Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Zderzenie z rzeczywistością....

Zderzenie z rzeczywistością. Recenzja książki „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Pawła Reszki

Emilia Kaczmarek

„Mali bogowie” to książka, którą czyta się bardzo szybko, z rosnącym zdenerwowaniem na polską służbę zdrowia. Po jej zamknięciu zostaje poczucie bezsilności. I lęk przed pójściem do szpitala.

Mali-bogowie-pawel-reszka-okladka

Kim są mali bogowie? To polscy lekarze – wyzyskiwani i chciwi, przepracowani i bezrobotni, niedouczeni i ambitni. Czym jest reportaż Pawła Reszki? To książka, która każdego studenta medycyny może skłonić do zmiany studiów. To także książka, którą minister zdrowia powinien powiesić sobie nad biurkiem [1].

„Mali bogowie” są rezultatem prowadzonych przez rok wywiadów z lekarzami z całej Polski – doświadczonymi i początkującymi, z dużych miast i ze wsi, różnych specjalności. Na książkę składa się nieprzerwany potok zażaleń, oskarżeń i mrożących krew w żyłach szpitalnych anegdot. „Mali bogowie” to częściowo także reportaż wcielony. Perspektywę lekarzy Reszka uzupełnił o własne doświadczenie. Autor sam zatrudnił się w szpitalu jako sanitariusz, lecz już po kilku dyżurach został zdemaskowany, a następnie zwolniony. Bycie sanitariuszem traktował jako eksperyment na samym sobie, jak tłumaczy: „Chciałem zrozumieć, kiedy system, bezduszny szpital, zabije we mnie empatię”. I przyznaje: „Wystarczyło ledwie kilka dyżurów, żebym zachował się w sposób, którego nie rozumiem i do dziś się wstydzę”.

Lekarze, z którymi rozmawia Reszka, wzbudzają na przemian współczucie i niechęć – pracując bez przerwy trzecią dobę, czekają na zacinającą się szpitalną windę, przyjmują tłumy pijanych pacjentów i walczą o pozycję z nierzadko bezwzględnymi starszymi kolegami po fachu. Książka świetnie pokazuje, jak trudno być porządnym człowiekiem w polskiej służbie zdrowia – w systemie, który każdego stopniowo wyleczy z empatii.

Już na samą myśl o dyżurze i przyjmowaniu pacjentów robi mi się niedobrze.

Lekarz z Warszawy („Mali bogowie”)

Po sześciu latach studiów i zdaniu wszystkich egzaminów lekarza czeka rok stażu zawodowego. Dla absolwenta medycyny staż jest pierwszą prawdziwą okazją do wyjścia poza czystą teorię. Stażysta ma ograniczone prawo wykonywania zawodu i pod nadzorem starszego lekarza powinien nabierać doświadczenia w przeprowadzaniu podstawowych zabiegów. W praktyce absolwenci wykonują głównie „papierową robotę” – opisują i wypisują ze szpitala pacjentów. Za swoją pracę dostają niecałe 1500 zł netto. Dla rozmówców Reszki to często moment pierwszego poważnego kryzysu – skończyli medycynę, są dorosłymi ludźmi, chcieliby wreszcie uniezależnić się od rodziców, a nie stać ich nawet na wynajem pokoju w mieście, w którym pracują. Więc dorabiają – na kasie, w barze, na bramce w nocnym klubie, a ich frustracja powoli rośnie.

Po zaliczeniu stażu młodego lekarza czeka drugi moment kryzysu – próba dostania się na wybraną specjalizację. Teoretycznie lekarze po stażu nie muszą robić żadnej specjalizacji, mają już pełne prawo wykonywania zawodu i mogą zatrudnić się np. w prywatnej przychodni. Najczęściej jednak studiują z marzeniem, by zostać chirurgiem, ortopedą czy kardiologiem. Z punktu widzenia młodych lekarzy specjalizacja to kwestia większych możliwości finansowych, prestiżu oraz zawodowej ambicji. Z punktu widzenia polityki zdrowotnej państwa to kwestia odpowiedzi na realne potrzeby społeczeństwa, ponieważ lekarzy wielu specjalności jest po prostu za mało. Z tego powodu liczba miejsc dostępnych każdego roku na danej specjalizacji jest określana odgórnie. Lekarz, który się na taką specjalizację dostanie, rozpoczyna trwającą około sześciu lat rezydenturę. W tym czasie pracuje jako lekarz specjalista, czyli – w zależności od dziedziny – operuje, usypia pacjentów lub odbiera porody. Jego pensja jest jednak opłacana z budżetu państwa.

Okres między stażem a specjalizacją to dla wielu lekarzy najtrudniejszy moment. W najgorszej sytuacji znajdują się ci, którym nie udało się dostać na wymarzoną specjalizację, ale pomimo to nie chcą z niej zrezygnować. Osoby te zostają najczęściej wolontariuszami – latami pracują w publicznych szpitalach za darmo! W tym czasie albo są na utrzymaniu rodziców, albo po dniu darmowej pracy, np. jako ortopeda w szpitalu, idą do płatnej pracy w nocnej pomocy lekarskiej. Jednak nawet rezydenci na wymarzonej specjalizacji mają dalsze powody do frustracji – ich pensja wynosi nieco ponad dwa tysiące złotych netto i często nie wzrasta aż do uzyskania specjalizacji. To tutaj rodzi się systemowa patologia opisywana przez prawie wszystkich rozmówców Pawła Reszki.

Z dyżuru na dyżur, z dyżuru na dyżur. Dyżur trwa dwadzieścia cztery godziny, potem następny, następny, następny. Pięć dyżurów z rzędu? To wykonalne. Lekarka, która umarła w Białogardzie, była po siedemdziesięciodwugodzinnym dyżurze. Kobieta zmarła, a wszystko było zgodnie z prawem. Przecież nie pracowała na etacie!

Anestezjolog z dużego miasta („Mali bogowie”)

Lekarze w Polsce umierają z przepracowania (czasem dosłownie). Jak tłumaczą rozmówcy Reszki, zgodnie z prawem lekarz zatrudniony na etacie może pracować maksymalnie 12 godzin, a potem należy mu się 11 godzin odpoczynku. W praktyce jednak lekarze zakładają jednoosobowe firmy i zostają w szpitalu nawet na dwie, trzy czy cztery doby, pracując na zmianę na etacie i jako firma zewnętrzna. Ci, którzy nie zostają na dyżurze w swoim szpitalu, po pełnym dniu pracy idą do przychodni. Jak wynika z książki Pawła Reszki, taka sytuacja ma trzy główne przyczyny.

Po pierwsze, lekarzy jest po prostu za mało. Jak tłumaczy chirurg z warszawskiego szpitala: „Jeszcze niedawno to byłoby nie do pomyślenia – SOR [szpitalny oddział ratunkowy – EK] bez obsady to kryminał. Ale teraz wszystko przechodzi. […] niedługo to się skończy tragedią. Proszę sobie wyobrazić tę sytuację. Przychodzi pan do pracy i dowiaduje się, że nie jest obsadzony dyżur. Czyli jest pan sam. Brać na siebie taką odpowiedzialność? Ale przecież nie można założyć palta i wyjść! Tam są chorzy! Przywożą ich karetki!”. Lekarze stoją więc przed wyborem – czy w sytuacji, w której na oddziale jest mniej pracowników niż wymaga tego prawo, mają odbyć kolejny dyżur i np. prowadzić operacje w stanie skrajnego przemęczenia, czy może jednak wyjść, zostawiając szpitalny oddział ratunkowy bez lekarza? W takiej sytuacji nie ma rozwiązania zgodnego z prawem i obie decyzje oznaczają narażenie zdrowia lub życia pacjentów.

Po drugie, pensje lekarzy rezydentów są za niskie, a system celowo skonstruowano tak, by umożliwić lekarzom dorabianie po godzinach. Rezydenci, z którymi rozmawiał Reszka, najczęściej są w wieku trzydziestu kilku lat. Z pensji lekarza na etacie w szpitalu trudno jest im utrzymać dzieci czy opłacić ratę kredytu za mieszkanie. Mają też słuszne poczucie, że ich praca jest warta więcej niż wynagrodzenie, które otrzymują. Jednym z haseł organizowanych w zeszłym roku protestów Porozumienia Rezydentów było: „Odbieram twój poród za 14 zł/h”.

Po trzecie, po latach pracy w systemie niekończących się dyżurów i samozatrudnienia, sami lekarze opisują swoją postawę jako mieszankę chciwości i pracoholizmu. Każdy kolejny dyżur to wyraźny zastrzyk gotówki. Pojawia się pokusa, by zostać jeszcze jedną noc w szpitalu, zarobić jeszcze trochę więcej. Ostatecznie więc zarobki nawet młodego lekarza nie muszą wcale być niskie – jednak wyłącznie kosztem życia prywatnego, własnego zdrowia oraz bezpieczeństwa pacjentów.

Co gorsza, starsi koledzy, którzy często sami są zatrudnieni na kontraktach, boją się pozwolić młodszemu lekarzowi np. samodzielnie uśpić pacjenta, ponieważ w przypadku powikłań to oni jako jednoosobowa firma, a nie szpital, będą mieli problemy z ubezpieczeniem! Nierzadko też po prostu nie chcą dopuścić rezydenta do stołu operacyjnego, by „nie robić sobie konkurencji”. Zbyt mała liczba miejsc na danej specjalności także wynika z tego międzypokoleniowego konfliktu interesów. Jak tłumaczy Reszce urzędnik z ministerstwa zdrowia: „Starsi koledzy bronią swoich portfeli, bezczelnie wycinają młodych, którzy chcą się załapać do ekskluzywnego klubu”. Zarobki doświadczonego specjalisty pracującego w szpitalu i prowadzącego własny gabinet to nierzadko kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie lub więcej.

Moja rada – gdyby pan kiedyś potrzebował pomocy lekarskiej, to zawsze na początek dobrze pójść prywatnie do gabinetu, pokłonić się komuś. U nas profesor bierze 400 złotych za wizytę. To nie są jakieś kosmiczne pieniądze, do wytrzymania. Zwłaszcza jeśli otwierają szpitalne drzwi.

Anestezjolog („Mali bogowie”)

W anonimowych rozmowach lekarze przyznają się Reszce do staranniejszego operowania pacjentów, którzy zapłacili za zabieg z własnej kieszeni, czy wpychania swoich prywatnych pacjentów w publiczną kolejkę. Co więcej, niektórzy specjaliści oprotestowują systemowe rozwiązania, których celem było zmniejszenie kolejek w państwowej służbie zdrowia, ponieważ zmniejszenie kolejek spowodowałoby odpływ pacjentów z prywatnych gabinetów.

W całym systemie również pacjenci nie są bez „winy” – notorycznie zgłaszają się na SOR z byle drobnostką czy podrzucają pod szpital swoich rodziców z alzheimerem po to, by uciec i nigdy już się po nich nie zgłosić…
„Mali bogowie” to książka, którą czyta się bardzo szybko, z rosnącym zdenerwowaniem. Po jej zamknięciu zostaje poczucie bezsilności. I lęk przed pójściem do szpitala.

Przypis:

[1] Przegłosowane ostatnio przez rząd, rozciągnięte w czasie podwyżki wynagrodzeń dla lekarzy i pielęgniarek nie rozwiążą większości systemowych patologii opisanych w książce Reszki.

Książka:

Paweł Reszka, „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2017.

SKOMENTUJ

Nr 440

(24/2017)
12 czerwca 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail