Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Zderzenie światów. Recenzja...

Zderzenie światów. Recenzja filmu „Toni Erdmann”

Magdalena Saryusz-Wolska

Film Maren Ade oparty jest na sprzecznościach. Beztroski ojciec próbuje zrozumieć zapracowaną córkę, niemieccy biznesmeni konfrontowani są z realiami Rumunii. Na styku różnych światów rodzą się zabawne sytuacje i śmiertelnie poważne pytania o to, czy życie w korporacji naprawdę jest takie złe, a rodzina tak ważna, jak nam się na ogół wydaje.

„Toni Erdmann” zebrał entuzjastyczne recenzje krytyków i wiele nagród na najważniejszych festiwalach, m.in. w Cannes i na Berlinale. Jest także nominowany do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Skąd wynika ten zachwyt nad dopiero trzecim pełnometrażowym filmem Maren Ade? Przez pierwszą godzinę projekcji pytanie to zadawało sobie zapewne wielu widzów siedzących na wypełnionej po brzegi sali kinowej. Pod koniec wszyscy wspólnie płakali ze śmiechu. Od początku było jednak wiadomo, że jest to dzieło nietuzinkowe. Jak zatem sceny z banalnego życia codziennego zamieniają się w wizualny traktat o egzystencji na styku pokoleń i kultur?

Materiały prasowe Gutek Film

Materiały prasowe Gutek Film

Czy miłość musi zwyciężyć?

Już w pierwszych scenach filmu Ade uderza perfekcyjna scenografia, w najdrobniejszym szczególne oddająca specyfikę zachodnioniemieckiej prowincji, z nieodłącznymi ogródkami przed domem i narożnymi ławami w kuchni. Majstersztykiem jest aktorstwo – główne role zagrane są doskonale. Początkowo mamy wrażenie, że to nie fikcja, tylko paradokumentalna rejestracja zwykłego życia. Jednak w miarę upływu czasu rutyna ustępuje, a film nabiera tempa. Dialogi stają się wartkie, a kolejne sceny coraz mniej przewidywalne.

Ines (Sandra Hüller), 30-kilkuletnia pracownica międzynarodowej firmy konsultingowej, po latach spotyka się z ojcem, który postanawia złożyć jej wizytę. Tak się składa, że Ines akurat przeprowadza restrukturyzację dużej firmy w Rumunii, więc niespodziewane odwiedziny odbywają się w Bukareszcie. Winfried (Peter Simonischek), starszy i rozwiedziony nauczyciel historii z Akwizgranu, już od jakiegoś czasu podejrzewa, że w życiu córki nie wszystko się układa. Swojej byłej żonie mówi: „Coś musieliśmy zrobić nie tak”, widząc, że jego córka nawet na chwilę nie zapomina o pracy.

Liczymy na to, że Ines podąży za jego radami, zrezygnuje z pracy w korporacji i wróci na łono rodziny. Przez większość filmu jesteśmy jednak wodzeni za nos.

Magdalena Saryusz-Wolska

Dla Ines wizyta ojca, który wkracza w jej życie prywatne i zawodowe, jest istnym koszmarem. Widz, przyzwyczajony, że „miłość musi zwyciężyć”, oczekuje, że ojciec i córka w końcu znajdą wspólny język. Zabawny i dowcipny Winfried budzi w nas więcej sympatii niż jego zimna i profesjonalna córka. Gdy mężczyzna przebiera się za „doradcę” i przybiera imię Toni Erdmann, by w ten sposób zwrócić na siebie uwagę córki, śmiejemy się z jego nieporadności, ale i rozumiemy ojcowskie troski. Liczymy na to, że Ines podąży za jego radami, zrezygnuje z pracy w korporacji i wróci na łono rodziny. Przez większość filmu jesteśmy jednak wodzeni za nos. Młoda kobieta tylko na moment rzuca się ojcu w ramiona, po czym wraca do swoich kolegów z pracy.

Winfried to typowy przedstawiciel niemieckiego pokolenia ‘68, które ukształtowało się po studenckich rewoltach pod koniec lat 60. XX w. Lewicowy, ekologiczny, doceniający drobne radości dnia codziennego. Nie zwraca uwagi na swój wygląd, ale przejmuje się losem prostych ludzi. Dzięki dobrej pracy nauczyciela (w Niemczech to wciąż szanowana, pewna i przyzwoicie płatna posada) może żyć z dala od wolnorynkowej walki. Ma czas i środki na ciągłe błaznowanie. Ines jest jego przeciwieństwem. Młoda i prężna idzie przez życie jak czołg. Perfekcyjnie maskuje emocje, nie marnuje żadnej chwili, życie prywatne interesuje ją tylko wtedy, gdy przekłada się na zawodowe profity. Jej ojciec delektuje się gotowaniem spaghetti, tarciem sera i czerwonym winem, a ona zamawia firmę cateringową. W niemieckim dyskursie napięcie między tymi pokoleniami należy do stałych tematów popkultury. Twórcy „Toniego Erdmanna” odwracają jednak schemat typowy dla środowisk lewicowych i nie traktują korporacji „z góry”. Obu grupom oddają głos i pozwalają im wyartykułować swoje argumenty.

Materiały prasowe Gutek Film

Materiały prasowe Gutek Film

Czy globalny kapitalizm naprawdę jest zły?

Po sukcesie niemieckiego filmu Johannesa Nabera z 2014 r. „Czas Kanibali” (Die Zeit der Kannibalen), który oparty był na podobnym pomyśle dramaturgicznym (pracownicy międzynarodowej firmy konsultingowej doradzają przedsiębiorstwu w Nigerii), można było oczekiwać, że „Toni Erdmann” przedstawi równie bezwzględną krytykę globalnego kapitalizmu. Jednak w miarę rozwoju akcji zyskujemy coraz więcej sympatii dla Ines i zaczynamy rozumieć jej sposób widzenia świata. Po powrocie z wizytacji na rumuńskiej prowincji bohaterka tłumaczy ojcu, że jego socjalne i ekologiczne poglądy nijak się mają do rzeczywistości. Ona ma do wyboru zwolnić część pracowników lub dopuścić do całkowitego upadku firmy. Na modernizację fatalnej infrastruktury nie ma pieniędzy i już. Tymczasem kilka dni wcześniej, popijając szampana przy hotelowym basenie, mówiła, że jej firma jest bardzo bogata. Twórcy „Toniego Erdmanna” nie zestawiają jednak tych scen, nie eksponują takich sprzeczności. Oczekują od widza, że dostrzeże je sam. Rozwarstwienie społeczne w Rumunii zaznaczane jest w jednym zdaniu o największym w Europie centrum handlowym, w którym z braku pieniędzy nikt nie kupuje. Spostrzeżenie to ilustruje krótka scena w opustoszałym sklepie. W filmie nie ma – i to jest jego wielka zaleta – moralizowania o kapitalistycznym wyzysku na peryferiach. Wyciąganie wniosków należy do nas.

Inteligentny humor „Toniego Erdmanna” oparty jest na prostej zasadzie kontrastów: międzynarodowa kultura korporacyjna zostaje zestawiona z realiami rumuńskiej prowincji; lewicowo-liberalny 60-latek próbuje zrozumieć zasady globalnego biznesu.

Magdalena Saryusz-Wolska

Kiedy oglądamy „Toniego Erdmanna” w Polsce i mamy w pamięci doświadczenie transformacji oraz pierwszych lat członkostwa w Unii Europejskiej, z sympatią patrzymy na rumuńskich pracowników, którzy argumentują, że Niemcy – reprezentujący globalną kulturę kapitalizmu – nie rozumieją specyfiki Rumunii. Ines zachwyca się lokalnymi menadżerami, którzy mówią w wielu językach i studiowali na całym świecie, a oni odpowiadają jej, że prawdziwa Rumunia tak nie wygląda. Chcemy, żeby tę sprzeczkę wygrali Rumuni, ale nikt ich nie słucha. Dla międzynarodowego giganta kulturowa specyfika regionu, w którym prowadzi interesy, nie ma znaczenia. Dziś restrukturyzuje przemysł w Bukareszcie, jutro w Szanghaju – wszystko według tego samego schematu.

Materiały prasowe Gutek Film

Materiały prasowe Gutek Film

Czy można wyjść z roli?

Inteligentny humor „Toniego Erdmanna” oparty jest na prostej zasadzie kontrastów: międzynarodowa kultura korporacyjna zostaje zestawiona z realiami rumuńskiej prowincji; lewicowo-liberalny 60-latek próbuje zrozumieć zasady globalnego biznesu. Młode pokolenie konfrontowane jest z oczekiwaniami starego. Bawią nas gafy Winfrieda na spotkaniach biznesowych oraz upór Ines, która nie potrafi wyjść z roli profesjonalnej konsultantki. Kiedy sytuacja ją zaskakuje, udaje, że tak miało być. Gdy zacina jej się zapięcie sukienki, staje nago przed swoim szefem i mówi, że taki był plan, że na tym polega integracja zespołu i challenge w biznesie. Uparcie pozostaje w swej profesjonalnej roli i nie potrafi przyznać się do drobnej niedoskonałości, jak zablokowany suwak w sukience, nawiasem mówiąc umieszczony na plecach i zaprojektowany raczej z myślą o tym, by ktoś inny go zapinał i rozpinał. W życiu Ines nie ma jednak nikogo, kto mógłby wyświadczyć jej tę przysługę – nie dlatego, że jest złą lub nieatrakcyjną kobietą (przeciwnie, jest bystra i przystojna), ale z powodu jej przywiązania do niezależności. Kontrasty, które dominują przez cały film, w tej scenie doprowadzone są do skrajności. Naga Ines otwiera kolejnym osobom drzwi, a jedną z nich jest Winfried, przebrany za włochatego potwora. Spod kostiumu nie wystaje nawet twarz. Ona obnaża się, chcąc zostać w roli, on zaś chowa się, by w końcu odrzucić wcielenie Toniego Erdmanna.

Film Ade nieustannie nas zaskakuje, łączy śmiech z melancholią, rubaszny humor z intelektualnym wyzwaniem. Winfried alias Toni zmienia wcielenia, zakładając i zdejmując protezę dentystyczną. Przez moment Ines go naśladuje, jakby zdecydowała się zmienić rolę. Nie wiemy jednak, czy robi to pod wpływem spotkania z ojcem czy też chwilowego impulsu. Film stawia pytania, ale odpowiedź należy do widza.

 

Film:

„Toni Erdmann”, reż. Maren Ade, Niemcy, Austria, Rumunia 2016.

 

*Ikona wpisu: materiały prasowe Gutek Film

SKOMENTUJ

Nr 422

(6/2017)
7 lutego 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail