Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Pożegnanie z Unią?...

Pożegnanie z Unią? Debata wokół kina realizmu społecznego Kena Loacha [SEMINARIUM FILMOWE]

Karolina Kosińska, Joanna Fomina, Grzegorz Brzozowski

„Polak potrzebny od zaraz” Kena Loacha to porażający obraz stereotypizacji i napięć społecznych, w których można dopatrywać się źródeł poparcia dla Brexitu. Czy fetowany na festiwalu w Cannes reżyser jest prorokiem rozpadu solidarności europejskiej?

Grzegorz Brzozowski: O Kenie Loachu mówi się jako o jednym z czołowych przedstawicieli kina realizmu społecznego. Jak można zdefiniować zadania tego nurtu i rzeczywiste znaczenie Loacha w jego uformowaniu?

Karolina Kosińska: Nurt realizmu społecznego jest silnie zakorzeniony w kinie brytyjskim, które od lat 30., kiedy to dokument stał się jego czołowym gatunkiem, było społecznie odpowiedzialne. Po wojnie z tej tradycji dokumentalnej wyrósł zarówno nurt dokumentalistów spod znaku Free Cinema z połowy lat 50., jak i wywodzący się z niego nurt młodzi gniewni, którzy w centrum zainteresowania postawili niższe warstwy społeczne, starali się mówić w ich imieniu, realizować filmy tak, by podkreślić „poezję dnia codziennego” klasy robotniczej i ukazać jej etos. Loach pod koniec lat 60. wyszedł poza zaproponowaną przez nich formułę. Zadebiutował filmem „Kes”, który jest silnie zakorzeniony w nurcie realizmu społecznego, a z drugiej strony wprowadza coś nowego, zupełnie niezwykłego – skrajnie przesuniętą wrażliwość prospołeczną i prohumanistyczną. Chodzi tu już nie tylko o społeczeństwo klasowe, ale też o bohatera, który wskazuje, kim powinno interesować się kino i do kogo powinno być skierowane.

Loach od początku deklarował, że jest socjalistą i konsekwentnie się tego trzyma (choć nie przekłada się to na przynależność partyjną). Ta deklaracja wpływa na jego sposób pracy: tworzy kino bardzo zaangażowane społecznie, lewicowe, komunikatywne, bliskie życia, przeźroczyste, realistyczne, chociaż widać w nim też silny styl autorski. Wybór takiej strategii twórczej wynika z założenia, że film ma służyć widowni. Reżyser nie powinien być demiurgiem – ma spełnić swoją rolę społeczną.

Jedna z książek poświęconych Loachowi zaczyna się od wymiany zdań pomiędzy komentatorami jego filmów: „Jak Ken Loach robi filmy?”. Nie jest ważne, jak Loach robi filmy, ale dlaczego je robi. Odnosi się to do wszystkich jego projektów; są one lepsze albo gorsze, ale zawsze mają swój społeczny cel. Loach denerwuje się, kiedy podczas wywiadów padają pytania o jego styl filmowy; prosi, żebyśmy zapomnieli o kamerze, a pomówili na przykład o związkach zawodowych. Jest jednym z najwierniejszych i najbardziej konstytutywnych przedstawicieli realizmu społecznego.

Obecnie nurt ten przechodzi znaczące przemiany, jest coraz bardziej autorefleksyjny, a przy tym też estetyzowany, już nie przezroczysty. Jest to fascynujące, ponieważ pokazuje nam, z jak wielką ewolucją mamy do czynienia. Widać ją w filmach takich twórców, jak Clio Barnard, Duane Hopkins czy Andrea Arnold. Loach pozostaje jednak przy bardzo ostrym przekazie; jego tegoroczny sukces w Cannes z filmem „Ja, Daniel Blake” jest dowodem na to, że zachowuje on siłę rażenia.

screen-shot-2016-11-14-at-20-55-25

Grzegorz Brzozowski: Wróćmy do pytania, na które Ken Loach zareagowałby być może nerwowo. Porozmawiajmy o specyfice jego pracy z aktorem, z kamerą. W jednym ze swoich tekstów wspomina pani o „radykalnie pojętej uczciwości” tego twórcy. W czym się ona przejawia? W jakim sensie postawa etyczna reżysera może przekładać się na filmowy warsztat?

Karolina Kosińska: Praca nad filmem jest pracą wspólną. Reżyser nadzoruje ją, ale nie narzuca woli aktorom, w jego filmach jest mnóstwo scen improwizowanych. W filmie z połowy lat 90. traktującym o wojnie domowej w Hiszpanii, „Ziemia i wolność”, Loach pokazuje zebranie chłopów, bojowników i działaczy dotyczące kolektywizacji ziem. Jeśli ktokolwiek miał styczność z kinem radzieckim, wie, że zazwyczaj sceny takie są nie do przejścia – nie da się ich oglądać, to ideologiczny bełkot. Oddając aktorom pole, idąc za nimi, chwytając nastrój i dynamikę chwili, Loach zrobił jednak scenę niesamowitą, nasyconą emocjami i ekspresją, opowiadającą koniec końców o tym, co w życiu jest najważniejsze.

Loach denerwuje się, kiedy podczas wywiadów padają pytania o jego styl filmowy; prosi, żebyśmy zapomnieli o kamerze, a pomówili na przykład o związkach zawodowych. Jest jednym z najwierniejszych i najbardziej konstytutywnych przedstawicieli realizmu społecznego.

Karolina Kosińska

Istnieją kody estetyczne kina realizmu społecznego. Loacha, ale i innych twórców realizujących filmy w tym nurcie, można poznać po pejzażu miejskim, który kojarzymy z niższymi warstwami społecznymi. Pierwsza scena filmu „Polak potrzebny od zaraz” została nakręcona w Katowicach. To tereny nieznane reżyserowi, ale – z pomocą swego operatora, Nigela Willoughby’ego – pokazał je on tak, jak robotnicze dzielnice brytyjskie. Z pozornie nieatrakcyjnego krajobrazu wydobywa wartość estetyczną, co jest zresztą charakterystyczną cechą jego twórczości. Niskie budżety, żadnego estetyzowania, skupienie się na komunikacie – to jego warsztat produkcyjny. Ma własną małą firmę produkcyjną, z którą łatwo się skontaktować. Odcina się od filmowego establishmentu, mówi w imieniu niższych warstw. W kinie brytyjskim realizm społeczny zawsze mówi w imieniu proletariatu, niezależnie od tego, czy ten jeszcze w ogóle istnieje, czy zachował cokolwiek ze swego niegdysiejszego etosu, czy też przeżywa swój upadek.

Grzegorz Brzozowski: Spróbujmy skonfrontować filmowy obraz Loacha z rzeczywistością społeczną, jaką ukazują nam jej badacze. „Polak potrzebny od zaraz” to opowieść o dyskryminacji, która dotyka naszych rodaków szukających pracy na Wyspach. Jak film Loacha ma się do tego, co zaobserwowała pani w ramach swoich badań społecznych przeprowadzonych wśród środowiska polonijnego w Bradford? Jak wygląda napięcie między polskimi imigrantami a społeczeństwem goszczącym?

Joanna Fomina: Część Polaków na ryku pracy w Wielkiej Brytanii na początku oczywiście doświadcza dyskryminacji, szczególnie gdy nie zna języka i przepisów. W wyniku tego nasi rodacy mogą być naciągani przez fałszywe agencje pracy. To jedna strona medalu, rzeczywiście bardzo często w pierwszym momencie Polacy trafiają na zmywak czy do innych prac niewymagających większych kompetencji. Jednak w wielu przypadkach sytuacja ta szybko ulega zmianie. Z moich badań jakościowych wynika, że ludzie z dyplomami, podnosząc swoje kwalifikacje językowe, są w stanie zmienić swoją sytuację na rynku pracy. Mobilność Polaków i innych migrantów na rynku pracy jest ogromna. W Wielkiej Brytanii łatwiej też się przekwalifikować. Jedna z moich rozmówczyń, absolwentka filozofii, odniosła sukces w agencji PR-u, inna, absolwentka nauk politycznych, została księgową. Ale nawet posiadacze dyplomów wyższych uczelni potrafią, wykonując pracę poniżej swoich kwalifikacji, zarabiać do dziesięciu razy więcej, niż zarabiali w Polsce. Dzięki temu mogą lepiej realizować tam swoje potrzeby – stać ich na wydarzenia kulturalne, wakacje, książki, filmy. To ważna część tej historii.

Wracając do wątku politycznej postawy reżysera, Ken Loach wpisuje się w lewicową krytykę globalizacji. Eurosceptycyzm nie powinien być kojarzony wyłącznie z prawicą. Do czasów Margaret Thatcher niechęć do Unii Europejskiej w Wielkiej Brytanii wyraźnie utożsamiano z lewicą i krytyką neoliberalizmu. Reżyser w swoim przemówieniu podczas festiwalu w Cannes mówił, że chociaż ogólnie popiera członkostwo swojego kraju w Unii Europejskiej, jest jej krytykiem, ponieważ jako „neoliberalny projekt” sprzyja ona elitom, a nie ludziom z dołów społecznych.

Napięcia tworzą się między mieszkańcami kraju przyjmującego a imigrantami, ale także wewnątrz diaspory.

Joanna Fomina

Grzegorz Brzozowski: Dlaczego między bohaterami Loacha nie rozwija się żadna międzykulturowa wymiana czy klasowa solidarność? Żyją oni wśród migrantów-rodaków lub wśród innych, równie przerażonych swoim pogarszającym się statusem obcokrajowców (jak na pokazanym w filmie osiedlu przyczep kempingowych). Mimo to ich zaufanie do siebie nawzajem jest ograniczone.

Joanna Fomina: Napięcia tworzą się nie tylko między mieszkańcami kraju przyjmującego a imigrantami, ale także nawet wewnątrz diaspory. Podsumowując wyniki swoich badań, pisałam o autostereotypie, o tym, jak Polacy na emigracji widzą samych siebie. W jednym tekście używam sformułowania „światów równoległych”. Pisałam o percepcji Polaków bardziej wyedukowanych, znających język angielski, którzy mówili: „Jesteśmy otwarci, jesteśmy w porządku. Wstydzimy się innych Polaków, nie chcemy mieć z nimi nic do czynienia”. Polonia nie jest pod żadnym pozorem homogeniczna. Jedna z jej podgrup dobrze sobie radzi, ma o sobie wysokie mniemanie, ma wśród przyjaciół nie tylko Brytyjczyków, ale i przedstawicieli innych mniejszości. Jest to dla nich coś pozytywnego. Jednakże Polaków, którzy ich zdaniem nie radzą sobie tak dobrze na rynku pracy, nie odnajdują się w sytuacji znacznego zróżnicowania kulturowego, traktują z dystansem. Z kolei inni Polacy, znający w słabym stopniu język, pracujący i mieszkający również wśród Polaków, mają ograniczoną możliwość porozumiewania się i ograniczone szanse na częste przebywanie z rdzennymi mieszkańcami Wysp lub z innymi migrantami, z którymi dodatkowo konkurują o miejsca pracy. Ich strategią jest budowanie pozytywnego stereotypu i zamknięcie się na inność. W rzeczywistości nie ma tu miejsca na klasową solidarność i porozumienie międzykulturowe.

Grzegorz Brzozowski: Wygląda na to, że obracanie się migrantów w świecie stereotypów jest zatem nieuchronne? Z pani obserwacji można by wnioskować, że jedynym mechanizmem, który mógłby temu zaradzić, byłby awans społeczny migrantów, który wywołałby ich większą otwartość. Jednakże właśnie wtedy zdaje się pojawiać nieuchronna stereotypizacja tych, którym się nie udało.

Joanna Fomina: Stereotypy pomagają nam porządkować rzeczywistość, chociaż są upraszczające. Co więcej, ludzie oburzający się na innych za zbyt stereotypowe traktowanie, po pierwsze czasami koncentrują się jedynie na negatywnych stereotypach, nie dostrzegając złożoności obrazu, a po drugie sami w taki sposób potrafią traktować innych i nie widzą w tym problemu. Zaraz po wejściu do Unii Europejskiej przyglądałam się temu, jak prasa pisze o problemach polskich migrantów. W polskich gazetach cały czas pisano o tym, że Polacy na Wyspach mają złą prasę; ciągle przytaczano artykuły, w których pojawiała się informacja, że na przykład jedzą łabędzie. Twierdzono też, że piszą o nas wyłącznie jako o tych wykonujących tak zwane 3D jobs (dangerous, dirty, demeaning – prace niebezpieczne, brudne, upokarzające). W rzeczywistości w brytyjskiej prasie znajdowały się materiały negatywne, ale było też mnóstwo opinii neutralnych i pozytywnych. Szczególnie gazety z wyższej półki zwracały uwagę na Polaków, którzy działają kreatywnie, otwierają własne biznesy i fundacje, studiują, robią coś dobrego dla Wielkiej Brytanii. To była bardzo kompleksowa wizja, która mnie zaskoczyła. Tymczasem w polskiej prasie w artykule za artykułem autorzy użalali się nad tym, jak to nas w tej Wielkiej Brytanii nie lubią i jak stereotypowo nas tam traktują.

Przyglądałam się też temu, w jaki sposób polska prasa pisała w tym samym okresie o Ukraińcach. Przedstawiano ich niemal wyłącznie jako budowlańców i sprzątaczki. Tymczasem Ukraińcy w Polsce pracują w przeróżnych branżach – są to prawnicy, wykładowcy akademiccy, artyści, studenci. Nadal pokutuje jednak ten sam stereotyp, stereotyp nie do końca negatywny, jednak krzywdzący, ponieważ przedstawia mocno okrojoną wizję rzeczywistości. Ukraińcy w relacjach prasowych najczęściej występowali jako prości, porządni ludzie, ciężko pracujący fizycznie, a dokładnie o tak stereotypizujące relacje oburzali się Polacy w przypadku prasy brytyjskiej.

Kadr z filmu „Ja, Daniel Blake", materiały dystrybutora

Kadr z filmu „Ja, Daniel Blake”, materiały dystrybutora

Grzegorz Brzozowski: W rozumieniu realizmu w kinie Loacha kryje się pewien paradoks, w jednym ze swoich tekstów pisze pani, że „realizm społeczny nie ukrywa przed widzem swojej sztucznej natury”. W jakim sensie Loach trzyma się zatem rzeczywistości? Czy chce nam pokazać, jak się rzeczy mają, czy raczej, jak powinny wyglądać? To drugie podejście mogłoby otwierać pole dla jego własnej stereotypizacji niższych warstw społecznych.

Karolina Kosińska: Dla Loacha najważniejszy jest etos klasy robotniczej, bardzo silnie obecny od lat w Wielkiej Brytanii. Klasa robotnicza –  jeszcze pracująca fizycznie, własnymi rękami – w latach powojennych odcinała się, izolowała od elit. Bardzo dokładnie opisał to jeden z najważniejszych teoretyków kulturoznawstwa brytyjskiego Richard Hoggart. Klasa robotnicza była spychana na margines, ale sama podkreślała także swoją odrębność, mówiąc „oni” i „my”. Ten klasowy aspekt społeczeństwa brytyjskiego jest w naszym kraju, mam wrażenie, niedoceniany. W tamtej kulturze silnie lewicowe zaangażowanie społeczno-polityczne było jednak dla klasy robotniczej zawsze charakterystyczne. Wydaje mi się, że inaczej jest w Polsce. Tam niższe warstwy społeczne, jeżeli były świadome albo chciały się politycznie uświadomić, szły w stronę lewicy, podczas gdy w Polsce chyba bliżej prawicy (być może ma to związek z dominującą w polskim społeczeństwie rolą Kościoła). Od lat 60. zaangażowani społecznie filmowcy brytyjscy, szczególnie pochodzący z wyższych klas, silnie podkreślali pozytywny wydźwięk tego etosu. Zabierali głos w imieniu robotników, chociaż w większości byli intelektualistami z innego szczebla drabiny społecznej.

Po latach 90., a więc po rządach Margaret Thatcher, etos robotniczy się załamuje. Ojciec głównej bohaterki „Polak potrzebny od zaraz” mówi na „placu selekcji” imigrantów, wśród których pracuje jego córka: „To haniebne”. Potem pyta córkę, czy daje zatrudnianym przez siebie robotnikom minimalną płacę. Ona zaczyna się tłumaczyć, chwyta się neoliberalnych argumentów, jednak on pozostaje nieugięty. Reprezentuje jeszcze etos starej klasy robotniczej. Oczywiście Loach nigdy nie oskarży o te zmiany w etyce swoich bohaterów, samych robotników, lecz system, który za nie odpowiada.

Istnieje jeszcze jeden stereotyp, który nie jest oczywisty, jeśli chodzi o napięcia pomiędzy Wielką Brytanią a Europą Środkowo-Wschodnią. Na początku filmu Polacy w czasie rekrutacji przychodzą jak petenci do lepszego świata. Starają się zrobić dobre wrażenie na kimś, kto jest wyżej. Potem przenosimy się do Wielkiej Brytanii i okazuje się, że bohaterka wcale nie zajmuje tak wysokiej pozycji społecznej. Zaliczyła 30 prac w ciągu roku, nie jest w stanie opiekować się swoim dzieckiem, wywodzi się ze zdegradowanej klasy robotniczej. Najbardziej bolesny jest obraz bohaterki w ostatniej scenie filmu rozgrywającej się na Ukrainie, kiedy zdajemy już sobie sprawę z tego, kim ona jest. Ukraińcy tego nie wiedzą, podchodzą do niej jako do wytwornej Angielki oferującej im nowe życie.

Grzegorz Brzozowski: Czy wątki migracyjne są częstym elementem kina realizmu społecznego?

Karolina Kosińska: Kiedy przygotowywałam się do tego spotkania, starałam się odnaleźć filmy brytyjskie, które podejmowałyby problem imigracji. Mimo że brytyjskie społeczeństwo jest ogromnie zróżnicowane, jego kino nie podejmuje takich wątków (oczywiście poza filmami mówiącymi o „starszej” emigracji, z Karaibów czy z Indii i Pakistanu). Inaczej jest w poprawnej politycznie telewizji, tam znajdują się przedstawiciele wszystkich grup. Loach jest jednym z niewielu poważnych twórców, który przebił się do reszty Europy z filmem o tym, jak funkcjonują imigranci w Wielkiej Brytanii. Michael Winterbottom zrobił film „In This World” o tym, jak do Wielkiej Brytanii docierają uchodźcy. Shane Meadows – „Somers Town” o przyjaźni polskiego i brytyjskiego chłopca. Jest jeszcze Paweł Pawlikowski ze swoim „Last Resort”. Powstał też film „Moja piękna pralnia” Stephena Frearsa o nacjonaliście brytyjskim, który nawiązuje romans z pakistańskim chłopcem. Film, co ciekawe, wzbudził kontrowersje i po stronie pakistańskiej, i brytyjskiej.

Kino społeczne podejmuje tematy białych w białych społecznościach, czarni robią filmy o czarnych, jakby to były całkiem odrębne społeczności bez punktów stycznych. W relatywnie najgorszej sytuacji „filmowej” znajdują się mniejszości azjatyckie, z Indii czy Pakistanu. Loach zrobił „Czuły pocałunek” o miłości Brytyjki i Pakistańczyka; nie był to obraz zbyt udany, pewna wariacja na temat „Romea i Julii” ze szczęśliwym zakończeniem. W filmie „Polak potrzebny od zaraz” widoczny jest pesymizm, który do tej pory pozostaje charakterystyczną częścią jego twórczości.

Grzegorz Brzozowski: Wobec perspektywy brexitu nierzadko mówi się o tym, że relacje Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej naznaczone są napięciem, które może przełożyć się na rozpad całego projektu integracji europejskiej.

Joanna Fomina: Wielka Brytania zawsze miała problem z migracją, problem z Unią Europejską i problem z samą sobą. Cały czas pojawia się napięcie związane z niepewnością, dokąd Brytyjczycy chcą podążać, jak budować tożsamość. Pożegnanie z imperium nie było łatwe. Kontekst postkolonialny, postimperialny jest tu bardzo ważny (nawet kiedy kolejne kolonie stawały się niezależnymi krajami, nadal utrzymywały z Wielką Brytanią szczególną więź). Nie od razu wprowadzono kontrolę migracji, wszyscy poddani Królowej mogli przyjechać i osiedlać się w Wielkiej Brytanii. Stąd do lat 60., kiedy to wprowadzono pierwsze obostrzenia polityki migracyjnej, przepływ do Wielkiej Brytanii na przykład z Indii był swobodny. Część konserwatystów była przeciwna migracji, co miało podłoże rasistowskie. Jeszcze w latach 50. można było w oknach sklepów spotkać napisy zakazujące wstępu „psom i czarnym” („No dogs, no Blacks”). Jednocześnie część torysów sprzeciwiała się wprowadzeniu kolejnych obostrzeń polityki migracyjnej ze względu na to, że swobodny przepływ osób z byłych kolonii dawał wrażenie, jakoby Wielka Brytania zachowała status mocarstwa. Myśleli: „Nawet jeśli Republika Indii ogłosiła niepodległość, wciąż są to nasze terytoria”.

W filmie imigranci i Brytyjczycy nie chcą wymiany kulturowej. Wynika to być może z braku edukacji i znajomości Europy. Nie ma tu wzajemnej ciekawości, wszyscy zakrzepli w swoich małym społecznościach.

Karolina Kosińska

Członkostwo w Unii Europejskiej dodało kolejny wymiar tego zagadnienia. Chociaż część klasy politycznej i społeczeństwa generalnie była przeciwna migracjom, różne grupy mogły być przeciwne migrantom pochodzącym z poszczególnych krajów. Część wolała przyjmować migrantów z byłych kolonii ze względu na historyczne zaszłości, część z Unii Europejskiej, bo są biali i pochodzą z bliższego kręgu kulturowego. Dyskusja na temat integracji europejskiej od początku była naznaczona przez kwestie migracji, ale w bardzo nieoczywisty sposób. Jeśli chodzi o postrzeganie Polaków, badania Instytutu Spraw Publicznych z 2011 r. pokazują, jak zmieniał się stosunek Brytyjczyków do polskich imigrantów. Według tych badań bilans był pozytywny. Część badanych wskazywała na minusy, takie jak zwiększenie bezrobocia i odbieranie przez imigrantów miejsc pracy, jednak zauważali oni też pozytywy – uznali, że generalnie Polacy pasują do społeczeństwa brytyjskiego i szybko się integrują.

screen-shot-2016-11-14-at-20-55-05

Grzegorz Brzozowski: Unia Europejska rodziła się przede wszystkim jako projekt integracji ekonomicznej, dopiero z czasem pojawiały się postulaty integracji kulturowej. Robert Schuman pisał o organizacjach będących podwalinami UE: „Już teraz Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Euratom i Wspólny Rynek, z wolnym przepływem produktów, kapitałów i ludzi, są organizacjami, które głęboko i ostatecznie przekształcają relacje między stowarzyszonymi państwami: stają się one w pewnym sensie sektorami, niejako regionami jednej całości. A całość ta nie będzie mogła i nie powinna pozostać przedsięwzięciem gospodarczym i technicznym, musi posiadać duszę” [1]. Podstawowym mechanizmem integracji miał być zestaw regulacji związanych z funkcjonowaniem rynków, ale towarzyszyła temu też tęsknota za jednością kulturową, która miała narodzić się niejako na fundamencie współpracy gospodarczej i zredefiniować narodowe egoizmy. Jak jednak widzimy na przykładzie relacji w filmie Loacha – a także nastrojów towarzyszących decyzji o brexicie – egoizmy i uprzedzenia narodowe mają się nadal świetnie.

Joanna Fomina: Nie możemy już zakładać, że integracja ekonomiczna i płynące z niej korzyści nagle sprawią, że wszyscy mieszkańcy Unii poczują mocną więź z nią, że w łatwy sposób uda się przezwyciężyć nacjonalizmy. To wymaga żmudnej pracy na wielu płaszczyznach. Mówimy tu o edukacji, m.in. sposobie nauczania historii, o porządnym odpowiedzialnym dziennikarstwie, a nie takim, które tak lubi uderzać w eurosceptyczne tony, bo to się lepiej sprzedaje. Mówimy o wymianie kulturalnej, współpracy transnarodowej w różnych dziedzinach i mnóstwie okazji do poznawania się nawzajem, przezwyciężania stereotypów dla starych i młodych. To, że ktoś nawet wie, że np. z Unii do Polski płyną pieniądze, nie gwarantuje, że będzie euroentuzjastą.

Grzegorz Brzozowski: Film Loacha zdaje się wręcz sugerować, że sprowadzona jedynie do wymiany ekonomicznej integracja europejska poniekąd odbiera nam godność. Na początku bohaterka sprawia wrażenie otwartej, chce pomagać migrantom, jednak pod wpływem bolesnych doświadczeń zaczyna wykorzystywać swoją kulturową i ekonomiczną przewagę nad nimi. Nie wierzy już w tożsamość europejską ani jakikolwiek program moralnych powinności wobec migrantów.

Karolina Kosińska: Ja też jestem sceptyczna, jeśli chodzi o istnienie tożsamości europejskiej, chociaż cenię ideę Unii Europejskiej. Niestety pesymistyczny ton Loacha jest mi bliski. Nie wierzę w idealizm bohaterki. W pewnym momencie pomaga ona rodzinie irańskich uchodźców, bo w bezpośrednim zetknięciu z ludzką krzywdą obudziła się w niej panika. Wtedy jeszcze reaguje po ludzku, a potem tego człowieczeństwa jest w niej coraz mniej – jej postawa staje się coraz bardziej zamknięta. Wchodzi w romans z Polakiem, ale nie interesuje jej polska kultura – spotyka jedynie młodego mężczyznę, który mówi po angielsku, i to ją zaskakuje, może nawet imponuje. Obie grupy – imigranci i Brytyjczycy – nie chcą wymiany kulturowej. Widzimy tu zatem brak integracji, być może wynikający z braku edukacji i znajomości swojego kontynentu. Nie ma między nimi ciekawości, wszyscy zakrzepli w swoich małych społecznościach. Nie ma też pod tym względem lepszych i gorszych (Brytyjczycy nie mają tu innego podejścia niż Polacy czy Ukraińcy).

Wielka Brytania zawsze miała problem z migracją, problem z Unią Europejską i problem z samą sobą. Cały czas pojawia się napięcie związane z niepewnością, dokąd Brytyjczycy chcą podążać, jak budować tożsamość. Pożegnanie z imperium nie było łatwe.

Joanna Fomina

Grzegorz Brzozowski: Jak główna bohaterka Loacha odniosłaby się do perspektywy brexitu? To osoba młoda i przedsiębiorcza, ale rozczarowana kolejnymi kiepskimi pracami, wstydząca się swego zajęcia przed synem, żyjąca z poczuciem braku godności. Czy cokolwiek – na przykład odmienne doświadczenia z innymi kulturami – uchroniłoby ją przed nastrojem eurosceptycznym? Zastanawiam się, czy jej losy mogą dać nam wgląd w to, co dzieje się w duszy jej pokolenia na wyspach brytyjskich i co wpłynie też na losy całego kontynentu. Czy bohaterka Loacha to euroentuzjastka czy eurosceptyczka?

Karolina Kosińska: Pragmatyczka. Myślę, że zastanawiałaby się nad tym, co jej się bardziej opłaca. Na końcu filmu jest już zainteresowana wyłącznie tym aspektem. Myślałaby pewnie o tym, na kim można zarobić. Nie jestem jednak pewna, czy tak łatwo da się przyporządkować określonym grupom określony sposób głosowania w referendum brexitowym. Z jednej strony optyka Loacha kładzie nacisk nie tyle na nastroje antymigracyjne, ile na brak kontaktu społeczeństwa z elitami. Z drugiej strony częścią tej optyki jest też tęsknota za elementarną wspólnotą.

Grzegorz Brzozowski: Loach zdawałby się zatem sugerować, że zjawiskiem, które pociągnęło za sobą decyzję o brexicie i kryzys UE, jest deficyt poczucia godności. Czy sam ma jednak pomysł na to, jak można ten deficyt wypełnić? Czy jego filmy mogą odegrać taką rolę (o ile trafiają one nie tylko w obieg festiwalowy, ale też do odbiorców podobnych do jego bohaterów)?

Karolina Kosińska: Lata 80. zniszczyły etosy wszystkich klas brytyjskich i mimo świetnego wizerunku Partii Pracy w latach 90. nie odrodziły się. Ponadto dzisiaj nie istnieje na Wyspach proletariat jako taki. Z punktu widzenia sceptyków integracja europejska polega już, jak w filmie Loacha, tylko na tym, kto kogo bardziej wykorzysta.

Do kogo dociera ten film? Mało osób ma szansę go zobaczyć. Najważniejsza jest zatem edukacja, od szkół w wielkich miastach aż po szkoły na wsiach. Dopóki o integracji europejskiej czy stereotypach będą rozmawiali wyłącznie członkowie elity, którzy potem rozejdą się do swoich domów, nic się nie zmieni.

 

Przypis:

[1] Robert Schuman, „Dla Europy” , Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 44.

 

Seminarium filmowe zorganizowano we współpracy z Fundacją im. Róży Luksemburg.

 

Linki do poprzednich debat:

Migracja z późnego PRL

Piekiełko Polonii amerykańskiej?

Migracja na Wyspy Brytyjskie

Polacy jako gospodarze?

Stereotypy nt. uchodźców

Stereotypy nt. eurosierot

Seksualizacja migrantów

 

*Ikona wpisu: kadr z filmu „Ja, Daniel Blake”, materiały dystrybutora

SKOMENTUJ

Nr 410

(46/2016)
15 listopada 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail