Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > New Year’s Special,...

New Year’s Special, czyli filmowa odtrutka na 2016. Podsumowanie roku działu „Patrząc”

Łukasz Bertram, Grzegorz Brzozowski, Joanna Kłos, Mateusz Góra

Nadszedł czas, gdy redaktorzy Patrząc przemawiają własnym głosem, by podsumować miniony sezon filmowy. Tym razem do zestawu kategorii – odkrycie, rozczarowanie, scena roku oraz odkopany klasyk – musieliśmy dodać kolejną: filmowa odtrutka na 2016.

Najlepszy film roku

Grzegorz Brzozowski: „Mustang”, reż. Deniz Gamze Erguven

Francuski kandydat do Oscara, debiut Deniz Gamze Ergüven, to na pierwszy rzut oka porywający urodą zdjęć obraz dorastania na konserwatywnej tureckiej prowincji, gdzie żywy jest konflikt między autorytetem tradycji a wolnym wyborem rodem z Anatewki ze „Skrzypka na dachu”. Historia pięciu sióstr uwięzionych przez wuja w domu-twierdzy za moment beztroskiej koedukacyjnej zabawy to jednak znacznie więcej niż poradnik ukradkowego wymykania się na mecz czy pierwszą randkę. „Mustang” to przypowieść o umykającej na co dzień cenie wolności – bajecznie sfilmowana, lecz o zupełnie niebajkowych konsekwencjach. Opowieść oparta na wspomnieniach reżyserki to zarazem ogromnie potrzebne spojrzenie na społeczność, w której ostentacyjny szacunek dla religii i obyczajowości okazują się jedynie narzędziami patriarchalnej opresji.

O filmie „Mustang” pisała dla nas Agnieszka Aysen Kaim.

Łukasz Bertram: „Nowy początek”, reż. Denis Villneuve

Nie przypominam sobie, który ostatnio film przyciągnął mnie tak magnetycznie, jak najnowsze dzieło Denisa Villeneuve’a. Szczególnie perfekcyjnie rozpisana jest jego pierwsza część, której wysycone kadry i sekwencje trzymają w nieustannym napięciu – bez krztyny efekciarstwa. I choć później reżyser nie wzdraga się przed dość naiwnym skrótem fabularnym, jego obraz imponuje dyscypliną, która nie pozwala mu obrazić inteligencji widza. Dzieje się to na różnych planach: zarówno w – chciałoby się powiedzieć realistycznej – wizji przybycia obcych, jak i w dokonanym pod jej sztafażem dotknięciu uniwersalnych pytań, odpowiedź na które jawi się jako jednocześnie krzepiąca i niezwykle gorzka, w żadnym zaś momencie – rzewna.

O filmie „Nowy początek” pisał dla nas Szymon Gruda.

Mateusz Góra: „Służąca”, reż. Park Chan-wook

„Służąca” Chan-wook Parka jest filmem, który można podziwiać za warsztatową perfekcję, rytmiczny montaż i niezwykłą precyzję w komunikowaniu emocji bohaterów za pomocą zbliżeń i ruchów kamery. Można też zachwycać się misternie zbudowaną przez Chan-wook Parka narracją, w której trudno odnaleźć jakiekolwiek sztampowe chwyty i potknięcia. Istnieje jednak także trzeci sposób, w jaki można podejść do tego filmu. To przeprowadzona z niesamowitą stanowczością, momentami nawet radykalna, krytyka patriarchalnego społeczeństwa, sprowadzającego kobietę do roli obiektu, drewnianej lalki spełniającej zachcianki swojego pana. Pycha, krótkowzroczność, przemoc i ignorancja mężczyzn, których wychowuje się w przekonaniu, że wszystko się im należy, ostatecznie prowadzą do ich upadku. Za to bohaterki, odkrywając w sobie siłę, żeby wyrwać się z narzuconych im ról, mogą w końcu rzucić wyzwanie rzeczywistości, uciekając od swojego pierwotnego przeznaczenia – złodziejki i uzależnionej od wuja szaleńca bogaczki. Park Chan-wook potrafi idealnie pokazać, w jaki sposób budowane są relacje władzy i jak bardzo ograniczające są normy związane z płcią w konserwatywnym społeczeństwie.

O filmie „Służąca” pisał dla nas Michał Piasecki.

Joanna Kłos: „Neon Demon”, reż. Nicolas Winding Refn

Film, który mądrze i nieszablonowo opowiada mit o powstawaniu kobiety z tego, jak się na nią patrzy. Bohaterka, by stać się zjawiskową modelką, musi wpierw dać umieścić się w kreatorskiej ramie spojrzenia mężczyzny, wykonującego jej pierwszą sesję zdjęciową fotografa. Następnie czeka ją cała seria rytuałów przejścia, poddawania się cudzemu oglądowi i internalizowania wartości świata, w którym to wygląd przesądza o pozycji kobiet. Skazuje je to na odwieczną rywalizację, w filmie przypieczętowaną wybuchem menadycznego szału. Swoją absurdalnością udowadnia on ostatecznie, że Refn serwuje nam nie obyczajową fabułę, lecz metaforyczną opowieść o opresji w kulturze, której obsesja na punkcie urody wywołuje emocje równie gorące, co kanibalistyczne okrucieństwo i orgiastyczna żądza. A do tego ten hipnotyzujący soundtrack!

Rozczarowanie roku

Łukasz Bertram: „Wołyń”, reż. Wojciech Smarzowski

Największym problemem „Wołynia” nie jest żadne epatowanie masakrą, nie jest nim również potencjalna szkoda, którą przypominanie o wydarzeniach 1943 r. może wyrządzić przyjaźni polsko-ukraińskiej (nawet w kontekście Krymu i Donbasu). O Wołyniu film powinien był powstać; powinien był również wstrząsać i nie uciekać od dosadności (tak jak dosadne było zło wyrządzone kosami, widłami i siekierami). Problemem ostatniej wizji Smarzowskiego jest wyzierająca z niego nuda, rozwlekłość i próba podjęcia zbyt wielu motywów. O ile początkowa sekwencja weselna intryguje złożonością i spójnością, to im dalej w rzeź, tym większą obojętność rodzą jej odsłony. Nie ma wstrząsu, nie ma katharsis, a sprawcy pozostają w swojej masie niezrozumiałą magmą.

O filmie „Wołyń” pisali dla nas Jarosław Kuisz i Karolina Wigura.

Mateusz Góra: Lato Sangaile, reż. Alanté Kavaïté

„Lato Sangaile” z początku uwodzi beztroskim pokazaniem dwóch dziewczyn, które zakochują się w sobie i odkrywają, jak wspaniałe jest życie w świecie własnych fantazji. Niestety z czasem film Alanté Kavaïté staje się coraz bardziej irytujący ze względu na banalne dialogi, oczywistą symbolikę, dosłowne tłumaczenie emocji i motywacji bohaterek. W początkowo fascynującej wizji dwóch nastolatek uwięzionych w zbyt sztywnym gorsecie norm społecznych pojawia się wypalenie, a energia historii topnieje wraz z zaangażowaniem dziewczyn w swoją relację. Obietnica tajemnicy, jaką składa na początku widzom Kavaïté okazuje się nie mieć pokrycia. Spod płaszczyka opowieści o emocjach i trudnym dorastaniu nieheteronormatywnych dziewczyn wyłania się naiwna opowieść, w której wszystkie rozwiązania wydają się proste i rysowane zbyt grubą kreską. Latanie, marzenie jednej z bohaterek, okazuje się w rzeczywistości koszmarem. Podobnie jest z „Latem Sangaile” – obietnica porządnego filmu o miłości lesbijskiej, których wciąż brakuje w kinie, okazuje się nie mieć pokrycia.

Joanna Kłos: „Jestem mordercą”, reż. Maciej Pieprzyca

Nakręcić film o serii brutalnych morderstw, w którym sam proces dedukcji nie jest głównym tematem, to jeszcze nie zbrodnia. Skupić się w zamian na potyczkach prowadzącego śledztwo z osobistym życiowym bałaganem także nie stanowi wykroczenia względem praw gatunku. Jednak w „Jestem mordercą” potyczki te składają się na zbyt stereotypowy – by mógł istotnie zaciekawić – zapis kryzysu wieku średniego. Bohater porzuca dążenie do prawdy, a w zamian zyskuje prestiż w pracy, pozbywa się kompleksów względem teścia, kupuje lepsze mieszkanie, zdobywa młodszą kochankę. Oryginalności jego historii ma zapewne przydawać złożona oprawa: sprawa głośna na całą Polskę, gama odcieni gierkowskiej scenografii, nawiązania do śląskiego folkloru. Jednak samo wnętrze bohatera rządzi się tak prostymi prawami, że czynią one akcję filmu do bólu przewidywalną. Szkoda, tym bardziej że produkcji nie brakuje oczywistych zalet, takich jak kreacja aktorska Agaty Kuleszy.

Grzegorz Brzozowski: „High-Rise”, reż. Ben Wheatley

Rok 2016 przyniósł wystarczające wzmożenie dystopijnych nastrojów, by nie dokładać do nich kolejnej wymęczonej opowieści niezgrabnie podpartej legendą „Mechanicznej pomarańczy”. „High Rise” to pełna efekciarskich wizualnych popisów, a mimo to niebywale rozwlekła powiastka o grupie bohaterów, na których los pozostajemy obojętni bez względu na liczbę angażujących ich orgiastycznych transgresji czy popełnianych lub doświadczanych przez nich zbrodni. Pod względem siły krytycznego rażenia film Wheatleya nie ma do zaoferowania więcej niż przeestetyzowane obrazy konsumpcji rodem z teledysku Miley Cyrus. Jedyne frapujące pytanie, do końca pozostające niestety bez odpowiedzi, dotyczy tu rodzaju materiałów budowlanych, z których wykonano tytułowy wieżowiec. W rękach dobrego reżysera kwestia ta mogłaby stać się podstawą porywającego dokumentu dla urbanistów.

O filmie „High-Rise” pisał dla nas Tomasz Rachwald.

Najlepsza scena roku

Mateusz Góra: „Doktor Strange”, reż. Scott Derrickson

Kiedy Przedwieczny (Tilda Swinton) jednym wyciągnięciem ręki wysyła niedowiarka doktora Stephana Strange’a (Benedict Cumberbatch) w podróż po innym wymiarze, rozpoczyna się jedna z najbardziej spektakularnych scen w filmach superbohaterskich ostatnich lat. To niesamowita, psychodeliczna wędrówka po rubieżach kosmosu, dająca wyraz nie tylko wyobraźni filmowych twórców, lecz także możliwości współczesnego kina. Nie potrzeba scen walki, w których zostaje zrównane z ziemią całe miasto, żeby wzbudzić w widzach poczucie utraty kontaktu z rzeczywistością, podobne do efektu zażycia psychodelików. W tej sekwencji wyraża się też ciążenie kina superbohaterskiego w kierunku awangardy. Nie chodzi już tyle o linearnie opowiedzianą historię, ile o pokaz możliwości, zabawę z czasem, rytmem i ruchem, zachwyt kolejnymi trikami, wizualnie wyszukanymi sekwencjami, a nie jedynie kolejnymi wydarzeniami fabularnymi.

Joanna Kłos: „Służąca”, reż. Park Chan-wook

W tym filmie z kolei kobiety w menadycznym szale działają nie przeciw sobie, lecz w ramach miłosnego sojuszu. Orfeuszem są tu drogocenne książki gromadzące pornograficzne opowieści, które jedna z bohaterek zmuszana była czytać na głos w ramach perwersyjnego rytuału molestującym ją mężczyznom. Równiutkie rzędy kaligrafii i wysmakowane miniatury rozrywają się w strzępy pod kobiecym dotykiem, którego pożądliwość nigdy nie będzie w pełni ujmowalna dla języka mężczyzn. Scena zasługuje na uwagę jako jedna z wciąż rzadkich pozytywnych reprezentacji kobiecej histerii w kulturze oraz jako rzucająca wyzwanie utartemu (skądinąd nie bez słusznych powodów) przekonaniu, że artefakty, zwłaszcza te sporządzane z precyzją i artystycznym pietyzmem, bezwzględnie zasługują na przechowywanie i hołubienie.

Grzegorz Brzozowski: Fuocoammare. Ogień na morzu”, reż. Gianfranco Rosi

Dwunastoletni chłopiec buszuje z kolegą w kępie wybujałych kaktusów; wycinają w nich groźnie powykrzywiane twarze, do których za chwilę będą mierzyć z procy. To jeden z wielu obrazków z dorastania na wyspie na Morzu Śródziemnym. Pod pozorem scenek z życia urwisa kryje się jednak opowieść o życiu w cieniu tragedii. Sielska wyspa to Lampedusa, a sceny nocnych wypraw chłopca z latarką przeplatają się z błądzeniem reflektora po przybrzeżnych wodach w poszukiwaniu zagrożonych łodzi. Do jakiej przyszłości prowadzi dojrzewanie w permanentnym stanie wyjątkowym? Z jakim strachem tak naprawdę mierzy się nie tylko para nastoletnich mieszkańców Lampedusy, ale i reszta Europy?

O filmie „Fuocoammare. Ogień na morzu” pisał dla na Paweł Łuków.

Łukasz Bertram: „Ostatnia rodzina”, reż. Jan P. Matuszyński

Film Jana P. Matuszyńskiego, abstrahując od werystycznego wręcz odwzorowania życia w dwóch warszawskich mieszkaniach, to opowieść o dwóch postawach wobec rzeczywistości: nadreagowaniu (Tomasz) i niedoreagowaniu (Zdzisław). A najbardziej przejmującym tego świadectwem nie są wcale „szaleństwa” młodego Beksińskiego, tylko moment nagłej – acz spodziewanej – śmierci Zofii. I reakcja Zdzisława, który potrzebuje kamery – artefaktu oddzielającego go od świata, a jednocześnie pozwalającego na komunikację z nim – by się z nią pożegnać. Pierwszą reakcją może być: co za straszliwa wizja nieczułości, autystycznej obojętności. Po czym przychodzi myśl druga – o niedoskonałych ludziach wiodących życia może niedoskonałe, ale wypełnione próbami, by dać sobie nawzajem tyle, ile tylko mogą.

O filmie „Ostatnia rodzina” pisał dla nas Tomasz Rachwald.

Odkopany klasyk

Joanna Kłos: „Wrong”, reż. Quentin Dupieux (2012)

Klasyk nie tyle zapomniany, co postulowany – absurdalna komedia, która niezasłużenie nie doczekała się jeszcze chyba miana bezsprzecznie kultowej w swoim gatunku. W świecie, w którym budzik dzwoni o 7:60, do pracy chodzi się każdego dnia, mimo iż zostało się zwolnionym, a drzewka w ogródku zmieniają się z jednego w inne, utrata jedynego stabilnego elementu – ukochanego pieska Paula – wywołuje w bohaterze kryzys, widocznie dojmujący, ale też powściągliwie odgrywany. Film unika bowiem sitcomowej skeczowości i wybuchów ekspresji, pozostając nienachalnym w sugerowaniu, które sceny zasługują na wybuch śmiechu, a które na uniesienie kącików ust. Perełką jest także soundtrack. Jego autor i reżyser filmu, Mr Oizo, dobiera rytmy nieraz (jak na siebie) wyjątkowo powolne, nadal jednak napawające lekkim niepokojem, podobnie jak meandry podświadomości bohatera.

Grzegorz Brzozowski: „Blizna”, reż. Krzysztof Kieślowski (1976)

W roku Kieślowskiego warto było przypomnieć jego fabularny kinowy debiut z 1976 r. Opowieść fenomenalną nie tylko pod względem zniuansowanego obrazu moralnych wyborów czasów PRL-u. Historia dobrodusznego inżyniera Stefana, wmanewrowanego w kierowanie beznadziejną inwestycją budowy konglomeratu, staje się okazją do odsłonięcia szeregu manipulacji, do których ucieka się władza, pozorując społeczne poparcie (machinacjom tym Stefan przeciwstawia się, pokładając zaufanie w grupie zaproszonych do badań socjologów). To także szereg fantazyjnych scenek z obyczajów prowincjonalnej komunistycznej nomenklatury: ceremonialnych bruderszaftów, honorów pierwszomajowych czy wreszcie karmienia papierosami sarenki na imprezie w ogródku u dyrektora – akcji zakończonej pełnym goryczy odkryciem, że zwierzę jest w stanie pożreć całą paczkę.

Łukasz Bertram: „Śmierć prezydenta”, reż. Jerzy Kawalerowicz (1977)

Ostatnie dni życia Gabriela Narutowicza to w ujęciu Kawalerowicza przede wszystkim słowa. Padające we wzniosłych przemówieniach na sali plenarnej sejmu, wymieniane podczas kuluarowych negocjacji, wybrzmiewające na ulicach podczas demonstracji. Słowa nie z papieru, lecz niosące emocje i realne tragiczne konsekwencje. Przez ekran przewijają się gromady elegancko ubranych, wąsatych mężczyzn od lewicy po prawicę i tworzą niesamowicie wyrazisty obraz jednego z najbardziej dramatycznych wydarzeń polskiego XX w. Silnie, wręcz dokumentalnie umocowany w historycznym konkrecie, a jednocześnie żywy. Co uderza chyba najbardziej w unoszącej wręcz do góry sekwencji robotniczego pochodu z „Czerwonym sztandarem” na ustach.

Mateusz Góra: „Zła noc”, reż. Gus van Sant (1986)

Chociaż Gus van Sant należy do pierwszej ligi reżyserów kina niezależnego, „Zła noc” jest filmem nieco zapomnianym. Tymczasem historia romansu chłopaka z nielegalnym imigrantem z Meksyku jest szczerym, pozbawionym niedomówień portretem niejednoznacznej relacji, która od początku jest skazana na niepowodzenie. Van Sant stawia jednak pytanie, czy skazana na krytyczny odbiór otoczenia relacja, w której na dodatek partnerzy nie odnajdują się w pełni, rzeczywiście jest niemożliwa. A może to właśnie bezinteresowne zaangażowanie i chęć opieki nad kimś, kogo się doskonale rozumie, może być nazwane prawdziwą miłością? „Zła noc”, podczas której każda ze stron przekracza swoje seksualne i emocjonalne granice, okazuje się tak samo destrukcyjna, jak inspirująca.

Odtrutka na 2016 r.

Grzegorz Brzozowski: „Uccellaci et Uccellini, reż. Pier Paolo Pasolini (1966)

„A może to ja wypadłem z gry, mój czas minął, moje słowa trafiają w próżnię […] opłakuję tylko samego siebie” – tę gorzką refleksję jednego z bohaterów filmu Pasoliniego można by przypisać niejednemu komentatorowi 2016 r., bez względu na to, że w filmie pada ona z dzioba lewicowego intelektualisty wcielonego w kruka, który towarzyszy głównym bohaterom filmu przy podkładzie „Katiuszy”. „Ptaki i ptaszyska” to fantastycznie smutna komedia o podziałach rządzących nie tylko Włochami w epoce kryzysu myśli lewicowej, to uniwersalna pieśń o okrucieństwie świata, w którym wzniosłe nauki kierowane przez mnichów do wróbli i jastrzębi nie powstrzymają ich przed wzajemnym pożeraniem (nawet jeśli modły w intencji obu gatunków wznosi sam oddany ascezie Totò za namową świętego Franciszka, który wieszczy nadejście Marksa). W tej słodko-gorzkiej opowieści drogi każdy zakręt odsłania nowe klasowe napięcia, a ideały rewolucyjne można zastąpić potrawką z przegadanego kruka.

Łukasz Bertram: „Blues Brothers”, reż. John Landis (1980)

W tym filmie jest wszystko, czego trzeba. Absurdalni amerykańscy naziści, nieodżałowana Carrie Fisher w roli maniakalnej porzuconej narzeczonej z bazooką, sarnie spojrzenie Johna Belushiego błagającego ją o darowanie życia, James Brown, Ray Charles i Aretha Franklin. Dziesiątki gagów powiązanych ze sobą z nieskazitelną gracją, ścieżka dźwiękowa dobrana pod wpływem genialnej iluminacji, pandemonium oczyszczającej demolki, najwybitniejszy pościg samochodowy (i nie tylko) w dziejach kina oraz rozrzucone tu i ówdzie perełki, jak choćby ten dialog. Wzorzec komedii, która zapewnia nie tylko śmiech, lecz także czystą i bezwstydną radość.

Mateusz Góra: Raspberry Reich, reż. Bruce LaBruce (2004)

Jeśli uznać 2016 r. za polityczne zwycięstwo rosnącego w nas strachu przed różnorodnością i innością, idealnym rozwiązaniem wydaje się proponowany przez Bruce’a LaBruce’a radykalny, lewicowy bunt. Kanadyjski reżyser pokazuje dziewczynę, która wraz ze swoim chłopakiem zamierza przeprowadzić homoseksualną rewolucję, zmierzającą do obalenia neoliberalnego ładu. To wizja radykalnie różna od obecnej sytuacji politycznej, dająca świeże spojrzenie na rzeczywistość. Bruce LaBruce zasłania genitalia uprawiających seks mężczyzn głowami liderów ówczesnego świata, między innymi Tony’ego Blaira, i cytuje ich absurdalne wypowiedzi. I chociaż dzisiaj te twarze byłyby inne, czy przekaz stracił na aktualności? Chyba nie, bo potrzeba rozbicia systemu tłumiącego prawo każdego do wolnej ekspresji swojej tożsamości jest coraz bardziej odczuwalna.

Joanna Kłos: „Belfer”, reż. Łukasz Palkowski

Serial CANAL+ będący naszym rodzimym wariantem klasycznej historii o morderstwie na atrakcyjnej nastolatce nie sięga co prawda wyżyn jakości duńskiego „Forbrydelsen”, nadal jednak świetnie zdaje egzamin jako telewizyjna rozrywka. Tempo pierwszych odcinków ze względu na rozbudowaną ekspozycję bohaterów i układów powiązań w małym mieście może lekko nużyć, wynagradza to jednak napięcie przyspieszające w końcówce serii, kiedz okazuje się, że nawet najbanalniejsze wątki, które wydawały się mieć odcień telenowelowo-moralizatorski (jak uzależnienie prymuski od amfetaminy), odgrywały swoją funkcję w układzie kryminalnym intrygi. Nie wiem, czy ta produkcja poprawiła dla mnie cały rok 2016, na pewno jednak umiliła święta w rodzinnym gronie.

 

*Ikona wpisu: fot. Kenneth Lu, „Watching a blank screen” [CC BY 2.0]

SKOMENTUJ

Nr 417

(1/2017)
3 stycznia 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail