„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Wielka Brytania] Agonia...

[Wielka Brytania] Agonia premier May

Adam Krynicki

Po szokującym wyniku wyborów 8 czerwca autorytet premier Theresy May został poważnie nadszarpnięty. Pożar komunalnego bloku Grenfell Tower może być początkiem końca jej kariery.

Clarkenwell, południowy Londyn, lipiec 2009 roku. W pożarze Lakanal House, bloku komunalnego, ginie sześć osób, a ponad 20 zostaje rannych. Po roku, w wyniku śledztwa, koroner Frances Kirham wzywa konserwatywnego ministra społeczności i samorządów lokalnych Erica Picklesa do instalacji systemów przeciwpożarowych we wszystkich budynkach komunalnych powyżej dziesięciu pięter. Pickles odmawia. W 2014 roku, jeszcze jako burmistrz Londynu, obecny minister spraw zagranicznych Boris Johnson decyduje się na oszczędności. Znajduje je w budżecie londyńskiej straży pożarnej. Pracę traci ponad 500 strażaków, a z ulic Londynu znika 14 wozów strażackich. Zamyka też 10 remiz – m.in. w Clarnkenwell, nieopodal miejsca pożaru z 2009 roku, oraz na Knightsbridge, niecałe 5 kilometrów od Grenfell Tower. W tym samym roku Brandon Lewis, minister gospodarki mieszkaniowej i późniejszy minister policji i bezpieczeństwa przeciwpożarowego z ramienia Partii Konserwatywnej przyznaje, że systemy przeciwpożarowe znacząco zwiększyłyby bezpieczeństwo. Dodaje jednak, że zmuszanie do ich instalacji nie jest rolą rządu, gdyż doprowadziłoby to do zmniejszenia podaży nowych mieszkań.

Wściekłość Brytyjczyków

Po pożarze w Grenfell Tower służby potwierdziły 30 ofiar śmiertelnych, a 28 zaginionych uznaje się za martwych. Ponad 70 osób jest rannych, w tym 20 w stanie krytycznym. Setki straciły dach nad głową. Kiedy strażacy dogaszali jeszcze zgliszcza, politycy, dziennikarze i aktywiści zaczynali już wymieniać przyczyny, które doprowadziły do tej tragedii. Te nie wyglądają dobrze dla Theresy May i, szerzej, Partii Konseratywnej.

Torysi bardzo szybko odpowiedzieli prośbą o niezbijanie kapitału politycznego na ludzkiej tragedii, co zabrzmiało jak przyznanie się do winy. Opozycja nie posłuchała. Emma Dent Coad, świeżo upieczona posłanka z okręgu Kensington z ramienia Partii Pracy, mówi że mieszkańcy Grenfell Tower sygnalizowali, że zakończony w zeszłym roku remont budynku nie poprawił ani bezpieczeństwa, ani warunków bytowych., a renowacja ograniczyła się do poprawy estetyki budynku.

Niezborna reakcja szefowej rządu potwierdziła, że władza centralna nie radzi sobie z kryzysem. W dzień po pożarze partyjni liderzy wybrali się na miejsce tragedii. Jeremy Corbyn odwiedził poszkodowanych, zachęcał londyńczyków do wzięcia udziału w zbiórce żywności, leków, ubrań i innych produktów pierwszej potrzeby. Tymczasem May odmówiła spotkania ofiarami, a swój czas poświęciła tylko dowódcom straży pożarnej. Kondolencje ofiarom przekazała jedynie na Twitterze. Wściekli na niezdarną reakcję rządu i cięcia budżetowe londyńczycy wdarli się do ratusza Kensington podczas demonstracji, domagając się pociągnięcia do odpowiedzialności winnych pożaru.

Kiedy w końcu, dwa dni po pożarze, May zdecydowała się spotkać z ofiarami, została przez demonstrantów obrzucona wyzwiskami, co zmusiło ją do szybkiego wycofania się do rządowej limuzyny. Kiedy podczas wywiadu dziennikarka BBC zapytała ją, czy nie odczytała źle nastrojów społecznych, May odpowiedziała, że stara się zapewnić służbom odpowiednie wsparcie. Wymijający i mechaniczny charakter tej wypowiedzi natychmiast przypomniał Brytyjczykom zakończoną właśnie kampanię wyborczą, w której pani premier unikała spotkań z wyborcami i debat telewizyjnych, a dziennikarzom zamiast rzeczowych odpowiedzi dawała wyuczone na pamięć formułki.

Kolejne wybory?

Czy oznacza to początek końca kariery politycznej szefowej rządu? Na pierwszy rzut oka ten pożar może okazać się dla niej tym, czym Powódź Tysiąclecia była dla Włodzimierza Cimoszewicza i czym huragan Katrina był dla George’a W. Busha. Laburzyści pod kierownictwem Corbyna znajdują się wciąż na fali wznoszącej. Demonstracje wzywające do ustąpienia premier dziesięć dni po wyborach gromadzą tysiące uczestników w całym kraju. Pomrukiwania niezadowolenia słychać również z tradycyjnie przychylnego torysom imperium prasowego Ruperta Murdocha. London Evening Standard, którego redaktorem naczelnym jest nieukrywający się z niechęcią wobec May były kanclerz skarbu George Osborne, pisze o konserwatywnych posłach grożących May zagłosowaniem przeciwko zatwierdzeniu jej nowego rządu.

Prawdopodobieństwo kolejnych wyborów parlamentarnych jeszcze w tym roku jest jednak niewielkie. Oprócz wyraźnego zmęczenia Brytyjczyków (poszliby do urn po raz szósty na przestrzeni trzech lat i trzeci w tym roku), rozpisanie ich byłoby niezwykle trudne. Ustawa z 2011 roku (Fixed Term Parliament Act) zezwala na przeprowadzenie wyborów przed upływem pięcioletniej kadencji jedynie w wypadku uzyskania na to zgody dwóch trzecich Izby Gmin. Laburzyści, Liberalni Demokraci i mniejsze partie opozycyjne zagłosowałyby za skróceniem kadencji – nie było w historii przypadku, by zachowali się inaczej. Zrobili to również w kwietniu tego roku, kiedy sondaże przewidywały wynik jeszcze gorszy, niż w 2015 roku. Dziś, kiedy Partia Konserwatywna pogrążona jest w chaosie, a opozycja znajduje się na fali wznoszącej, najpewniej postąpiliby tak samo. Torysi, świadomi zniżkującego poparcia w sondażach, prawdopodobnie wyłamaliby się jednak z partyjnej dyscypliny.

Jest sposób, by obejść wymaganie większości kwalifikowanej. Zjednoczone Królestwo nie posiada konstytucji, a naczelną zasadą prawa publicznego jest tzw. parliamentary sovereignty, według której Parlament może uchwalić – lub odwołać – jakąkolwiek ustawę zwykłą większością głosów. Potrzebne by było więc jedynie 326 głosów (z 650) za odwołaniem ustawy z 2011 roku, a potem kolejne głosowanie za skróceniem kadencji. Znów jednak torysi (tak jak ich sprzymierzeńcy z DUP) nie zgodziliby się na taki ruch – szczególnie po utracie tak bezpiecznych okręgów jak wspomniane wyżej Kensington czy Canterbury, oraz przy wciąż rosnącej popularności Corbyna.

Jeśli nie May, to co?

Theresa May od objęcia władzy usilnie starała się upodobnić do jedynej kobiety wcześniej mieszkającej pod numerem 10 na Downing Street – Margaret Thatcher. Podobieństw nie dało się nie zauważyć – zarówno w stylu dyskusji z opozycją podczas cotygodniowych pytań do premiera w Izbie Gmin czy twardej postawie w negocjacjach z Unią Europejską, lecz również w sposobie uzyskania teki premiera. Tak samo jak Thatcher, May objęła swoje stanowisko nie po wyborach, lecz wskutek wewnętrznych rozgrywek Partii Konserwatywnej. Thatcher zmiótł pomysł nałożenia nowego podatku gminnego, lecz nie straciła ona władzy w wyniku przegranych wyborów. Na stanowisku premiera zastąpił ją John Major po wygranych wyborach na szefa Partii Konserwatywnej. W ten sam sposób może się skończyć kariera polityczna Theresy May.

By rozpocząć wewnątrzpartyjny wyścig o przywództwo, 15 proc.(w obecnym parlamencie – 48) konserwatywnych posłów musiałoby poprzeć wniosek o wotum nieufności dla May. Jest to liczba znacznie łatwiejsza do uzyskania, niż 326 posłów potrzebnych do przeprowadzenia nowych wyborów. Anonimowi – póki co – torysi zasiadający w Izbie Gmin sygnalizowali prasie swoje rozczarowanie kampanią wyborczą od razu po jej zakończeniu. Możliwość pozbycia się wyjątkowo niepopularnego lidera bez ryzyka utraty większej ilości mandatów jest atrakcyjną alternatywą.

Torysi znajdują się dziś jednak między młotem a kowadłem. Ich wyborczy slogan – strong and stable leadership, silne i stabilne przywództwo – stałby się pośmiewiskiem, jeżeli doszłoby do kolejnych wyborów lidera Partii. Jednak z robotyczną May stojącą naprzeciw charyzmatycznego Corbyna wydają się skazani na dalsze spadki w sondażach. Na tym wewnątrzpartyjnym konflikcie cierpi również cała Wielka Brytania – na moment przed rozpoczęciem negocjacji w sprawie wyjścia z Unii, europejscy politycy z coraz większym przerażeniem lub… rozbawieniem komentują wydarzenia na Wyspach.

Theresa May rozpisując w kwietniu przyspieszone wybory sama nad sobą zawiesiła miecz Domoklesa. Utrata parlamentarnej większości oraz znaczącej przewagi w sondażach nad Partią Pracy nadwyrężyły linę, na której wisiał, a pożar w zachodnim Londynie ostatecznie ją przeciął. Polityczna agonia pani premier potrwa jeszcze długie miesiące, o ile nie lata. Ale George Osborne ma rację, kiedy mówi, że May już dziś jest „dead woman walking”, chodzącym politycznym trupem.

 

 

*/ Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Jwslubbock [CC BY-SA 4.0]; Źródło: Wikimedia Commons

SKOMENTUJ

Nr 440

(24/2017)
19 czerwca 2017

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail