„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Na wschodzie trzeba...

Na wschodzie trzeba grać twardo

Z Witoldem Juraszem rozmawiają Jakub Bodziony i Filip Rudnik

„Opozycja białoruska jest bardzo podobna do Polaków. Jak im coś nie wychodzi, to zawsze mówią, że odnieśli moralne zwycięstwo. A że nigdy im nic nie wychodzi, to już są moralnie niezłomni”, mówi były charge d'affaires RP na Białorusi.

Jakub Bodziony: Dlaczego na Białorusi nie było Majdanu?

Witold Jurasz: Społeczeństwo białoruskie różni się od ukraińskiego. Jest taki dowcip – siada Rosjanin, Ukrainiec i Białorusin na krześle, na którym jest pinezka. Rosjanin się podrywa i klnie, Ukrainiec patrzy, podnosi ją i mówi: „O, można by sprzedać”. Białorusin siedzi, lekko się przesuwa i wzdycha „Można przywyknąć”. To oczywiście bardzo niesprawiedliwe i obrazowe uproszczenie, ale coś w tym jest. Białoruś jest krajem, który procentowo stracił największą część populacji podczas II wojny światowej. Zginęła jedna trzecia obywateli, co wpłynęło na pasywny charakter Białorusinów.

Ludzie są głęboko i chyba też słusznie przekonani, że gdyby doszło do Majdanu, władza użyłaby siły. Inna sprawa, że Majdanu raczej nie będzie, bo reżim działa logicznie i zakłada, że lepiej i łatwiej rozpędzić demonstrację, na której jest 500 osób, niż następnego dnia mieć do czynienia z kilkoma, a po paru dniach kilkudziesięcioma tysiącami demonstrantów. Podzielona opozycja wzajemnie się oskarża i jest w znacznym stopniu zinfiltrowana, zarówno przez służby białoruskie, jak i rosyjskie. Trzeba też zadać sobie pytanie, kto czerpie korzyści z obecnego stanu. Dlatego z zasady podejrzliwie traktuję dysydentów, na działaniach których korzysta przede wszystkim Rosja.

JB: Rosja korzysta na działaniach opozycyjnych dysydentów?

Korzysta politycznie. Niektórzy dysydenci stawiają na radykalny kurs, czyli rozwiązania, które są mało prawdopodobne. Jeśli ktoś wyprowadza ludzi na ulice w chwili, gdy nie może wyprowadzić dostatecznie wielkiego tłumu, by władza musiała się z tym tłumem liczyć, to tym samym mamy do czynienia z falstartem rewolucji, a dalej – przepraszam za wyrażenie – pałowaniem i w efekcie izolacją Białorusi na Zachodzie, a tym samym z kursem na Wschód. Zachowuję osobisty szacunek do tych ludzi i rozumiem ich motywacje, ale polska dyplomacja nie może utożsamiać się z białoruską opozycją. Jeśli ktoś uważa, że my jesteśmy przyjaciółmi, to tkwi w błędzie. My mamy być swoim przyjacielem i to nasz, a nie białoruskiej opozycji interes jest absolutnie pierwszorzędny.

JB: W Polsce chyba wszyscy są przekonani, że popieranie białoruskiej opozycji leży w naszym interesie. Wolimy mieć obok demokratyczne państwa zbliżające się do Europy niż postsowiecką, autorytarną skamielinę, całkowicie uzależnioną od Moskwy.

Trzeba patrzeć na efekty działań, a nie na deklaracje. W Polsce za proeuropejską uchodzi ta część opozycji, której efekty działań oddalają Białoruś od Europy. Za każdym razem, kiedy dochodzi do ochłodzenia stosunkach białorusko-unijnych i zacieśnienia relacji z Rosją, pojawiają się przedwczesne nastroje radykalne. Ogłasza się rewolucję, jak w 2010 r., ale nie robi się dostatecznie dużo, żeby ją przeprowadzić.

JB: Skoro popieranie ówczesnych protestów było złe i przedwczesne, to jak należało działać?

Tak samo jak działała opozycja w Polsce w roku 1989. Niektórzy wtedy twierdzili, że należało zerwać porozumienie Okrągłego Stołu i siłą wymóc ustępstwa na komunistach. Druga strona, której stanowisko podzielam, twierdziła, że tak długo jak rząd ma wojsko i siły bezpieczeństwa, proces demokratyzacji będzie można odwrócić. Na Białorusi nie doszło nawet do tego momentu, bo o żadnym „okrągłym stole” nikt nie myśli.

Rząd PO, który tak chętnie odwoływał się w polityce wewnętrznej do filozofii Okrągłego Stołu, wobec Białorusi prezentował zupełnie przeciwne podejście, niechętnie wspierając opozycję, która chciała prowadzić dialog z Łukaszenką.

JB: A czy ten dialog ma szanse dać pozytywne rezultaty?

Powtórzenie scenariusza polskiego w wypadku Białorusi jest na razie mało prawdopodobne, bo prezydent Łukaszenka nie chce dzielić się władzą. Ale czy w Polsce w 1985 r. można było założyć, że cztery lata później PZPR będzie zbliżać się do swojego końca?

JB: No właśnie! Jeśli Łukaszenka nie zgodzi się na pokojowe ustąpienie ze stanowiska, czy to nie oznacza, że racje mają radykalni opozycjoniści, którzy twierdzą, że prezydent musi zostać obalony w wyniku przewrotu?

Możliwe, ale to science-fiction. Przewrót trzeba zaplanować i mieć środki na jego realizację. Jedyną sensowną filozofią demontażu dyktatury jest kompromis, którego nie da się osiągnąć bez gwarancji.

JB: Jakich gwarancji?

Nikt nie będzie się dzielił władzą, jeżeli wie, że po jej utracie czeka go proces. Jeśli prawdą jest, że Slobodan Milošević dostał gwarancje bezpieczeństwa od Zachodu, a potem trafił do więzienia, to powstał szkodliwy precedens. Zachód w imię zasad zablokował sobie możliwość dialogu z dyktatorami i namawiania ich do pokojowego oddawania władzy. Sprawy Miloševića czy Kadafiego – który też miał otrzymać gwarancje bezpieczeństwa w zamian za rezygnację z programu nuklearnego – pokazują, że nie warto tej władzy oddawać i dogadywać się z Zachodem. Nic nie umniejsza ich zbrodni, ale źle się stało, że zachodnie gwarancje są dla dyktatorów nic nie warte.

Zachowuję osobisty szacunek do tych ludzi i rozumiem ich motywacje, ale polska dyplomacja nie może utożsamiać się z białoruską opozycją. Jeśli ktoś uważa, że my jesteśmy przyjaciółmi, to tkwi w błędzie.

Witold Jurasz

JB: Obecny rząd zmienił podejście do Łukaszenki?

Obecny rząd głosi, że należy pociągnąć do odpowiedzialności żyjących jeszcze przywódców PRL-u, a jednocześnie namawia Łukaszenkę do układania się z opozycją. To schizofrenia.

Filip Rudnik: Czy ostatnie protesty organizowane nie tylko na ulicach Mińska, ale i innych, mniejszych miast różniły się od wcześniejszych, nieskutecznych działań opozycji?

Nowy element stanowili sami protestujący. Widać, że na ulice nie wychodzi już tylko wielkomiejska inteligencja. Jak OMON widzi studentów, doktorantów, to machnie ręką. Oni rewolucji nie zrobią, bo do tego trzeba umieć się bić. Tych protestów nie organizowali jednak wyłącznie studenci i to jest pewna odmiana. Na demonstracjach można w końcu zobaczyć twarze – może nie robotnicze, ale na pewno już nie wyłącznie inteligenckie. Tylko nie wiadomo, co dalej.

FR: Nie ma żadnego planu?

Tradycyjny – hip, hip, hurra! Zwolennicy rewolucji chcą bezwarunkowo obalić Łukaszenkę, bo on jest złem wcielonym. Na pytanie jednak, co dalej, zazwyczaj ten rewolucjonista odpowiada: „To się zobaczy”. Pytam więc – jak można zaczynać protesty bez żadnego pomysłu? A oni odpowiadają, że to słuszne i moralne.

Opozycja białoruska w tym sensie jest bardzo podobna do Polaków. Jak im coś nie wychodzi, to zawsze mówią, że odnieśli moralne zwycięstwo. A że nigdy im nic nie wychodzi, to już są moralnie niezłomni.

FR: Czy są jakieś długofalowe skutki tych protestów?

Do bicia się z policją są potrzebni robotnicy, ale do prowadzenia dialogu inteligenci.
Nie ma szans, aby jakiś trybun ludowy został nowym prezydentem, a establishment, armia i KGB po prostu to zaakceptowały. Rezultatem „scenariusza ulicznego” może być jedynie przewrót pałacowy. Na jego wynik nie mielibyśmy jednak żadnego wpływu, ponieważ od wielu lat romantycznie i skutecznie bojkotujemy nasze kontakty w strukturach rządowych.

Popieranie protestów, jak się nie ma planu, to czystej wody głupi, naiwny i szkodliwy romantyzm. Moi adwersarze twierdzą, że to realizm, bo Łukaszenka jest prorosyjski, ergo – każdy będzie lepszy niż on. Ale na jego miejsce może przyjść ktoś bardziej prorosyjski, a poza tym Łukaszenka wykonuje pewne ruchy, które nie są uzgadniane z Moskwą. Można oczywiście kpić, że są one nieznaczące, ale z jakiegoś powodu Amerykanie, Niemcy i Francuzi uważają, że należy z nim rozmawiać. Konkluzja jest taka, że albo nasi romantycy wiedzą coś, czego nie wie Waszyngton i Berlin, albo tamte stolice wiedzą coś, czego nasi romantycy nie są w stanie pojąć.

JB: Na Białorusi był nie tak dawno minister Waszczykowski oraz marszałek Karczewski. Trudno to nazwać bojkotem Łukaszenki. Jak pan ocenia te wizyty?

Minister Waszczykowski ma tę cudowną cechę, że jest wyjątkowo szczery i publicznie przyznał, że to była wizyta zapoznawcza. Jak widać, istnieją dwie szkoły dyplomacji. Jedna uważa, że jak na spotkaniu załatwi się interes, to wtedy jest sukces, a druga twierdzi, że wystarczy udać się z wizytą i to już jest sukcesem Podróż marszałka Karczewskiego była lepiej przygotowana. Obie delegacje wykazywały dużą chęć do porozumienia się Białorusią i to jest słuszne. Problem polega na tym, że przyjęto błędną filozofię. Zamiast budować cierpliwie relacje, próbuje się dokonać przełomu. Nie da się z poziomu całkowitego braku zaufania nagle przejść do etapu przyjacielskich relacji.

Wizyty na takim szczeblu również powinny być przedmiotem targu. Lepsze to niż mało skuteczne niesienie kaganka demokracji, lecz wpadanie z jednej skrajności w drugą nie jest mądre. Gwałtowność zmiany czyni ją mało wiarygodną w oczach reżimu w Mińsku, który, z tego, co wiem, nie wierzy w trwałość zbliżenia z Polską. Zakładają, że i tak wygra „grantoza”.

JB: „Grantoza”?

To bardzo powszechne zjawisko. Nie brakuje grantów na projekty związane z demokratyzacją. Istnieje masa ludzi, którzy zajmują się Białorusią i jej wyzwalaniem. Myślę, że ich największym dramatem byłaby rzeczywista demokratyczna przemiana, bo wówczas nie mieliby, co robić w życiu. Irytuje mnie to operowanie na metapoziomie, spowodowane tym, że u nas politykę uprawiają kiepscy humaniści i pseudointeligenci, a nie inżynierowie i biznesmeni, dla których liczą się konkrety.

JB: Po pierwszych stu dniach prezydentury Donalda Trumpa naprawdę dalej uważa pan, że politykę powinni prowadzić biznesmeni?

Chyba nie mamy już nic do stracenia.

JB: To jest wpadanie ze skrajności w skrajność.

Możliwe. Ale polityka wymaga skonstruowania bardzo przyziemnego planu, a u nas tego nigdy nie było. Prędzej zrobi to biznesmen niż polski inteligent.

FR: Jak powinien wyglądać ten przyziemny plan wobec Białorusi?

Nie uważam, że należy całkowicie odpuścić kwestie wartości. Powinniśmy jednak kłaść nacisk na prawa człowieka, a nie na demokrację. Jeżeli nie będziemy dążyć do zmiany reżimu, a jedynie upominać się o lepsze traktowanie obywateli, możemy liczyć na współpracę. Łukaszenka jest tymczasem głęboko przekonany, że chcemy go pozbawić władzy. Nasze działania tylko to potwierdzają, a jednocześnie są zbyt słabe, żeby stanowić realne zagrożenie. Robimy dostatecznie dużo, by nam nie ufał, ale niedostatecznie dużo, by musiał się nas bać.

Obecny rząd głosi, że należy pociągnąć do odpowiedzialności żyjących jeszcze przywódców PRL-u, a jednocześnie namawia Łukaszenkę do układania się z opozycją. To schizofrenia.

Witold Jurasz

FR: Jaka jest główna różnica w polityce zagranicznej wobec Białorusi w wykonaniu Witolda Waszczykowskiego, a Radosława Sikorskiego?

Wcześniej nie robiliśmy nic, żeby osiągnąć porozumienie, to był czysty PR. Ta ekipa w przeciwieństwie do poprzedniej myśli o Białorusi nie tylko jako o kwestii wizerunkowej i usiłuje nadgonić stracony czas. Ale do żadnego przełomu nie dojdzie, bo naszym politykom brakuje cierpliwości. W relacjach z Białorusią możemy ponieść całkowitą porażkę lub odnieść niewielki sukces, który ciężko sprzedać. Radosław Sikorski chciał rzucić Łukaszenkę na kolana, co było nierealne, a minister Waszczykowski chce się dogadać z prezydentem Białorusi, co będzie porównywalnie trudne. Bardzo trudno jest prowadzić politykę małych kroków, kiedy kreujemy prometejski wizerunek polskiej dyplomacji. Potrzeba cierpliwości, której nie mają polscy politycy.

FR: Jaka dokładnie jest alternatywa?

Powinniśmy zająć się konkretami, a nie porozumieniami pakietowymi, które nie są możliwe przy tak dużym stopniu nieufności obu stron. Dyplomacja zaczyna się wtedy, kiedy łączą się dwie strony kartki – na jednym jest zapisane, co my chcemy, a na drugiej, co damy w zamian. Rozmawiajmy bardzo konkretnie – my zrobimy taki ruch, wy zrobicie taki. Wtedy zacznie się pojawiać jakieś minimalne zaufanie.

JB: Może pan podać konkretny przykład?

W sprawie mniejszości polskiej chcemy, aby tamtejsi Polacy nie zapomnieli, jak się mówi po polsku, a dzieci mogły uczyć się tego języka w szkołach. Żeby mniejszość była skutecznym lobby, musi mieć siłę, a tę może uzyskać, tylko jeśli będzie dobrze wyedukowana. Reżim dla odmiany chce, by ta mniejszość nie była zapleczem opozycji. W takim razie zacznijmy rozmawiać z władzami o edukacji, a z mniejszością o tym, iż jej przywódcy nie mogą występować w roli opozycjonistów.

Osobną kwestią jest współpraca biznesowa. Około 40–50 proc. białoruskiego biznesu znajduje się w rękach prywatnych. Tymczasem dla części naszych elit Białoruś to dalej państwo socjalistyczne, dlatego nie nawiązujemy kontaktów, nie prowadzimy rozmów, nie istnieje żadne poważne forum gospodarcze. Spróbujmy wziąć udział w prywatyzacji, nawet tej nomenklaturowej. Czy ktoś w Polsce naprawdę wierzy, że szefowie zachodnich korporacji, którzy robili interesy na początku naszej transformacji, nie mogą teraz spać, bo mają wyrzuty sumienia, że coś tanio kupili?

Aby to wszystko było jednak możliwe, musimy mieć jedną spójną politykę zagraniczną, a nie sytuację, kiedy w Polsce istnieją co najmniej trzy ośrodki kreacji polityki zagranicznej: kancelaria premiera, prezydenta i MSZ.

JB: Co to znaczy?

Wicepremier Hausner powiedział kiedyś, że w Polsce nie ma takiego centralnego „mózgu państwa”. On akurat mówił o polityce gospodarczej – ale tu mamy do czynienia z dokładnie tym samym. Tak naprawdę każdy minister prowadzi własną politykę.

To się zaczyna od poziomu MSZ, gdzie polityka zagraniczna jest rozbita w trzech miejscach – w pionie wschodnim, w pomocy rozwojowej i w pionie zajmującym się Polonią. Skoro w samym MSZ jest trzech wiceministrów odpowiadających za politykę na jednym kierunku – to gdzie tu szukać spójności? Do tego dochodzą ambicjonalne przepychanki pomiędzy MSZ a Pałacem Prezydenckim, brak koordynacji z Ministerstwem Gospodarki, czy też nadmierna rola służb. Każdy realizuje swoją politykę.

FR: Skoro panuje taki chaos, to czy możliwe jest usprawnienie relacji pomiędzy Polską i Białorusią?

Białorusini wystawili na sprzedaż wiele elementów swojego majątku. Nawet w najkorzystniejszym scenariuszu będziemy mniejszościowym udziałowcem tej prywatyzacji, ale są dwie opcje: możemy zostać bez nawet śladowej liczby udziałów albo mieć cokolwiek. Wybór jest prosty.

Tylko trzeba wiedzieć, jak to robić. Premier Morawiecki nie może brać ze sobą stu biznesmenów i liczyć na podpisanie kilkunastu umów. Trzeba sfinalizować jedną, dwie duże umowy, które będą miały błogosławieństwo prezydenta Łukaszenki. Wtedy gubernatorzy zrozumieją, że można robić interesy z Polakami, dojdzie do podpisania dziesięciu mniejszych umów. Zielone światło dostrzegą szefowie rejonów i może uda nam się coś załatwić. Na Wschodzie zawsze należy działać od góry do dołu, a nie na odwrót. To nie jest pozytywistyczny świat i praca u podstaw, a ten, kto twierdzi inaczej, nie zna istoty białoruskiego reżimu.

Pracę u podstaw możemy wykonać po swojej stronie i zmienić sytuację na punktach granicznych, w szczególności skandaliczne zachowanie Straży Granicznej wobec Białorusinów chcących wjechać do Polski. Spróbujmy też udrożnić naszą część granicy, do tego nie potrzebujemy woli współpracy ze strony białoruskiej. Tymczasem jest tak, że zawsze jest jakiś powód, aby tego nie robić – od 20 lat nie da się tego, cholera jasna, zrobić. Zmieńmy to. Skończymy z tym wiecznym, jak to się mądrze mówi: imposybilizmem.

JB: Wierzy pan, że teraz uda się to zmienić?

Nadzieja jeszcze we mnie nie umarła, ale jak mam być uczciwy, to ledwie się tli. Elity polityczne są tak niedojrzałe, że nawet na tak ważnym z racji bezpieczeństwa narodowego kierunku nie są w stanie wypracować minimalnego nawet kompromisu. Już na wstępnym etapie widać te same błędy co zawsze. Odpowiadając wprost – myślę, że przerżniemy tę grę koncertowo. Nasza rozmowa ma prawdopodobnie charakter teoretyczny – wystarczająco dużo osób znajdzie tysiąc powodów, żeby nic nie zrobić albo zablokować inicjatywy innych.

Nawet porównaniu z polityką Litwy wypadamy bardzo blado. Litwini mają na pewno większe poczucie zagrożenia i to powoduje, że są bardziej zdeterminowani w działaniu. Są też mniejszym narodem, z bardziej scentralizowaną i skoordynowaną administracją. Pamiętam, że w 2011 r. na granicy litewsko-białoruskiej funkcjonował taki system, że za pewną urzędową opłatą, można było przekraczać granicę przejściem dla dyplomatów. W efekcie bogaci Białorusini zaczęli jeździć regularnie na weekendy do Wilna. Takie ułatwienia w transporcie rodzą kontakty formalne i nieformalne, które są podstawą relacji biznesowych, społecznych i politycznych.

JB: Dlaczego taki model nie jest możliwy do wprowadzenia w Polsce?

Jako szef placówki próbowałem bić się o to, żeby udrożnić granicę, przynajmniej dla elity z Grodna i Brześcia – bo te miasta przecież leżą na samej granicy. Uważałem, że skoro „nie da się” udrożnić granicy dla wszystkich, to może warto zrobić to chociaż dla wybranych przez nas osób. Nie udało się nic – ani udrożnić generalnie, ani wybiórczo. Zresztą granica to przecież tylko jeden z elementów problemu.

JB: Konkretnie?

Wizy. Od kilkunastu lat Białorusini nie mogą się dostać do polskiego konsulatu, bo kiedy w systemie internetowym (e-konsulat) zwalniają się miejsca, to wszystkie są od razu zajmowane przez boty i hakerów. Zajmują się tym firmy, które pobierają procent od pośrednictwa w załatwieniu wizy. Pojawia się pytanie, czy to program jest byle jaki i dlatego system ma dziury, czy może został celowo źle napisany? W skali lat to są setki tysięcy wiz, przemnożone przez dziesiątki euro prowizji. Ktoś robi naprawdę świetny biznes. Tylko Polska traci.

Kolejnym obciążeniem jest rola służb specjalnych, których efektywność w ich rzeczywistych obowiązkach, czyli szpiegowaniu i łapaniu szpiegów, jest marna. W związku z tym służby zaczęły kreować debatę publiczną w Polsce.

Łukaszenka jest głęboko przekonany, że chcemy go pozbawić władzy. Nasze działania to potwierdzają, a jednocześnie są zbyt słabe, żeby stanowić realne zagrożenie. Robimy dostatecznie dużo, by nam nie ufał, lecz niedostatecznie dużo, by musiał się nas bać.

Witold Jurasz

JB: Jaka jest rola służb specjalnych w polskiej dyplomacji?

Aktywność i znaczenie służb na niektórych kierunkach w dyplomacji – w porównaniu z PRL-em – wzrosła, a nie zmalała. Problem polega również na tym, że służby – zamiast zajmować się tym czym powinny, czyli uprawianiem działalności szpiegowskiej z jednej strony i kontrwywiadowczej z drugiej – zaczęły kształtować politykę. Począwszy od tej kadrowej, poprzez pracę koncepcyjną, a skończywszy na bezpośrednim wpływie na świat analityki. W związku z tym zaczęły kreować politykę zagraniczną, a nie dostarczać informacji decydentom. To jest absolutne pomylenie ról. Służby nie są od tego, żeby tworzyć politykę zagraniczną.

JB: Chciałby pan ograniczyć uprawnienia służb?

Przeciwnie – postuluję zwiększenie budżetu, uproszczenie procedur, zwiększenie odpowiednich kompetencji. Rzecz nie w tym, by służby ograniczać, ale by te trzymały się wyznaczonych zadań, pozostając, tak jak powinno to mieć miejsce w demokracji, z daleka od tego, co zadaniem służb nie jest. Polityka zagraniczna musi być kreowana na zasadzie mechanizmu demokratycznego, który zakłada otwartą dyskusję, na którą nie ma miejsca w służbach.

FR: A jak wygląda świat ekspercki?

Prywatne think tanki niemal nie istnieją. Sam prowadzę jeden, którego mecenasem jest p. Maciej Radziwiłł, ale jesteśmy raczej wyjątkiem – ośrodki niezależne to margines. Nie wypada mi recenzować konkurencji, ale z rozbawieniem patrzę na to, jak niektórzy czołowi analitycy osiemnaście miesięcy temu stali się radykalnymi pisowcami. Ciekawe, czy za dwa lata znów zmienią front?

FR: Polska polityka zagraniczna dalej jest podporządkowana rozgrywkom wewnętrznym?

Temu i układom, sympatiom, antypatiom, kumoterstwu, grantozie, konformizmowi. Jest też jeszcze jedna choroba. Postkomunizm. Jeśli w sporze realistów i romantyków biorą udział osoby, z którymi fundamentalnie się nie zgadzam, to uważam, że to bardzo dobrze, iż ci ludzie biorą aktywny udział w debacie publicznej, bo dzięki nim muszę konfrontować się z innymi poglądami. Sam mam pewnie jakiś przechył ideologiczny i mogę czasem popadać w przesadę, dlatego doceniam argumenty drugiej strony, które pomagają zachować równowagę. Jak coś napiszę, to pytam osoby, które cenię, czy podzielają mój punkt widzenia. Choroba postkomunizmu to tymczasem sytuacja, gdy osobę o innych poglądach traktuje się jak wroga. Dlatego istnieją panele dyskusyjne, w których eksperci od Wschodu prześcigają się w przytakiwaniu sobie nawzajem. W efekcie tkwimy w intelektualnym marazmie, który wykorzystują nasi sąsiedzi.

Niech nasza debata będzie twarda, bo jeśli boimy się ze sobą dyskutować, to nie mamy żadnych szans na Wschodzie, gdzie, żeby coś osiągnąć, trzeba grać twardo. Tak może grać tylko ktoś, kto swoją wiedzę skonfrontował z innymi, kto pewnie stoi na własnych nogach.

JB: Możemy tak grać?

Jak na razie to my nawet nie wyszliśmy na boisko.

 

* Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Wreath-laying ceremony at the Victory Memorial. With President of Belarus Alexander Lukashenko. Źródło: kremlin.eu.

SKOMENTUJ

Nr 436

(20/2017)
17 maja 2017

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail