Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Wszyscy jesteśmy gentryfierami...

Wszyscy jesteśmy gentryfierami – recenzja „Uszlachetniając przestrzeń. Jak działa gentryfikacja i jak się ją mierzy”

Wojciech Kacperski

„Jest spowodowana przez wiele czynników, a jednocześnie bardzo trudną ją mierzyć” – to jeden z dominujących poglądów na temat gentryfikacji. W swojej książce na jej temat Łukasz Drozda idzie o jeden krok dalej.

kacperski okładka

W polskiej literaturze o tematyce miejskiej książek poświęconych gentryfikacji jest mało. Sam temat towarzyszy debacie publicznej już od pewnego czasu, dlatego pojawienie się takiej książki, jak „Uszlachetniając przestrzeń” Łukasza Drozdy, wydawało się tylko kwestią czasu. W swojej książce – będącej publikacją opartą na akademickiej pracy inżynierskiej – podjął się opisu poszczególnych etapów, które składają się na ten złożony proces. Tekst ma w związku z tym charakter monografii, w której autor krok po kroku przechodzi przez kolejne pojęcia, starając się przedstawić jak najpełniejszy obraz zagadnienia. Zaczynamy oczywiście od kanonicznego tekstu Ruth Glass, która w pracy z 1964 r. użyła sformułowania „gentryfikacja” do ironicznego opisu przemiany przestrzeni miejskich w londyńskich dzielnicach Hampstead i Chelsea. Owo „uszlachetnianie” tych obszarów polegało właśnie na wypieraniu dotychczasowych mieszkańców przez nowych, bogatszych. Drozda wskazuje na fakt, że w pojęciu „gentryfikacji” od samego początku było zawarte zabarwienie ironiczne, co miało w sobie jednocześnie pewien aspekt wartościujący. Autor stara się możliwe często uciekać od jednoznacznego oceniania tego procesu, jednak można odczytać w książce pewną perspektywę patrzenia na gentryfikację, rozumianą jako neoliberalna odpowiedź na kwestię przebudowy miast.

Drozda bardzo ciekawie przedstawia kolejne etapy procesu gentryfikacji. Swój początek ma zawsze w tym, że pewien obszar miasta istotnie ubożeje. Najpierw są zwiastuny, których symbolicznym wyrazem są tzw. pionierzy, na przykład artyści wprowadzający się do tańszych i większych mieszkań w zubożałej okolicy. Po tym następuje faza marginalna, w której obok pionierów pojawiają się także gentryfierzy (czyli przedstawiciele klasy średniej kupujący już droższe mieszkania w ładniejszych, nowo wybudowanych bądź odnowionych budynkach w okolicy). Jest to też moment zmiany niektórych usług – pojawienie się kawiarń, punktów gastronomicznych. Następnie dokonuje się faza pośrednia, czyli okolica zaczyna tracić swój wcześniejszy, mocno heterogeniczny charakter, a zaczyna się ujednolicać. Gentryfierzy przeważają nad pionierami, artystami, ceny mieszkań zaczynają mocno rosnąć. Pierwotna społeczność wykrusza się. Niektórzy artyści również powoli zaczynają się wyprowadzać. Okolica zmienia się pod względem wyglądu przestrzeni – infrastruktura uliczna ulega przebudowie, co ma zwabić kolejnych zamożniejszych mieszkańców. Ostatecznym stadium jest faza zaawansowana, w której wysokie ceny mieszkań oraz usług i produktów w okolicznych lokalach ulegają stabilizacji, w sąsiedztwie zamieszkują przeważnie już tylko gentryfierzy o zasobnych portfelach. To oczywiście pewien tylko typ idealny procesu gentryfikacji, jednak nie sposób nie odnaleźć w nim pewnych obrazków znanych nam również z naszych własnych podwórek.

Gentryfikacja, tak jak ją opisuje Drozda, jest zjawiskiem unifikującym przestrzeń, zabijającym jej różnorodność, podporządkowującym ją gustom klasy średniej (lub też klasy średniej wyższej). Charakterystyczne kawiarnie Starbucks zostają tu wymienione z nazwy jako symbol zaawansowanej gentryfikacji, swoista pieczątka w przestrzeni, w której z sukcesem dokonały się wszystkie procesy gentryfikujące. Podobnie jest zresztą z innymi funkcjami, jakie zaczynają występować w takiej przestrzeni – modne bary, butiki (ukuty od ich obecności termin „butikizacja”, który ma w sobie echo gentryfikacyjne), restauracje, instytucje kultury – to wszystko funkcje, których obecność sprzyja procesom gentryfikującym. Ktoś może zapytać dlaczego. Odpowiedź będzie prosta: tam, gdzie pojawiają się zasobniejsze portfele, tam jest możliwość korzystania z takich przybytków. W biednych dzielnicach nie znajdziemy przecież modnych barów ani restauracji, a jeśli występują jakieś instytucje publiczne, to raczej nakierowane na pomoc dla społeczności tam zamieszkujących. Jednak wskazania Drozdy pokazują, że nie wszystkie procesy gentryfikacyjne muszą być jednoznacznie złe. Pojawienie się kilku nowych barów czy restauracji w okolicy może przecież być czymś pozytywnym. Pozostaje jednak pytanie, czy myśląc w ten sposób, nie wpadamy właśnie w ślepą uliczkę myślenia o przemianach przestrzeni miejskiej, zgodnie z perspektywą gentryfikacyjną. Sugestię, że wszyscy tak naprawdę możemy przyczyniać się do gentryfikacji można łatwo odczytać między wierszami argumentów Drozdy.

Ten element książki Drozdy jest zdecydowanie najciekawszy. Pokazuje bowiem, że gentryfikacja nie jest wynaturzeniem, a stanowi właściwie element współczesnego zachodniego myślenia o przemianie miasta. W tym momencie jest to podejście zglobalizowane, dokonujące się w wielu miastach świata. Wydaje się właściwie często jedynym wyjściem. Co więcej, my sami myślimy właśnie zgodnie z tą perspektywą: że tym, co będzie dobre dla danej przestrzeni, to może nowy budynek dla nowych mieszkańców, kilka knajpek w okolicy, ewentualnie jakaś instytucja kultury, która zacznie animować tę przestrzeń. Drozda pokazuje, że myśląc w ten sposób, w pewnym sensie wpadamy w pułapkę gentryfikacyjną. A to dlatego że przy zmianie przestrzeni, należy mieć na uwadze przede wszystkim samą przestrzeń i społeczność, która ją zamieszkuje, a zmiany dokonywać w oparciu o mieszkańców, a nie środkami zewnętrznymi. W tym właśnie względzie procesy rewitalizacyjne w swoich efektach okazują się być procesami czysto gentryfikacyjnymi. To bardzo istotne ostrzeżenie, szczególnie dla polskich miast, które realizują w tej chwili zaawansowane procesy rewitalizacyjne.

Jedną rzeczą, której brakuje w tej książce, jest wskazanie, co właściwe należałoby robić, żeby omijać gentryfikację. Drozda opisuje w całej swojej złożoności jej procesy, wskazując na ich kompleksowość i niejednoznaczność. Nie przedstawia nam jednak, jaki obraz jego zdaniem byłby najbardziej oczekiwany. Podsumowując: „jeśli nie gentryfikacja, to co?”. Ciekawym jest odkrywanie, jak głęboko procesy gentryfikacyjne przenikają naszą rzeczywistość, jednak w tym aspekcie rozważania Drozdy powielają częstą wadę analiz krytycznych, w których ucieka się od przedstawienia pozytywnego obrazu. Co jest bowiem pozytywnym przykładem? Może nie ma dobrej drogi? Czy jesteśmy skazani na gentryfikację? Drozda chyba byłby skłonny się w tym względzie zgodzić. Czy jednak nie istnieją sposoby, żeby opanować ten proces i – być może wykorzystać go w sposób pozytywny? Czy nie jest to po prostu problem odpowiedniej miary w dopuszczaniu procesów gentryfikacyjnych w określonych obszarach? Drozda w kilku miejscach zaznaczał, że pewne ingerencje tego typu – jak choćby pojawienie się nowej lokalnej kawiarni czy też instytucji kultury, która animuje przestrzeń – niekoniecznie musi wypychać lokalnych mieszkańców. Być może jest to zatem z jednej strony problem znalezienia dobrej miary, a także niewystarczająca liczba pozytywnych przykładów?

W podtytule autor utrzymuje, że w książce swojej wskaże na sposoby mierzenia gentryfikacji. Jak jednak zwraca uwagę w tekście, ze względu na wielowymiarowość tego procesu, podaje tylko kilka, z konieczności niedoskonałych, metod pomiaru gentryfikacji. Niestety, opisane sposoby w żaden sposób nie zostają zobrazowane na konkretnych przykładach. Jak wiemy z lektur dobrych podręczników metodologicznych, każde narzędzie należy zawsze przedstawić w użyciu.

Mimo pewnych wskazanych niedoskonałości, książka Drozdy z pewnością dobrze porządkuje niełatwą materię tematyki gentryfikacyjnej i stanowi ważną pozycję w skąpym rodzimym piśmiennictwie na ten temat. Autor umiejętnie ucieka od manifestowania swoich sympatii politycznych, które bardzo łatwo mogłyby rozsadzić wywód na tak trudny społecznie temat. Nawet jeśli w niektórych miejscach odsłoni nieco bardziej swoje stanowisko, to wpływa to na ocenę przedstawionych procesów. Oczywiście, zwolennicy procesów gentryfikacyjnych mogliby powiedzieć, że książka ta jest „lewacka”, bo przedstawia te procesy jednoznacznie w negatywnym świetle. To jednak już osobna kwestia, jak można by je przedstawić pozytywnie. Jak wskazywałem już wcześniej, niestety, mało w wywodzie Drozdy pozytywnych przykładów, co odbija się w wielu miejscach tej książki. A twierdzenie, że gentryfikacja to proces, od którego nie możemy uciec, też nie wydaje się ostatecznie zadowalające. Zawsze jest jakaś inna droga.

 

Książka:

Łukasz Drozda, „Uszlachetniając przestrzeń. Jak działa gentryfikacja i jak się ją mierzy”, wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017.

SKOMENTUJ

Nr 450

(34/2017)
22 sierpnia 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail