Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > [Polska] Za karę

[Polska] Za karę

Katarzyna Kazimierowska

Wprowadzenie recepty na pigułkę „dzień po” to kara za grzech nieposłuszeństwa. Bo dziesiątki, jeśli nie setki kobiet regularnie, poczynając od października 2016 r., sprzeciwiają się władzy. Publicznie na tę władzę podnoszą parasolki, grożą jej i wykrzykują swój protest. Wieść idzie w świat, media zagraniczne piszą i trzeba się tłumaczyć. Może więc, jak się je przykładnie ukaże, to położą uszy po sobie?

W wigilię Dnia Matki, jakby w nagrodę za trudy matki-Polki, dorzucono nam jeszcze jeden poziom trudności do gry pt. „Jak nie zajść w niechcianą ciążę”. Cóż za ironia! Jest to gra na czas, gra elitarna, bo dotyczy tylko kobiet w grupie rozrodczej, a jednocześnie z góry dyskryminująca, bo te z nas lepiej uposażone albo z większych miast mają większe szanse na wygraną (czytaj: niezajście w ciążę).

Teoretycznie masz 120 godzin na załatwienie tzw. antykoncepcji awaryjnej, zażywanej – jak nazwa wskazuje – awaryjnie, w sytuacji, kiedy wiesz, że może dojść do zapłodnienia. Ostrożni ginekolodzy mówią o 72 godzinach, w praktyce – zegarek tyka – na zdobycie pigułki masz 24 godziny.

Prywatny ginekolog załatwi ją od ręki, czasem przyjmie w domu. Ale nie każda z nas ma takiego, nie każda ma też 100–200 zł do wyrzucenia od tak za 30 sekund wizyty, bo tyle trwa wypisanie recepty. O ile nie trafimy na tych, którzy lubią się zasłaniać klauzulą sumienia. Sama recepta to jednak dopiero pierwszy krok, drugim jest dostępność pigułki. W niektórych regionach Polski szanse na jej kupno są bliskie zeru. A gdy pamiętamy o statystykach, które mówią, że ellaOne najczęściej potrzebna jest w weekend, gra robi się coraz bardziej ekscytująca, nieprawdaż?

Dlatego zezwolenie na zakup pigułki „dzień po” bez recepty był krokiem w kierunku wyrównania szans kobiet. Choć koszt jej zakupu oscyluje w granicach 100–120 zł (lub 80 zł przez internet), do tej pory do jej zdobycia potrzebna była tylko apteka. Teraz doszedł cerber w postaci lekarza. Czy to nie upokarzające, że trzeba prosić o wypisanie recepty na pigułkę, która tak naprawdę ratuje życie?

Brzmi to patetycznie? Jako matka dwójki chcianych dzieci powiem: wcale nie. Więcej, znam przypadki kobiet, którym ellaOne życia uratować nie zdążyła, bo miały problemy z jej zdobyciem – jeszcze w 2016 r. statystycznie sprzedawała ją co druga apteka. Dlatego odbieranie Polkom podstawowego prawa Europejek – prawa do ratowania siebie – jest upokarzającą karą. Dlaczego karą? Już tłumaczę.

To kara za grzech nieposłuszeństwa. Bo dziesiątki, jeśli nie setki kobiet regularnie co jakiś czas, poczynając od października 2016 r., publicznie sprzeciwiają się władzy. Publicznie na tę władzę podnoszą parasolki, grożą jej i wykrzykują swój protest. Wieść idzie w świat, media zagraniczne piszą i trzeba się tłumaczyć. Może więc, jak się je przykładnie ukaże, to położą uszy po sobie? Rząd traktuje Polki podobnie, jak pewien radny PiS-u traktował swoją żonę, której kazał ściąć włosy za to, że odważyła się szukać pomocy przed przemocą domową. Piasecki stłukł żonę – nasz rząd kobiety upokarza.

To upokorzenie idzie zdecydowanie dalej niż w zwykłej ustawie odbierającej nam prawo do ellaOne bez recepty. To upokorzenie zawarte jest w języku, jakim się o tym mówi. Jak w słowach ministra zdrowia, który stwierdza, że nastolatki łykają pigułki jak dropsy. Że kobiety są nieodpowiedzialne. Że to pigułka poronna – a to już jest kłamstwo, choć chętnie powtarzane.

I choć statystyki wyraźnie pokazują, że osoby poniżej 18. roku życia stanowią tylko 2 proc. kupujących ellaOne i że statystycznie Polka korzysta z pigułki raz w życiu, naprawdę traktując ją awaryjnie, wszystko to nie ma znaczenia. W dodatku w sondażach ponad połowa Polaków wypowiedziała się przeciwko ustawie zakazującej kupna ellaOne bez recepty. To dla rządu także fakt bez znaczenia.

Prawda nie ma znaczenia. Słynny suweren, który go wybrał, też nie ma znaczenia. Przyjemnie jest jednak mieć władzę, przyjemnie móc ukarać.

W książce „Zobaczyć łosia”, która już w czerwcu znajdzie się w księgarniach, Agnieszka Kościańska opowiada historię edukacji seksualnej w Polsce. I znamienne jest to, że pod koniec lat 80. XX w., kiedy czuło się już martwy oddech komunizmu, a Kościół miał coraz więcej do powiedzenia, wszelkie próby wprowadzenia podręczników do edukacji seksualnej do szkół z góry skazane były na porażkę, bo spotykały się z histerycznymi reakcjami duchownych oraz oskarżeniami o bezczeszczenie chrześcijaństwa. Od tamtej pory Kościół wykazuje wręcz chorobliwe zainteresowanie seksem, co przejawia się w chęci stawiania kolejnych zakazów. Jak wiadomo, zakazywać można jedynie kobietom, bo tak czy owak tylko one ponoszą konsekwencje decyzji związanych z prokreacją.

I choć dziś wiemy, że duchowni także mają wiele za uszami, to i oni, i pisowski rząd chcą, żeby polskie społeczeństwo trwało w schizofrenicznym letargu seksualnym. Żeby robić to po cichu i po ciemku, żeby o tym nie mówić, nie dzielić się i najlepiej rączki na kołderce. „Brudy w Polsce pierzemy w domu” – to powinno być hasło PiS-u w kolejnych wyborach.

Wracając do pigułki. Ustawa przegłosowana przez Sejm to jedynie szczyt hipokryzji i wiele hałasu o nic. Te z nas, które będą potrzebowały ellaOne, zdobędą ją. Te przezorniejsze zaopatrzyły się wcześniej. W internecie można kupić pigułki po nieco wyższych cenach. Ale znów – ta gra nie jest sprawiedliwa. I te z nas, które mają trochę gorzej w życiu, mogą ją przegrać. Tylko nikogo to już nie będzie interesować. Game over.

 

* Ikona wpisu: Iga Lubczańska, Flickr.com

SKOMENTUJ

Nr 437

(21/2017)
29 maja 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail