Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Czytanie Mirona. O...

Czytanie Mirona. O „Języku poetyckim Mirona Białoszewskiego” Stanisława Barańczaka

Anna Olmińska

Wiersze Białoszewskiego od początku budziły kontrowersje. Jednym podobało się, że „słowa pękają w nich jak kasztany”, inni odbierali to samo jako zniekształcanie języka. Jeszcze inni odmawiali Białoszewskiemu miana poety. Barańczak pokazuje, że niesłusznie.

jezyk_poetycki_mirona_bialoszewskiego_okladka

Stanisław Barańczak był świetnym tłumaczem – umiał przekładać nie tylko poezję angielską na język polski i poezję polską na język angielski, ale i… tłumaczyć polską poezję na język polski. Tłumaczyć, a więc wyjaśniać czytelnikom jej sensy i niejasne na pierwszy rzut oka językowe zabiegi. Dowiódł tego w rozprawie doktorskiej z 1973 r. „Język poetycki Mirona Białoszewskiego”, którą poświęcił tłumaczeniu małych narracji (lirycznych, epickich i dramatycznych) tytułowego bohatera. A budziły one niemałe kontrowersje – jednym podobało się, że „słowa pękają w nich jak kasztany” (Sandauer), inni zaś odbierali to samo jako zniekształcanie języka do granic przyzwoitości i zrozumienia, jako „sałatkę połamanej składni i zwyrodniałej gramatyki” (Bieńko). Zagorzali przeciwnicy Białoszewskiego odmawiali mu nawet miana poety – za sprawą wierszy tak bardzo odstających od potocznie rozumianej normy jak ten:

„chcą od mojego pisania nabrania życia otoczenia
a ja ich łapię za słowa
—————-po tocznie
—————-po tworzę” („Tłumaczenie się z twórczości”)

albo ten:

„męczy się człowiek Miron męczy
znów jest zeń słów nie potraf
niepewny co zrobień
yeń” („Mironczarnia”).

Barańczak pokazuje, że niesłusznie. Podpowiada też, jak te (po)twory Białoszewskiego zinterpretować i jak je polubić. Słowem, daje nam do ręki przystępny przewodnik po pewnym obszarze poezji współczesnej – okołolingwistycznej, tej, która pasożytuje „na «najgłębszych trzewiach» ogólnego systemu językowego” (s. 40, określenie Jana Prokopa). Podpowiada, jak bardzo poeta może rozciągnąć pole znaczeniowe słowa oraz jak nieoczywiste mogą być niektóre skojarzenia oraz inspiracje twórcy. Dzięki takim wskazówkom łatwiej nam czytać nie tylko Białoszewskiego, ale i na przykład Karpowicza czy samego Barańczaka.

Dookoła słowa

Paradoksalnie, Barańczak zaczyna od zamieszczenia we wstępie następującej deklaracji: „W niniejszej pracy chodzi nam nie tyle nawet o udowadnianie za wszelką cenę, że język Białoszewskiego jest jednak poetycki, ile o próbę interpretacji tego języka […]” (s. 12). Poetyckość, dla wielu odstraszająca, zostaje więc odsunięta na dalszy plan. Barańczak dla porządku zaznacza jednak, że teksty Białoszewskiego zawierają informację typowo poetycką, czyli taką, „której przedmiotem jest sam przekaz językowy” (s. 15). Nie chodzi więc tylko o to, by zrozumieć, co dzieje się w wierszu, ale również by powiązać to z tym, jak to dzianie się jest opisane. Coś bowiem z tego wynika.

Z gąszczu informacji zawartych w pracy Barańczaka powinniśmy wyłowić przynajmniej dwa fundamentalne spostrzeżenia, które pozwalają zrozumieć sposób Mironowego opisywania świata. Pierwsze dotyczy silnego zakorzenienia języka Białoszewskiego w rzeczywistości, a co za tym idzie, tego że każdy, kto dobrze włada polszczyzną, posiada wystarczające narzędzia do odczytania ze zrozumieniem małych narracji Mirona. Drugie natomiast – możliwości wejścia w świat jego doświadczenia, i to przy pomocy tych samych narzędzi.

Barańczak wychodzi od analizy języka poetyckiego Białoszewskiego w odniesieniu do trzech aspektów polszczyzny ogólnej: języka dziecięcego („im cięższe słoniowsze”), mówionego („pode mną z tymi, dwa tysiące / dali za że im kapało” zamiast „sąsiedzi z dołu dali dwa tysiące za naprawę szkód wynikłych z kapania z sufitu”) i potocznego (zderzanie tego, co wybitnie literackie, z tym, co skrajnie potoczne, na korzyść tego ostatniego, np. „Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie, łyżko durszlakowa!”) [1]. Nie bez powodu wyznaczają one zresztą kolejne rozdziały rozprawy – z tymi właśnie odmianami języka zazwyczaj kojarzy się twórczość Mirona. Co więcej, on sam deklarował, że dąży do tego, by brać na warsztat życie dziejące się [2], by „to, co pisane, było zapisaniem mówionego” [3]. Jego język miał być jak najmniej wypreparowany na potrzeby dzieła, jak najmniej upiększony i uładzony – jak chociażby w poniższym utworze:

„siedzeniowości

kopią mię w kostkę pod sto…
myślą że to nogi me
————————bla
mówią———przepraszam(y)
a ja mówię że to nie ja
a wię———że to——————ja
y prze———y pra
———y y y” („usięwodzenie siedzenie”).

Pod latarnią najciemniej

Trudno uwierzyć, że Białoszewski tworzył zgodnie z powyższymi założeniami. Jak możemy nie rozumieć języka, którego podobno używamy na co dzień? Otóż możemy, bo pod latarnią jest zawsze najciemniej. Przede wszystkim Białoszewskiego powinniśmy czytać na głos, do czego wielokrotnie nawoływał sam poeta. Poza tym musimy się pozbyć dotychczasowych, nazwijmy to roboczo, przyzwyczajeń poetyckich. Nie spodziewajmy się u Białoszewskiego metafor jak u Baczyńskiego, konceptu jak u Szymborskiej czy ironii jak u Herberta. Najlepiej zapomnijmy na chwilę, jak się interpretuje wiersze. Zamiast tego spróbujmy rozpoznać w nich nasz własny język.

Jak bowiem pokazuje Barańczak, Białoszewski stosuje bardzo wiele zabiegów, którymi my sami bardzo często się posługujemy. W imię ekonomizacji wysiłku podczas mówienia skraca wyrazy (sio. = siostra, pielę. = pielęgniarka, topo. = topole), stosuje niepoprawne skróty składniowe („Chcą od mojego pisania nabrania życia otoczenia” albo „jem ostrygi / ze smakiem wszystko mi jednym”), przejęzycza się („w wodzie pod 22 Lipca (taka / bulwar)” zamiast „ulica”), zjada słowa („co egzystencja / chodzi żeby czas zapełnić” = co tam egzystencja! chodzi o to, żeby czas zapełnić) albo je zmienia („rzeczywistocha” i „kalosz w kalosz” zamiast, odpowiednio, „rzeczywistość” i „kubek w kubek”)… Czy nie brzmi to znajomo?

W odróżnieniu jednak od większości z nas, Białoszewski nie mylił się dlatego, że brakowało mu świadomości językowej. Gdyby tak miało być, raczej nie studiowałby filologii polskiej, nie byłby autorem gramatu (sic!) „Imiesłów” i nie mówiłby o „bogactwie przedrostków i końcówek” w naszym języku [4]. Białoszewski rozsadzał język od środka, a nie z zewnątrz, z pozycji obcego. Dlatego też jego polszczyzna bywa sensowniejsza, bardziej systemowa od naszej – skoro istnieje rzeczownik „przeprowadzka”, to poprawny będzie również wyraz „odprowadzka”, a jeżeli można powiedzieć „chodzenie”, to nie może być błędne „idzenie” (por. zwłaszcza s. 63–64).

W warstwie językowej pisanie Mirona nabrało więc życia otoczenia, dzięki czemu bez większych trudności powinniśmy odczytać przytoczony wyżej wiersz „usięwodzenie siedzenie”: bohater wiersza siedzi przy stole, pod którym ktoś (może kobieta?) kopie go w kostkę i natychmiast za to przeprasza. Dalszy rozwój sytuacji wywołany jest niepewnością co do motywacji tego kopnięcia. Czy było to usięwodzenie siedzenie, czyli… uwodzenie na siedząco? Bohater, zmieszany, bąka niewyraźne przeprosiny, po czym „cała sytuacja rozpływa się w towarzyskiej paplaninie” (s. 158).

Mironów dwóch

Analiza języka to dla Barańczaka punkt wyjścia, żeby uchwycić model świata zamknięty w poezji Białoszewskiego. Aby go nam przybliżyć, autor „Języka poetyckiego” najpierw wyodrębnia w warstwie językowej twórczości Mirona „jak gdyby dwa odrębne «poziomy»”: podmiotu naiwnego i podmiotu świadomego. Jak łatwo się domyślić, to ten drugi zręczniej manipuluje słowem, a więc i kontekstem, dzięki czemu udaje mu się skompromitować mniej rozwiniętego twórcę (s. 111). Autor wykazuje, że jego „naiwna postawa językowa […] grzeszy głównie zadufaniem w możliwości języka, w jego systemową spoistość i konsekwencję […], w jego logikę konstrukcyjną […], wreszcie w jego adekwatność wobec rzeczywistości […]” (s. 112), a to – jak przekonująco dowodzi Barańczak – przekłada się na postawę poznawczą. Krytykowane są modele myślenia opierające się „na naiwnym posługiwaniu się analogiami, na mechanicznym rozumowaniu przyczynowo-skutkowym, na naginaniu faktów do własnych pobożnych życzeń” (s. 113). „Należy wierzyć wyłącznie świadectwu własnych zmysłów”, stwierdza świadomy podmiot wierszy autora „Rachunku zachciankowego”. Dlatego „rozumuje zawsze w myśl zasad krańcowego empiryzmu” (s. 113).

Tu jednak pojawia się pewien problem: przecież człowiek nie jest w stanie poznać zmysłami tego wszystkiego, co zmysłami poznaje drugi człowiek. Jak w takiej sytuacji budować więzi międzyludzkie? I czy jest to w ogóle możliwe?

Białoszewski pokazuje, że jest, choć wymaga przyzwyczajenia się do wewnętrznego rozdarcia. Z jednej strony człowiek pragnie odizolować się od społeczności, zachować prawo do posiadania własnego zdania na każdy temat, z drugiej jednak musi pogodzić się z tym, że „łączą go ze społeczeństwem sprawy podstawowe: wspólny – mimo wszystkich indywidualnych odkształceń – język i wspólny – mimo całej indywidualnej «M’ironii» – system wartości kulturowych i społecznych” (s. 262). Całkowite odcięcie okazuje się więc, na szczęście, niemożliwe.

słowianka rzeczywistocha”

Na szczęście, bo tej empirycznej postawie i wynikającemu z niej rozdarciu, a może raczej próbie jego zatarcia, zawdzięczamy genialne, bliskie „faktyczności” opisy „słowianki rzeczywistochy” („Mucholotem”). Jeśli damy się Barańczakowi przekonać i spojrzymy na twórczość Białoszewskiego z jego perspektywy, dostrzeżemy w niej błyski peerelowskiej codzienności – takie jak opisy stania w kolejkach albo funkcjonowania wielkiego miasta, przeludnionego i pełnego mrówkowców. Choćby dla nich warto sięgnąć po tę poezję, którą Białoszewski „usiłował ściągnąć na ziemię, przemieszać z życiem, udomowić, upotocznić” [5]. To, że jest ona wciąż żywa, że intryguje kolejne pokolenia, zdaje się potwierdzać tezę Sobolewskiego: „[t]en antypoeta był poetą absolutnym” [6].

A Barańczak był tłumaczem absolutnym i grzechem byłoby zaklasyfikować jego rozprawę doktorską jako pozycję stricte naukową, strukturalistyczną, a co za tym idzie, niezjadliwą i nudną. Pod piórem autora „Korekty twarzy”, którego chyba nie trzeba zachwalać, monografia poświęcona twórczości jednego z najbardziej osobnych poetów polskich zamienia się w bezpretensjonalny quasi-esej o byciu człowieka w świecie. Do tego „Język poetycki Mirona Białoszewskiego” to lektura naprawdę porywająca. Nie skłamię, jeśli powiem, że od dawna nie miałam w rękach książki, od której tak trudno byłoby mi się oderwać.

Przypisy:
[1] W dalszej części tekstu dla uproszczenia nie posługuję się Barańczakowskim podziałem.
[2] Miron Białoszewski, „Mówienie o pisaniu”, [w:] „Wiersze. Wybór”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2003, s. 9.
[3] Tamże, s. 10.
[4] Tamże, s. 7.
[5] Tadeusz Sobolewski, „Człowiek Miron”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 130.
[6] Tamże.

 

Książka:
Stanisław Barańczak, „Język poetycki Mirona Białoszewskiego”, wydanie drugie, rozszerzone, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2016.

Niniejsza edycja pracy Stanisława Barańczaka jest poszerzona o aneks w postaci jedenastu artykułów poety z lat 1968–1994, w większości mniej naukowych niż część pierwsza książki, która jest jego doktoratem. Znajdziemy wśród nich m.in. tekst poświęcony indywidualizmowi Białoszewskiego, autorskie odczytania „Pamiętnika z powstania warszawskiego” i „Ballady od rymu”, recenzję przekładów wierszy Białoszewskiego na angielski z elementami interpretacji, analizę pojęcia donosu w „Donosach rzeczywistości” i artykuł pożegnalny, pisany zaraz po śmierci poety.

SKOMENTUJ

Nr 411

(47/2016)
22 listopada 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail