Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Co w podziemiu...

Co w podziemiu piszczy? Relacja z festiwalu Up To Date 2016

Karol Aurewicz

Po siódmej edycji festiwalu Up To Date pozostaje jeden wniosek. Każdy komu bliska muzyka elektroniczna, powinien stawić się za rok w Białymstoku.

Jak rozreklamować miasto wśród młodzieży? Najlepiej festiwalem skrojonym pod jej gusta. Potrzeba do tego zapaleńców, których determinacja nie tylko ściągnie publikę z całego kraju, ale i przełamie wątpliwości decydentów. Taki bezcenny zasób posiada Białystok. W tym roku pomimo wcześniejszego oporu władze stolicy Podlasia zrozumiały, że organizatorzy festiwalu Up To Date (UTD) robią dla miasta więcej niż niejedna kampania reklamowa. Fani ciepło wspominający tegoroczną edycję wrócą na kolejną. I namówią znajomych.

Skąd Litwini wracali? Z ambientowego wracali salonu

Już od otwarcia UTD dało się wyczuć przychylność władz, bo pierwszego dnia koncerty na scenie „Centralny Salon Ambientu” odbyły się w Aula Magna barokowego pałacu Branickich. Szumna nazwa zyskała więc adekwatną oprawę reprezentacyjnej sali magnackiej siedziby. Paradoksalnie jednak pierwszego wieczoru najciekawszy występ dał Noordwiijk, najdalej ze wszystkich artystów na tej scenie odchodząc od tytułowej łatki. Styl Kanadyjczyka często przypominał utwory kompozytorów muzyki elektroakustycznej, dźwięki wygenerowane elektronicznie zderzał on bowiem z samplami tradycyjnych instrumentów. Całość stworzyła najbardziej awangardowy występ UTD 2016.

Drugiego dnia koncerty „Centralnego Salonu” odbyły się w Filharmonii Podlaskiej. Tym razem zachwycił przede wszystkim Rafael Anton Irisarri. Ambientowe przywiązanie do nastroju i szczegółu uzupełnił intensywnością drone’u. Budował utwory warstwa po warstwie, aż wypełnił chyba wszystkie słyszalne częstotliwości. Efekt był wzniosły i wręcz przytłaczający.

Z pałacu na parking

W Centralnym Salonie Ambientu zaprezentowało się w sumie sześciu wykonawców, był więc kunsztowną odskocznią od głównej imprezy. A ta w tym roku po raz pierwszy odbyła się… na podziemnym parkingu Stadionu Miejskiego. Surowe otoczenie zręcznie dostosowano do potrzeb festiwalu. Cieszyło zwłaszcza ustawienie dwóch głównych scen, które nie zagłuszały się nawzajem, choć dzieliła je tylko ściana. Zapomnijcie o pielgrzymkach po ogromnym terenie festiwalu. Aby zmienić klimat wystarczyło przejść się kilkanaście metrów.

Charakter scen budowała nieskazitelna logika doboru artystów. Dzięki niej uzyskano zarazem niespotykaną spójność stylistyczną każdej sceny i zachowano między nimi zróżnicowanie. Na Technosoul w piątek techno i electro podzieliły się czasem po połowie, a w sobotę mroczna odmiana tego pierwszego przejęła prawie całą noc dla siebie. Z kolei scena Electronic Beats otwierała obie noce koncertami hip-hopowymi, by potem przechodzić w gatunki elektronicznej muzyki tanecznej o bardziej połamanych rytmach: drum and bass czy footwork.

Organizatorzy w doborze potknęli się tylko raz, ustawiając w sobotnią noc Phase Fatale pomiędzy Acronymem a Vatican Shadow. Jego występ nie tylko był prymitywniejszy, bo często ograniczał się do wygłaszania deklamacji po niemiecku akompaniowanych pojedynczym beatem. Złamał także spójność sobotniej nocy, prezentując na zmianę EBM i industrial techno pomiędzy bardziej nastrojowymi odmianami tego drugiego gatunku.

Zawiodła także gwiazda piątkowej nocy, Legowelt. Jego bogaty dorobek studyjny łączy podszyty melancholią retro czar hardware’u z osobliwym poczuciem humoru. Legowelt zapracował na miano ekscentryka na scenie pełnej indywidualistów. Można więc oczekiwać od niego seta z nutką szaleństwa i dystansu. Nie tym razem jednak, na żywo postawił bowiem przede wszystkim na łomot. Niestety zatracił tym samym wszystko, co go wyróżnia. Pod jego setem równie dobrze mógłby podpisać się występujący wcześniej Ekman.

Na szczęście autoironii i frajdy nie poskąpił sobie i publice Luke Vibert. W porównaniu ze standardowym DJ-em, za konsoletą nieruchomym niczym słup soli, zachowywał się wręcz ekstrawertycznie – stroił miny i wymachiwał rękoma, a w przekręcanie kontrolek na mikserze angażował całe ciało. Słowem: poczuciem humoru i wręcz grą aktorską przebił bańkę nabrzmiałych oczekiwań względem artystów występujących na scenie. Nie zawiódł także muzycznie, ze wszystkich swoich wcieleń pokazując jungle’owe i breakbeatowe. Logiczny wybór, grał bowiem pomiędzy DJ-ami specjalizującymi się w drum and bass na tyle mocnym, że przechodzącym czasem w breakcore.

Acronym. Fot. Studio Wasabi

Acronym. Fot. Studio Wasabi

Z artystów zupełnie poważnych dobre występy zgodnie z oczekiwaniami dali Acronym i Vatican Shadow. Pierwszy postawił na powolne hipnotyzowanie słuchaczy muzyką w tempach raczej do kiwania głową niż skakania w amoku. Czegoś jednak zabrakło do wyśrubowanego poziomu „June”, jednego z najlepszych albumów techno zeszłego roku. Występ na żywo nie był aż tak angażujący, a „tylko” dobry. Z kolei Vatican Shadow ewidentnie chciał ogłuszyć słuchaczy zawrotnym tempem i głośnością, co jest spójne z jego noise’ową proweniencją. Pod koniec występu jednak zwolnił i wrócił do bardziej nastrojowych kompozycji utrzymanych w klimacie albumów studyjnych.

Marsowe miny prezentowali również Rommek i Evigt Mörker. Nie za to zasługują jednak na wyróżnienie, a za najciekawsze sety odpowiednio w piątek i sobotę na scenie Technosoul. Pomimo, a być może dlatego, że obaj mają na koncie jak dotychczas jedynie cztery EP-ki, zabrzmieli najbardziej świeżo. Rommek stawił na formę skuteczną w prostocie. Choć zamykał piątkową noc, nie wybrał oczywistej drogi najszybszego i najgłośniejszego występu. Rozpoczął w ślamazarnym tempie, by konsekwentnie je zwiększać, budując jednocześnie nad nim ambientowe tekstury. Dopiero po 40 minutach jego set nadawał się do tańczenia. Evigt Mörker wybrał natomiast hipnotyzowanie średnimi tempami, wokół których również roztaczał chmury czasem mrocznych, czasem dziwacznych dźwięków. Obu artystów warto śledzić.

Sety Rommeka i Evigta Mörkera są też najlepszym dowodem dogłębnej wiedzy organizatorów. Potrafią z bezdennych czeluści undergroundu wyszperać nie tylko artystów z już ustaloną pozycją (Legowelt), ale i obiecujących debiutantów, a klasyków (DJ Deeon) uzupełnić wschodzącymi gwiazdami (DJ Earl). Właśnie dlatego warto wybrać się za rok na Up To Date. Część nazwisk nic nam nie będzie mówiła, ale to ci wykonawcy zapewne dadzą najlepsze występy.

 

Festiwal:

Up To Date, 23–24 września 2016 r., Białystok.

 

*Ikona wpisu: fot. Damian Przestrzelski

SKOMENTUJ

Nr 404

(40/2016)
4 października 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail