniosku o liberalizację ustawy aborcyjnej, złóżmy wniosek o wypłacanie każdej kobiecie w ciąży, od dnia poczęcia, 500 zł na dziecko przez pierwsze dziewięć miesięcy jego życia. Zgodnie z definicją, że płód to człowiek, a ciężarna to pełnoprawna matka. Więc i pieniądze należą się już wcześniej. Wykorzystujmy na potęgę zwolnienia lekarskie w ciąży, niech państwo płaci, w końcu ciąża to stan błogosławiony i nic nie może zagrażać poczętemu świeżo dziecku. Albo na odwrót. Ogłośmy rok 2017 błogosławionym rokiem wstrzemięźliwości seksualnej. Jak rząd zaliczy spadki w demograficznych statystykach, to się może opanuje.

Krystyna Janda na swoim profilu na portalu społecznościowym napisała, że Polki nie potrafią działać solidarnie. Coś w tym jest, skoro w walce o nasze prawa nie umiemy zorganizować się w wielomilionowy ruch, który pokaże rządzącym, gdzie mogą sobie swoje groźby względem nas wsadzić. I tak jak trudno jest mi uwierzyć w naszą solidarność (choć chciałabym, naprawdę!), tak wierzę, że Polacy to naród, który nie lubi, jak się mu mówi, co ma robić. I Polki potrafią się zbuntować po swojemu. Na to liczę. Jeśli nie na masowe protesty, które – jak widać – nie ruszają polityków, to może na rebelię mocno indywidualną i na miarę każdej z nas, ale która przyniesie zaskakujące efekty.

***

Postscriptum: 3 października czeka nas Ogólnopolski Strajk Kobiet. Na razie planują go grupy typu Dziewuchy Dziewuchom na Facebooku, ale może wreszcie internetowa inicjatywa przełoży się na wielką akcję strajkową? Czy kobiety znajdą w sobie odwagę, by nie pójść do pracy, nie zrobić dziecku kanapek do szkoły, tylko wyjść na ulicę i powalczyć o swoje? Niech nas będzie milion. Milion już coś o nas mówi.

 

* Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Erika Wittlieb; Źródło: Pixabay.com

SKOMENTUJ

Nr 402

(38/2016)
26 września 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail