Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > O sztuce zrzucania...

O sztuce zrzucania z cokołu. Recenzja filmu „Manifesto” Juliana Rosefeldta

Katarzyna Kasia

Jakiego znaczenia nabierają dziś manifesty programów artystycznych? W wykonaniu Cate Blanchett stają się one nie tylko świadectwem woli zerwania ze starym porządkiem, ale tworzą kolaż tekstów, z których żaden nie rości sobie statusu jedynie słusznego.

Manifest to wypowiedź dająca jasny wyraz idei, programowi, przekonaniom, celom bądź polityce jakiejś grupy, organizacji lub osoby. Manifest musi być jednoznaczny. W manifeście formułuje się stanowisko, które stanowi punkt wyjścia dla działalności (bądź właśnie jej braku). Manifest bardzo często przekreśla przeszłość, oddzielając to, co było, od tego, co nadejdzie; świat, który się kończy, od świata, który ma dopiero powstać. Manifest to tekst-fundament, punkt zero, nowe otwarcie. Jest jednak czymś więcej niż tylko grubą kreską oddzielającą stare od nowego, ponieważ jednoznacznie określa wartość tego, w czym żyjemy, wychylając się ku przyszłości, ku obietnicy spełnienia najdzikszych, najwspanialszych, najbardziej przełomowych marzeń. Nawet jeśli niczego ma już nie być, bo wszystko się skończy, odejdzie w niepamięć. Jeśli jedynym, co nam pozostaje, jest zwątpienie, niech przynajmniej będzie ono szczere i samoświadome. Manifest powinien porywać. Powinien być piękny.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

Czy pomiędzy kolejnymi aktami ostatecznego zerwania istnieje jakaś łączność? To znaczy: czy można je ze sobą powiązać tak, by stworzyć koherentną opowieść? Możemy spróbować ułatwić sobie nieco sprawę i ograniczyć się wyłącznie do tekstów manifestów artystycznych: czy da się za ich pomocą opowiedzieć historię sztuki? Czy ich konsekwencje były rzeczywiście na tyle doniosłe, żeby traktować je z powagą, jakiej żądają? Co nam zostaje po manifestach? Może były tylko orężem bitew, które dawno temu się skończyły? A sztuka powinna bronić się sama? Może powinno się je oddzielić, potraktować jako narzędzie zbyt polityczne w swojej jednoznaczności?

Najważniejszym i najbardziej udanym zabiegiem reżysera okazuje się to, że wszystkim manifestom nadaje jedną twarz: Cate Blanchett. Tak naprawdę to ona jest manifestem.

Katarzyna Kasia

Niepewny okrzyk

Julian Rosefeldt, reżyser filmu „Manifesto”, zdaje sobie sprawę z tego, że manifest jest formą anachroniczną i utopijną, jednak równocześnie daje się porwać tym nieznoszącym sprzeciwu narracjom, odnajdując w nich młodzieńczy, nieustępliwy entuzjazm i pragnienie zmiany niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za nią zapłacić. „Te manifesty były nie tylko tekstami, chcącymi sztukę – a w ostatecznym rozrachunku cały świat – wywrócić do góry nogami, zrewolucjonizować, ale także świadectwami poszukiwania tożsamości, wykrzykiwanymi z wielką niepewnością”. To pozornie wewnętrznie sprzeczne „wykrzykiwanie z niepewnością” jest tu zresztą symptomatyczne: łączy w sobie wrażliwość ludzi, którzy widzą więcej, z nieustannym poszukiwaniem samych siebie, z ciągle ponawianym pytaniem o to, kim właściwie jestem i co mam światu do zaproponowania. Rosefeldt decyduje się przyjrzeć manifestom na nowo, umieszcza je w nieoczekiwanych kontekstach, przeważnie poza światem sztuki, do której się odnoszą. Jest w tym próba przetestowania ich, sprawdzenia, czy mogą jeszcze zabrzmieć aktualnie. Rosefeldt bada, czy można dalej odbierać je jako przekonujące wezwania do rewolucyjnego czynu.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

Najważniejszym i najbardziej udanym zabiegiem reżysera okazuje się to, że wszystkim manifestom nadaje jedną twarz: Cate Blanchett. Tak naprawdę to ona jest manifestem. W filmie aktorka wciela się w trzynaście różnych postaci. Gra bezdomnego, maklerkę giełdową, matkę rodziny z wyższej klasy średniej, robotnicę, prezenterkę telewizyjną, reporterkę, lalkarkę, naukowczynię, osobę przemawiającą na pogrzebie (wdowę?), rosyjską choreografkę, brytyjską punkówę, managerkę i nauczycielkę ze szkoły podstawowej. Trzynaście różnych ról oznacza trzynaście różnych akcentów, historii życiowych, problemów, światopoglądów. Trzynaście perfekcyjnie dopracowanych postaci, które mimo tego, że pojawiają się na ekranie na krótko, zostawiają trwały ślad, a ich los nie jest widzowi obojętny. Trudno wyobrazić sobie kogokolwiek innego, kto mógłby to udźwignąć. Nie waham się napisać, że w tym filmie Cate Blanchett dowodzi, że jest aktorką genialną.

Na każdy manifest da się odpowiedzieć innym. W ten sposób zakwestionowana zostaje jedyna słuszność, a dzięki temu horyzonty odbiorcy ulegają znacznemu poszerzeniu.

Katarzyna Kasia

Przewrotność koncepcji reżysera objawia się w tym, że chociaż autorami lwiej części obecnych w filmie manifestów byli mężczyźni, decyduje się on w roli głównej obsadzić kobietę. Na dodatek żadna z postaci nie przemawia z pozycji władzy. Wygłaszają fragmenty manifestów bardzo często w sytuacjach trywialnych, codziennych, bez nadmiernego namaszczenia. Czasami kontrast między tekstem a okolicznościami jest wręcz komiczny. W efekcie same manifesty mają szansę ożyć, nawet jeśli dzieje się to tylko po to, żebyśmy dostrzegli ich zbędność, patetyczność, zbytnie oddalenie od realiów naszego życia. Niektóre z nich zaś mają szansę bardzo skutecznie się obronić.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

Manifest niestałości

„Manifesto” to kolaż z tekstów i nie usłyszymy tu żadnego manifestu w całości. Rosefeldt wyrywa z nich zdania, składając fragmenty na nowo. Miksuje tu między innymi założenia programowe futurystów, sytuacjonistów, abstrakcjonistów, suprematystów, dadaistów, surrealistów czy konceptualistów. Wcześniej praca była prezentowana jako instalacja wideo złożona z trzynastu oddzielnych etiud. Nadanie filmowi aktualnego kształtu to zabieg odważny i uwieńczony sukcesem. Na pewno – oprócz hipnotycznej Cate Blanchett – ogromną rolę odegrały tu znakomite zdjęcia Christopha Kraussa i montaż, za który odpowiada Bobby Good. Nie sposób również nie zwrócić uwagi na kostiumy zaprojektowane przez Binę Daigeler i na wspaniałą charakteryzację. „Manifesto” jest dziełem spójnym, które – wbrew naturze samych manifestów – raczej zadaje pytania, niż daje odpowiedzi.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

W czasach ostrych walk politycznych, kiedy najróżniejsze manifesty wykrzykuje się na ulicach, a szukanie zgody pozostaje raczej postulatem niż faktem, film Rosefeldta ma jeszcze jedną zaletę: zwraca uwagę na wielość ujęć i na to, że jeśli zdejmie się tekst manifestu z cokołu, na którym został ustawiony przez swojego autora czy autorów, mimo wszystko może nas zainspirować. I jeszcze: na każdy manifest da się odpowiedzieć innym. W ten sposób zakwestionowana zostaje jedyna słuszność, a dzięki temu horyzonty odbiorcy ulegają znacznemu poszerzeniu. Piękne i hipnotyzujące teksty nie tracą w tym filmie mocy, ale w większym stopniu zarysowują kontury możliwych interpretacji, niż są ostatecznym wyrazem idei. Wypowiedziane głosem Cate Blanchett poruszają serce, ale w tej masie trafiają również do rozumu, zadając pytanie, czy na pewno powinno się traktować je poważnie. I chociaż kiedy Marks i Engels pisali w „Manifeście Partii Komunistycznej”, że „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, mieli na myśli rozpad wyczerpanej struktury dotychczasowego świata, w kontekście filmu Rosefeldta to same manifesty się rozpływają w wielości perspektyw, w dialogiczności, w tym, że mocne stanowiska okazują się być pytaniami. Jeśli takie osłabienie budzi w kimś tęsknotę za jednoznacznym przekazem, wystarczy wybrać sobie jeden z nich i wierzyć w niego żarliwie, tak długo, aż się nam nie znudzi.

 

Film:

Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, Australia, Niemcy 2015.

SKOMENTUJ

Nr 463

(48/2017)
21 listopada 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail