„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Stany Zjednoczone] Nie...

[Stany Zjednoczone] Nie wierzcie Trumpowi

Piotr Tarczyński

Skupianie się na rzucanych przez Trumpa strzępach informacji i próby wyciągania z nich pozytywnych prognoz na temat nowej prezydentury jest nie tylko naiwne, ale i szkodliwe – to mydlenie sobie oczu.

Podczas pierwszej wizyty prezydenta-elekta w Białym Domu i spotkania z Barackiem Obamą zobaczyliśmy Donalda Trumpa, jakiego do tej pory nie widywaliśmy: uprzejmego, spokojnego, może nawet nieco onieśmielonego. W mediach – zagranicznych, ale i polskich – zaroiło się od wyrazów uznania, pozytywnych komentarzy chwalących „prezydenckie” zachowanie Trumpa. Pojawiły się opinie, że teraz, wzięty w karby przez system, musi już zachowywać się rozsądniej, poważniej, odpowiedzialnej, a wszystko to, co mówił wcześniej, należy traktować li tylko jako wyborczą zagrywkę.

Ten hurraoptymizm jest przedwczesny. Trump zachował się zupełnie normalnie – ani szczególnie lepiej niż każdy inny prezydent-elekt, ani gorzej – to raczej my mamy wobec niego tak niskie oczekiwania, że każde jego „zwykłe” zachowanie traktujemy jako ewenement, jak gdybyśmy w głębi ducha spodziewali się, że na dzień dobry Barackowi Obamie da w twarz, a Michelle złapie za dobrze-wiadomo-co.

Równie optymistycznie próbuje się też interpretować pierwsze wypowiedzi Trumpa na temat przyszłej prezydentury: że mur na granicy z Meksykiem może w niektórych miejscach być tylko ogrodzeniem; że może zdecyduje się na zostawienie niektórych zapisów Obamacare; że Sąd Najwyższy rozstrzygnął już kwestię małżeństw homoseksualnych, więc ta sprawa jest zamknięta. Wkoło słyszymy: „Utemperował się!”, „Jak prezydencko!”. Kiedy oświadczył, że zrezygnuje z pobierania prezydenckiego uposażenia, a na szefa swojego gabinetu wybrał człowieka z partyjnego establishmentu, czytamy: „Uff, nie ma się czego obawiać!”, „Ten groźny Trump to była tylko blaga!”, „Wyborcy Trumpa przecierają oczy ze zdumienia!”. Przyjrzyjmy się jednak temu wszystkiemu ciut uważniej.

Cóż z tego, że Sąd Najwyższy zdecydował o legalności w całym kraju małżeństw jednopłciowych, skoro w słynnej sprawie Roe v. Wade zdecydował również o legalności aborcji? Ten akurat przepis Trump nadal chce znieść i regulacje dotyczące aborcji zostawić stanom. Czy optymiści nie widzą tu sprzeczności? Póki co po obsadzeniu przez nowego prezydenta wakatu po zmarłym sędzim Antoninie Scalii ideologiczna pozycja Sądu Najwyższego nie ulegnie zmianie, tzn. wróci do ostrożnej równowagi między sędziami konserwatywnymi i liberalnymi. Ale prawa biologii są nieubłagane, sędziowie są coraz starsi i prezydent Trump będzie miał najprawdopodobniej szansę obsadzenia jeszcze co najmniej jednego miejsca w najwyższym sądzie kraju – i to takiego, które dotychczas zajmował sędzia centrowy lub liberalny. W perspektywie następnych lat przechył Sądu Najwyższego na prawo wydaje się nieunikniony, co może oznaczać zmianę prawa federalnego w obu wymienionych kwestiach obyczajowych – ostrożny język, jakim mówi dziś w tej sprawie Trump, nie ma w tej kwestii najmniejszego znaczenia.

Cóż z tego, że mur będzie tylko płotem, a nie konstrukcją z betonu, skoro Trump powtórzył, że nie będzie żadnej amnestii dla nielegalnych imigrantów i w pierwszych dniach prezydentury deportuje 3 mln ludzi? Która z tych dwóch rzeczy jest ważniejsza dla jego zwolenników? Podpowiadam: ta sama, która zniszczy życie milionów amerykańskich rodzin meksykańskiego pochodzenia (a przy okazji może spowodować poważny kryzys w przemyśle rolniczym i turystycznym).

 

Media najwyraźniej nie zdążyły jeszcze wyciągnąć lekcji z ostrzeżenia przed myśleniem życzeniowym, jakim były tegoroczne wybory – im szybciej tak się stanie, tym lepiej.

Piotr Tarczyński

Cóż z tego, że Trump zapowiedział rezygnację z prezydenckiego uposażenia? Czy wiadomość o zrzeczeniu się prezydenckiej pensji można traktować inaczej niż tylko jako próbę odwrócenia od sprawy znacznie istotniejszej, jaką jest przyszłość biznesu Trumpa? Jako prezydentowi nie wolno mu kierować swoją firmą, bowiem – to dość oczywiste – prowadziłoby to do konfliktu interesów, więc zarządzać nią powinien fundusz powierniczy, tzw. ślepy trust, na który nie miałby żadnego wpływu. I owszem, w powyborczy czwartek prezydent-elekt ogłosił, że kontrolę nad Trump Organization przejmie „ślepy trust” na którego czele staną jednak… Ivanka, Eric i Donald jr. Jakby tego było mało, cała trójka rodzeństwa wzmocniona jeszcze mężem Ivanki, Jaredem Kushnerem, zasiadła również w ekipie przejściowej (transition team) swojego ojca, która pomoże mu zdecydować o obsadzie stanowisk w przyszłej administracji – w tym, rzecz jasna, także stanowisk gospodarczych. 400 tys. dolarów pensji prezydenckiej rocznie to małe piwo dla Trumpa, który, jak widać, potrafi zadbać, żeby przez cztery lata w Białym Domu nie zbiednieć.

Cóż z tego, że zapowiedział utrzymanie „niektórych przepisów” Obamacare? Jednocześnie bardzo precyzyjnie zaznaczył, które przepisy ma na myśli – zakaz odmowy ubezpieczenia zdrowotnego ludziom już cierpiącym na jakieś dolegliwości oraz możliwość objęcia ubezpieczeniem dzieci przez rodziców. Tak się jednak składa, że to są najpopularniejsze aspekty Obamowskiej ustawy, więc Trump po prostu znów gra ostrożnie, rzucając mediom coś, co uznają za dowód na jego rzekome umiarkowanie i koncyliacyjność. A co dalej? Część ekspertów zwraca uwagę, że bez reszty ACA (Affordable Care Act) te konkretne przepisy doprowadzą do gwałtownego wzrostu składek – i tak już wyższych niż przed wprowadzeniem ustawy. Jeśli pójdą w górę jeszcze bardziej, nawet część dzisiejszych zwolenników Obamacare zacznie domagać się zniesienia resztek reformy.

Wreszcie rzecz najważniejsza: cóż z tego, że na szefa sztabu Białego Domu wybrał Reince’a Priebusa, dotychczasowego szefa Republikańskiego Komitetu Krajowego? To prawda, że Priebus jest przedstawicielem establishmentu, człowiekiem bliskim Paulowi Ryanowi, przewodniczącemu Izby Reprezentantów, który obok wiceprezydenta Pence’a może służyć jako pomost między Białym Domem i Kongresem. To, że Priebus wygrał ze swoim kontrkandydatem, Stevem Bannonem, szefem prawicowego portalu informacyjnego Breitbart, przewodniczącym zwycięskiej kampanii prezydenckiej Trumpa, przyjęto za dobrą monetę. Bannon jest bowiem jedną z głównych postaci otwarcie antysemickiego, ksenofobicznego i rasistowskiego ruchu alt-right, który dotychczas marginalny, dzięki tegorocznym wyborom zdobył niespotykaną wcześniej widoczność i teraz szykuje się do przejęcia amerykańskiego konserwatyzmu. Ale Trump nie odprawił Bannona z kwitkiem, lecz mianował go swoim głównym doradcą strategicznym. Czy to rzeczywiście lepiej, że ktoś taki będzie miał niemal nieograniczony dostęp do ucha prezydenta Trumpa? Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech spróbuje sobie przypomnieć nazwisko szefa sztabu Białego Domu za prezydentury George’a W. Busha. Nie? No właśnie. A doradcę Karla Rove’a kojarzą wszyscy i na prezydenturę swojego szefa wywarł niewątpliwie większy wpływ niż dwaj bezbarwni szefowie sztabu.

Jeśli ktoś szuka odpowiedzi na to, jaka może być prezydentura Trumpa, to właśnie wybór Bannona wydaje się na razie najlepszym kluczem interpretacyjnym. Skupianie się na rzucanych w wywiadach strzępach informacji i próby wyciągania z nich pozytywnych prognoz na temat nowej prezydentury jest nie tylko naiwne, ale i szkodliwe – to mydlenie sobie oczu.

Czy wyborcy Donalda Trumpa naprawdę czują się rozczarowani pierwszymi decyzjami swojego idola? Ktoś taki by się pewnie znalazł, ale nie jest przypadek Brexitu, gdzie skonsternowani brytyjscy wyborcy szukali w Google’u odpowiedzi na pytanie, co dla Wielkiej Brytanii oznacza wyjście z Unii Europejskiej i co to w ogóle jest ta cała Unia. Baza Trumpa nie kupowała kota w worku: dla niej najważniejszy nie był jego „program”, ale kwestia tożsamościowa, poczucie przynależności do „milczącej większości” i bycia wreszcie przez kogoś zauważonym. Z tego właśnie powodu kolejne „skandale”, na czele z „pussygate”, nie przełożyły się w zasadzie na spadek poparcia dla Trumpa – myślenie tożsamościowe ułatwiało zignorowanie czy zracjonalizowanie wypowiedzi kandydata, którego najważniejszym celem jest przecież „uczynienie Ameryki na powrót wielką”. Dlaczego z jego pierwszymi decyzjami miałoby być inaczej?

Media najwyraźniej jeszcze nie zdążyły wyciągnąć lekcji z ostrzeżenia przed myśleniem życzeniowym, jakim były tegoroczne wybory – im szybciej tak się stanie, tym lepiej.

 

* Ilustracja wykorzystana jako ikona wpisu: Marta Zawierucha [http://marta-zawierucha.tumblr.com/]

SKOMENTUJ

Nr 410

(46/2016)
16 listopada 2016

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail