Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Kompleks mutanta. Wokół...

Kompleks mutanta. Wokół serialu „Legion”

Karol Kućmierz

„Legion” to serial dla widzów, którzy mają już dość schematycznych i przewidywalnych produkcji o superbohaterach. Dzieło Noah Hawleya jest ekscentryczne, innowacyjne, odważne formalnie i ma potencjał, żeby skierować cały gatunek na zupełnie nowe tory.

Noah Hawley ma ręce pełne roboty. Po sukcesie dwóch sezonów serialu „Fargo”, w którym nadspodziewanie dobrze udało mu się wejść w dialog z filmografią braci Coen, stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych showrunnerów w branży telewizyjnej. Wysokie oczekiwania związane z jego kolejnymi projektami zdają się jednak nie robić na nim większego wrażenia. Pomiędzy kolejnymi sezonami „Fargo” – premiera trzeciego już niebawem – Hawley zdążył napisać powieść sensacyjną „Przed katastrofą” (Sony Pictures już przygotowuje film na jej podstawie), zainicjował prace nad adaptacją „Kociej kołyski” Kurta Vonneguta na miniserial, a ponadto przygotowuje się do swojego debiutu filmowego w roli reżysera.

To jeszcze nie wszystko – od lutego Hawley konfrontuje się z konwencją komiksowo-superbohaterską w serialu „Legion”. Nie bacząc na masową produkcję tytułów tego rodzaju, których niekończąca się fala zalewa ekrany kinowe i telewizyjne, Noah Hawley podjął wyzwanie. Zinterpretował ten niezwykle popularny gatunek na swój własny sposób, unikając pretekstowej fabuły oraz powiązań z innymi tytułami. „Legion” mieści się co prawda w uniwersum X-Menów – serial ma swoje źródła w komiksach Chrisa Claremonta i Billa Sienkiewicza – ale występują w nim mniej znani bohaterowie, funkcjonujący na obrzeżach świata, który kojarzymy z filmowych przygód Wolverine’a, Charlesa Xaviera czy Magneto. Dzięki temu twórcy telewizyjnej adaptacji mogli sobie pozwolić na znaczne odstępstwa od oryginału, nie spodziewając się z tego powodu większych kontrowersji.

Copyright FX Productions.

Copyright FX Productions.

„Legion” Hawleya wpisuje się w skromny jak na razie nurt odnowicielski w produkcjach superbohaterskich. Uniformizacja kolejnych odsłon Kinowego Uniwersum Marvela, które poza okazjonalnymi odstępstwami („Strażnicy Galaktyki”; 2014) trudno odróżnić na poziomie wizualnym, spowodowała, że liczni widzowie i niektórzy twórcy zatęsknili za oryginalnymi scenariuszami oraz prawdziwą ekstrawagancją w sposobie realizacji. Powiew świeżości przyniosły niektóre seriale, takie jak flirtująca z estetyką noir „Jessica Jones” (2015–) czy nawiązujący do gatunku blaxploitation „Luke Cage” (2016–), a także świetnie przyjęty film „Logan” (2017) Jamesa Mangolda, który udowodnił, że można opowiadać historie o mutantach z nadludzkimi mocami, jednocześnie traktując widza poważnie. Serial Hawleya wprowadza innowację innego rodzaju – po raz pierwszy forma została tak ściśle zespolona z przedstawianymi treściami: jeszcze żadna sfilmowana historia o superbohaterach nie wyglądała tak ekscentrycznie jak „Legion”.

Permanentne zagubienie

Hawley to doświadczony scenarzysta i początkujący reżyser, w „Legionie” sprawdził się jednak na zupełnie innym poziomie – reżyserując pierwszy odcinek, był odpowiedzialny za nadanie audiowizualnego kształtu całości oraz ustalenie wzorów i reguł, które będą musieli respektować realizatorzy kolejnych odsłon. Jako pisarz oraz autor scenariuszy Hawley jest uznanym wirtuozem słowa i narracyjnych struktur, zaskakuje natomiast jego zdolność do opowiadania za pomocą środków czysto wizualnych. Z jednej strony jego reżyseria sprawia wrażenie, jakby chciał spróbować wszystkiego po trochu: widowiskowych scen akcji, efektów specjalnych, błyskotliwych dialogów, wizualnych metafor, sekwencji montażowych opartych na popowych piosenkach, które ocierają się o musical, czy scen o zabarwieniu onirycznym. Z drugiej strony ten stylistyczny amalgamat jest konsekwentnie zakorzeniony w opowiadanej historii i konstrukcji postaci.

Copyright FX Productions.

Copyright FX Productions.

Główny bohater „Legionu”, David Haller (znany z „Downton Abbey” Dan Stevens), to postać fundamentalnie skonfundowana. Większość swojego życia spędził w gabinetach i szpitalach psychiatrycznych, próbując walczyć ze schizofrenią. Żeby skutecznie oddać stan permanentnego zagubienia w świecie i zakamarkach własnego umysłu, Hawley nie wyjawiał Stevensowi wszystkich detali dotyczących jego postaci, dzięki czemu aktor mógł jeszcze lepiej wczuć się w położenie bohatera.

Kiedy poznajemy Davida, bohater ma powody podejrzewać, że być może wcale nie jest chory psychicznie, tylko jest mutantem, a jego przypadłość wynika z nadludzkich mocy (mieszanka telepatii i telekinezy), nad którymi nie jest w stanie zapanować. Typowy zwrot akcji z opowieści o wybrańcu (znany choćby z serii o Harrym Potterze czy „Matrixa”) nie został jednak potraktowany jako jednoznacznie pozytywna zmiana w życiu bohatera. Sam David widzi ją raczej jako kolejną warstwę iluzji, którą wytworzył spiskujący przeciwko niemu umysł. Mimo to zachowuje ostrożny optymizm. Z perspektywy widza w zasadzie od samego początku nie ma wątpliwości, że główny bohater dysponuje niesamowitymi mocami. Zaangażowanie odbiorcy opierać się będzie na czymś innym – przez większość odcinków nie mamy pewności, co właściwie wydarza się w świecie serialu, a co jest tylko wytworem umysłu Davida.

Wizualny język

Jak przedstawić sposób, w jaki schizofrenik odbiera rzeczywistość? Jak zilustrować proces weryfikacji wspomnień postaci? Jak stworzyć scenografię, która ma odzwierciedlać wnętrze skołatanego umysłu albo ezoteryczny plan astralny? Jak pokazać bohaterów zamieniających się ciałami, nie informując o tym widza wprost? Jak przekonująco przedstawić mieszkanie dwóch osób w jednym ciele? Noah Hawley musiał zadać sobie te wszystkie trudne pytania, chcąc uniknąć nadmiaru ekspozycji i skomplikowanych wyjaśnień. W końcu bogaty w różnorodne znaczenia obraz jest dużo bardziej komunikatywny niż rozbudowane kwestie dialogowe.

Żeby wniknąć w unikalną percepcję Davida, twórcy postawili na fragmentaryczną narrację, która swobodnie i bez ostrzeżenia przeskakuje pomiędzy płaszczyznami czasowymi, mieszając obiektywne wydarzenia z fantastycznymi wizjami. Podróż po wspomnieniach bohaterów przypomina nieco przemierzanie tzw. pałacu pamięci znanego z „Sherlocka” (2010–) skrzyżowane z przeglądaniem klipów wideo, które można zatrzymywać i przewijać w dowolnym kierunku. Wnętrze umysłu głównego bohatera przybiera rozmaite kształty, od archetypowej dziecięcej sypialni po salę wykładową, w której David dyskutuje z racjonalną częścią swojej osobowości. Plan astralny to nic innego jak ersatz z kiczowatych psychodelicznych wizji rodem z lat 70.

Hawley to doświadczony scenarzysta i początkujący reżyser, w „Legionie” sprawdził się jednak na zupełnie innym poziomie – reżyserując pierwszy odcinek, był odpowiedzialny za nadanie audiowizualnego kształtu całości oraz ustalenie wzorów i reguł, które będą musieli respektować realizatorzy kolejnych odsłon.

Karol Kućmierz

Jeśli chodzi o nadnaturalne supermoce, „Legion” po prostu je pokazuje, zamiast dogłębnie wyjaśniać nam zasady ich działania. Moc Syd (Rachel Keller), która potrafi zamieniać się ciałami poprzez dotyk, została pokazana głównie za pomocą sugestywnej gry aktorskiej. Dopiero obserwując Davida i Syd zachowujących się niekomfortowo w cudzej skórze, domyślamy się, jakimi zdolnościami dysponuje bohaterka. Z kolei enigmatyczny duet Cary (Bill Irwin) i Kerry (Amber Midthunder), funkcjonujący jako dwie osoby w jednym ciele, został niezwykle celnie przedstawiony za pomocą ujęcia, w którym z rękawa Cary’ego nagle wysuwa się druga dłoń. Ten pojedynczy, prosty obraz sprawia, że nadmierne wyjaśnienia oraz spektakularne efekty specjalne okazują się zbędne.

Moc intertekstualności

Już od samego początku serialu, który otwiera porywająca sekwencja montażowa relacjonująca dorastanie Davida w skrótowy, teledyskowy sposób, prowadzona melodią piosenki „Happy Jack” The Who, Noah Hawley i jego współpracownicy oznajmiają nam, że nie mamy do czynienia z kolejnym serialem o superbohaterach. „Legion” ma więcej wspólnego z takimi telewizyjnymi produkcjami jak „Hannibal” (2013–2015) Bryana Fullera czy „Mr. Robot” (2015–) Sama Esmaila niż z innymi adaptacjami komiksów. Obie z nich charakteryzuje wyrazista warstwa wizualna, rozpoznawalna od pierwszych kadrów. Z „Hannibalem” łączy „Legion” zamiłowanie do obrazów z pogranicza jawy i snu, często wkraczających na terytorium poetyckiej abstrakcji. Z kolei w „Mr. Robot” mamy postać niegodnego zaufania narratora, który podobnie jak David Haller ma duże problemy z odróżnieniem rzeczywistości od własnych urojeń. Z połączenia tych inspiracji powstała wysoce subiektywna i maksymalnie wystylizowana opowieść.

Copyright FX Productions.

Copyright FX Productions.

To jednak nie koniec intertekstualnych skojarzeń, którymi Noah Hawley wypełnił swój serial. Jedno z głównych miejsc akcji, szpital psychiatryczny Clockworks, to odwołanie do „Mechanicznej pomarańczy” („A Clockwork Orange”, 1971) Stanleya Kubricka, od którego Hawley pożycza też długie jazdy steadicamem po szpitalnych korytarzach i zaczepne spojrzenia w obiektyw kamery w stylu Malcolma McDowella. Świat przedstawiony pod względem mody i dekoracji pomieszczeń budzi skojarzenia także z filmami Lindsaya Andersona, takimi jak „Szczęśliwy człowiek” (1973). W „Legionie” nie brakuje także przywiązania do symetrycznych ujęć i strojów-kostiumów definiujących osobowości bohaterów, co Hawley zaczerpnął z twórczości Wesa Andersona. Fabularne nitki prowadzą do takich filmów jak „12 małp” (1995), „Podziemny krąg” (1999) czy „Zakochany bez pamięci” (2004). Z kolei muzyka do serialu autorstwa Jeffa Russo powstała w twórczym dialogu z albumem „The Dark Side of the Moon” grupy Pink Floyd (imię jednej z głównych bohaterek – Syd Barrett – to również hołd dla pierwszego wokalisty tego zespołu, a utwór „Breathe” pojawia się w finale sezonu).

Najlepsze momenty „Legionu” to jednak te, w których Hawley nie odwołuje się do konkretnych dzieł popkultury, ale kiedy wykorzystuje filmowe chwyty do własnych celów. Duże wrażenie robi quasi-musicalowa sekwencja z szóstego odcinka, którą wyreżyserował Hiro Murai, autor teledysków dla takich artystów jak Childish Gambino czy Earl Sweatshirt. W przedostatnim odcinku twórcy wykorzystali także estetykę kina niemego, włącznie z czarno-białym obrazem i planszami dialogowymi, żeby skonstruować niecodzienną scenę walki z czarnym charakterem. W „Legionie” zastosowano również zmienne formaty obrazu – kiedy bohaterowie zostają otoczeni przez oddział komandosów, ujęcie nagle zwęża się z góry i z dołu, podkreślając przytłoczenie postaci. To prawdziwa rzadkość, kiedy serial tak odważnie wykorzystuje czysto formalne zabiegi, żeby komunikować się z widzami w wizualny, a nie werbalny sposób.

Powierzchnia znaczeń

Estetyka audiowizualnego nadmiaru zastosowana w „Legionie” uwodzi nasze zmysły w każdej minucie, a narracyjny labirynt nieustannie angażuje intelekt na najwyższych obrotach, przez co oglądanie serialu wymaga całkowitego skupienia. Pomimo tych ewidentnych zalet twórcy zaniedbali aspekty emocjonalne opowieści, pozbawiając widza najważniejszego punktu zaczepienia. Oprócz Davida, z którego perspektywy poznajemy świat przedstawiony, pozostali bohaterowie są nieco zbyt pobieżnie scharakteryzowani. W konsekwencji dość trudno jest uwierzyć w błyskawiczną miłość Davida i Syd czy w motywacje niektórych postaci drugoplanowych, ponieważ tak naprawdę wciąż niewiele o nich wiemy. Drobne emocje, które pomimo wszystko udaje się wykrzesać, są przede wszystkim zasługą świetnej obsady (oprócz wcześniej wymienionych w serialu występują także: Jean Smart, Aubrey Plaza i Jemaine Clement). Nawet pomiędzy głównym bohaterem a widzami pojawia się dystans, związany z brakiem zaufania dla jego subiektywnego punktu widzenia.

Copyright FX Productions.

Copyright FX Productions.

Serial taki jak „Legion”, pozbawiony emocjonalnego kręgosłupa, bardzo szybko może wymknąć się spod kontroli. Formalne i narracyjne fajerwerki będą dobrze działać, jeśli przejmujemy się losami postaci – bez tego widzom pozostaje śledzenie błyskotliwie pokazanych zmagań dobra ze złem, tylko że areną walki jest umysł głównego bohatera. Pomimo powiązań ze światem X-Menów „Legion” nie pogłębia refleksji nad mutacją jako metaforą wszelkiej inności, z czego zasłynęła ta seria. W zamian Hawley rozwija motyw choroby psychicznej, która może się okazać nadnaturalną mocą. O ile pod względem konceptualnym wydaje się to ciekawe rozwiązanie, to jednak twórcy nie zawsze wykazują się odpowiednią wrażliwością w stosunku do osób prawdziwie chorych, a osadzenie części akcji w szpitalu psychiatrycznym zostało podporządkowane stereotypom znanym z kina i telewizji, bez większych prób ich przełamania, co udało się w innych aspektach serialu.

„Legion” ma więcej wspólnego z takimi telewizyjnymi produkcjami jak „Hannibal” Bryana Fullera czy „Mr. Robot” Sama Esmaila niż z innymi adaptacjami komiksów.

Karol Kućmierz

Wszystko, co istotne w „Legionie”, rozgrywa się na – olśniewającej, ale jednak – powierzchni znaczeń. Mimo to dzieło Hawleya pozostaje jednym z najciekawszych przedstawicieli swojego gatunku. Jeśli widzowie zaakceptują bezwstydną dziwaczność i formalną brawurę serialu (a wszystko na to wskazuje, ponieważ zamówiono już kontynuację), to z pewnością stanie się on istotnym punktem odniesienia dla następnych produkcji. Drugi sezon będzie jednak najważniejszym sprawdzianem. Twórcy dysponują bowiem narzędziami i inwencją, żeby stworzyć coś wykraczającego poza superbohaterską niszę. Mogą podążyć w stronę eksperymentu i dalej poszerzać granice telewizyjnej narracji albo poddać się wymogom konwencji (finałowy odcinek dostarcza argumentów wspierających oba te scenariusze). Autorzy „Legionu” są jednak na tyle nieprzewidywalni, że prawdopodobnie znajdą trzecią drogę, która wymknie się wszelkim spekulacjom.

Serial:

„Legion”, twórca: Noah Hawley, prod. USA (2017–).

SKOMENTUJ

Nr 430

(14/2017)
4 kwietnia 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail