Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Ojciec, Syn i...

Ojciec, Syn i Duch Święty

Tomasz Rachwald

Debiut fabularny Jana P. Matuszyńskiego bez odwołań do polityki pokazuje 30 lat historii Polski widzianej z okien mieszkania jednej z niezliczonych rodzin wypełniających blokowiska. A że ta akurat rodzina składa się z trzech szczególnych osobowości, również wnętrze jej domu prezentuje się wyjątkowo.

W domu państwa Beksińskich panuje stosunek do śmierci, można rzec, barokowy. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą Zdzisława, wybitnego malarza, którego fantastyczne obrazy, surrealistyczne wizje pokawałkowanego świata, wiszą na wszystkich ścianach. Tutaj trumienny dowcip i makabreska znajdują dla siebie przytulny zakątek. Przesiąknięty nimi Tomek, jedyny syn Zdzisława Beksińskiego i Zofii Stankiewicz, mieszka w sąsiednim bloku i regularnie wpada do rodziców jak niszczycielski huragan, by roznosić meble i przybory kuchenne w rozpaczliwym nawołującym o uwagę szale. Jedynie Zofia, wykształcona kobieta, poświęciwszy swoje ambicje dla roli westalki podtrzymującej płomień rodzinnych uczuć, próbuje przywrócić światu Beksińskich właściwy porządek, w którym życie jest bardziej wartościowe od śmierci. Ale opisana tu atmosfera udziela się też starszym paniom, Beksińskiej i Stankiewiczowej, dwóm seniorkom z Rzeszowszczyzny, gdy w lekkiej rozmowie zastanawiają się, które z rodziny odejdzie ze świata jako pierwsze – i zgodnie obstawiają Tomka. Nie jest to jednak jedyna śmierć, o której opowiada się w „Ostatniej rodzinie”.

Reżyser Jan Matuszyński i scenarzysta Robert Bolesto dokonali rzeczy rzadkiej. Kręcąc film o dwóch artystach – z których Zdzisław był malarzem, a Tomek przemienił swoje życie w performance totalny – nie popadli w banał opowiadania o nich językiem ich sztuki. Makabryczne i niepokojące malarstwo Zdzisława Beksińskiego jest w „Ostatniej rodzinie” bohaterem trzecioplanowym, mówi się o nim jako o źródle utrzymania rodziny, jako o codziennym zajęciu ojca, elemencie dekoracyjnym ścian w mieszkaniu Tomka.

Twórcy filmu swoim postaciom przyglądają się z dystansu, stosują powtarzalne ujęcia z „kociej perspektywy” – z miejsca w korytarzu, z którego można podglądać możliwie największą część mieszkania. Dłużnikami estetyki Beksińskiego są co najwyżej wtedy, gdy przywołują jego amatorskie wideo, z emocjonalnym chłodem rejestrujące życie rodzinne malarza. Znaczną część filmu zresztą zajmuje odtwarzanie wybranych nagrań na VHS-ie i kamerze cyfrowej, na których aktorzy z pietyzmem kopiują zachowania Beksińskich. Te zabiegi składają się na skupiony na drobiazgach opis życia rodzinnego w środkowej Europie II połowy XX w. Zwyczajne przypadki niezwyczajnych ludzi.

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film

W domach z betonu

Film Matuszyńskiego przywołuje na myśl kilka wcześniejszych polskich dzieł, w których usiłowano artystycznie przetworzyć specyficzne doświadczenie życia rodzinnego w gigantycznych ulach-wieżowcach z wielkiej płyty zamieszkałych przez tysiące osób. Pierwszym jest „Życie Wewnętrzne” Marka Koterskiego z 1986 r. W tym skromnym filmie Miauczyńskiego (wyjątkowo nie Adasia, lecz Michała), uosobienie kompletne znerwicowanego polskiego inteligenta lat przełomu ustrojów, grał Wojciech Wysocki. Betonowe gmaszysko, modernistyczne marzenie zamienione w koszmar, staje się tu miejscem spotkań ludzi wzajemnie się nienawidzących. Miauczyński, żyjący na łódzkim „Manhattanie” przy Piotrkowskiej, najbardziej na świecie żałuje, że nie wolno mu zabić swojej żony. Identyczne poczucie straconego życia i marzenia o ucieczce przed rodziną towarzyszyło bohaterowi „Przeprowadzki” Jerzego Gruzy z 1972 r., inżynierowi (Wojciech Pszoniak), który demoluje swoje mieszkanie w bloku i pragnie wybrać się w podróż z jedną walizką. W obu filmach gierkowskie blokowisko daje się poznać jako architektoniczne horrendum, puszka ludzkich konserw, służąca gnębieniu populacji poprzez stłoczenie jej na małej powierzchni i znęcanie się nad nią budowlanymi niedoróbkami. Tak swoje nowe mieszkanie w „Ostatniej rodzinie” zdaje się widzieć 19-letni Tomek Beksiński, który w początkowych sekwencjach filmu niezdolny jest wyjść z niewykończonego, śmierdzącego cementem pokoju, a na próby pocieszenia reaguje agresją.

Ale jest też drugi aspekt domów z betonu, słabiej zaznaczony w polskiej kinematografii, dostrzeżony jednak przez filmowego Zdzisława Beksińskiego. W państwie o wysokim przyroście ludności po II wojnie światowej, któremu dokucza niedobór powierzchni mieszkalnej, uzyskanie własnego „M” w Warszawie oznaczało realny awans społeczny. Jest to wątek, który po okresie socrealistycznym (np. „Autobus odjeżdża 6:20” z 1954 r.) na dobrą sprawę w kinie polskim niemal zaniknął, pojawiał się co najwyżej w wydaniu parodystycznym (jak u Stanisława Barei w „Nie ma róży bez ognia” z roku 1974 oraz „Alternatywach 4” z lat 1983–1986). W „Ostatniej Rodzinie” fascynacja Beksińskiego blokowiskiem zdaje się być związana z jego specyficzną wyobraźnią, tym samym poczuciem estetyki, które wytworzyło jego ukazujące zniszczony świat malarstwo. Matuszyński zdaje się wpisywać w nurt uznający blokowiska za miejsca nieprzyjazne dla większości posiadającej tradycyjny zmysł estetyczny.

Twórcy już w pierwszej części filmu dają znać, że choć Służew tętni życiem, tytułowa rodzina szwankuje.

Tomasz Rachwald

Nieświęta rodzina

Chociaż w pierwszej części filmu mieszkanie na Służewie tętni życiem, filmowcy już w niej dają znać, że tytułowa rodzina szwankuje. Domową przestrzenią rządzą dziwactwa mężczyzn, a kobieta usiłująca spajać rodzinę wydaje się zupełnie nie znajdować wsparcia. Panem domu niewątpliwie jest tu Ojciec, którego fenomenalnie zagrał Andrzej Seweryn. Aktor, który dawno w polskim kinie nie stanął przed wyzwaniem na miarę swojego talentu, tu z pomocą pionu charakteryzatorskiego dosłownie „wcielił się” w potwornego narcyza. Oddany swojej pasji malarz, człowiek dobroduszny i stoicko zrównoważony, zarazem sportretowany zostaje jako osoba chorobliwie uzależniona od cudzej uwagi. Każda niemal rozmowa kończy się na jego przeżyciach. Pozorne zaproszenie żony do dialogu o sensie życia rodzinnego w mgnieniu oka zmienia się w jego filozoficzny wykład. Ona po raz kolejny zostaje pozbawiona prawa głosu, przemieniona w widownię. Dobroduszność, a w istocie pozór człowieka dobrze wychowanego, skrywa emocjonalny chłód i niezdolność do okazywania ojcowskich uczuć.

W tych okolicznościach Syn, osobowość równie silna, od urodzenia narażony jest na presję. W rodzinnym wszechświecie całkowicie wypełnionym przez ego ojca szał staje się jedynym sposobem na wyrażenie swojej podmiotowości. Jeśli dodamy do tego wyraźną sugestię, że Tomek cierpiał na chorobę psychiczną z pogranicza depresji w czasach, kiedy podobne schorzenia stanowiły tabu, mamy gotowy przepis na katastrofę.

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film

Dawid Ogrodnik gra Tomka Beksińskiego, szarżując, niekiedy niestety posuwając się w tym za daleko. Zdecydowanie odrzucam jednak twierdzenia, że mamy w filmie do czynienia z parodią bądź ośmieszeniem tej wrażliwej postaci. Przesada, gwałtowne i chaotyczne wymachiwanie rękami, wypluwane z wysiłkiem pojedyncze sylaby składające się w gniewne słowa towarzyszą przyszłemu tłumaczowi Monty Pythona w wyjątkowo boleśnie przebiegającym wieku dojrzewania. Z biegiem scen ukazujących kolejne etapy rozwoju Tomasza maniera aktorska Ogrodnika ulega wygładzeniu. W „Ostatniej rodzinie” brakuje niestety czasu, aby to skomplikowane formowanie się zwichniętej osobowości prześledzić dokładnie. Skonfrontowani jesteśmy jedynie z fragmentami pozwalającymi z domysłów rekonstruować całość – takimi jak fantastyczna sekwencja „nie-tańca” Tomka do piosenki „Dancing with tears in my eyes” i trzy sceny w studiu nagraniowym radiowej Trójki, pokazujące jego ewolucję jako didżeja. Tomek Beksiński interesuje jednak filmowców głównie jako Syn, nie jako samodzielna, ciekawa osobowość.

Najważniejszą osobą tej Trójcy, żartobliwie przez jedną z drugoplanowych bohaterek nazwaną Duchem Świętym, pozostaje jednak Zofia. Doskonała, słusznie nagrodzona w Gdyni rola Aleksandry Koniecznej jest niejako przypisem do częstego ostatnio publicznego omawiania „piekła kobiet”. Matuszyński i Bolesto mają niezwykły talent do streszczania tematów swojego filmu w pojedynczych sekwencjach, ujęciach bądź nawet tylko zdaniach. Zofia Beksińska jest bohaterką większości z nich. Niewidzialna i wszechobecna zarazem jest motorem napędzającym funkcjonowanie rodziny. Już na początku filmu kamera krąży za jej plecami, kiedy przemieszcza się z pokoju do pokoju, oferując herbatkę matce i teściowej, usuwając pajączka sprzed oczu przerażonego męża-artysty, sprzątając kuchnię. To też jedyna osoba, która z synem, Tomkiem, naprawdę próbuje rozmawiać o jego problemach emocjonalnych. Znaczące jest, że rozmowie tej Zdzisław, zwykle rozgadany, wyłącznie się przygląda. Oto los matki Polki, wiecznie przemęczonej, modlącej się przed jedzeniem, studzącej wiatraczkiem gorące kartofle dla rozpieszczonego synka, w jednym akcie nagłej szczerości wyznającej, że chciałaby umrzeć jako pierwsza.

Oto los matki Polki, wiecznie przemęczonej, studzącej wiatraczkiem kartofle dla synka, nagle wyznającej, że chciałaby umrzeć jako pierwsza.

Tomasz Rachwald

Mięso w piątek

Tradycyjna religijność Zofii Beksińskiej de domo Stankiewicz i dwóch starszych kobiet jest wyraźnie przeciwstawiona ostentacyjnemu nihilizmowi Zdzisława i Tomka. Tradycja jako zarazem ideał, do którego się dąży, i zdemaskowany przez Tomka kłamliwy koszmar obecna jest w tym filmie niemal bez przerwy. Pojawia się jako rewers szyderczego stosunku obu Beksińskich do życia i śmierci. Jako niezrealizowane marzenie Zofii, której rodzina powoli wymiera. Wreszcie jako fasada, która po śmierci Zofii rozpada się, pozostawia Zdzisława i Tomka bez punktu odniesienia albo też wreszcie wyzwolonych jak osoby, które zmuszane były nosić gorset, a przez całe życie najbardziej na świecie marzyły o tym, żeby się garbić.

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film

Fot. Hubert Komerski/Aurum Film

Do najpiękniejszych momentów filmu zaliczam scenę kolacji, która odbywa się zimą 1999 r., gdy ojciec i syn obżerają się chińszczyzną z pudełka. Tomasz Beksiński – jak głosi jedna z popularnych krążących na jego temat anegdot – miał zwyczaj w każdy piątek ostentacyjnie pochłaniać wielkie ilości mięsa. Jakkolwiek anegdota nie trafiła do filmu, to jednak związany z nią duch przekory unosi się nad jego całością za sprawą ukazania stosunku bohaterów do przyjętych norm. Beksińscy odmawiają zmarłym prawa do bycia traktowanymi ze szczególnym szacunkiem, gotowi są widzieć w śmierci dobrego przyjaciela. Matuszyński i Bolesto w „Ostatniej Rodzinie” nie bez wyczucia pokazują ten szczególny sposób reagowania na przykrą konieczność życia w znakomicie przemyślanych scenkach (reakcja Zdzisława na śmierć matki), fragmentarycznych dialogach (ostatnia rozmowa Zdzisława i Tomka), elementach scenografii nienarzucających się odbiorcy, ale niezwykle celnych (wspomniany już wiatraczek do studzenia ziemniaków).

Wyjątkowo udana współpraca zdolnego reżysera z profesjonalnym scenarzystą pozwoliła stworzyć prawdopodobnie jeden z najlepszych polskich filmów. Wbrew pozorom tematem tego dzieła nie jest ani Zdzisław, malarz, ani Tomasz, radiowiec i tłumacz. Te dwie zagmatwane jednostki są tylko pretekstem do opowiedzenia o rodzinie jako symbolu trwania, który w toku przedziwnej historii stracił swoją funkcję i oznacza tylko więdnięcie. Za ostatnim z rodu Beksińskich zamknie się pokrywa grobowca, na którym być może ktoś zgodnie z życzeniem seniora napisze: „Pocałujcie nas wszystkich w dupę”. Takie zniknięcie, zupełnie sprzeczne z katolickim nauczaniem o życiu wiecznym, może okazać się całkiem satysfakcjonujące.

 

Film:

„Ostatnia rodzina”, reżyseria Jan P. Matuszyński, Polska 2016.

 

 

*Ikona wpisu: fot. Hubert Komerski/Aurum Film

SKOMENTUJ

Nr 405

(41/2016)
11 października 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail