Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Homo faber. Recenzja...

Homo faber. Recenzja filmu „Sully” w reżyserii Clinta Eastwooda

Tomasz Basiuk

Czy film o ocaleniu samolotu wyraża posttraumatyczną tożsamość po 11 września? Ostatnie dzieło Clinta Eastwooda zdaje się przywracać miastu pozytywną legendę oraz wiarę w człowieka, który jest w stanie zapanować nad technologią sprawniej niż komputerowe symulacje.

Tekst może zawierać spoilery – informacja dla czytelników, którzy nie widzieli filmu.

„Sully” opowiada o „cudzie na rzece Hudson”, który wydarzył się naprawdę w styczniu 2009 r. W filmie Clinta Eastwooda równolegle oglądamy dwa dramaty, odpowiadające dwóm znaczeniom tytułu. Pierwszy z nich trwa 208 sekund i rozgrywa się głównie w kokpicie samolotu, który właśnie wystartował z lotniska LaGuardia w Nowym Jorku. Oba silniki airbusa zostają uszkodzone wskutek zderzenia ze stadem gęsi. Kapitan Chesley Sullenberger, tytułowy „Sully” (Tom Hanks), pilot z ponad 40-letnim doświadczeniem, uznaje, że nie uda się zawrócić ani dolecieć na inne lotnisko. Decyduje się na ryzykowne lądowanie na rzece, dzięki czemu ratuje życie 150 pasażerom i pięcioosobowej załodze. Media okrzykują go bohaterem. Jednak następnego dnia zaczyna się drugi dramat – sądowy. Z symulacji komputerowych wynika bowiem, że airbus mógł dolecieć do co najmniej dwóch pobliskich lądowisk, wobec czego komisja badającą wypadki i incydenty lotnicze uznaje wodowanie za niepotrzebną brawurę. Na dodatek pojawia się hipoteza, że tylko jeden z silników był niezdolny do dalszej pracy. Liniom lotniczym grozi przepadek odszkodowania za zniszczoną maszynę. Sullenbergerowi – utrata licencji pilota i prawa do emerytury. Jego reputacja zostaje poważnie nadszarpnięta (czasownik sully znaczy po angielsku „pomówić” lub „oczernić”). Wydaje się, że bohater grany przez Hanksa zaprzepaścił plany założenia firmy doradczej, którą zamierzał prowadzić po odejściu z zawodu. Ten fabularny szczegół oddaje w skrócie metodę Eastwooda – skonfrontowanie jednostki z systemem, który chce zaprogramować każdą reakcję i nad którym tej jednostce udaje się jednak zapanować.

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

9/11 i nowa zbiorowość

Film Eastwooda kilkukrotnie nawiązuje do wydarzeń z 11 września 2001 r. Sullenbergera dręczą koszmarne wizje, w których pilotowany przez niego samolot rozbija się na Manhattanie. Udane wodowanie jest więc symbolicznym powtórzeniem sytuacji zagrożenia dla World Trade Center, a zarazem ukojeniem tamtej traumy. Załoga samolotu przeprowadza sprawną ewakuację, społeczność Nowego Jorku wspaniale reaguje na kryzysową sytuację. Rozbitkom, którym zagraża wyziębienie lub utonięcie, na ratunek spieszą znajdujące się w pobliżu promy, podjeżdżają karetki nadesłane przez okoliczne szpitale, pojawia się policyjny helikopter, z kolei lokalne telewizje na bieżąco komentują dramatyczny rozwój wypadków i podkreślają, że rozbitkom grozi teraz śmierć na wodzie. Jednak w ciągu zaledwie dwudziestu kilku minut wszyscy są bezpieczni. Parokrotnie słyszymy określenie New York’s finest („najlepsi nowojorczycy”), które potocznie stosuje się do nowojorskiej policji, ale tu odnosi się do wszystkich, którzy przyczynili się do powodzenia akcji ratunkowej.

„Sully” oddaje nową, „powrześniową” legendę Nowego Jorku jako miasta nieulegającego panice i zdolnego do improwizowanej samoorganizacji. Jej początki upatruje się w upalnej sierpniowej nocy, niecałe dwa lata po atakach z 11 września, gdy w mieście zgasło światło w wyniku potężnej awarii obejmującej kilka stanów. Mieszkańcy metropolii zachowali wówczas spokój oraz pomagali sobie nawzajem. Spontaniczna reakcja na potencjalnie groźną sytuację zaimponowała im samym i stała się później elementem zbiorowej tożsamości miasta. „Cud na rzece Hudson” wpisuje się w tę logikę. To podobna historia w mniejszej skali, za to bardziej spektakularna, dająca mediom – a teraz również filmowcom – okazję, by skupić uwagę na bohaterze zachowującym zimną krew w nadzwyczajnych okolicznościach, zdolnym jednocześnie do działania zespołowego.

Mimo śmiertelnego zagrożenia Sullenberger spokojnie rozmawia z wieżą kontroli lotów oraz z siedzącym obok pierwszym oficerem (Aaron Eckhart). Zdecydowanym, lecz spokojnym tonem wydaje pasażerom i załodze polecenie, by przygotowali się na zderzenie w lustrem wody. Jednocześnie wykonuje ryzykowny manewr. Przez cały czas w jego głosie i wyrazie twarzy nie ma śladu paniki, widać za to skupienie. Dzięki warsztatowi aktorskiemu Hanksa grana przez niego postać z rzadka i oszczędnie wyraża emocje – mimika i gesty oddają przede wszystkim koncentrację; moralną zasadą konstrukcji tej postaci jest wypełnianie obowiązków w stopniu wykraczającym daleko poza zwykłe oczekiwania społeczeństwa.

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Człowiek – maszyna

Podejrzenia rzucone na dowództwo lotu pośrednio podważają legendę nowej zbiorowości, której istotą jest umiejętność działania w sytuacjach, na które nikt nie jest przygotowany. W swoich zeznaniach Sully podkreśla, że znalazł się w położeniu bez precedensu. Jego intuicyjne zachowanie wynikało z doświadczenia i z niezwykle dużej znajomości zachowań maszyny. Nie mógł natomiast kierować się żadną wyuczoną procedurą. Symulacje lotów, na których opiera się komisja, są w filmie skontrastowane z dramatycznymi scenami awaryjnego lądowania. Powtarzaną z różnych perspektyw sekwencję wodowania za każdym razem oglądamy w napięciu, w przeciwieństwie do symulacji, przypominających nudną grę komputerową. Brak w nich jakiejkolwiek dramaturgii, ponieważ piloci z góry wiedzą, jak się zachować. Dlatego symulacje te, oparte na obowiązujących procedurach, wyglądają na źle skomponowaną fikcję. Eastwood wyśmiewa w nich przekonanie, że świat daje się opisać przy pomocy prostych formułek, pozwalających do końca zaprogramować działania człowieka w sytuacjach kryzysowych.

Sully po mistrzowsku panuje nad schematami i dostrzega, że z użytecznych narzędzi niepostrzeżenie przekształciły się one w cel sam w sobie.

Tomasz Basiuk

Sądowy spór o stan drugiego silnika, który zatonął w rzece, podkreśla centralną dla filmu relację między człowiekiem a maszyną, szerzej – człowiekiem a mechanizmami, z którymi ma do czynienia. Relacja ta, opisywana na przykład przez Leo Marksa, stanowi topos dla amerykańskiej kultury i literatury co najmniej od XIX w. Członkowie komisji myślą w sposób skrajnie mechanistyczny, ściśle trzymając się eksperckich symulacji i analiz, a także przepisów i procedur. Działają w imieniu wielkiej, zbiurokratyzowanej organizacji. Są przedstawicielami świata, w którym nie ma miejsca na indywidualną odpowiedzialność wobec zbiorowości, ponieważ korporacyjna zbiorowość to przewidywalny mechanizm, w którym człowiek jest co najwyżej trybem.

Po drugiej stronie tego równania Eastwood stawia człowieka zespolonego z maszyną. Pilot czujący zachowanie samolotu lepiej, niż pozwala je zrozumieć zapis pokładowego komputera, przypomina kapitana żeglugi sterującego promem w taki sposób, by jak najszybciej, ale i jak najostrożniej podpłynąć do rozbitków, oraz taksówkarza, który w ostatniej chwili wyhamowuje przed zamyślonym Sullenbergerem. Bohaterstwo kapitana lotnictwa zostaje porównane z codziennym zachowaniem zwykłych członków społeczności, których odpowiedzialność wobec innych polega na panowaniu nie tylko nad własnym zachowaniem, lecz także nad obsługiwanymi przez nich urządzeniami. Hanks, którego twarz pozostaje niemal nieruchoma, gra Sullenbergera jako nieustannie skupionego nad wyzwaniem technicznym (wodowaniem samolotu) lub prawnym (obroną przed oskarżeniami). Sully zostaje bohaterem właśnie dlatego, że potrafi zapanować nad oboma mechanizmami.

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Przeciw alienacji

Poboczny wątek kontrolera lotów, podsuwającego Sullenbergerowi kilka możliwości lądowania, stanowi udany kontrapunkt, łączący motyw działania zbiorowego z motywem zespolenia człowieka i maszyny. Ów młody człowiek dyżurujący na wieży kontrolnej jest niezwykle sprawny w wynajdywaniu i uzgadnianiu tych możliwości z okolicznymi lotniskami, ale działa w obrębie procedur, w których ta konkretna sytuacja się nie mieści. Nie może uwierzyć, że samolot naprawdę ląduje na rzece. Gdy widzi na ekranie radaru, że do tego doszło, wydaje mu się, że jest świadkiem katastrofy. Sekwencja ta dowodzi, że im bardziej zapośredniczona jest relacja między ludźmi i między człowiekiem a jego maszyną – im bardziej abstrakcja zastępuje odczuwane wprost doświadczenie – tym mniej skuteczne staje się działanie człowieka.

„Sully” wpisuje się więc w potencjalnie technofobiczne spojrzenie na współczesną cywilizację jako sterowaną w coraz większym stopniu przez tak zwaną sztuczną inteligencję, obejmującą zarówno urządzenia cyfrowe, jak i wszelkie programowalne zachowania. Eastwood ostatecznie opowiada się po stronie człowieka twórczo wykorzystującego narzędzia, które wytworzył. Proponuje model heroizmu, do którego kluczem, jak u Ezry Pounda, jest mastery, czyli panowanie człowieka nad sobą samym i nad przedmiotami, które wytwarza. Chociaż ten modernistyczny optymizm trąci nostalgią za światem, który przeminął, to znakomity warsztat reżyserski Eastwood dowodzi, że maestria jest nadal możliwa.

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

Jednocześnie Eastwood po raz kolejny okazuje się amerykańskim romantykiem. Na ratunek zbiorowości przybywa jednostka umiejąca przekraczać ograniczenia wynikające z rutyny i narzuconych schematów. Nie chodzi jednak o buntownika bez powodu, wywracającego stolik w imię kontestowania zastanego porządku, lecz o kogoś, kto po mistrzowsku panuje nad schematami i dostrzega, że z użytecznych narzędzi niepostrzeżenie przekształciły się one w cel sam w sobie. Połączenie szacunku dla zastanego porządku z pochwałą indywidualizmu rozumianego jako specyficzna inwencja dokonująca się na kanwie systemu jest chyba kluczem do poglądów Eastwooda, w tym do poglądów politycznych, wyrażonych poparciem udzielonym Trumpowi w wyborach prezydenckich.

Mimo zasadniczej różnicy w tym akurat punkcie między reżyserem a gwiazdą filmu, aktorska kariera Hanksa rządziła się podobną logiką. Przykładem chociażby rola Andrew Becketta w filmie „Filadelfia” Jonathana Demme’a z 1993 r., gdzie Hanks gra ofiarę homofobicznej i AIDS-fobicznej dyskryminacji, która posługuje się prawem z niemniejszą wprawą, co jej adwersarze. Andrew wygrywa nie tylko dlatego, że racja moralna jest po jego stronie, lecz także dlatego, że znajduje lepsze argumenty. Wygrywa z systemem, skutecznie wpływając na jego zmianę, a nie przez szaleńczą próbę obalenia zastanego porządku. Jak pisał przed laty amerykanista Sacvan Bercovitch, Amerykę spajają „rytuały uzgadniania” (rites of assent), w których udział biorą także buntownicy. W „Sully’m” znakomitą ilustracją tej tezy jest tak warstwa narracyjna, jak i zaskakująca, a jednocześnie bardzo udana obsada.

 

Film:
„Sully”, reż. Clint Eastwood, USA, 2016.

 

*Ikona wpisu: materiały prasowe Warner Bros. Entertainment Polska

SKOMENTUJ

Nr 413

(49/2016)
6 grudnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail