Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Stany Zjednoczone] Kim...

[Stany Zjednoczone] Kim pan jest, panie Bannon?

Piotr Tarczyński

W ciągu pierwszych dwóch tygodni swojej prezydentury Donald Trump zdążył już zagrozić inwazją Meksykowi, wojną Iranowi, rzucić słuchawką w trakcie rozmowy z premierem Australii, parokrotnie pochwalić Putina i dość jednoznacznie opowiedzieć się za rozpadem Unii Europejskiej. Kto stoi za działaniami nowego prezydenta?

Nie wiem jak Państwa, ale mnie już żarty z Trumpa w „Saturday Night Live” przestały bawić. Kiedy Trump wybierał członków swojego gabinetu, optymiści (do których nie należę) wskazywali na kilku rozsądnych ludzi, takich jak gen. James Mattis czy gen. John Kelly, którzy mieliby stanowić gwarancję, że polityka zagraniczna nowej administracji będzie mniej lub bardziej przewidywalna. Nawet sekretarz stanu, były prezes Exxon Mobil, Rex Tillerson, choć ze zrozumiałych względów kontrowersyjny, miał jakoś równoważyć porywczego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego, gen. Michaela Flynna.

Tymczasem w ciągu pierwszych dwóch tygodni swojej prezydentury Donald Trump zdążył już zagrozić inwazją Meksykowi, wojną Iranowi, rzucić słuchawką w trakcie rozmowy z premierem Australii, parokrotnie pochwalić Putina i dość jednoznacznie opowiedzieć się za rozpadem Unii Europejskiej. Aha, i według Associated Press chce dowiedzieć się więcej o polskich działaniach zaczepnych na Białorusi (sic!). Wszystko to stanowi, oczywiście, wdzięczny obiekt żartów, ale kiedy rzeczywistość przypomina political fiction – i to raczej „Doktora Strangelove” niż „Prezydenckiego pokera” – mało komu jest do śmiechu.

„SNL” może sobie przedstawiać Trumpa jako marionetkę w ręku jego najważniejszego doradcy, Steve’a Bannona, ale problem jest poważny. Mattis, Kelly czy Nikki Haley, nowa ambasador USA przy ONZ (która ostatnio ostro skrytykowała Rosję), sprawiają wrażenie rozsądnych konserwatystów, ale pierwsze dwa tygodnie prezydentury pokazały, że Donald Trump zamierza prowadzić politykę zagraniczną osobiście. Model ten doprowadził do perfekcji Richard Nixon, u którego Departament Stanu pełnił rolę fasadową, a prawdziwe decyzje – z dala od senackiej kontroli – podejmowała Rada Bezpieczeństwa Narodowego pod kierownictwem Henry’ego Kissingera. Nigdy jednak nie było najmniejszych wątpliwości, kto w układzie Nixon–Kissinger odgrywał rolę nadrzędną, a poza tym nikt nie wątpił w kompetencje obu wyżej wymienionych.

Kiedy rzeczywistość przypomina political fiction – i to raczej „Doktora Strangelove” niż „Prezydenckiego pokera” – mało komu jest do śmiechu.

Piotr Tarczyński

Jak wiadomo z różnych źródeł, Trump nie lubi słuchać rad, ale jeśli ktoś już ma na niego wpływ, to przede wszystkim ten, kto ma do niego dostęp. Dlatego właśnie, znacznie bardziej niż głupie i buńczuczne tweety prezydenta, niepokoić powinny instytucjonalne zmiany, do których doszło w Białym Domu. Bannon, i tak już czołowy doradca w sprawach politycznych, będzie miał teraz bezpośredni wpływ na sprawy międzynarodowe. To jego kontakty sprawiły, że pierwszym zagranicznym politykiem, z którym spotkał się prezydent elekt, był Nigel Farage; to pod jego kierownictwem powstał niesławny zakaz wjazdu do USA obywateli siedmiu muzułmańskich krajów; teraz wreszcie to on został powołany przez Trumpa do Rady Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Council).

Szef połączonych sztabów (czyli najwyższy wojskowy dowódca amerykańskich sił zbrojnych) oraz dyrektor wywiadu narodowego (koordynujący działalność szesnastu amerykańskich agencji wywiadowczych) ze stałych członków Rady Bezpieczeństwa Narodowego stali się jedynie członkami dochodzącymi – Bannon został członkiem stałym. Nic dziwnego, że tygodnik „Time” określił go mianem drugiego najpotężniejszego człowieka na świecie.

Bannon – były szef alt-rightowego portalu Breitbart.com i jeden z szefów zwycięskiej kampanii wyborczej Trumpa – jest bez wątpienia najbardziej kontrowersyjnym członkiem nowej administracji, o którym ostrożnie wypowiadają się nawet ludzie jej przychylni. Jego związki ze skrajną prawicą są same w sobie niepokojące, ale udokumentowana obsesja na punkcie wojen, rywalizacji, próby sił; apokaliptyczne postrzeganie historii; określanie się mianem „leninisty”, który pragnie „rozwalić istniejące [amerykańskie] państwo”, sprawiają, że jego nominacja do Rady Bezpieczeństwa Narodowego budzi zaniepokojenie nie tylko Demokratów, lecz także niektórych Republikanów.

Kierownictwo partii rządzącej milczy na razie jak zaklęte – bynajmniej nie z zachwytu nad pierwszymi posunięciami nowej administracji. Nie jest żadną tajemnicą, że Trump i kierownictwo GOP nie przepadają za sobą – eufemistycznie rzec ujmując. Prezydent nie czuje żadnej lojalności wobec Partii Republikańskiej, bo czemuż by miał? Establishment partyjny zwalczał go podczas prawyborów, zaś właściwe wybory Trump wygrał nie dzięki pomocy kierownictwa GOP, ale wbrew niemu – Paul Ryan, najważniejszy polityk Republikanów w Izbie Reprezentantów, nie odciął się wprost od kandydata swojej partii, ale wielokrotnie się od niego dystansował i nigdy nie traktował poważnie.

Stosunki Białego Domu i Kapitolu przypominają dziś raczej koalicję zawartą z konieczności przez podmioty, które łączy – na razie – wspólnota interesów. Właśnie dlatego żona szefa Republikanów w Senacie, Mitcha McConnella, Elaine Chao, otrzymała stanowisko w gabinecie Trumpa (jak również dlatego, że jest jedną z niewielu wykwalifikowanych i kompetentnych niebiałych Republikanek). Ryan, spiker Izby Reprezentantów, wie dobrze, że Trump i Bannon nie zapominają i nie wybaczają przewin (tak prawdziwych, jak i urojonych), ale udaje, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, i deklaruje chęć konstruktywnej współpracy. Podobnie jak reszta Republikanów w Kongresie. Choć niektórzy krytykowali wybór Tillersona na sekretarza stanu, to jednak ostatecznie żaden nie zagłosował w Senacie przeciwko niemu. Sytuacja wygląda inaczej z Betsy DeVos, nominowaną na sekretarza edukacji, która w trakcie przesłuchań wykazała się żenującym brakiem kompetencji – dwie Republikanki zapowiedziały głosowanie przeciwko niej, co jednak nie wystarczy do zablokowania nominacji.

Prawda jest taka, że Trump nie dba o Kongres, o czym dobitnie świadczy sposób przygotowania dekretu o zakazie wjazdu dla obywateli kilku państw muzułmańskich. Okazało się, że dekret – m.in. pod kierownictwem Bannona – napisali pracownicy biur republikańskich kongresmenów. Bez wiedzy swoich szefów. Trudno o lepszy wyraz stosunku nowego szefa władzy wykonawczej do władzy ustawodawczej. Jak każdy autorytarny przywódca, Trump próbuje wchodzić w rolę „człowieka czynu”, ustawiać się w opozycji do ciała ustawodawczego, więc nie raz już obsztorcował kongresmenów i senatorów, którzy „dużo gadają, a nic nie robią”.

Trump działa – a przynajmniej próbuje robić takie wrażenie, wydając kolejne dekrety wykonawcze: jednym podpisem likwidując Obamacare, drugim budując mur na granicy z Meksykiem, trzecim zakazując wjazdu do kraju muzułmanom itd. Jako człowiek mający jedynie doświadczenie biznesowe próbuje rządzić krajem w sposób, do jakiego jest przyzwyczajony – wydając polecenia. Tymczasem każdy stażysta w Białym Domu powie mu, że władza prezydencka nie wygląda wcale tak, jak to pokazują nam kino i telewizja (którą namiętnie ogląda Trump): prezydent nie jest udzielnym władcą, który może wszystko i natychmiast. Prawo w USA stanowi Kongres, a sądy kontrolują zgodność prawa z konstytucją.

Jako człowiek mający jedynie doświadczenie biznesowe próbuje rządzić krajem w sposób, do jakiego jest przyzwyczajony – wydając polecenia.

Piotr Tarczyński

Stąd między innymi wściekłość Trumpa na sędziego federalnego (nawiasem mówiąc Republikanina mianowanego przez George’a W. Busha), który zablokował dekret o zakazie wjazdu dla obywateli siedmiu państw. Po części chodzi, oczywiście, o urażone ego (jak zawsze w przypadku Trumpa), ale w dużej mierze też o to, że nowy prezydent nie potrafi – i nie chce – działać w ramach istniejącego systemu, który nakłada na egzekutywę jakieś ograniczenia.

O ile w sprawach wewnętrznych Amerykanie mogą liczyć na sądy, które blokują i zapewne będą blokować niezgodne z prawem dekrety, o tyle w sprawach międzynarodowych nie ma, niestety, żadnej instancji, która mogłaby jakkolwiek ograniczać Trumpa. Nie są nią instytucje międzynarodowe (NATO jest dla niego nieistotne, Unię Europejską postrzega głównie jako rywala handlowego), nie są nią sojusznicy (jak dobitnie pokazały rozmowy z przywódcami Australii czy Niemiec) i – jak widać – na pewno nie będzie nią nowa Rada Bezpieczeństwa Narodowego.

*/ Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Ben Alexander [CC BY-SA 2.0] Źródło: Wikimedia Commons

SKOMENTUJ

Nr 422

(6/2017)
7 lutego 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail