Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Pęknięcia] Wspólnota

[Pęknięcia] Wspólnota

Jan Tokarski

Każda wspólnota potrzebuje obcych, bo tylko poprzez dialog z nimi odkrywa i pogłębia samą siebie; wznosi się ponad wąski partykularyzm. Jednocześnie nie można być po prostu otwartym na wszystko, bez odniesień do jakiegokolwiek, choćby tylko najogólniej zarysowanego zbioru wartości.

1.

Społeczeństwa to z natury rzeczy byty zamknięte. Żyją na określonym terytorium, mają swoją historię i związane z nią tradycje. Tworzą wspólnotę – ich mieszkańców łączy zarówno przeszłość, jak i przyszłość. Nawet jeśli są przedmiotem ostrego sporu. Spór ten – właśnie dzięki wspólnym punktom odniesienia – można jednak zazwyczaj okiełznać. Liberalna strategia moderowania, szukania kompromisu częściej okazuje się w takich warunkach skuteczna. Co innego, gdy zwaśnionych grup, poza miejscem zamieszkania, absolutnie nic nie łączy – ani religia, ani obyczaj, ani interes. Wtedy łatwo, by sfora ludzkich namiętności zerwała się z łańcucha.

2.

Przekonanie o ścisłym związku liberalizmu z lokalną tożsamością, o jego ograniczonym charakterze, o chwiejności jego fundamentów brzmi dla współczesnego ucha dziwacznie. Z ust liberałów słyszymy zazwyczaj, że podstawowym obowiązkiem społeczeństw w dzisiejszym świecie jest to, że mają być otwarte. Do wszelkich odmienności należy więc odnosić się przychylnie. Więcej: powinniśmy aktywnie celebrować nasze partykularne tożsamości i wynikające z nich różnice. Państwo ma równo rozdzielić między wszystkich uznanie i milczeć o tym, co dla ludzkiego ducha najważniejsze. Sprawą publiczną może być już tylko materialny dobrobyt. Wszelkiej maści bogowie mają zostać usunięci z agory jako kwestia stricte prywatna. Syte brzuchy i światopoglądowy agnostycyzm – oto przepis na doskonałą wspólnotę.

Muszę przyznać, że podejrzliwie patrzę na współczesnych apostołów niczym nieograniczonej otwartości. Nie dlatego, że nie zgadzam się z ich wartościami (tolerancja to jedna z największych cywilizacyjnych zdobyczy Europy). Budzą mój opór, bo wydają się nie dostrzegać, jak chwiejnym konstruktem są owe wartości; jak niewiele potrzeba, by się zawaliły. W ich (tego rodzaju liberałów) napuszonym moralizatorstwie węszę zakłamanie i brak politycznej odpowiedzialności. Przekonują, że napływający do Europy imigranci nie muszą niczego się uczyć ani do niczego dostosowywać. Mogą pozostać sobą i korzystać ze swobody, jaką daje otwartość: niczym nieskrępowany przepływ dóbr, usług i idei. Jak zapewniają, w ten dobroczynny obieg da się bez problemów włączyć każdą tożsamość, każdy zestaw wartości, każdy pogląd. Ani tradycja, ani religia nie mają znaczenia. Witajcie w raju posthistorii, drodzy przybysze! Bierzcie i jedzcie z niego wszyscy.

Im bardziej odklejona od rzeczywistości staje się frazeologia otwartości, tym łatwiej budzić demony ksenofobii. Bo – czas przypomnieć ten banał – Europa nigdy się ich całkowicie nie pozbyła. Uśpiła je tylko. Słodka kołysanka z refrenem: „Nigdy więcej!”, z łatwością pójdzie w zapomnienie wobec natrętnej obecności obcych. Zwłaszcza, gdy spadnie PKB, pogorszy się sytuacja na rynku pracy, wzrośnie poczucie niestabilności.

Co więcej, bezmyślna afirmacja rodzimej tożsamości to znakomite lekarstwo na lęki późnej nowoczesności. Przywraca ludziom utracone poczucie kulturowego bezpieczeństwa. Złożone problemy zyskują nagle proste rozwiązanie. Wszystkiemu winni są obcy. Wszystko szło dobrze, zanim tu przybyli. Wniosek nasuwa się sam: żeby nasz kraj był great again, trzeba się ich pozbyć. Wybudujmy więc mur na granicy, postawmy zasieki, otoczmy „obcy element” drutem kolczastym. Gdyby to nie wystarczyło, wiemy, co robić dalej. Mamy know how, mamy infrastrukturę.

3.

Historia Europy stanowi wstydliwe przypomnienie, że uniwersalnych wartości – takich jak światopoglądowa otwartość czy prawa człowieka – nie wydestylował czysty rozum. Długo dojrzewały, rodziły się w bólach. Odkryto je w określonej kulturze, określonym miejscu i czasie. Dopuszczenie tej myśli oznacza przyznanie, że mogą one być kruche, niepewne. Że nie muszą stanowić punktu Omega całej ludzkości. Europa wydaje się zdolna porzucić wiele ze swoich marzeń. Ale nie to, że przekształci cały świat na swoją modłę. Po „śmierci Boga”, „śmierci człowieka” i czego tam jeszcze, wciąż wierzy, że przeznaczeniem nawet najbardziej egzotycznych ludów jest iść jej śladem.

Tymczasem, o czym woli nie wiedzieć, utraciła poczucie rzeczy wspólnej – rdzenia politycznej (a więc nie etnicznej czy plemiennej) wspólnoty. Troskę o res publica zastąpiła w naszych czasach pęknięta, rozpołowiona na dwie części polityka tożsamości. Po jednej stronie politycznego spektrum objawia się ona w próbie trwałego odcięcia się od przeszłości, porzucenia balastu, jakim obarczają człowieka historia i tradycja. Po drugiej mamy natomiast do czynienia z gorączkowym odtwarzaniem (często na zasadzie postmodernistycznego kolażu) dawnych tożsamości. Pierwsza strategia sprowadza się do tego, by zmyć z siebie piętno bycia urodzonym w określonym czasie i miejscu. Wszak (przekonują emancypatorzy) wszystko, co partykularne, odgradza nas od czystego, uniwersalnego człowieczeństwa. Druga strategia jest jeszcze gorsza. Wierzy ślepo w tradycję, upaja się swym prawdziwym lub wyimaginowanym bohaterstwem. Odnajduje jedność w strachu przed obcymi – ich dziwacznymi obyczajami, niezrozumiałą mową, chorobami, które (jakoby) roznoszą. Pierwszej zarzucam naiwność i pyszałkowate moralizatorstwo; drugiej – cynizm i świadome rozbudzanie niezwykle niebezpiecznych zbiorowych namiętności.

4.

Człowieczeństwo jest w nas kruche. Czy to nam się podoba, czy nie, najmocniej określa nas lokalna kultura – jej wartości, schematy myślenia, sposoby ujmowania problemów i wyrażania uczuć. Więcej: tylko za jej pośrednictwem możemy dojść do tego, co uniwersalne, powszechnie obowiązujące. Każda wspólnota potrzebuje więc obcych, bo tylko poprzez dialog z nimi odkrywa i pogłębia samą siebie; wznosi się ponad wąski partykularyzm. Jednocześnie nie można być po prostu otwartym na wszystko, bez odniesień do jakiegokolwiek, choćby tylko najogólniej zarysowanego zbioru wartości. Wreszcie, rzecz ostatnia, najbardziej bolesna i niejednoznaczna: dom jest nasz właśnie dlatego, że nie należy do wszystkich.

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Pixabay.com


Żyjemy w czasach przesilenia. W „międzyepoce” o niewyraźnych, rozmytych konturach. W swojej serii felietonów Jan Tokarski zastanawia się, w których miejscach występują w naszym świecie pęknięcia oraz do czego mogą prowadzić. Do tej pory w cyklu „Pęknięcia” opublikowaliśmy następujące teksty:

SKOMENTUJ

Nr 460

(45/2017)
3 listopada 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail