﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kultura Liberalna</title>
	<atom:link href="http://kulturaliberalna.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kulturaliberalna.pl</link>
	<description>liberalnie o kulturze</description>
	<lastBuildDate>Thu, 11 Mar 2010 11:41:26 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>ROTFELD, KUŹNIAR, PRONIŃSKA, BALCEROWICZ: NATO po sześćdziesiątce: emerytura czy rewitalizacja?</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/rotfeld-kuzniar-proninska-balcerowicz-nato-po-szescdziesiatce-emerytura-czy-rewitalizacja/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/rotfeld-kuzniar-proninska-balcerowicz-nato-po-szescdziesiatce-emerytura-czy-rewitalizacja/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:33:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Adam Daniel Rotfeld]]></category>
		<category><![CDATA[Anders Rasmussen]]></category>
		<category><![CDATA[Bolesław Balcerowicz]]></category>
		<category><![CDATA[Kamila Pronińska]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[NATO]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Roman Kuźniar]]></category>
		<category><![CDATA[Rosja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4522</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo,</em></p>
<p><em>w ciągu ostatnich 10 lat środowisko bezpieczeństwa międzynarodowego zmieniło się w sposób nieodwracalny. Zamachy z 11 września 2001 roku, operacje wojskowe na Bliskim Wschodzie, przyspieszony rozwój technologiczny i informatyczny, wzrost nowych wielkich mocarstw, takich, jak Chiny czy Indie – to tylko niektóre z elementów tego procesu. Czy Sojusz Północnoatlantycki zupełnie się zestarzał i niepokojąco trzeszczy w szwach? A może potrzebujemy tylko nowej jego koncepcji? I czego po swoim członkostwie w NATO może i powinna oczekiwać Polska?</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/rotfeld-kuzniar-proninska-balcerowicz-nato-po-szescdziesiatce-emerytura-czy-rewitalizacja/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu ROTFELD, KUŹNIAR, PRONIŃSKA, BALCEROWICZ: NATO po sześćdziesiątce: emerytura czy rewitalizacja?&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo,</em></p>
<p><em>w ciągu ostatnich 10 lat środowisko bezpieczeństwa międzynarodowego zmieniło się w sposób nieodwracalny. Zamachy z 11 września 2001 roku, operacje wojskowe na Bliskim Wschodzie, przyspieszony rozwój technologiczny i informatyczny, wzrost nowych wielkich mocarstw, takich, jak Chiny czy Indie – to tylko niektóre z elementów tego procesu. Czy Sojusz Północnoatlantycki zupełnie się zestarzał i niepokojąco trzeszczy w szwach? A może potrzebujemy tylko nowej jego koncepcji? I czego po swoim członkostwie w NATO może i powinna oczekiwać Polska?</em></p>
<p><em>Już w kwietniu tzw. Grupa Mędrców, pracujących pod przewodnictwem Madeleine Albright – Polskę reprezentuje tam Adam Daniel Rotfeld – przedstawi sekretarzowi generalnemu NATO Andersowi Rasmussenowi swoją diagnozę obecnych wyzwań i koniecznych reform Sojuszu. Zanim to się jednak stanie, już w najbliższy czwartek, <strong>11 marca</strong>, podczas <strong>Warszawskiego Forum Transatlantyckiego na UW</strong> zostanie zaprezentowana <strong>Polska Nowa Koncepcja Strategiczna NATO 2010</strong>, przygotowana przez Romana Kuźniara wraz ze współpracownikami z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW (<a href="http://www.pl.ism.uw.edu.pl/" target="_blank">http://www.pl.ism.uw.edu.pl/</a>) oraz Instytutu Studiów Strategicznych z Krakowa (<a href="http://www.iss.krakow.pl/" target="_blank">http://www.iss.krakow.pl/</a>)</em></p>
<p><em>Wzajemne oddziaływanie tych dwóch dokumentów może być wielce owocne. Tym bardziej zachęcamy Państwa do lektury dzisiejszych tekstów w Temacie Tygodnia, którego koncepcję opracowali wspólnie <strong>Roman Kuźniar</strong> i <strong>Karolina Wigura</strong>. </em></p>
<p><em><strong>Adam Daniel Rotfeld</strong> pisze o kontekście polskim i środkowoeuropejskim w strategii NATO. <strong>Roman Kuźniar </strong>przedstawia główne zręby Polskiej Nowej Koncepcji Strategicznej NATO 2010. Następnie, z punktu widzenia wyzwań paramilitarnych oraz wojskowych analizują ją <strong>Kamila Pronińska</strong> oraz <strong>Bolesław Balcerowicz</strong>. </em></p>
<p><em>Zapraszamy do lektury oraz dzielenia się komentarzami! Zapraszamy także do udziału w Warszawskim Forum Transatlantyckim – więcej informacji tutaj: (<a href="http://www.sea-ngo.org/wtf/" target="_blank">http://www.sea-ngo.org/wtf/</a>)</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/OKNO-img681.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4524" title="OKNO img681" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/OKNO-img681-300x209.jpg" alt="" width="300" height="209" /></a></p>
<p><em>Adam Daniel Rotfeld</em></p>
<p><strong>Nowa koncepcja strategiczna NATO: perspektywa środkowoeuropejska</strong></p>
<p style="text-align: center;"><em>Sojusz wczoraj i dziś</em></p>
<p>Interesy strategiczne i oczekiwania państw Europy Środkowo-Wschodniej wobec nowej koncepcji strategicznej NATO są takie same, jak wszystkich innych państw członkowskich. Wszystkich członków NATO motywuje to samo pragnienie znalezienia optymalnych form ochrony ich bezpieczeństwa, niezależności i integralności terytorialnej.</p>
<p>Jest to konstatacja na pozór oczywista i banalna. Tak jednak nie jest. W tej sprawie, jak w wielu innych, między państwami Sojuszu występują w praktyce istotne różnice. Są one zrozumiałe i naturalne, ponieważ kraje NATO mają różne doświadczenia historyczne i różne położenie geopolityczne.</p>
<p>Nie było takich różnic między państwami wchodzącymi w skład NATO w okresie zimnej wojny, w czasie podziału na Wschód i Zachód. Sojusz powstał, kiedy strategia stalinowskiego Związku Radzieckiego opierała się na założeniu, że wojna między światem kapitalistycznym a „obozem socjalistycznym” jest nieunikniona. Od blisko 20 lat nie ma już jednak Związku Radzieckiego, rozwiązany został Układ Warszawski, a NATO po zakończeniu zimnej wojny powiększyło się o 12 nowych członków. Sojusz wielokrotnie deklarował, że Rosja nie jest postrzegana jako potencjalny przeciwnik. W ostatnich 20 latach zmieniło się radykalnie środowisko bezpieczeństwa międzynarodowego. Nastąpił proces przyspieszonej globalizacji (której towarzyszy fragmentacja w wielu regionach świata); wyłaniają się nowe potęgi (Chiny, Indie, Brazylia); obserwujemy wzrost asertywności Rosji (która postuluje rewizję dotychczasowego porządku bezpieczeństwa); technologie informacyjne zmieniają charakter międzynarodowego systemu (są transnarodowe i wymykają się kontroli państw).</p>
<p>Po zakończeniu zimnej wojny proces bezpieczeństwa ustabilizował sytuację na obszarze transatlantyckim. Zapewnił przez transformację wewnętrzną NATO i jego rozszerzenie nie tylko poczucie bezpieczeństwa starym i nowym członkom Sojuszu, ale również oddziaływał korzystnie na rozwiązywanie sytuacji potencjalnie konfliktowych, zwłaszcza na peryferiach, w regionach bezpośrednio przylegających do państw należących do NATO. Rozszerzenie Sojuszu spełniło oczekiwania nowych państw zainteresowanych usuwaniem linii podziału. Jakkolwiek w sensie psychologicznym w percepcji bezpieczeństwa zarówno społeczeństwa, jak i niektórych polityków podziały nadal się utrzymują. Znacznie głębsze jest poczucie bezpieczeństwa takich państw, jak Francja i Niemcy niż państw bałtyckich. Jest to naturalne i zrozumiałe. Jednym z zadań Nowej Koncepcji Strategicznej jest niwelowanie i usuwanie tych różnic.</p>
<p>W opracowaniu Nowej Koncepcji Strategicznej należy zatem przyjąć następujące założenia. Po pierwsze, NATO powinno kontynuować instytucjonalne sposoby zapewniania bezpieczeństwa w Europie i Ameryce Północnej (Stanach Zjednoczonych i Kanadzie) w obliczu ewentualnej agresji.</p>
<p>Po drugie, Sojusz i kultura państw członkowskich stanowią silne motywacje, by dbać o ustrój demokratyczny i zachowanie pokoju.</p>
<p>Po trzecie, Sojusz stanowi istotne forum konsultacji transatlantyckich w sprawach dotyczących żywotnych interesów państw.</p>
<p>Po czwarte, NATO zapewnia mechanizm efektywnej współpracy z różnymi rządami, instytucjami i organizacjami, którego celem jest powiększanie wzajemnego zainteresowania bezpieczeństwem oraz promowania takich wartości, jak bezpieczeństwo, demokracja i rządy prawa.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Niestabilność, niepewność, nieprzewidywalność</em></p>
<p>Najważniejsze zagrożenia dla światowego systemu bezpieczeństwa łączą się dziś z trzema czynnikami: niestabilnością, niepewnością i nieprzewidywalnością. Są to różnorodne i złożone zagrożenia. Ich źródła maja charakter nietradycyjny: ekstremizm, ataki cybernetyczne, globalna proliferacja broni nuklearnych i wszelkiego rodzaju innych zaawansowanych technologicznie rodzajów broni. W sensie geograficznym bardzo trudno jest przewidzieć miejsce wystąpienia potencjalnego zagrożenia. Często identyfikuje się je, na przykład, z ambicjami nuklearnymi Iranu, z niepokojami na Bliskim Wschodzie czy w Azji środkowej i południowej. Wspomina się również w tym kontekście Półwysep Koreański.</p>
<p>W Europie pokój i stabilność są podważane przez akty politycznego szantażu oraz zamrożone konflikty lokalne. NATO z całą pewnością nie jest remedium i jedyną odpowiedzią na każdy problem bezpieczeństwa, zwłaszcza w sytuacjach, w których zastosowanie rozwiązań militarnych nie jest możliwe. Dlatego partnerstwo Sojuszu z innymi krajami, instytucjami i organizacjami jest niezbędne, by skutecznie przeciwdziałać, łagodzić i odpowiadać na zagrożenia dla bezpieczeństwa. Szczególną rolę mogłoby tu odegrać wypracowanie nowego rodzaju relacji między NATO a Unią Europejską. Nie należy również lekceważyć znaczenia instytucji takich, jak Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a także Rada Europy. Sojusz jest w istocie legitymizacją obecności polityczno-wojskowej Stanów Zjednoczonych na kontynencie europejskim, co stanowi o jego skuteczności i gwarancjach bezpieczeństwa dla wszystkich państw tego regionu.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Rosja: nowy początek</em></p>
<p>W wypadku Rosji potrzebna jest wspólna strategia w ramach Sojuszu. Zgodnie z dokumentami takimi jak Akt Stanowiący (1997) czy Rzymska Deklaracja (2002), nie ma żadnej sprzeczności między przyjmowaniem nowych państw członkowskich do NATO a angażowaniem się we współpracę z Rosją.</p>
<p>Nowy początek w kooperacji z Rosją może jednak przynieść sukces tylko wtedy, gdy będzie odwzajemniony. Innymi słowy, Rosja musi zaakceptować w praktyce dwie fundamentalne zasady, które dotąd akceptowała jedynie w sposób deklaratywny.</p>
<p>Po pierwsze, każde niepodległe państwo ma niezbywalne prawo do tego, by „należeć lub nie należeć do organizacji międzynarodowych, być lub nie być stroną dwu- lub wielostronnych traktatów, w tym traktatów sojuszniczych; mają również prawo do neutralności” (zasada pierwsza Aktu Końcowego KBWE).</p>
<p>Po drugie, suwerenna równość państw implikuje respektowanie wynikających z suwerenności praw.</p>
<p>Dla naszych rozważań kluczowe jest uświadomienie sobie, co jest istotą strategii Rosji wobec Europy. Jeden z rosyjskich ekspertów, Jurij Sołozobow, opublikował ostatnio interesujący esej w miesięczniku „Politiczeskij Klass” (numer 9 z września 2009), w którym udziela odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób można byłoby dokonać przełomu w trudnych relacjach rosyjsko-polskich. Strategia Rosji wobec Europy, w jego ujęciu, nosi prostą nazwę: „finlandyzacja”. Rosyjski analityk pisze: „Maksymalny program dla Rosji to finlandyzacja całej Europy, ale zaczynać trzeba od reorganizacji przestrzeni Wielkiego Limitrofu”* (s. 43-44). Autor ma na myśli takie kraje sąsiadujące w Europie z Rosją, jak Finlandia i Polska, i przede wszystkim Ukraina; w Azji Środkowej – Kazachstan, a także Turcja i Iran. „Finlandyzacja – dodaje Sołozubow – to wzajemnie korzystna pragmatyczna współpraca i stosunki oparte na poprawności – bez pouczania o sprawach demokracji i praw człowieka” (p.43).</p>
<p>Z tej perspektywy rosyjskie propozycje traktatów o bezpieczeństwie europejskim (z 29 listopada 2009) i stosunkach między NATO a Rosją (z 4 grudnia 2009) są bardziej czytelne. Zawierają one postulat różnicowania państw Sojuszu na dwie kategorie: „starych” członków, którzy należeli do „16” NATO i „nowych”, którzy powiększyli Sojusz do „28”.</p>
<p>Takie podejście kłóci się jednak z zasadą niepodzielności bezpieczeństwa i z zasadą suwerennej równości państw. W Europie nie ma miejsca i nie będzie powrotu do XIX-wiecznej koncepcji Koncertu Mocarstw z czasów Metternicha ani do stref wpływów czy też stref uprzywilejowanych interesów. Rację ma Ron Asmus, kiedy w kontekście wojny w Gruzji pisze: „To było zderzenie między światem Zachodu z XXI wieku, który uważał zbliżanie się demokratyzacji do granic Rosji za krok pozytywny na drodze do większej stabilności międzynarodowej oraz Rosji, która powróciła do zwyczajów i myślenia XIX-wiecznego mocarstwa i uznała takie kroki za zagrożenie” („A Little War That Shook the World”. Palgrave Macmillan 2010, 254 pp.).</p>
<p>Jednak podkreślam z całą siłą: NATO potrzebuje Rosji, a Rosja potrzebuje NATO. Jak powiedziała Hillary Clinton w lutym tego roku, „Pośród wyzwań dla bezpieczeństwa Rosji, NATO nie ma. Pragniemy współpracy NATO-Rosja, która przyniesie konkretne rezultaty i zbliży do siebie NATO oraz Rosję”.</p>
<p>Nie ulega zatem wątpliwości: jest to wykonalne, może stać się rzeczywistością i będzie w przyszłości realne. Kiedy? Im szybciej, tym lepiej. Kiedy Grupa Ekspertów NATO odwiedziła Moskwę w lutym, naszym celem było przeprowadzenie konsultacji z rosyjskimi partnerami i przemyślenie wzajemnego postrzegania oraz nowych dróg przyszłego zaangażowania. Miejmy nadzieję, że tym razem okazja nie zostanie stracona.</p>
<p><em>* Limitrof (z łac. limitrophus – pograniczny) – pograniczne prowincje Imperium Rzymskiego, które zobowiązane były utrzymywać wojska Imperium znajdujące się na ich terytorium. Pojęcie to jest szeroko wykorzystywane przez rosyjskich politologów, zwłaszcza w odniesieniu do byłych radzieckich republik.</em></p>
<p><em>** Adam Daniel Rotfeld, doktor nauk prawnych i profesor nauk humanistycznych, dyplomata. Członek Grupy Ekspertów NATO, przygotowującej Nową Strategię dla NATO. Przeszłości dyrektor Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI, 1989 – 2002), sekretarz stanu i minister spraw zagranicznych (2005). Współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, członek Komisji Doradczej ds. Rozbrojenia przy ONZ.</em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em>Roman Kuźniar</em></p>
<p><strong>NATO po sześćdziesiątce: emerytura czy rewitalizacja? </strong></p>
<p>W kwietniu ubiegłego roku na swym strasburskim szczycie Sojusz Atlantycki świętował 60. rocznicę istnienia. Przy tej okazji powstały pytania o przyszłość Sojuszu w kontekście zbliżania się do wieku emerytalnego. Jeśli takie pytania i wątpliwości w ogóle powstały, to nie tyle ze względu na wiek NATO, ile na problemy, z jakimi przyszło się zmagać Paktowi w poprzedzającej dekadzie. To właśnie one sprawiły, że można o nim powiedzieć, iż jest Sojuszem po przejściach – niektórzy zaczęli nawet wątpić, czy nadal jest Sojuszem z przyszłością.</p>
<p>Owe przejścia to przede wszystkim polityka George’a W. Busha. Chciał on uczynić z NATO powolny instrument swej strategii bezpieczeństwa, a właściwie – arbitralnie podejmowanych ekspedycji militarnych. Za czasów Busha Waszyngton chciał traktować Sojusz Północnoatlantycki jako „skrzynkę z narzędziami” (tool box), z której Amerykanie wyjmowaliby to, co w danym momencie uznaliby za przydatne. Przykłady to niezbyt udana pod względem przebiegu i konsekwencji wojna o Kosowo, niewielkie osiągnięcia Sojuszu w Afganistanie, niemoc NATO w obliczu wojny na Kaukazie w 2008 roku (tam Rosja wzięła wzór z wojny o Kosowo).</p>
<p>Po odejściu Busha nie jest zresztą o wiele lepiej. Barack Obama ma na głowie inne sprawy niż kultywowanie więzi transatlantyckich, a Sojusz w Afganistanie jest przez obecną administrację traktowany tak samo instrumentalnie, jak przez poprzednią. W Strasburgu zgodzono się jednak na rozpoczęcie prac nad nową koncepcją strategiczną Sojuszu. Ta obowiązująca obecnie została przyjęta w 1999 roku – można powiedzieć, że w innej epoce. Prace nad nową strategią dały okazję dla podjęcia poważnego namysłu nad redefinicją międzynarodowej tożsamości NATO oraz nad warunkami jej wiarygodności. Od dobrych kilku miesięcy trwa w krajach Sojuszu poważna debata o jego przyszłości, o tym, czy i komu oraz w jakiej postaci Sojusz jest potrzebny.</p>
<p>Dlatego zaproponowałem moim współpracownikom z Zakładu Studiów Strategicznych Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW wypracowanie naszej własnej odpowiedzi na te pytania. Do pracy zaprosiliśmy zaprzyjaźniony Instytut Studiów Strategicznych z Krakowa. Naszej wspólnej odpowiedzi postanowiliśmy nadać formę autorskiego projektu nowej koncepcji strategicznej NATO, sformułowanego z polskiej perspektywy. Inne ośrodki czy grupy refleksyjne w krajach NATO piszą swoje raporty, założenia, rekomendacje. My poszliśmy na całość, czyli napisaliśmy nową, kompletną strategię Sojuszu. Do tej debaty włączyliśmy także wielu innych ekspertów i analityków, ale przede wszystkim naszych studentów. Zorganizowaliśmy pięć otwartych konferencji warsztatowych poświęconych różnym zagadnieniom strategii. Debata przeszła nasze oczekiwania: świetne panele, referaty, dużo nowych idei. No i nie zawiedli studenci – zawsze obecni, czujni, krytyczni i aktywni w dyskusjach.</p>
<p>Dzisiaj możemy powiedzieć: „habemus strategiam”. Naszą strategię zaprezentujemy na konferencji atlantyckiej na Uniwersytecie Warszawskim 11 marca, a dzień później przekażemy sekretarzowi generalnemu NATO Andersowi Rasmussenowi, który już w ubiegłym roku zainteresował się naszym przedsięwzięciem. 11 marca nasza propozycja znajdzie się na stronie internetowej ISM UW.</p>
<p>Opracowana przez nas strategia to tekst, który wyraża nasz polski, choć pozarządowy, pogląd na tożsamość i wiarygodność NATO. Postrzegamy Sojusz Atlantycki jako platformę bezpieczeństwa Zachodu, związek państw podzielających te same wartości oraz strategiczną więź łączącą Europę i USA. Podstawowym zadaniem Sojuszu jest, naszym zdaniem, obrona państw członkowskich przed agresją lub innymi atakami z zewnątrz na ich bezpieczeństwo. Ponadto Sojusz ma stabilizować sytuację bezpieczeństwa w swoim otoczeniu, może też wnosić wkład w bezpieczeństwo międzynarodowe, ale zgodnie z celami i zasadami ONZ i nie naruszając uprawnień Rady Bezpieczeństwa w tej sferze. Jesteśmy za Sojuszem integralnym, niebędącym instrumentem realizacji partykularnych, globalnych interesów któregokolwiek z państw członkowskich (czytaj: USA).</p>
<p>Wiarygodność Sojuszu nie leży naszym zdaniem w demonstrowaniu hiperaktywności i siłowych próbach rozwiązywania problemów bezpieczeństwa wszystkich i wszędzie. Zamiast wykazywać takie „ADHD”, Sojusz może zachować swoją wiarygodność dzięki sile spokoju, do czego konieczny jest oczywiście odpowiedni potencjał militarny. Nie chcemy, aby Sojusz uczestniczył jako strona w wojnach domowych w różnych częściach świata (vide Afganistan) ani próbował narzucać innym krajom określoną przezeń formę rządów czy ludzi, których tam możemy osadzić. Takich wojen Sojuszowi toczyć nie wolno, zwłaszcza jeśli miałoby to pociągać duże straty cywilne. NATO może być natomiast użyteczne w stawianiu czoła pozamilitarnym zagrożeniom dla bezpieczeństwa państw członkowskich, na przykład bezpieczeństwa energetycznego lub wobec zmasowanych ataków cybernetycznych. Jednak jego sedno tkwi w klauzuli sojuszniczej, czyli w słynnym art. 5., któremu należy zapewniać wiarygodność przez rozbudowę infrastruktury obronnej, wspólne ćwiczenia i plany operacyjne na wypadek zagrożeń zewnętrznych. Sojusz nie powinien wykazywać ambicji globalnych ani zachowywać się konfrontacyjnie wobec państw z innych regionów świata.</p>
<p>Sojusz Atlantycki jest nadal potężny. To inni mają więcej powodów, aby się nas obawiać niż odwrotnie. Większym zagrożeniem mogą być dla nas podziały wewnętrzne. Dlatego trzeba respektować możliwości i ambicje UE w sferze bezpieczeństwa (są one wielką wartością dodaną). Zaszkodzić nam też może podejmowanie takich działań na świecie, które mogłyby sprawiać wrażenie dążenia do jakiejś hegemonii. Po kryzysie 2008 roku mogłoby to skutecznie obrócić przeciw nam resztę świata, która ma coraz więcej do powiedzenia. Strategiczny rozsądek i umiar mogą okazać się dobrym przykładem dla innych.</p>
<p><em>* Roman Kuźniar, politolog, dyplomata, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.</em></p>
<p style="text-align: center;"><em>* * *</em></p>
<p><em>Kamila Pronińska</em></p>
<p><strong>Akcje humanitarne NATO? Sojusz Północnoatlantycki a zagrożenia pozamilitarne</strong></p>
<p>Środowisko bezpieczeństwa państw NATO ulega dynamicznym zmianom. Od czasu przyjęcia ostatniej koncepcji strategicznej Sojuszu w 1999 roku świat doświadczył wielkiego krachu na rynkach finansowych. Do tego doszły ogromne wahania cen surowców, zwłaszcza energetycznych, a także przerywanie ich dostaw, w wyniku celowych działań państw lub konfliktów zbrojnych w regionach produkcji. Również katastrofy naturalne pochłonęły w ostatnich latach więcej istnień ludzkich niż niejeden toczący się współcześnie konflikt zbrojny. Susze, brak dostępu do wody pitnej i ziemi uprawnej doprowadziły jednocześnie do dramatycznych kryzysów humanitarnych, w tym największego z nich w Darfurze/Czadzie, a także konfliktów zbrojnych i nowych fal migracji.</p>
<p>Wydarzenia tylko pierwszej dekady XXI wieku poddały zatem silnej weryfikacji dotychczasowy sposób myślenia o bezpieczeństwie takich organizacji jak NATO. Zagrożenia o charakterze pozamilitarnym: ekonomicznym, energetycznym i ekologicznym, znalazły się w centrum uwagi – przez dłuższy czas nie wiadomo było jednak, kto i jak ma na nie odpowiadać. Brakowało gotowych scenariuszy rozwoju wypadków, odpowiedzi, procedur działania. Państwa nie były w stanie samodzielnie zapanować nad nowymi zagrożeniami, a organizacje międzynarodowe nie były na wiele z tych problemów przygotowane.</p>
<p>W jakiej mierze NATO może i na ile powinno zajmować się owymi pozamilitarnymi zagrożeniami, które wpływają na bezpieczeństwo obszaru euroatlantyckiego? Wielu ekspertów wskazuje, że jest to przede wszystkim sojusz polityczno-wojskowy, którego głównym zadaniem jest odstraszanie i obrona członków na wypadek agresji zbrojnej. Jego głównym narzędziem jest siła zbrojna, a ta nie jest żadnym, albo prawie żadnym, rozwiązaniem wobec zagrożeń energetycznych, ekonomicznych, ekologicznych czy demograficznych. Wyrażane są również obawy, że włączanie zagadnień pozamilitarnych w orbitę zainteresowania Sojuszu doprowadzi do zbytniego wykroczenia poza NATO’s core, (czyli kluczowego artykułu 5.) i rozmycia jego podstawowych funkcji.</p>
<p>Przy opracowywaniu nowej strategii Sojuszu nie można jednak przejść obojętnie obok pozamilitarnych zagrożeń bezpieczeństwa. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę ich transnarodowy charakter, długofalowość następstw i różnorodność geostrategicznych implikacji. Takie właśnie podejście, zwane comprehensive approach, charakteryzuje polski projekt Nowej Koncepcji Strategicznej NATO 2010.</p>
<p>Zgodnie z naszym myśleniem, dla NATO najistotniejsze znaczenie ma długofalowość następstw zagrożeń pozamilitarnych, a zwłaszcza ich wpływ na sektor bezpieczeństwa militarnego. Zagrożenia te mogą być źródłem konfliktów zbrojnych (zwłaszcza surowcowych i takich, których źródłem jest deficyt ekologiczny). Możliwe, że będą one (jak zmiany klimatyczne czy problemy surowcowe) wpływały na wzrost geostrategicznego znaczenia nowych obszarów, takich jak Arktyka, i tym samym na wzrost wojskowego zaangażowania państw w tych regionach. Prawdopodobną ich konsekwencją będzie zmiana układu sił w świecie, a także osłabienie możliwości finansowych, operacyjnych i spowolnienie rozwoju sektora wojskowego państw NATO. W końcu, zjawiska pozamilitarne (takie jak dysproporcje rozwojowe, fale migracji, rozkład struktur polityczno-gospodarczych państw i kształtowanie się środowiska państw upadłych, państw-bankrutów) mogą wpływać na intensyfikację nietradycyjnych, tzw. asymetrycznych zagrożeń bezpieczeństwa, jak terroryzm czy przestępczość zorganizowana. Ujmując to w całość – wiele zagrożeń pozamilitarnych będzie miało ogromny wpływ na liczne obszary działalności NATO (w tym operacje out of area) i efektywność organizacji.</p>
<p>Można sobie zatem wyobrazić szeroki potencjalny pakiet usług NATO w sferze pozamilitarnych zagrożeń bezpieczeństwa. Byłyby to wykorzystanie potencjału militarnego, wywiadowczego, analitycznego, formuły konsultacji, struktur partnerskich, etc. Należy jednak pamiętać, że Sojusz ma swoje ograniczenia zarówno jeśli chodzi o funkcje, jak i zdolności (potencjał i możliwości finansowe). Jednocześnie różnorodność interesów państw członkowskich stwarza problemy w określeniu, które zagrożenia w największym stopniu stanowią przedmiot wspólnego zainteresowania i wobec których należy działać wspólnie w ramach NATO (a co za tym idzie – wspólnie finansować).</p>
<p>Autorzy polskiej Nowej Koncepcji Strategicznej NATO 2010 mieli świadomość tych ograniczeń. Dlatego zwrócili uwagę na znaczenie zagrożeń pozamilitarnych dla obszaru euroatlantyckiego i ich wpływ na bezpieczeństwo militarne. Jednocześnie określili bardzo selektywną i komplementarną, względem państw członkowskich i innych organizacji, rolę NATO w tej sferze. Do najpoważniejszych zagrożeń pozamilitarnych projektu zaliczone zostały problemy energetyczne (wyczerpywanie się złóż surowców energetycznych, rosnąca rywalizacja o dostęp do nich oraz zakłócenia w swobodnym przepływie dostaw), problemy gospodarki światowej (zwiększone ryzyko kryzysów gospodarczych), zmiany demograficzne w świecie oraz następstwa niekorzystnych zmian klimatycznych.</p>
<p>Uznano także potrzebę większego zaangażowania NATO w sferze bezpieczeństwa energetycznego. NATO miałoby wspierać państwa członkowskie w zapewnieniu bezpiecznych dostaw surowców energetycznych i doskonaleniu mechanizmów zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego jako forum konsultacji oraz wymiany informacji i doświadczeń. Sojusz powinien również rozwijać zdolności zapewnienia fizycznego bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej i szlaków transportu. W ten sposób można by zapobiegać zakłóceniom dostaw powstających w wyniku konfliktów zbrojnych, blokad morskich, aktów terroryzmu czy piractwa, jeśli miałyby one poważne konsekwencje dla stabilności państw członkowskich.</p>
<p>Nowatorskim pomysłem projektu jest zastosowanie w sytuacji długotrwałego ograniczenia lub przerwania dostaw surowców energetycznych formuły artykułu „4 i pół”. Sojusznicy mieliby za zadanie podjąć solidarną akcję w celu zneutralizowania skutków takich wydarzeń, a dodatkowo, jeśli istniałoby przypuszczenie, że są one rezultatem celowego działania innego państwa, kraje członkowskie przeprowadzałyby konsultacje w celu ustalenia dalszych działań, w tym posunięć wobec ewentualnego sprawcy. Jest to formuła w pełni kompromisowa. Uwzględnia ona potrzeby państw wrażliwych w sferze bezpieczeństwa energetycznego, ale jednocześnie jest na tyle elastyczna, że pozostawia pozostałym krajom znaczną swobodę działań – podejmują one odpowiednie decyzje na zasadzie case by case.</p>
<p>Polska propozycja nowej koncepcji strategicznej NATO jest zatem wyjątkowa właśnie przez szczególne podejście do problematyki pozamilitarnej. Uwzględnia potrzebę adekwatnego reagowania Sojuszu na zagrożenia ekonomiczne, energetyczne, ekologiczne, czy społeczno-kulturowe, nie zmniejszając jednocześnie zdolności organizacji do realizacji podstawowych funkcji – czyli odstraszania i zbiorowej obrony. Warto dodać, że ta część strategii była, podczas jej tworzenia, przedmiotem burzliwych debat. Dowodzi to wzrastającego znaczenia zagrożeń pozamilitarnych. Wobec nich nawet sojusz polityczno-militarny nie może być obojętny.</p>
<p><em>* Kamila Pronińska, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Autor publikacji m.in. z dziedziny bezpieczeństwa energetycznego i konfliktów międzynarodowych.</em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em>Bolesław Balcerowicz</em></p>
<p><strong>Co z wymiarem wojskowym?</strong></p>
<p>Na przełomie XX i XXI wieku NATO przekształciło się z sojuszu zajętego planowaniem „awaryjnym” w wysoce operacyjną organizację o bardzo zróżnicowanym spektrum podejmowanych działań. Od roku 1999 Sojusz przeprowadził 16 różnego typu operacji: jedną wojenną, kilka większych oraz kilka epizodycznych operacji reagowania kryzysowego, kilka ratunkowych i humanitarnych, wreszcie operacje kontroli przestrzeni powietrznej, kontroli obszarów morskich, przeciwpirackie i inne. Prawie każda z nich była działaniem ekspedycyjnym. Co za tym idzie – należy podkreślić – nie miała (z wyjątkiem Afganistanu) związku z artykułem piątym Traktatu Waszyngtońskiego.</p>
<p>Generalnie można powiedzieć, że w minionym dziesięcioleciu Sojusz w znacznej mierze podejmował się przedsięwzięć, o których koncepcja z 1999 roku w ogóle nie wspomina. Wyszedł ze swoimi działaniami poza obszar traktatowy, zetknął się z nowymi wyzwaniami i zagrożeniami. W praktyce doszło do zachwiania równowagi zapisanego w „Koncepcji” dualizmu zadań sił zbrojnych – odstraszania i obrony terytorium oraz operacji reagowania kryzysowego „spoza artykułu piątego”. Co więcej, analiza aktywności wojskowej Sojuszu, niezależnie od wniosków dotyczących jej skali oraz charakteru, ujawniła słabości w ocenie i prognozie zagrożeń. Pojawiła się więc – w przekonaniu autorów – potrzeba wzmocnienia zapisów tego artykułu.</p>
<p>Ważne stało się również pytanie o zasadność tak szerokiego angażowania wojska w tak zróżnicowane przedsięwzięcia oraz pytanie o konieczność pewnej hierarchizacji (a nawet selekcji) sytuacji wymagających działań wojskowych Sojuszu. Niektórzy eksperci wystąpili z postulatem zachowania pewnej powściągliwości czy większej strategicznej skromności. W toku analiz ujawniła się wyraźnie kwestia kompetencji sił zbrojnych wobec szeregu zagrożeń niemilitarnych, m.in. energetycznego, przestrzeni cybernetycznej, zagrożeń ekologicznych i innych. Uznano jednak, że rozziew między zapisami koncepcji strategicznej a aktywnością Sojuszu nie jest jednak aż tak wielki, by uznać za konieczną bardziej gruntowną jej zmianę. Za wystarczającą uznano nowelizację, w trybie i skali podobną do zmiany koncepcji z roku 1991. Nie zaistniała też potrzeba zmian wewnętrznej struktury części wojskowej koncepcji.</p>
<p>W treściach projektu polskiej strategii NATO uwzględnione zostały, obok postulatów części politycznej, praktycznie wszystkie wnioski z analizy wyzwań, zagrożeń, dotychczasowej aktywności wojskowej. Wyrażają to nowe lub zmodyfikowane zapisy; wyraża to zmiana niektórych akcentów. W zapisie odnoszącym się do misji sił zbrojnych wyraźniej określona została ich hierarchia ze wzmocnionym akcentem na misję podstawową – zagwarantowanie terytorialnej integralności, politycznej niezależności i bezpieczeństwa państw członkowskich. W wytycznych dla sił zbrojnych silniej wyeksponowano zagadnienie rozmieszczenia wojsk i instalacji w obszarach przygranicznych; gotowości i zdolności jednostek wojskowych na peryferiach, a także zdolności w zakresie obrony przed atakami w przestrzeni cybernetycznej. Wyraźnie zaznaczona została potrzeba planowania operacyjnego („ewentualnościowego”) oraz regularnego prowadzenia ćwiczeń na większą skalę. Podkreślone zostało szczególne znaczenie rozwoju efektywnego systemu obrony przeciwrakietowej.</p>
<p>Wiele wniosków i postulatów zrodzonych w okresie prac przygotowawczych zostało skonsumowanych przez dokonanie drobnych na ogół zabiegów stylistycznych, osłabienie bądź wzmocnienie poszczególnych zapisów dotychczasowej koncepcji. Tekst części wojskowej został odchudzony o ponad 20 proc. Stało się to za sprawą przyjęcia bardziej właściwego tu języka – stroniącego od dyplomatycznej wieloznaczności języka zadań, przekładalnego na język operacji.</p>
<p><em>* Bolesław Balcerowicz, generał dywizji w stanie spoczynku, profesor nauk wojskowych, wykładowca w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Ponad 40 lat w wojsku &#8211; w &#8220;linii&#8221; &#8211; od dowódcy plutonu do dowódcy dywizji. Ostatnio rektor-komendant Akademii Obrony Narodowej.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Autorzy koncepcji numeru: <strong>Roman Kuźniar i Karolina Wigura</strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em>*** Autor fotografii: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em></p>
<p><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/rotfeld-kuzniar-proninska-balcerowicz-nato-po-szescdziesiatce-emerytura-czy-rewitalizacja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WOŁOCH: Manifest szczerego entuzjasty wyobraźni. O „Alicji w Krainie Czarów” Burtona (1)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/woloch-manifest-szczerego-entuzjasty-wyobrazni-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-1/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/woloch-manifest-szczerego-entuzjasty-wyobrazni-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-1/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:32:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Alicja w krainie czarów]]></category>
		<category><![CDATA[Ana Brzezińska]]></category>
		<category><![CDATA[Artur Wołoch]]></category>
		<category><![CDATA[Disney]]></category>
		<category><![CDATA[Lewis Caroll]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Tim Burton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4542</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Artur Wołoch </em></p>
<p><strong>Manifest szczerego entuzjasty wyobraźni<em></em></strong></p>
<p>1.	Nie chcemy! Aby w piątkowy wieczór z ekranu atakowały nas roje kwiatów, ptaków, owadów i innej flory czy fauny, a wszystko w diabelskim <em>3D</em>, tak bliskie, że ręką wystarczyłoby sięgnąć, by dotknąć.<br />
W końcu <em>istnieć </em>nie znaczy <em>postrzegać</em>, a <em>być postrzeganym</em>, jak pisał biskup Berkeley! Koniec oszustw! Koniec iluzji! Albo coś jest i dotknąć się da, albo czegoś nie ma i dotknąć się nie da!<br />
Co więcej! Oganianie się rękami od nieistniejących latających koników powoduje wysypywanie się popcornu i wylewanie coca-coli!<br />
Nie za to płacimy!</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/woloch-manifest-szczerego-entuzjasty-wyobrazni-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-1/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu WOŁOCH: Manifest szczerego entuzjasty wyobraźni. O „Alicji w Krainie Czarów” Burtona (1)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Artur Wołoch </em></p>
<p><strong>Manifest szczerego entuzjasty wyobraźni<em></em></strong></p>
<p>1.	Nie chcemy! Aby w piątkowy wieczór z ekranu atakowały nas roje kwiatów, ptaków, owadów i innej flory czy fauny, a wszystko w diabelskim <em>3D</em>, tak bliskie, że ręką wystarczyłoby sięgnąć, by dotknąć.<br />
W końcu <em>istnieć </em>nie znaczy <em>postrzegać</em>, a <em>być postrzeganym</em>, jak pisał biskup Berkeley! Koniec oszustw! Koniec iluzji! Albo coś jest i dotknąć się da, albo czegoś nie ma i dotknąć się nie da!<br />
Co więcej! Oganianie się rękami od nieistniejących latających koników powoduje wysypywanie się popcornu i wylewanie coca-coli!<br />
Nie za to płacimy!</p>
<p>2.	Domagamy się! Aby Tim Burton zaczął czytać książki! Bo chwała temu, kto odgadnie, ile jest „Alicji” Lewisa Carolla w „Alice” Tima Burtona. Niedowiarkom odpowiadamy: niewiele!<br />
Od kogo powinniśmy domagać się, jeśli nie od Tima Burtona – mistrza absurdu, czarnego humoru, baśniowych fantazmatów, aby zaufał Autorowi, który historię wysnuł, a nie komputerom, które ją obliczyły!<br />
Niech żyje pióro, niech sczeźnie klawiatura!</p>
<p>3.	Postulujemy! Aby Tim Burton obejrzał raz jeszcze „Gnijącą pannę młodą”, którą skądinąd sam był nakręcił! Niech rozsmakuje się w postaciach utkanych z gałganów, które śmieszą, wzruszają i żyją siłą emocji najprawdziwszych. Niech przypomni sobie, że świat złożony z tekturowych dekoracji także może być mekką dla wyobraźni.</p>
<p>4.	Pragniemy! Aby forma filmu nie przysłaniała jego treści! Aby technologia nie zabijała opowieści! Aby nie zamieniano surrealizmu „Alicji” w mieszczańsko-realistyczną opowieść o dorastaniu do odpowiedzialności.<br />
Czy „Alicja w krainie czarów” to naprawdę opowieść uszyta na miarę kryzysu ekonomicznego, mająca zachęcać młode dziewczyny do studiowania tajników ekonomii, by siłą własnej przedsiębiorczości pchnąć do przodu światową gospodarkę?!<br />
Nie! Choć marzenie to piękne, a postulat „nie bójcie się, idźcie i przedsiębiorczymi bądźcie” zaiste słuszny.</p>
<p>5.	Przypominamy!<em></em></p>
<p style="text-align: center;"><em>&#8230;i wtem ucichły, wyobraźnia<br />
W cudaczny świat je porywa<br />
Z dziewczynką ze snu, do krainy,<br />
Gdzie niestworzone dziwa,<br />
Z ptakiem i zwierzem w pogawędce,<br />
Pół wierząc w baśń, że prawdziwa&#8230;</em></p>
<p style="text-align: right;">Lewis Caroll „Alicja w krainie czarów”</p>
<p><em><strong>Film:</strong></em></p>
<p>„Alicja w Krainie Czarów” (Alice in Wonderland), wersja: <em>3D</em><br />
Reż. Tim Burton<br />
Walt Disney Pictures<br />
Dystr. Forum Film Poland</p>
<p><em>* Artur Wołoch, szczery entuzjasta wyobraźni, miłośnik Tima Burtona</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/woloch-manifest-szczerego-entuzjasty-wyobrazni-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-1/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BRZEZIŃSKA: Disney w mieście kobiet. O „Alicji w Krainie Czarów” Burtona (2)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brzezinska-disney-w-miescie-kobiet-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-2/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brzezinska-disney-w-miescie-kobiet-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-2/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:32:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Alicja w krainie czarów]]></category>
		<category><![CDATA[Ana Brzezińska]]></category>
		<category><![CDATA[Disney]]></category>
		<category><![CDATA[Lewis Caroll]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Tim Burton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4540</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Ana Brzezińska</em></p>
<p><strong>Disney w mieście kobiet</strong></p>
<p>Właściwie pisząc o „Alicji w Krainie Czarów”, powinno się pisać o kilku filmach, a przynajmniej o kilku historiach połączonych postacią głównej bohaterki. Fabularnie film dzieli się na cztery rozdziały, z czego tylko jeden wykazuje dalekie pokrewieństwo z powieścią Lewisa Carolla. Okalające go epizody, otwierający i końcowy, to odrębna struktura – zarówno pod względem estetycznym, jak i narracyjnym. Można wprawdzie dostrzec między nimi pewne pomosty znaczeniowe, lecz ich obecność wcale nie oznacza niczego dobrego.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brzezinska-disney-w-miescie-kobiet-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-2/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BRZEZIŃSKA: Disney w mieście kobiet. O „Alicji w Krainie Czarów” Burtona (2)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Ana Brzezińska</em></p>
<p><strong>Disney w mieście kobiet</strong></p>
<p>Właściwie pisząc o „Alicji w Krainie Czarów”, powinno się pisać o kilku filmach, a przynajmniej o kilku historiach połączonych postacią głównej bohaterki. Fabularnie film dzieli się na cztery rozdziały, z czego tylko jeden wykazuje dalekie pokrewieństwo z powieścią Lewisa Carolla. Okalające go epizody, otwierający i końcowy, to odrębna struktura – zarówno pod względem estetycznym, jak i narracyjnym. Można wprawdzie dostrzec między nimi pewne pomosty znaczeniowe, lecz ich obecność wcale nie oznacza niczego dobrego.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Sen o ojcu</em></p>
<p>Noc. Księżyc oświetla dom rodziny Kingsleigh. W bibliotece ojciec Alicji, młody, charyzmatyczny przedsiębiorca, dyskutuje ze wspólnikami. Spotkanie przerywa wejście jasnowłosej dziewczynki w białej koszuli nocnej. Alicja budzi się z męczącego, powracającego snu. Ojciec przerywa rozmowę i – wypowiadając powtarzane wielokrotnie słowa – zapewnia córkę, że nie musi bać się swych snów i obecnego w nich szaleństwa: „Jedynie ludzie obłąkani są coś warci”.</p>
<p>Ojciec Alicji, mimo iż pojawia się tylko w pierwszej scenie filmu, jest kluczową postacią opowieści Burtona. To klasyczna figura baśniowa: młody, odważny i kochający mężczyzna, gwarantujący córce wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Jego nieobecność kształtuje jej osobowość równie mocno, jak jego bliskość. Alicja mówi o swej tęsknocie za ojcem, który stanowił dla niej autorytet i wzór. W kluczowych scenach filmu powtarza jego słowa. Wreszcie przechodzi przemianę, która przywraca jej ojca – w niej samej. Pod koniec filmu Alicja STAJE SIĘ swoim ojcem, przejmując jego ambicje, zachowania i rolę w społeczeństwie.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Okres dojrzewania</em></p>
<p>Alicja ma 19 lat. Jej ojciec nie żyje, a ona ma wkrótce poślubić odpychającego, aroganckiego młodego lorda. Otoczenie nalega, aby bohaterka wstąpiła w korzystny związek oraz dla własnego dobra przestrzegała zasad obowiązujących w (uproszczonej na potrzeby producentów z Walt Disney Pictures) baśniowej odmianie wiktoriańskiego reżimu. Znajomy disneyowski styl nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, kto jest dobry, kto zły, a kto ma jeszcze szansę. Widzimy złą teściową i bezradną matkę, złośliwe siostry, zakłamanego księcia i miejscową wariatkę. Chwilami bywa to nawet zabawne, chociaż ta sama stylistyka sprawia, że nieznośnie moralizatorskie zakończenie filmu budzi wstyd i rozczarowanie.</p>
<p>W parze z disneyowską konwencją unieważniania tego, co istotne, idzie też dziwna odmiana komunikatu feministycznego. Dziwna, ponieważ podparta klasycznym motywem wewnętrznej przemiany bohatera – w tym wypadku jednak nie dziewczynki w kobietę, a dziewczynki w&#8230; mężczyznę. I to nie byle jakiego mężczyznę, lecz rycerza i zdobywcę ruszającego w ostatniej scenie na podbój świata.</p>
<p>Feministyczne akcenty pojawiają się w „Alicji” na kilku płaszczyznach i w różnej skali. Nie sposób przeoczyć słów bohaterki o tym, że nie nosi gorsetu, ani tego, że na każdym kroku manifestuje swoją niezależność od męskiej dominacji. Jej zwrot ku fantazji i niestandardowe zachowania społeczne nie są działaniami per se, lecz sygnalizują protest wobec otaczającego ją świata pełnego zdradzanych, opuszczonych i ubezwłasnowolnionych kobiet. Jedynym sprawiedliwym jest ojciec Alicji, o którym poza tym, że był podobny do córki, nic nie wiadomo.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Przemiana</em></p>
<p>Alicja ucieka zatem z Krainy Ciasnych Gorsetów do Krainy Czarów, gdzie na jawie przeżywa powracający sen. Nie ma sensu opisywanie struktury animowanej rzeczywistości stworzonej przez Burtona, dość rzec, że wizualnie jest ona porywająca, mimo że fabularnie niewiele łączy ją z tekstem Lewisa Carolla. Różnica polega na tym, że w powieści wszelka celowość istnienia i działań postaci zostaje zawieszona, a narracja nie służy rozstrzygnięciom fabularnym. W wypadku filmu Burtona jest inaczej: Kraina Czarów to miejsce, gdzie czas płynie linearnie, Los i Przeznaczenie istnieją, gdzie toczy się walka o władzę pomiędzy dwoma stronnictwami, Kapelusznik jest ofiarnym partyzantem, a Kot – konspiratorem sabotującym egzekucję. Krainą Czarów rządzi uzurpatorka Czerwona Królowa, która jako powieściowa Królowa Kier była jedynie zabawną i krzykliwą FIGURĄ. U Burtona jest trójwymiarowym władcą, a słynny okrzyk „Ściąć go!” nabiera znamion realnego wyroku. Jej krwawe rządy może obalić jedynie Tryumfator, który mieczem zetnie głowę smoka i przywróci na tron Białą Królową – młodszą siostrę czerwonej despotki, ukochaną, choć nie w pełni wolną od szaleństwa władczynię uciśnionego ludu.</p>
<p>W realizacji Burtona widać wyraźne nawiązania do „Władcy Pierścieni”, „Gwiezdnych Wojen”, a nawet „Opowieści z Narnii”. Wybrańcem mającym ocalić Krainę Czarów od zagłady i niekończącego się cierpienia jest Alicja, która aby stanąć do walki z potworem, musi przejść przez piekło dojrzewania. Wreszcie, wewnętrznie i zewnętrznie uzbrojona, staje na czele białej armii. Z rozmachem Joanny d’Arc i oddaniem świętego Jerzego zabija smoka i z mieczem w dłoni staje na ruinach zniszczonego donżonu. Porządek zostaje przywrócony, a Alicja, silna tożsamością zyskaną w walce z demonami podświadomości, wraca do domu, aby przekazać swym bliskim garść życiowych prawd. W tym miejscu, na ostatniej prostej, film Burtona skręca w niebezpiecznym kierunku. Okazuje się, że fuzja wspaniałej lękowej wyobraźni reżysera, disneyowskiej pastelowej wizji świata i feministycznych snów o potędze to jednak zabieg dość ryzykowny.</p>
<p>Trudno powiedzieć, co stanowi dominantę „Alicji w Krainie Czarów” i który z licznych kontekstów najbardziej zapada w pamięć. Istnieje jednak obawa, że gdyby Tim Burton zrobił film w całości zbudowany ze scen takich, jak mroczny i oniryczny podwieczorek u Kapelusznika, to dystrybutorzy nie mogliby liczyć na zbyt spektakularne osiągi. Malowniczy i miejscami ujmujący film reżysera specjalizującego się w opisywaniu najdelikatniejszych rejonów ludzkiej wrażliwości został wzięty w gruby nawias (co najmniej) dwóch obowiązujących poprawności. Co dziwniejsze – poprawności oficjalnie się zwalczających. Trudno o tak zbudowanej stylistycznej matrioszce wypowiedzieć się w sposób jednoznaczny. Świat kobiet uciśnionych odbija się w antyświecie rządzonym przez despotki. Ich łącznikiem i rozjemcą jest androginiczna figura dziewczynki, która walcząc z lękiem, przyjmuje tożsamość wyśnionego ojca i wojownika. Znamienne jest jednak to, że żaden ze światów ukazanych w „Alicji” zdaje się nie mieć kontynuacji, choć wbrew baśniowej konwencji, wszystkie opisane rzeczywistości wydają się równie możliwe i znajome.</p>
<p><em><strong>Film:</strong></em></p>
<p>„Alicja w Krainie Czarów” (Alice in Wonderland)<br />
Reż. Tim Burton<br />
Walt Disney Pictures<br />
Dystr. Forum Film Poland</p>
<p><em>* Ana Brzezińska, absolwentka MISH UW oraz PWST w Krakowie. Reżyser i tłumacz.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brzezinska-disney-w-miescie-kobiet-o-%e2%80%9ealicji-w-krainie-czarow%e2%80%9d-burtona-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Upiór polski. Orbitowski, „Nadchodzi”</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:31:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Nadchodzi]]></category>
		<category><![CDATA[Nowa Fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Orbitowski]]></category>
		<category><![CDATA[Popiel Armeńczyk]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Orbitowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4520</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Upiór polski</strong></p>
<p>Z opowiadaniami bywa różnie. Mniej równo, zaskakująco, z wielkimi zwrotami, zaskoczeniami i uspokojeniami akcji. Na jedne się czeka, inne po prostu przychodzą, zostawiając w pamięci ślady, zastanowienia, pytania, okruchy baśni, strzępy historii, które raz zasłyszane każą do siebie wracać, zapytywać na nowo. Zapytywanie takie stwarza alternatywną wizję zakończeń, zderza wizję autora z ogromnym nieraz bagażem czytelniczych oczekiwań. Opowiadania zmieniają się, choć w gruncie rzeczy pozostają na swój sposób takie same. Czerpią z wielu studni ludowych podań, ze źródeł wyobraźni, z porannych majaków po przepitych nocach, z duchów własnych i okolicznych. Opowiadania żyją inaczej, w krótkości formy zamykając niejednokrotnie historie innym rozdymające się w nieznośne eposy, tomy dziwadeł, tysiącstronicowe wynurzenia słowotokiem zamazujące fabułę i krążące wokół niej emocje. Niektóre żyją dłużej, nie kilka, a kilkadziesiąt stron, wciągając czytelnika w las, w zapomniane miejsca pełne mrocznego niepokoju, w ciszę, którą zdaje się rozdzierać mnogość tłumionych krzyków. Wszystko to znaleźć można w najnowszym tomie opowiadań Orbitowskiego.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Upiór polski. Orbitowski, „Nadchodzi”&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Upiór polski</strong></p>
<p>Z opowiadaniami bywa różnie. Mniej równo, zaskakująco, z wielkimi zwrotami, zaskoczeniami i uspokojeniami akcji. Na jedne się czeka, inne po prostu przychodzą, zostawiając w pamięci ślady, zastanowienia, pytania, okruchy baśni, strzępy historii, które raz zasłyszane każą do siebie wracać, zapytywać na nowo. Zapytywanie takie stwarza alternatywną wizję zakończeń, zderza wizję autora z ogromnym nieraz bagażem czytelniczych oczekiwań. Opowiadania zmieniają się, choć w gruncie rzeczy pozostają na swój sposób takie same. Czerpią z wielu studni ludowych podań, ze źródeł wyobraźni, z porannych majaków po przepitych nocach, z duchów własnych i okolicznych. Opowiadania żyją inaczej, w krótkości formy zamykając niejednokrotnie historie innym rozdymające się w nieznośne eposy, tomy dziwadeł, tysiącstronicowe wynurzenia słowotokiem zamazujące fabułę i krążące wokół niej emocje. Niektóre żyją dłużej, nie kilka, a kilkadziesiąt stron, wciągając czytelnika w las, w zapomniane miejsca pełne mrocznego niepokoju, w ciszę, którą zdaje się rozdzierać mnogość tłumionych krzyków. Wszystko to znaleźć można w najnowszym tomie opowiadań Orbitowskiego.</p>
<p>Tom rozpościera się między dwoma biegunami, chwalonym przez czytelników „Nowej Fantastyki” – „Popielem Armeńczykiem” a rzeczą nową, tytułowym „Nadchodzi”. Wiele między nimi słów, ale przy niewątpliwej „ciekawości” wyboru, te dwie historie pozostają dlań wiodące. Wizje jednego, a przecież dwóch światów, przeciwstawnych pozornie, a chciałoby się rzec… komplementarnych. Krzywe zwierciadło chichoczącej historii. Malowane słowem, oddawane w tylu na pozór nieistotnych szczegółach obrazy uwiarygodniają papierowy świat. Samo portretowanie jasne, często jednoznaczne, choć typy poplątane. Postaci rysowane krótszymi pociągnięciami pióra okazują się wyraźniejsze, mniej papierowe, w swych szaleństwach czytelniejsze, bardziej zrozumiałe, bliższe, głośniej o uwagę wołające. Upiory stają się bardziej widoczne, niemal dotykalnie obecne, lęki klarowne, grozą swą kłujące głębiej, pozostawiające ślad.</p>
<p>Kolejny poziom tworzą cięte i cierpkie riposty na przemian rzucane ówczesnemu, to znów współczesnemu światu. Diagnozy własne, snute opowieści, historie z piekła rodem wchodzą w zakamarki pogmatwanej podświadomości bohaterów, penetrując miejsca, do których balibyśmy się dotrzeć bez mapy czy bodaj porządnej latarki. Wyraźne obrazy mieszających się ze sobą światów, gdzie duch historii ponurej, a w swym obłędzie przygniatającej nieustannymi powrotami identycznych ze swej istoty zrywów, przez setki stron rękę sobie podaje z mitem o upiorach dziś wielu ścigających, z mitem własnych przeszłości, udręk, które współtworzą kolejne poziomy historii, bycia-tak-a-nie-inaczej pojedynczego człowieka, a wraz z nim losów tak wielu.</p>
<p>Przy całej wyglądającej z kart tomu historii celny jest także opis współczesności, jaki mimo rzadkich bezpośrednich do niej odniesień serwuje Orbitowski. W wielu miejscach pozostaje on gorzki, ostry, a przecież jakże, przy całej swej fantastyczności, rzeczywisty, codzienny, w niezwykłości zwykły. Prawdziwość taka urealnia koszmar, baśń, klątwę, mit, sprawiając, że chciałoby się nie wierzyć w fantazję, w którą uwierzyć nietrudno.</p>
<p><em><strong>Książka:</strong></em></p>
<p>Łukasz Orbitowski, „Nadchodzi”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUISZ: W.G. Sebald / Hayden White. Osiem</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/kuisz-w-g-sebald-hayden-white-osiem/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/kuisz-w-g-sebald-hayden-white-osiem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:30:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Austerlitz]]></category>
		<category><![CDATA[Czuję. Zawrót głowy]]></category>
		<category><![CDATA[Hayden White]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Joseph Conrad]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura a fikcja]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Pierścienie Saturna]]></category>
		<category><![CDATA[Proza historyczna]]></category>
		<category><![CDATA[Rembrandt]]></category>
		<category><![CDATA[Sebald]]></category>
		<category><![CDATA[W.G. Sebald]]></category>
		<category><![CDATA[White]]></category>
		<category><![CDATA[Würzburg]]></category>
		<category><![CDATA[Wyjechali]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4517</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jarosław Kuisz</em></p>
<p><strong>W.G. Sebald / Hayden White. Osiem<br />
</strong></p>
<p>1.</p>
<p>Przed nami już cztery tomy wędrówek po rupieciarni pamięci Zachodu. Zwróćmy uwagę na pewien szczegół: W. G. Sebald wyrusza w podróż, uprzednio ukrywszy swoje imiona pod inicjałami.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/kuisz-w-g-sebald-hayden-white-osiem/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KUISZ: W.G. Sebald / Hayden White. Osiem&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jarosław Kuisz</em></p>
<p><strong>W.G. Sebald / Hayden White. Osiem<br />
</strong></p>
<p>1.</p>
<p>Przed nami już cztery tomy wędrówek po rupieciarni pamięci Zachodu. Zwróćmy uwagę na pewien szczegół: W. G. Sebald wyrusza w podróż, uprzednio ukrywszy swoje imiona pod inicjałami.</p>
<p>2.</p>
<p>Pomyłka na płótnie Rembrandta, świdrujące oczy sowy w zoo, wspomnienie przełęczy św. Bernarda… Punkt wyjścia wydaje się niemal dowolny. Każda opowieść w końcu została skomponowana – o czym lojalnie nas się uprzedza – w nadziei, że ekscentryczny narrator zdoła wymknąć się pustce rozprzestrzeniającej się w nim „po ukończeniu pewnej większej pracy” lub „w nadziei, że zmiana miejsca pomoże przebrnąć przez szczególnie zły czas”… Ważne, by detal w świecie natury czy kultury istotnie przykuł na moment uwagę, by można było umiejscowić „ja” w perspektywie szerszej niż tylko jednego pokolenia…</p>
<p>3.</p>
<p>Zażywamy ruchu. Przewracamy strony. Towarzyszyć nam może wyimaginowany badacz osobliwości (zadziwiająco do nas podobny) albo (czemu nie?) zabłąkany jamnik. Wszystko jedno, skoro podczas lektury nie można się opędzić od dojmującej samotności, którą łagodzić może co najwyżej melancholia czy ćwiczenie się w rozpoznawaniu jej odcieni. Czy wszystko musi być aż tak serio? W gruncie rzeczy wcale nie trzeba udawać się nazbyt daleko. Pod ręką mamy atlasy, albumy lub internetowe encyklopedie. Ważne, by opowieść była zajmująca i zborna.</p>
<p>4.</p>
<p>Oto gargantuiczny dworzec centralny w Brukseli – już po chwili zastanowienia – okazuje się pomnikiem ufundowanym na kolonialnych ambicjach Leopolda II i jego poddanych. Następny przystanek dla skojarzenia jest oczywisty: „Kongo Belgijskie”. Niejako z rozpędu trafiamy do „Jądra ciemności”, oczywiście, już po nitce biografii Josepha Conrada. Josepha Conrada… Korzeniowskiego – dodajemy po to, by wraz z Sebaldem znaleźć się gdzieś na wschodnich ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Ba!, nawet zahaczyć o zesłanie na Syberię, którego doświadczył ojciec Conrada. Wracamy jednak na ten monstrualny dworzec kolejowy i do wspaniałej sieci europejskich kolei, bez których Zagłada nie byłaby możliwa.</p>
<p>5.</p>
<p>Skąd sukces dygresyjnej prozy Sebalda?</p>
<p>Narody stają wobec problemu zintegrowania stalinowskiej czy nazistowskiej przeszłości – zauważa Hayden White, słynny amerykański historyk historiografii – w spójną narrację historyczną. Powinna ona usprawiedliwiać odrzucenie pewnych aspektów owej przeszłości, a jednocześnie podtrzymać jej ciągłość. Stawka jest poważna: niepokój co do sensu naszego wałęsania się po świecie. Stąd presja, „aby wymyślić nowe sposoby integrowania niedawnej przeszłości swoich społeczności narodowych z teraźniejszością, która w swych dominujących nurtach, odczuwana jest nie tylko jako trans-, lecz wręcz anty-narodowa”. Za Sebaldem – krążącym zasadniczo w trudniej dostępnych rejonach kultury wysokiej – możemy dorzucić: …po prostu kosmopolityczna.</p>
<p>6.</p>
<p>Wszystkiego jest… dużo. „Im bliżej teraźniejszości, tym więcej wydarzeń ukrywa się pod ogromną ilością dokumentów, które dowodzą, że wydarzenia te miały miejsce”. W tym jednak Sebald – inaczej niż White – dostrzega nie zagrożenie, lecz szansę. Ten bezmiar przedmiotów, o większej czy mniejszej wartości rynkowej, co wiemy, może nabrać osobistego znaczenia.</p>
<p>Jeśli jednak natchnienie istotnie sprowadzić może (tu znów wdzięczna wyliczanka): obserwatorium astronomiczne, opuszczona twierdza, fantazyjne wygięcie poręczy schodów czy rachunek z włoskiej pizzerii… To brak hierarchii ważności czy niepewność co do tego, czy mówimy o fikcji, czy o prawdzie, mogą budzić niepokój. Szczególnie wtedy, gdy wijącymi się ścieżkami pamięci narrator dociera do prawdziwych zbrodni. W ostatnim wywiadzie (jakby odpowiadając na wątpliwości czytelników) Sebald odpowie dziennikarce „The Guardian”, że wielkie wydarzenia historyczne są prawdziwe, ale składający się na nie detal jest wymyślony.</p>
<p>7.</p>
<p>Po opublikowaniu czterech książek Sebalda w języku polskim jasne staje się, że pisarska włóczęga nie jest tak chaotyczna, jak wydawałoby się po lekturze debiutanckiego tomu „Czuję. Zawrót głowy”.</p>
<p>Przeciwnie. Ze zdumieniem zauważamy, jak powracają niektóre miejsca, wydarzenia, obrazy. Choćby ta „przeklęta” Belgia. Oto znów Pałac Arcybiskupów w Würzburgu. Albo bawarska wioska, w której Sebald, pod nieobecność służącego w Wehrmachcie ojca, wychowywany był przez dziadka. Wobec obfitości bibliotek i archiwów, Sebaldowska „obietnica” nieustającej nowości i nieskończonej przygody wydaje się coraz bardziej złudzeniem.</p>
<p>Gdy White mówi nam: „Postmodernizm z kolei traktuje ideę wiedzy historycznej jako z natury rzeczy wymyśloną”, zaczynamy zastanawiać się, czy wolność wędrówki pisarza nie pozostaje jedynie kolejnym kawałeczkiem fikcji.</p>
<p>8.</p>
<p>Z okładki jednej z książek dowiadujemy się, że pisarz nienawidził swoich imion, a imię Winfried wprost uważał za nazistowskie. Choć od 1966 aż do śmierci mieszkał w Wielkiej Brytanii i wykładał literaturę europejską na angielskich uniwersytetach, wszystkie swoje dzieła napisał… po niemiecku.</p>
<p><em><strong>Książki:</strong></em></p>
<p>W.G. Sebald, „Czuję. Zawrót głowy”<br />
W.G. Sebald, „Wyjechali”<br />
W.G. Sebald, „Pierścienie Saturna”<br />
W.G. Sebald, „Austerlitz”<br />
Hayden White, „Literatura a fikcja”, w: <em>Tenże</em>, <em>Proza historyczna</em>, Warszawa 2009</p>
<p><em>* Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/kuisz-w-g-sebald-hayden-white-osiem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>LASKOWSKI: Owacja za reputację</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/laskowski-owacja-za-reputacje/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/laskowski-owacja-za-reputacje/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:30:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Aleksander Laskowski]]></category>
		<category><![CDATA[Chopin]]></category>
		<category><![CDATA[Daniel Barenboim]]></category>
		<category><![CDATA[Filharmonia Narodowa]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Polonez As-dur]]></category>
		<category><![CDATA[Sonata b-moll]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4527</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Aleksander Laskowski </em></p>
<p><strong>Owacja za reputację</strong></p>
<p>Na początku koncertu zamknąłem oczy. Wymazałem z pamięci oblicze pianisty, by zostać sam na sam z muzyką Chopina.</p>
<p>Był to dla nas bardzo trudny wieczór. Kompozycje skarżyły się na ciężką rękę, która bezlitośnie raziła w ich bezbronne ciała, nie szczędząc także klawiszy w najbliższym sąsiedztwie.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/laskowski-owacja-za-reputacje/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu LASKOWSKI: Owacja za reputację&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Aleksander Laskowski </em></p>
<p><strong>Owacja za reputację</strong></p>
<p>Na początku koncertu zamknąłem oczy. Wymazałem z pamięci oblicze pianisty, by zostać sam na sam z muzyką Chopina.</p>
<p>Był to dla nas bardzo trudny wieczór. Kompozycje skarżyły się na ciężką rękę, która bezlitośnie raziła w ich bezbronne ciała, nie szczędząc także klawiszy w najbliższym sąsiedztwie.</p>
<p>Ja dałem się porwać na chwilę, gdy z fortepianu wysączyły się mrocznym szeptem ostatnie dźwięki „Marsza żałobnego”. I wypłynął z nich czarny dym finałowego <em>Presto Sonaty b-moll</em>.</p>
<p>Po przerwie zatańczyły zbyt ciasne walce i kołysanka, co spędza z oczu sen. Na koniec zaś zjawił się słynny <em>Polonez As-dur</em>, bohaterski jak szarża ugrzęźniętej w błocie husarii.</p>
<p>Ostatnim akordom niedane było wybrzmieć. Salę wypełniły dzikie owacje, tupanie i krzyki. Uparcie krążyło mi po głowie pytanie, czy taki tumult wzbudziłby tym wykonaniem artysta nieznany? W końcu otworzyłem oczy. Daniel Barenboim stał wciąż na estradzie.</p>
<p><em><strong>Koncert:</strong></em></p>
<p><em>Rok Chopinowski 2010, Koncerty Urodzinowe<br />
Recital fortepianowy Daniela Barenboima</em><br />
Filharmonia Narodowa w Warszawie<br />
28 lutego 2010 r.</p>
<p><em>* Aleksander Laskowski, kierownik Wydziału Terytorialnego Instytutu Adama Mickiewicza, współpracuje z Programem II PR. Członek Redakcji </em><em>„</em><em>Kultury Liberalnej&#8221;.</em><strong><em><br />
</em></strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/laskowski-owacja-za-reputacje/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BROŻYŃSKI: Kraków. Niebezpieczny Zakrzówek</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brozynski-krakow-niebezpieczny-zakrzowek/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brozynski-krakow-niebezpieczny-zakrzowek/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:29:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Spacerując]]></category>
		<category><![CDATA[Dębniki]]></category>
		<category><![CDATA[klify]]></category>
		<category><![CDATA[Kraków]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Brożyński]]></category>
		<category><![CDATA[SPLOT]]></category>
		<category><![CDATA[Zakrzówek]]></category>
		<category><![CDATA[zalew]]></category>
		<category><![CDATA[Zielony Zakrzówek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4558</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Paweł Brożyński</em></p>
<p><strong>Kraków. Niebezpieczny Zakrzówek</strong></p>
<p>Zakrzówek, część krakowskiej dzielnicy Dębniki, przekształcił się z otoczonego parkiem, zalanego w 1990 roku kamieniołomu wapienia w jeden z najsilniej przyciągających mieszkańców, turystów i poszukiwaczy wszelkich przygód rejon miasta. Niektórych przyciągając na zawsze.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brozynski-krakow-niebezpieczny-zakrzowek/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BROŻYŃSKI: Kraków. Niebezpieczny Zakrzówek&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Paweł Brożyński</em></p>
<p><strong>Kraków. Niebezpieczny Zakrzówek</strong></p>
<p>Zakrzówek, część krakowskiej dzielnicy Dębniki, przekształcił się z otoczonego parkiem, zalanego w 1990 roku kamieniołomu wapienia w jeden z najsilniej przyciągających mieszkańców, turystów i poszukiwaczy wszelkich przygód rejon miasta. Niektórych przyciągając na zawsze.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Zakrzowek.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4560" title="Zakrzowek" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Zakrzowek-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></a></p>
<p>Nie sposób chyba mówić serio o Zakrzówku, nie myśląc jednocześnie o jego magnetyzmie, nie wyobrażając sobie występków, do jakich zaprasza. A do jakich zaprasza? Wapienne skały schodzące do zalewu, skontrastowane z lazurem wody, dają wrażenie przebywania – jasne nie na Côte d’Azur – ale dlaczegóżby nie na chorwackim wybrzeżu (słowiańskim w końcu)? Aparat w ręku i silne letnie słońce mogą kusić, żeby zrobić sobie zdjęcie „jak-z-Chorwacji” – tu, w Krakowie, niedaleko bądź co bądź od Wawelu, niedaleko również od blokowiska z szarej, wielkiej płyty. Wystarczy poczekać na intensywne słońce, wybrać kadr w miarę możliwości wolny od tego, co nie pasuje do naszej historii i dać się zwieść na pokuszenie.</p>
<p>Jednak jest to już występek wtórny. Żeby mieć do niego prawo, trzeba popełnić występek bardziej fundamentalny – prawo złamać. Zbliżenie się do Zakrzówka wiąże się z przekroczeniem ogrodzenia zabezpieczającego klify zalewu, administracyjnie wyznaczonej granicy, która ma zapobiegać ewentualnym wypadkom. Do zalewu można podejść, można podglądać go przez ogrodzenie, można patrzeć z wyższych pięter okolicznych wieżowców. Ale po co, skoro można się zbliżyć naprawdę? Przekroczenie granicy jest w tym wypadku właściwie jedynie symboliczne, nie stanowi żadnej trudności. Ogrodzenie wielokrotnie niszczone, zaopatrzone jest w dziury, przez które przejść może na dobrą sprawę każdy, kto jest przynajmniej w stanie zgiąć się w pół. Problemu nie stanowi również wysokość ogrodzenia, w miejscach, gdzie dziur nie ma – ani straż miejska, ani spojrzenia ewentualnych ciekawskich, ani policja, ani żadna agencja ochrony. Zbliżenie się do Zakrzówka jest zatem złamaniem prawa jedynie we mnie, przekroczeniem granicy jedynie tej, którą bądź mam w sobie, bądź nie – nie tylko nikt nie wyciągnie konsekwencji, nie ujrzę również w niczyich oczach zdziwienia ani braku akceptacji, nie będę tam rzecz jasna sam, a jednak nikt niczego nie zobaczy, choć wszyscy będą przecież patrzyli.</p>
<p>Za ogrodzeniem pojawia się strefa wyłączona, poza zasadą bezkarności. W niektórych miejscach poruszamy się niezwykle blisko krawędzi klifu, która jest granicą tym razem prawdziwą i w pełni realną, oddzielającą życie/zdrowie od śmierci/kalectwa. Ci, którzy ją przekroczyli, spotkali się z konsekwencjami, niektórzy ze śmiertelnymi. Jest tym samym Zakrzówek miejscem na poły mitycznym, gdzie można zapalić niepostrzeżenie pierwszego papierosa i miejscem, gdzie zginał starszy kolega.</p>
<p>Zakrzówek jako wyjątkowy, otoczony zielenią zalew zaprasza również do występków tak starych, a właściwie tak młodych, jak on sam. Równie mocno (a pewnie jeszcze mocniej) jak przyciąga rodziny z dziećmi, studentów ASP, pijaków, poszukiwaczy wszelkich przygód, nurków (ci dla odmiany mogą korzystać z jego dobrodziejstw w pełni legalnie), przyciąga urodziwy Zakrzówek 20 lat polskiego kapitału, a wraz z nim cały garnitur charakterów i obyczajów: lobbystów, deweloperów-hegemonów, pustosłowie, nowomowę lub milczenie radnych oraz nadzieje na „lepsze jutro”. Najnowszą historię Zakrzówka rozpoczyna przedsięwzięty przez jednego z deweloperów plan zabudowy, a raczej obudowy zalewu wraz z przyległościami osiedlem luksusowych apartamentowców. Inwestycja miała pierwotnie opiewać na 70 milionów złotych, z czego 30 milionów deweloper przeznaczyć chciał na stworzenie parku, natomiast 40 milionów na budowę osiedla. Nikt przy zdrowych zmysłach nie miał cienia wątpliwości, że inwestycja nieodwracalnie zmieni charakter miejsca, niszcząc jedną z najbardziej oryginalnych przestrzeni tego typu w Europie. Jak nietrudno się domyśleć, kolejną pokusą do występku była walka o ochronę Zakrzówka przed zabudową – tę podjedli aktywiści z Zielonego Zakrzówka.</p>
<p>O ile wcześniejsze występki opierały się na paradygmacie indywidualnej decyzji, podjętej w imię indywidualnej odpowiedzialności, dającej mniej lub bardziej intymną rozkosz, o tyle ten – występek inwestora – opiera się na paradygmacie zbiorowej odpowiedzialności za decyzje podejmowane jeśli nie indywidualnie, to w wąskim gronie. Nazwanie w tym kontekście Zakrzówka przestrzenią polityczną jest tak oczywiste, że właściwie wydaje się zbędne. Warto jednak tę charakterystykę uzupełnić. Jest to polityczna przestrzeń, gdzie namiętności rozdarte są przede wszystkim między: kontrolą – brakiem kontroli (względnie: porządkiem – anarchią) oraz wspólnotą – indywidualizmem. Należy się wyjaśnienie.</p>
<p>Obecnie teren Zakrzówka nie jest kontrolowany właściwie przez nikogo. Co to oznacza? Nikt nie dba o wyżej opisane, zniszczone ogrodzenie, nikt nie kontroluje, czy ktoś je przekracza, nikt systematycznie nie zabezpiecza mogących się obsunąć klifów. Zakrzówek jest więc terenem na wpół dzikim, którego dzikość ma być „konserwowana” przy pomocy ogrodzenia. Konserwacja ta jednak jest mrzonką, tak więc okolice zalewu zamiast być kontrolowane (konserwacja jest przecież pewną formą kontroli), są dowolnie zmieniane przez nielegalnych odwiedzających, którzy wydeptują ścieżki, pozostawiają śmieci, paleniska ognisk, tworząc nowy, dynamicznie zmieniający się konglomerat. Oczywiście inną formą kontroli, o wiele drastyczniejszą, jest inwestycja i pełne zagospodarowanie tej przestrzeni – uregulowanie, rekultywacja i resocjalizacja. Widzimy jednak, że bez względu na wybór ekologia czy inwestycja, napięcie kontrola – brak kontroli pozostaje nierozwikłane, wydając się o wiele bardziej fundamentalne. Ostatecznie w tym obszarze zapada najważniejsza decyzja polityczna.</p>
<p>Drugie napięcie jest, jak się wydaje, dość typowe dla mieszkańców krajów budujących społeczeństwo obywatelskie na zgliszczach ustroju komunistycznego (choć z pewnością dużo istotniejszy jest jego uniwersalny, ogólnoludzki charakter), którzy przymuszani do uczestnictwa we wspólnocie, co samo w sobie wyklucza już wspólnotowość, popadli w obsesję indywidualizmu. Zakrzówek jest doświadczeniem tak wspólnotowym – wspólne interesy i namiętności trzech grup: deweloperów, aktywistów, poszukiwaczy przygód, jak również doświadczeniem indywidualnym niespiesznego przechodnia, samotnego intruza, aktywisty-indywidualisty, który postanowi działać na własną rękę. Znów pęknięcie fundamentalne.</p>
<p>Obecnie losy Zakrzówka nie są jasne. Po tym jak 17 lutego radni odrzucili poprawki do uchwały o wprowadzeniu zespołu przyrodniczo-krajobrazowego, wizja zabudowy stała się mniej realna. Zanim jednak odbędzie się głosowanie nad przyjęciem uchwały w niezmienionej wersji, Rada Miasta czeka na ekspertyzę Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska.</p>
<p>Opowiadając się po stronie aktywistów z Zielonego Zakrzówka, wierząc w zwycięstwo rozsądku nad władzą pieniądza, ciągle mam jednak świadomość dwóch fundamentalnych, zarysowanych wyżej napięć, które prędzej czy później upomną się o naszą uwagę.</p>
<p><em>* Paweł Brożyński, członek redakcji kwartalnika SPLOT, poświęconego sztuce nowoczesnej.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/brozynski-krakow-niebezpieczny-zakrzowek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BUDKOWSKA: Temperament (nie)utemperowany</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/budkowska-temperament-nieutemperowany/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/budkowska-temperament-nieutemperowany/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:29:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Argerich Plays Chopin]]></category>
		<category><![CDATA[Chopin]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Budkowska]]></category>
		<category><![CDATA[Martha Argerich]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Szopen]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4533</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Marta Budkowska</em></p>
<p><strong>Temperament (nie)utemperowany </strong></p>
<p style="text-align: center;"><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Argerich-plays-Chopin.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-4535" title="Argerich plays Chopin" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Argerich-plays-Chopin.jpg" alt="" width="318" height="315" /></a><br />
</strong></p>
<p>Martha Argerich wykazała się odwagą, pozwalając <em>Deutsche Grammophon</em> na opublikowanie swoich wczesnych nagrań. Album „Argerich Plays Chopin” nie zachwyca ani dojrzałym stylem gry, ani starannością wykonań. Daje za to rzadką okazję podejrzenia wstydliwie zazwyczaj ukrywanego momentu przemiany wybitnie zdolnej studentki i laureatki konkursów w wielką artystkę.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/budkowska-temperament-nieutemperowany/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BUDKOWSKA: Temperament (nie)utemperowany&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Marta Budkowska</em></p>
<p><strong>Temperament (nie)utemperowany </strong></p>
<p style="text-align: center;"><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Argerich-plays-Chopin.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-4535" title="Argerich plays Chopin" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Argerich-plays-Chopin.jpg" alt="" width="318" height="315" /></a><br />
</strong></p>
<p>Martha Argerich wykazała się odwagą, pozwalając <em>Deutsche Grammophon</em> na opublikowanie swoich wczesnych nagrań. Album „Argerich Plays Chopin” nie zachwyca ani dojrzałym stylem gry, ani starannością wykonań. Daje za to rzadką okazję podejrzenia wstydliwie zazwyczaj ukrywanego momentu przemiany wybitnie zdolnej studentki i laureatki konkursów w wielką artystkę.</p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p>Nastoletnia Martha Argerich przyjechała z rodziną do Europy w 1955 roku. Studiowała w Wiedniu pod kierunkiem Friedricha Guldy, a następnie w Genewie u Madeleine Lipatti i Nikity Magaloffa. Już w roku 1957 szesnastoletnia pianistka zdobyła – i to zaledwie w odstępie trzech tygodni – pierwsze nagrody na konkursach w Bolzano i Genewie. Być może zmęczona sukcesami i napiętym terminarzem koncertów, Argerich postanowiła na kilka lat zrezygnować z występów publicznych.</p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p>W roku 1965 Argerich wygrała VII Konkurs im. Fryderyka Chopina. Album „Argerich Plays Chopin” zawiera wykonania zarejestrowane dwa lata po tym wydarzeniu oraz jedno wcześniejsze, pochodzące z roku 1959 nagranie <em>Ballady g-moll op. 23</em>. Nagrania z roku 1965 pokazują Argerich-uczennicę – błyskotliwą i starannie przygotowaną do zajęć. Te z roku 1967 – młodą, pełną energii kobietę poszukującą środków wyrazu dla siebie. Pianistka eksperymentuje z dźwiękiem, bada formy, przebiera w nastrojach. Czasami widać gonitwę jej myśli – pędzą jedna za drugą, urwane w połowie zdania ustępują miejsca kolejnym. Wdzięk i elegancja sąsiadują z figlarnością i poczuciem humoru, powaga z nadmiarem. Argerich nie raz atakuje dźwiękiem, zarzuca kaskadami akordów, nie daje odpocząć. Aż do ostatniej części <em>Sonaty h-moll</em>, w której znienacka rozpętuje burzę.</p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p>Cztery lata później, w roku 1971, Argerich po raz kolejny zaskoczyła świat – tym razem albumem, na który składały się <em>III Koncert fortepianowy C-dur</em> Sergiusza Prokofiewa oraz <em>Koncert G-dur </em>Maurice’a Ravela. Pianistka, opanowawszy swój temperament, zaprezentowała wykonania dojrzałe, głęboko przemyślane i pełne elegancji. Ale na szczęście niepozbawione niepokojącego błysku w czarnym oku.</p>
<p><em><strong>Nagranie:</strong></em></p>
<p>„Argerich plays Chopin”</p>
<p><em>Ballada g-moll, op. 23 nr 1<br />
Etiuda cis-moll, op. 10 nr 4<br />
Mazurek e-moll, op. 41 nr 1<br />
Mazurek C-dur, op. 24 nr 2<br />
Mazurek f-moll, op. 63 nr 2<br />
Mazurek D-dur, op. 33 nr 2<br />
Nokturn F-dur, op. 15 nr 1<br />
Nokturn Es-dur, op. 55 nr 2<br />
Trzy mazurki op. 59 (a-moll, As-dur, fis-moll)<br />
Sonata nr 3 h-moll, op. 58</em></p>
<p>Martha Argerich <em>fortepian</em></p>
<p>Deutsche Grammophon 2010<br />
Dystr. Universal Music Polska</p>
<p><em>* Marta Budkowska, redaktor „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/budkowska-temperament-nieutemperowany/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BOWMAN: Still bubbling up</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/bowman-still-bubbling-up/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/bowman-still-bubbling-up/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:29:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Smakując]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Sharon Bowman]]></category>
		<category><![CDATA[wino]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4562</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Sharon Bowman</em></p>
<p><strong>Still bubbling up</strong></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://4.bp.blogspot.com/_lfbPCUL21Ag/S4qfZDaPgRI/AAAAAAAAAiE/NiVT4Tsgbd0/s1600-h/Photo+318.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"><img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5443338352391586066" class="aligncenter" src="http://4.bp.blogspot.com/_lfbPCUL21Ag/S4qfZDaPgRI/AAAAAAAAAiE/NiVT4Tsgbd0/s320/Photo+318.jpg" border="0" alt="" /></a></p>
<p>Unable to contain myself, I have returned to my frequent thematic stomping ground of farmer fizz.</p>
<p>Just up, a guest post scribed by me for my friend Scott Reiner&#8217;s blog, <a href="http://www.nydailynews.com/blogs/wine_explorer/2010/02/a-grower-champagne-primer.html" target="_blank">The Wine Explorer</a>.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/bowman-still-bubbling-up/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BOWMAN: Still bubbling up&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Sharon Bowman</em></p>
<p><strong>Still bubbling up</strong></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://4.bp.blogspot.com/_lfbPCUL21Ag/S4qfZDaPgRI/AAAAAAAAAiE/NiVT4Tsgbd0/s1600-h/Photo+318.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"><img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5443338352391586066" class="aligncenter" src="http://4.bp.blogspot.com/_lfbPCUL21Ag/S4qfZDaPgRI/AAAAAAAAAiE/NiVT4Tsgbd0/s320/Photo+318.jpg" border="0" alt="" /></a></p>
<p>Unable to contain myself, I have returned to my frequent thematic stomping ground of farmer fizz.</p>
<p>Just up, a guest post scribed by me for my friend Scott Reiner&#8217;s blog, <a href="http://www.nydailynews.com/blogs/wine_explorer/2010/02/a-grower-champagne-primer.html" target="_blank">The Wine Explorer</a>.</p>
<p>In the meantime, I shall sedately relax from the pleasant aftereffects of a few bottles of Lassaigne (<em>07 Papilles Insolites, 06 Le Cotet</em>) and Selosse (<em>Rosé</em>) shared last night with a pair of similarly champagne-hoovering friends.</p>
<p><em>* Sharon Bowman, bloggerka, znawczyni wina.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/bowman-still-bubbling-up/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>SZAULIŃSKA: I co na to Freud? [KOMIKS!]</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/szaulinska-i-co-na-to-freud-komiks/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/szaulinska-i-co-na-to-freud-komiks/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:28:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Freud]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzyna Szaulińska]]></category>
		<category><![CDATA[komiks]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4501</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: center;"><img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_1.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_2.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_3.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_4.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_5.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_6.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_7.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_8.jpg" alt="" width="500" height="724" /></p>
<p><em>*Katarzyna Szaulińska, studentka medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, scenarzystka i rysowniczka komiksów.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_1.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_2.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_3.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_4.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_5.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_6.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_7.jpg" alt="" width="500" height="724" /><br />
<img title="I co na to Freud?" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/co_na_to_freud_8.jpg" alt="" width="500" height="724" /></p>
<p><em>*Katarzyna Szaulińska, studentka medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, scenarzystka i rysowniczka komiksów.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/szaulinska-i-co-na-to-freud-komiks/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>JASINA: Oscary 2010</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/jasina-oscary-czyli-nudy-i-wyrzeczenia/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/jasina-oscary-czyli-nudy-i-wyrzeczenia/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:27:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szybki komentarz]]></category>
		<category><![CDATA[Hurt Locker]]></category>
		<category><![CDATA[Jeff Bridges]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Oscary]]></category>
		<category><![CDATA[Sandra Bullock]]></category>
		<category><![CDATA[Steve Martin]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Jasina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4552</guid>
		<description><![CDATA[czyli nudy i wyrzeczenia]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Łukasz Jasina</em></p>
<p><strong>Oscary, czyli nudy straszliwe i wyrzeczenia z uwagi na nieadekwatność stref czasowych&#8230;</strong></p>
<p>Rok temu też było raczej nudno. Ale przynajmniej nie musiałem zarywać nocy, bo byłem w samiuśkim Los Angeles. Tym razem nie było tak przyjemnie. Tegoroczna ceremonia wręczenia Oscarów przypominała połączenie wiejskiego wesela, benefisu Zaca Efrona i prezentacji najnowszej kolekcji Dolce &amp; Gabbany. Jednocześnie próbowano nam wmówić, że jest to święto światowego kina komercyjnego. Tymczasem Steve Martin utracił swoje poczucie humoru, a Alec Baldwin talent. Oklaski były marną imitacją i pojawiały się z częstotliwością tych z parodii rozdania Oscarów w „Nagiej Broni”.</p>
<p>Oczywiście zaskoczeń było co niemiara. Oczywiście „Hurt Locker”. Obejrzałem ten film ubiegłego lata w bostońskim kinie. Przypadkiem, bo nic innego nie leciało. Spało mi się doskonale i jak przez mgłę pamiętam nawet kilka dobrych scen znamionujących uważne studia psychologiczne. Ale na „miano najlepszego filmu roku” to nieco za mało.</p>
<p>Wiem, że z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet winieniem podskoczyć z radości z uwagi na nagrodzenie pierwszej w historii kobiety statuetką za reżyserię, ale&#8230; Bywały lepsze kandydatki.</p>
<p>„Bękarty wojny” doczekały się tylko jednego Oscara – za rolę drugoplanową dla Christopha Waltza (największego odkrycia Krzysztofa Zanussiego!). Gdyby go nie było osobiście, bym się na Akademię obraził.</p>
<p>Dobrych kandydatur i nominacji zresztą nie brakowało.</p>
<p>Słuchając uważnie mediów krakowskich (tu mnie szlak życiowy zaprowadził), usłyszałem opinie jednego z tutejszych filmoznawców – iż rzekomo tegoroczne rozdanie Oscarów stanowić ma przełom. Nic bardziej błędnego. Oscary nr 82 były zwyczajnym wypadkiem przy pracy. Laur dla Pani Bigelow też. Jeffowi Bridgesowi i Sandrze Bullock gratuluję, bo kocham ich wielce – ale analizę ich ról pomińmy.</p>
<p>Nieprzespanej nocy nikt mi nie odda.</p>
<p><em>* Łukasz Jasina, historyk, publicysta, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/jasina-oscary-czyli-nudy-i-wyrzeczenia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>IWASZKIEWICZ. MĘŻCZYZNA</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/iwaszkiewicz-mezczyzna/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/iwaszkiewicz-mezczyzna/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:15:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[scroll]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Iwaszkiewicz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4601</guid>
		<description><![CDATA[<p>17 III (środa) o godz. 19 &#8211; gorąca debata w Klubie Chłodna25. Szczegóły: poniżej na plakacie. Zapraszamy!</p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>17 III (środa) o godz. 19 &#8211; gorąca debata w Klubie Chłodna25. Szczegóły: poniżej na plakacie. Zapraszamy!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/iwaszkiewicz-mezczyzna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>NOWICKI, KORTAS, BUCHOLC, KOWALCZYK: Camus&#8230; Zwietrzały bunt?</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/nowicki-kortas-bucholc-kowalczyk-camus-zwietrzaly-bunt/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/nowicki-kortas-bucholc-kowalczyk-camus-zwietrzaly-bunt/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Mar 2010 00:56:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Albert Camus]]></category>
		<category><![CDATA[Jan Kortas]]></category>
		<category><![CDATA[Maciej Nowicki]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Bucholc]]></category>
		<category><![CDATA[nr 59]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Majewski]]></category>
		<category><![CDATA[Piotr Winczorek]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Kowalczyk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4421</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, pół wieku temu zginął Albert Camus. W tym roku francuskie dzienniki „Le Figaro” i „Le Monde” wydały poświęcone mu dodatki. Zygmunt Bauman snuł cenne rozważania na swoim blogu. A jednak rocznica śmierci pisarza przeszła w Polsce niemal niezauważona. Czy aż tak w naszych oczach zwietrzała twórczość filozofa buntu i absurdu?</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/nowicki-kortas-bucholc-kowalczyk-camus-zwietrzaly-bunt/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu NOWICKI, KORTAS, BUCHOLC, KOWALCZYK: Camus&#8230; Zwietrzały bunt?&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, pół wieku temu zginął Albert Camus. W tym roku francuskie dzienniki „Le Figaro” i „Le Monde” wydały poświęcone mu dodatki. Zygmunt Bauman snuł cenne rozważania na swoim blogu. A jednak rocznica śmierci pisarza przeszła w Polsce niemal niezauważona. Czy aż tak w naszych oczach zwietrzała twórczość filozofa buntu i absurdu?</em></p>
<p><em>Słynny egzystencjalista urodził się w 1913 roku w zajmowanej przez Francuzów Algierii, zaś zginął tragicznie w wypadku samochodowym w 1960 roku w drodze do Paryża. Napisał „Obcego”, „Mit Syzyfa” i „Dżumę”. W 1957 roku został uhonorowany literacką Nagrodą Nobla. Tyle o Camusie wie przeciętny czytelnik.</em></p>
<p><em>Statyczny obraz klasyka przesłania namiętny spór z J.- P. Sartre&#8217;em, intelektualną samotność czy „przekleństwo Nobla”… Camus to postać frapująca, ale czy filozofia, jaką proponował, może być dla współczesnego odbiorcy w ogóle aktualna? Czy można w niej znaleźć coś więcej niż jedynie niezgodę na nonsens życia?<br />
</em></p>
<p><em>Na te pytania odpowiadają: <strong>Maciej Nowicki</strong> – szef Magazynu Idei „Europa”, </em><em><strong>Jan Kortas </strong>– profesor Filologii Romańskiej Uniwersytetu Gdańskiego i tłumacz biografii Camusa </em><em>oraz członkowie redakcji „Kultury Liberalnej” – <strong>Marta Bucholc</strong> i <strong>Łukasz Kowalczyk</strong>. Do Tematu Tygodnia nawiązuje komiks „Camus&#8230; na ludzką miarę”. W tym tygodniu polecamy także szczególnie wywiad z profesorem <strong>Piotrem Winczorkiem</strong>.<br />
</em></p>
<p><em>Zapraszamy do lektury oraz komentowania!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/czlowiek-019.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4425" title="czlowiek 019" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/czlowiek-019-300x209.jpg" alt="" width="300" height="209" /></a></p>
<p><em>Maciej Nowicki</em></p>
<p><strong>Banita ulubieńcem tłumów</strong></p>
<p>Krótkie życie Alberta Camus upływało pod znakiem nieustającej rywalizacji z Jeanem Paulem Sartre’em, która – mimo że od śmierci obu pisarzy minęło już kilkadziesiąt lat – trwa do dnia dzisiejszego. Za ich życia wynik starć pozostawał niezmienny i łatwy do przewidzenia – Camus zawsze ponosił klęskę. Pół wieku później role się odwróciły. „Obcy” to dziś najczęściej czytana książka we Francji, a sam Camus został wybrany przez swoich rodaków najwybitniejszym pisarzem wszechczasów, zdobywając ośmiokrotnie więcej głosów niż jego największy rywal.</p>
<p>Nawet u szczytu powodzenia Albert Camus nie zyskał sobie tak bezdyskusyjnego autorytetu, jakim cieszył się Sartre. Odważny i bezkompromisowy w swoich poglądach, zdolny do obrony własnego zdania nawet kosztem zmasowanej krytyki wszystkich stron sporu, w jaki się angażował (tak było w wypadku konfliktu francusko-algierskiego), Camus był równocześnie niezmiennie niepewny siebie. Pragnął akceptacji ze strony środowiska paryskich intelektualistów, choć wiedział, że z racji swojego prowincjonalnego pochodzenia oraz przyjmowanych postaw nie otrzyma niczego poza przychylną tolerancją, która w każdej chwili może mu zostać odebrana. Wydanie kolejnych książek napawało go lękiem przed nieprzychylną recenzją Sartre’a lub kogoś z jego otoczenia. Samemu Satre’owi było to obojętne – po pierwsze uważał Camusa za kiepskiego filozofa, po drugie – i tak nie przejmował się niczyim zdaniem poza swoim własnym. W końcu jednak wymierzył cios. Gdy w 1951 roku Camus ukończył „Człowieka zbuntowanego”, gdzie opisał sowiecki komunizm jako największe zagrożenie dla świata, Sartre i jego środowisko uznali za niedopuszczalny akt zdrady, a pisarz stał się w wielu paryskich kręgach persona non grata. Jeszcze w 1957 roku, gdy na dwa lata przed śmiercią został najmłodszym do tej pory laureatem nagrody Nobla, szef dziennika „Le Monde” skomentował ten wybór następującymi słowami: „W Sztokholmie Camus będzie mówił same głupoty”.</p>
<p>Rzeczywiście zdarzało mu się mówić rzeczy głupie, a co gorsza nieprzemyślane. Tuż przed wybuchem wojny wierzył jeszcze, że apetyt Hitlera może zostać zaspokojony drogami pokojowymi, a kiedy do wojny już doszło, z całym przekonaniem oczekiwał momentu, gdy Związek Radziecki ruszy na pomoc… Polsce. Bywał naiwny, dlatego przyczyn jego niezwykłej popularności z pewnością nie należy szukać w nieomylności autora.</p>
<p>Nigdy nie był wielkim wizjonerem, nie potrafił przewidzieć biegu wydarzeń – jego siła polega na czymś innym. Doskonale obserwował otaczającą rzeczywistość (znaczną część swego życia przepracował jako dziennikarz, a spore fragmenty „Obcego” to napisane na nowo jego reportaże sądowe), a ponadto, mimo pewnej szorstkości charakteru czy wręcz wyniosłości, nie potrafił odwrócić wzroku od cierpienia innych. Umiał także uznać swoją omylność i gdy zauważył, że popełnił błąd, robił wszystko, by go naprawić. Bywał naiwny, ale przy tym był także uczciwy. Nie wahał się ani chwili, by zerwać z komunistami, gdy tylko doszedł do przekonania, że bardziej od losu biedoty interesuje ich światowa rewolucja. „Nigdy nie zgodzę się, by pomiędzy życiem a człowiekiem umieścić tom »Kapitału«”, powiedział wówczas. I chociaż  do końca swych dni uważał się za lewicowca, w tamtych czasach nie miał sobie równych – wyjąwszy Orwella – w wydobywaniu morderczej grozy zawartej w komunistycznej ideologii. „Człowieka zbuntowanego” wszyscy znają, zatem przywołam epizod opisany w „Carnets”. W roku 1946 spotkał swego dawnego towarzysza z ruchu oporu, który oświadczył mu, że jest marksistą. Camus odpowiedział: „Oto rzeczywisty problem. Cokolwiek się stanie, zawsze będę pana bronił przed karabinami plutonu egzekucyjnego. Pan natomiast będzie musiał zgodzić się na to, by mnie rozstrzelano”. Dlaczego jednak Anglik Orwell zyskał we własnym kraju natychmiastowe uznanie, a Francuz z Algierii musiał na nie poczekać ponad pół wieku?</p>
<p>W roku 1951, gdy ukazał się „Człowiek zbuntowany”, Camusowski antykomunizm czynił z niego odszczepieńca. Dopiero później francuscy intelektualiści zaczęli masowo opuszczać partię komunistyczną: w 1956 – po Budapeszcie, w 1968 – po Pradze, w 1977 – po wydaniu „Archipelagu Gułag”. Po 13 grudnia 1981 odeszli ostatni. Chcieli nadal pozostać na lewicy –bo w sposób dość pokrętny uważali, że cała prawica jest odpowiedzialna za faszyzm, a lewicowość dawała im poczucie moralnej wyższości. Jednocześnie zrozumieli, że popełnili niewybaczalny błąd – wspierali czerwone reżimy, które bywały równie krwawe, co te brunatne. Camus okazał się wtedy niezbędny. Legitymizował ich lewicowość – pokazywał, że nie cała lewica myliła się w kwestii czerwonego terroru. Było to co prawda złudzenie – bo przecież pomylili się niemal wszyscy – ale to złudzenie miało bardzo dobre konsekwencje. To między innymi dzięki niemu w latach 70. narodziła się we Francji tzw. lewica antytotalitarna, która odegrała całkiem sporą rolę w obalaniu komunizmu.</p>
<p>Trudno jednak uwierzyć, by sześć milionów Francuzów, którzy tylko w zeszłym roku kupili w księgarniach „Obcego”, kochało jego autora wyłącznie za uratowanie honoru francuskiej lewicy. Przyczyn ostatecznego zwycięstwa Camus nad Sartre’em należy zatem szukać także gdzie indziej. Obaj pisarze uczynili absurd ludzkiego życia głównym tematem swoich pierwszych książek. O ile jednak Sartre doszedł do wniosku, że jedynym sposobem jego przezwyciężenia jest bezwarunkowe podporządkowanie „słusznej (czyli komunistycznej) sprawie”, Camus wybrał inną drogę – bunt w imię wolności.</p>
<p><em>* Maciej Nowicki, szef Magazynu Idei „Europa”, dziennikarz „Newsweeka”.</em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em>Jan Kortas</em></p>
<p><strong>Pozostały aforyzmy?</strong></p>
<p>Jean-Loup Dabadie, francuski scenarzysta, tak wspomina, kim dla wielu młodych ludzi we Francji był w 1960 roku Albert Camus: „[…] Byliśmy w klasie filozoficznej i podekscytowani wyrywaliśmy sobie z rąk jego książki. Niektórzy zaczytywali się nimi i zafascynowani klarowną prozą autora, zgłębiali hasła buntowników – absurd i absurdalność. Inni wzruszali się, usiłowali popadać w szlachetną rozpacz i wyobrażali sobie szczęśliwego Syzyfa”.</p>
<p>Camusowski absurd i bunt: kogo dziś porusza owa literacka forma ateistycznego irracjonalizmu, a zarazem dramatyczny symbol okresu wojennego i powojennego nie tylko zresztą we Francji? Czy 50. rocznica śmierci pisarza to okazja, by wskrzeszać Camusowską wizję absurdalnej egzystencji polegającej na konflikcie między subiektywną potrzebą sensu życia i racjonalności świata a obiektywną rzeczywistością, całkowicie irracjonalną, pozbawioną jedności i harmonii, w znacznym stopniu zdeterminowaną przez ówczesne uwarunkowania społeczno-polityczne? Wszak Camusowska teza „Orzec, czy życie jest, czy nie jest warte trudu, by je przeżyć, to odpowiedzieć na fundamentalne pytanie filozofii” zdaje się bardziej przystawać do owych mrocznych czasów, gdy człowiek rozpaczliwie poszukiwał sensu istnienia w świecie wojennej pożogi i totalitarnej przemocy. Również postawa buntu wobec historii zdominowanej przez faszyzm, frankizm, nazizm, komunizm czy konflikty kolonialne należy już do przeszłości.</p>
<p>Jeśli zatem przypomnieć uznawaną powszechnie tezę, że probierzem wartości w odniesieniu do danego twórcy jest uniwersalność przekazu, można by powątpiewać, czy dla dzisiejszego odbiorcy, będącego zarazem autorem i użytkownikiem owej uniwersalnej i najbardziej aktualnej encyklopedii naszych czasów, jaką jest Internet, Camus jest postacią godną tego, aby ocalić ją od zapomnienia.</p>
<p>Gdy spojrzymy na ekrany naszych komputerów, aby przekonać się, w jakim stopniu teraźniejszość nawiązuje jeszcze do Camusowskich idei, stwierdzimy, że najwięcej miejsca na internetowych stronach poświęconych temu twórcy zajmują… jego cytaty i aforyzmy. Czyżby więc Camus zasługiwał wyłącznie na miano współczesnego La Rochefoucauld, siedemnastowiecznego pisarza i filozofa, który znany jest głównie jako autor aforystycznych „Maksym”? Czyżby miał być dla nas jedynie moralistą starej daty, w którego sentencjach pobrzmiewają echa niegdysiejszego egzystencjalizmu („Nie ma wolności dla człowieka, jak długo nie pokonał strachu przed śmiercią”; „Człowiek nie potrafi ani cierpieć, ani być zbyt długo szczęśliwym – nie jest więc zdolny do niczego, co się liczy”), a tylko niekiedy pojawiają się mniej filozofujące refleksje na temat ludzkiej natury („W ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę”; „Altruista to człowiek, który myśli o innych, nie zapominając o sobie; „Łatwiej jest zdobyć sukces, trudniej na niego zasłużyć”)?</p>
<p>Tym, co z Camusowskiej spuścizny wydaje się w dzisiejszych czasach najbardziej aktualne i godne zainteresowania, nie jest zasygnalizowana powyżej egzystencjalistyczna wizja świata, lecz inny, mniej znany aspekt twórczości tego pisarza, a także jego postawa jako osoby publicznej: literata, jak również – o czym niewielu wie – zaangażowanego dziennikarza i publicysty. Te cechy osobowości i twórczości Camusa szczególnie podkreśla Olivier Todd, autor jego obszernej biografii. Twórca ten – powiada biograf – starał się stworzyć swoisty kodeks zasad postępowania, coś w rodzaju nowych przykazań, i to nie tylko w odniesieniu do osób takich jak on sam, których dewizą, podobnie jak w wypadku Orwella, mogłoby być motto: „Niestety – ani Marks, ani Biblia”. Adresatami jego etycznego przesłania miały być głównie osoby publiczne: twórcy, dziennikarze, politycy. W działalności publicznej potępiał fałsz, hipokryzję, dominację, polityczną agresję, krótkowzroczność, ślepotę, postawy partykularne. Uważał, że intelektualista nie powinien bratać się z politykami, dla których kłamstwo i obłuda są chlebem powszednim. Albert Camus zdaje się przypominać dzisiejszym ludziom pióra, że między ich działalnością a poczynaniami polityków jest zasadnicza różnica: ci pierwsi powinni tworzyć, komentować i krytykować, ci drudzy – rządzić. „Twórca może ludziom pomagać jedynie poprzez swoje utwory – pisze w liście do Bernarda Cleski w 1957 roku. – Nie ma prawa uważać się za przewodnika sumień. Nie jest to kapitulacja, lecz raczej realna ocena własnych możliwości”.</p>
<p>Camus odrzucał jednak politykę, w której nie ma miejsca na moralność, co wywoływało wówczas i dziś jeszcze wywoływałoby uśmiechy politowania zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Podkreślał, jak ważną rzeczą jest oddzielenie twórczości od propagandy: „Wydaje mi się – mówi w wywiadzie dla »Demain« – że pisarz nie powinien przymykać oczu na dramaty jego czasów i że gdy tylko może, powinien w sprawach tego świata zajmować wyraźne stanowisko. Czasem jednak winien również zachować pewien dystans w stosunku do rozgrywającej się na naszych oczach historii”. Ów motyw Camusowskiego buntu przeciwko złu i absurdalności tego świata najdobitniej ukazany jest w „Dżumie”. Heroiczna postawa doktora Rieux, walczącego z epidemią w odizolowanym Oranie, stanowiącym alegorię nie tylko okupowanej Francji, lecz również ludzkiego losu, jest jednym z najbardziej znanych Camusowskich motywów literackich, choć w znacznej mierze przesłanie to z oczywistych względów straciło na aktualności.</p>
<p>Bezkompromisowa postawa i wierność swym przekonaniom drogo Camusa kosztowały. Ten niezależny pisarz, myśliciel i moralista, samotny buntownik przeciwstawiający się tradycyjnym poglądom zauroczonej zwłaszcza komunizmem francuskiej inteligencji lewicowej, czuł się przez nią odtrącony, mimo że sam do niej należał. Wbrew ówczesnym tendencjom potępiał totalitarne systemy zarówno typu lewicowego, jak i prawicowego. Przez dziesięć ostatnich lat życia był obiektem krytyki i drwin ze strony paryskiej lewicy. Szczególnie przeżył zerwanie z Sartre’em w 1952 roku z powodu różnic politycznych. Ten duchowy przywódca francuskich intelektualistów oraz części francuskiej lewicy cieszył się wówczas wielkim autorytetem. W odróżnieniu od Sartre’a Camus uważał, że komunistyczna ideologia nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla zbrodni stalinowskich. Jakże prorocze okazały się jego słowa dotyczące przyszłych losów Europy, wypowiedziane w 1957 roku, w okresie zimnej wojny: „Wiemy, że skończyła się już epoka ideologii. […] Nie wierzę w Europę, którą zjednoczyłaby jakaś ideologia lub religia. Nie wierzę też w Europę opierającą się wyłącznie na różnicach, wydaną na pastwę anarchii wskutek zwalczających się nacjonalizmów. Jeśli Europy nie unicestwi wojenna pożoga, zdoła przetrwać. Dołączy do niej również Rosja pomimo swojej odrębności”.</p>
<p>Postawa zaangażowana oraz etyczny kodeks postępowania mający obowiązywać w działalności publicznej nie wyczerpują Camusowskiej problematyki moralnej. Tym razem chodzi o jej aspekt indywidualno-psychologiczny, o wiele mniej znany, ukazany zwłaszcza w „Upadku”, opowiadaniu o demistyfikacji spokojnego sumienia. W tej błyskotliwej autoanalizie, zawierającej aluzje do własnego życia, Camus obnaża ludzką hipokryzję jako subiektywne poczucie własnej niewinności, dobroci, sprawiedliwości. Pisarz niczym w krzywym zwierciadle ukazuje się pod postacią cynicznego Clamence’a, żyjącego w poczuciu winy i fałszu, upajającego się, a zarazem poirytowanego własnym urokiem. Ukazując pewne cechy tego bohatera, przypomina swym zwolennikom i oponentom, jak bardzo potrafi być wobec siebie szyderczy i sarkastyczny. W aneksie do „Pierwszego człowieka” wypowiada następujące słowa: „Interesują mnie wielkie dusze – tylko i wyłącznie. Ja jednak do nich się nie zaliczam”. Niektóre osoby z najbliższego otoczenia pisarza domyśliły się, co oznacza owa symboliczna scena w „Upadku”, kiedy młoda kobieta rzuca się do Sekwany z mostu des Arts: to Francine, żona Camusa. „Krzyk młodej kobiety – pisze Olivier Todd – której Clamence nie ratuje, to stłumiony krzyk Francine […], jak i innych kobiet, których Camus nie chciał słyszeć (a może nie słyszał)”.</p>
<p>Podsumowując powyższe refleksje, wypada podkreślić pewien paradoks w próbie oceny twórczości i osobowości Alberta Camusa. Jego najbardziej znane idee, czyli egzystencjalistyczny motyw absurdu oraz ukazana w „Dżumie” postawa buntu wobec wszechobecnego zła, w znacznym stopniu się zdezaktualizowały. Szczególnie podkreślać, przypominać i stawiać dzisiaj za wzór należałoby natomiast mniej znane aspekty jego twórczości literackiej i działalności publicznej, a mianowicie żarliwą postawę moralisty zarówno w odniesieniu do tych środowisk, z którymi był związany (literaci, dziennikarze, publicyści, politycy), jak i do siebie samego, choć czuł się przede wszystkim artystą, „twórcą mitów – jak zaznacza we wstępie do »Dwóch stron tego samego« – wątpiącym w swoje możliwości”, lecz „przekonanym, że nie może być nikim innym”. Sam Camus – pisząc wstęp do „Ballady o więzieniu w Reading” i „De profundis” Oscara Wilde’a – tak oto tłumaczy symbiozę swego życia, sztuki i moralności: „U źródeł żadnego wielkiego dzieła […] nigdy nie tkwi nienawiść lub pogarda. Prawdziwy twórca, kierujący się odruchem serca, doprowadza zawsze do zgody, znajdując wspólną miarę w naszej złożonej i osobliwej rzeczywistości. […] Artysta nie może owej rzeczywistości odrzucić, ponieważ winien poszukiwać dla niej uzasadnienia wyższego rzędu”. Zdaniem Oliviera Todda autorem najsłynniejszego wspomnienia pośmiertnego o Albercie Camusie był Jean-Paul Sartre, mimo że już za życia pisarza stał się jednym z jego największych oponentów: […] „wbrew dzisiejszym uwarunkowaniom historycznym kontynuuje on tradycję francuskich moralistów, którzy wnoszą być może to, co w naszej literaturze najoryginalniejsze. Jego czysty i żarliwy, surowy i zmysłowy humanizm, z trudem torując sobie drogę w tych niespokojnych czasach, był wyrazem buntu przeciwko makiawelistom i beznamiętnym realistom, potwierdzając jednocześnie, że zasady moralne nie są pojęciem abstrakcyjnym”. Camus pozostawił nam po sobie coś więcej niż chwytliwe aforyzmy…</p>
<p><em>* Jan Kortas, profesor filologii romańskiej na Uniwersytecie Gdańskim, tłumacz biografii Alberta Camusa autorstwa Oliviera Todda, która ukazała się nakładem Wydawnictwa W.A.B.</em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em>Marta Bucholc</em></p>
<p><strong>Dzieci Katona</strong></p>
<p>Albert Camus pisząc w „Człowieku zbuntowanym” o stosunku dekabrystów do cnoty, cytuje słowa Wiaziemskiego: „Nasi ojcowie byli sybarytami, my jesteśmy Katonami” (s. 181). Bywa, że miło jest być dzieckiem sybaryty. Potomkowie Katonów mają natomiast z zasady niełatwe życie. Kwestia jednak nie w trudności życia, lecz w tym, na ile trudność owa (zwana niekiedy „męką egzystencjalną”) jest konieczna, na ile zaś wynika po prostu z wadliwej socjalizacji.</p>
<p>Nie chciałabym pisać o twórczości Alberta Camusa czy jego życiu, nie ma potrzeby, by do niezliczonych kompetentnych uwag na ten temat dodawać moje, dyletanckie. Chciałabym natomiast zwierzyć się z pewnego doświadczenia, którego określenie mianem pokoleniowego byłoby zapewne nieco na wyrost, a które dzielę jednak – jak sądzę – z wieloma osobami w moim wieku. Mam na myśli rozczarowanie Albertem Camusem.</p>
<p>Mój stosunek do Camusa pozostawał zawsze pod znakiem „syndromu olimpiady polonistycznej”. Za moich czasów Camus był praktycznie jedynym – być może poza Markiem Aureliuszem – filozofem obecnym w szkole, zapewne głównie dlatego, że był przy okazji pisarzem. Jego wydajność polonistyczna była najwyższej próby: doskonały na zagajenie („Już Albert Camus zauważył, że los człowieka polega na zmaganiu się z absurdem”), ornamentował rozwinięcie („można więc śmiało powiedzieć, że Syzyf Alberta Camusa to w istocie każdy z nas”), dawał mocny, szlachetny ton w zakończeniu („Francuski filozof pozostaje niedościgłym wzorem człowieka nieugięcie zbuntowanego przeciw wszystkim i wszystkiemu”). Wkucie paru myśli Camusa i lektura kilku jego tekstów pozwalały przydać wypracowaniom blasku autentycznego intelektualizmu. Zeszyty notatek, których cały plecak wiozłam piętnaście lat temu na olimpiadę polonistyczną do Warszawy, były pełne cytatów z „Dżumy” i „Mitu Syzyfa”. Zeszyty moich koleżanek wyglądały tak samo: bunt wypisywany na kratkach i w liniach, okrągłymi, wyraźnymi literkami, z cudzysłowem na początku i na końcu.</p>
<p>Mój stosunek do Camusa jest osobisty. Nie mam już oczywiście tych zeszytów, miałam szczęście, bo udało mi się dowiedzieć o istnieniu filozofii innej niż egzystencjalizm (o dystansowaniu się Camusa względem tej etykietki nikt oczywiście nie uznał za stosowne mnie powiadomić) i książek, które o bólu i godności człowieka mówią inaczej niż „Obcy”. Ale złość na Camusa pozostała.</p>
<p>Przyczyny złości są dość proste. Camus czytany jako odpowiedź na problemy duchowe nastolatki był głęboki i celny, oddawał każdą subtelność odcieni rzeczywistości – bo rzeczywistość składała się wówczas z kilku metrów kwadratowych przestrzeni wypełnionych myślami. Camus umacniał poczucie wyjątkowości, tłumaczył to, czego nastolatka w świecie nie pojmuje, wskazywał, wyodrębniał i z góry już nazywał to, czego w rzeczywistości nastolatki nie było. Ten moment życia: stopklatka tuż przed początkiem ekscytującej podróży, antycypowanej jako trudna, lecz uwznioślająca – i Camus jako bedeker. Być może udałoby się uratować moją miłość do niego, gdyby możliwe było utrzymanie życia w bezruchu. Życie drgnęło jednak i przewodnik okazał się nieaktualny. Katońska powaga moralna Camusa zawiodła w konfrontacji z realnością, nie dlatego, by moralność Camusa była nieaktualna (tak nie uważam), lecz dlatego, że jej monolityczność uniemożliwia zastosowanie jej z powodzeniem w warunkach większej niż nastoletnia złożoności.</p>
<p>Czytając ostatnio „Kaligulę”, złapałam się na myśli, że to bohater po prostu komiczny – we współczesnej adaptacji trzeba by go stylizować nie na egzystencjalistę, lecz na parodię egzystencjalisty. Jego cierpienie przy cierpieniu Cezonii jest nie tylko śmieszne – jest irytujące, bo Cezonia ma prawdziwe emocje i potrzeby, wypowiadane prostym, zmęczonym głosem osoby świadomej nieinteligibilności i pozawerbalności życia. Wyjście z „syndromu olimpiady polonistycznej” polega także na tym, że przestaje się wierzyć w słowa.</p>
<p>Na koniec muszę jednak lojalnie przyznać, że moja złość na Camusa podszyta jest też wyrzutami sumienia wobec autora latami eksploatowanego bezdusznie do podpierania własnych kwestyjnych konstrukcji. W końcu zużył się, porzuciłyśmy go wraz z koleżankami podobnie jak resztę bohaterów naszych zeszytów, by przejść do kolejnego etapu edukacji. Camus jest wyrzutem sumienia, bo niestety to na nim i jego słowami uczyłam się mówić trywialnie o rzeczach ważnych. Odegrał zapewne w naszej edukacji taką rolę, jaką pełnili Katonowie w budowaniu kultury cynizmu przedwojennych gimnazjalistów. Za to jesteśmy mu winni przeprosiny.</p>
<p><em>* Marta Bucholc, doktor socjologii, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em>Łukasz Kowalczyk </em></p>
<p><strong>Niedomknięte drzwi</strong></p>
<p>Nie wiem, dlaczego we Francji w zeszłym roku sprzedało się sześć milionów „Obcego”. Być może kazano licealistom kupić sobie własne egzemplarze, by nie musieli polegać na tych należących do rodziców. A być może wchodzące z oporami w dorosłość francuskie pokolenie emo zorientowało się samo. Któremuś na lekcji wypadła z ucha słuchawka i miał szansę usłyszeć, że Camus mówi to samo, co oni, tylko bezczelniej, poprawniej i z lepiej maskowaną agresją. I starsi się wcale z niego nie śmieją.</p>
<p>Ponadto Camus obdarzony został przez przychylnych mu bogów kilkoma istotnymi zaletami. Należą do nich: odporność na heglowska toksynę (po ukąszeniu), miła powierzchowność, słuszne pochodzenie i pracowitość, której mdły smak przyprawiał szczyptą bezczelności geniusza-samouka. Wreszcie – uprzejme, ale nie nachalne zainteresowanie otaczającą go rzeczywistością i dawanie mu świadectwa w językowo perfekcyjnych formułach. Wszystko to, przypieczętowane Noblem, predestynowało go do roli hitu produkcji kulturowej Republiki Francuskiej. I to nie tylko na wymagający rynek wewnętrzny, ale i na eksport.</p>
<p>Jednak najważniejszą zaletą Camusa pozostaje zwyczaj pozostawiania niedomkniętych drzwi. Nierzucające się w oczy pozostawienie niedomkniętych drzwi jest dla pisarza, który chce być czytany, umiejętnością najwyższej wagi.</p>
<p>Camus stosuje ten gest nie tylko w stosunku do swojej twórczości literackiej, ale także eseistyki filozoficznej. Oto „Człowiek zbuntowany”. Brniemy przez katalog typów i podtypów buntu, buntownictwa i buntowniczości, podziwiamy erudycję, biblioteczną solidność kategoryzacji, przejrzysty, logiczny i rozgałęziony system przegródek i odnośników, dzięki któremu na arkę buntowników udało się Autorowi zasadnie wpuścić właściwie wszystkich, którzy coś dlań znaczą. Uratowani przed potopem niewolniczego permisywizmu spoczywają obok siebie na pokładzie: jagnię u boku lwa, Bakunin obok Rimbauda, Marks i Epikur, Balzac oraz de Sade, Proust tuż przy Dostojewskim. Spoglądamy na tych duchowych emigrantów z szacunkiem, ale czy naprawdę interesuje nas, dokąd płyną? Przecież patrzymy na arkę tylko jednym okiem, drugim łypiemy cały czas przez niedomknięte drzwi. Widzimy tam Autora. Na jego twarzy odbijają się emocje i wysiłek. Nie ma tu mowy o oszustwie czy pozie. Te retoryczne pytania z kamiennymi znakami zapytania. Miotanie powszechnikami. Krzyk. Żyletki cytatów. Jakie szczęście, że Autor przez roztargnienie zostawił niedomknięte drzwi i że możemy to wszystko zobaczyć. Gdzieś na horyzoncie, nieodprowadzany wzrokiem, znika okręt z buntowniczym Epikurem, a my wpatrujemy się urzeczeni w Camusa. Wreszcie z żalem zamykamy książkę, zamykamy cicho drzwi. Wynosimy w plecaku jego prywatne słowa, oddalamy się na palcach krokiem złodzieja, zażenowani, ale wzbogaceni ponad oczekiwanie.</p>
<p>Powieść Camusa, która, moim zdaniem, technikę niedomkniętych drzwi wynosi na wyżyny, to „Upadek”. Fabuła pierwszego rzędu jest prosta. Podróżny przybywa do Amsterdamu na kilka dni i tam spotyka niejakiego Jeana-Baptiste’a Clamance’a. Jean-Baptiste, podobnie do nominalnego głównego bohatera, jest paryżaninem, lecz w przeciwieństwie doń jest gadatliwy i mieszka w Amsterdamie na stałe. Książka to jego monolog. Tym samym Jean-Baptiste zagarnia główny atrybut protagonisty: uwagę czytelnika. Najpierw opisuje Amsterdam. To zrozumiałe. Zarówno główny bohater, który jest tu po raz pierwszy, jak i czytelnik, którego w Amsterdamie nie ma, chętnie się czegoś o tym mieście dowiedzą. Potem niepostrzeżenie przechodzi do oceny mieszkańców, ekstrapoluje mieszkańców, ekstrapoluje oceny, rozciąga sieć generalizacji i łapie w nią wszystkich bliźnich. Wyrafinowany, autoironiczny język, którego jasność rodzi się z elegancji usprawiedliwia takie szarże. Niemniej, ten właśnie język powoduje, że Jean-Baptiste traci samodzielność egzystencji. Camus znowu zostawił niedomknięte drzwi. Jean-Baptiste, adwokat, staje się bezpodmiotowym kunsztem oratorskim. Słowa są wypowiadane przez adwokata, ale ich znaczenie sączy się zza drzwi.</p>
<p>Jean-Baptiste opowiada nominalnemu bohaterowi powieści swoje życie. Wprost, z intymnymi szczegółami, fakt za faktem. Czegóż to w życiu Jean-Baptiste nie doświadczył. Sława, samozadowolenie i ludzki szacunek, niechęć do tego szacunku, powodzenie, narcyzm, filantropizm przy zupełnym braku empatii, okrucieństwo, poobozowe traumy, faryzeizm, aleksytymia, tchórzostwo i egotyzm, rozpusta, alkoholizm, głód nieśmiertelności i emocjonalny flagelantyzm. Osądzanie, bycie osądzanym i wreszcie ostateczna ucieczka („rzecz w tym, żeby uniemożliwić sąd”). Na koniec rzucane w gorączce, quasi-gnostyckie bluźnierstwa. Jean-Baptiste będzie sobie dalej umierał wśród holenderskich mgieł od nadużywania jałowcówki i poczucia winy, jego milczący interlokutor wraca do Paryża, a czytelnik wynotowuje rzeczy, które są nie tak.</p>
<p>Po pierwsze, w światach literackich postaci do istnienia powołuje potrzeba. Tutaj główny bohater jest narracyjnym manekinem. Główny, bezimienny bohater „Upadku” nie istnieje. Po drugie, zwykle to przeżycia uwiarygodniają bohatera literackiego, nie na odwrót. Tutaj zaś wypadki życiowe Jeana-Baptiste’a, nabierają wiarygodności i znaczenia dopiero gdy podstawimy pod jego osobę sekwencję ulubionych archetypów Camusa, takich jak: Lucyfer, Prometeusz, Narcyz, Adam Kadmon i Beatrycze, a następnie każemy im grać w piłkę zdarzeniami.</p>
<p>I dlatego chociaż trudno przejąć się tym, co jedna nieistniejąca postać literacka opowiedziała drugiej, „Upadek” pozostanie dla mnie jedną z najbardziej oryginalnie skonstruowanych powieści współczesnych. Żadnej fabuły, żadnych bohaterów – tylko autor i czytelnik. I dwoje uchylonych drzwi w amfiladzie. Rolą pierwszych jest ograniczenie czytelnikowi pola widzenia i sprowadzenie do roli voyerysty. Rolą drugich – zapewnienie autorowi jednocześnie ochrony i swobody głosu. Sens powieści kryje się w dystansie pomiędzy jedynymi a drugimi drzwiami.</p>
<p><em>* Łukasz Kowalczyk, radca prawny, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;">** <em>Autor koncepcji numeru: <strong>Łukasz Pawłowski</strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em>*** Autor fotografii: </em><strong><em>Rafał Kucharczuk</em></strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 59 (9/2010) z 2 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/nowicki-kortas-bucholc-kowalczyk-camus-zwietrzaly-bunt/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WINCZOREK: Konstytucji potrzeba ostrożności</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/winczorek-konstytucji-potrzeba-ostroznosci/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/winczorek-konstytucji-potrzeba-ostroznosci/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Mar 2010 00:56:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pytając]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[nr 59]]></category>
		<category><![CDATA[Piotr Winczorek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4410</guid>
		<description><![CDATA[z wybitnym konstytucjonalistą rozmawiają Jerzy J. Kolarzowski i Karolina Wigura]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Piotr Winczorek</em></p>
<p><strong>Konstytucji potrzeba ostrożności</strong></p>
<p style="text-align: center;"><em>Co dalej z polską ustawą zasadniczą? Czy naprawdę należy napisać ją od nowa? A może tego rodzaju deklaracje polityczne nie mają uzasadnienia i lepiej byłoby nareszcie pogodzić się z tym, by polski system rządzenia ulegał zmianom w praktyce politycznej? Z Piotrem Winczorkiem, wybitnym konstytucjonalistą i współtwórcą konstytucji z 1997 roku &#8211; rozmawiają Jerzy J. Kolarzowski i Karolina Wigura.</em></p>
<p style="text-align: center;"><em><br />
</em></p>
<p><strong>Jerzy J. Kolarzowski, Karolina Wigura</strong><em><strong>: Panie Profesorze, w tym roku mija 13 lat od uchwalenia konstytucji III Rzeczypospolitej. Czy konstytucja wymaga zmian? </strong></em></p>
<p><strong>Piotr Winczorek: </strong>Możliwe, że wymaga ona przejrzenia. Akty normatywne także się starzeją. Należałoby zwłaszcza zastanowić się nad konsekwencjami wejścia Polski do Unii Europejskiej. Dziś sytuacja znacząco różni się od tej z 1997 roku, szczególnie po wejściu w życie traktatu lizbońskiego. Dlatego być może warto dodać nowy rozdział, poświęcony stosunkom Polski z Unią Europejską. Tak, aby rozstrzygnąć, czy europejskie akty prawa podlegają, czy nie, kognicji Trybunału Konstytucyjnego. To kwestia istotna politycznie, bo jak wiadomo Europejski Trybunał Sprawiedliwości chciałby, żeby prawo europejskie było nad prawem krajowym, ale nie wszystkie państwa na to się godzą. W Polsce nie ma dziś co do tego jasności.</p>
<p><em><strong>W naszym kraju debata na temat zmiany konstytucji koncentruje się jednak nie na zmianach po wejściu do Unii Europejskiej, ale na ustroju politycznym państwa. A dokładniej: relacji między rządem a prezydentem.</strong></em></p>
<p>Nie zmieniałbym ustroju politycznego państwa ani w kierunku prezydencjalizmu, ani w kierunku systemu kanclerskiego. W zakresie konstytucyjnych uregulowań dotyczących relacji między rządem a prezydentem, rządem a parlamentem czy prezydentem a parlamentem, zapisy obecne są wystarczająco jednoznaczne. Na pytanie, kto rządzi w Polsce, mogę dać odpowiedź śmiało i bez żadnych wątpliwości: rząd. To do niego należy prowadzenie polityki państwa. Zakres uprawnień prezydenta jest w konstytucji jasno określony. Zwłaszcza gdy idzie o często dyskutowane stosunki zagraniczne. Prezydent ratyfikuje umowy międzynarodowe, powołuje i odwołuje przedstawicieli Polski, przyjmuje listy uwierzytelniające, reprezentuje państwo. Powtarzam: państwo, a nie siebie samego. Prezydent jako reprezentant państwa musi pozostawać w zgodzie z kierunkami polityki prowadzonej przez rząd. To znaczy: jeśli jedzie za granicę, nie uprawia własnej polityki zagranicznej, tylko wspiera rząd w jego zamierzeniach. A jeżeli się z rządem nie zgadza, to nie powinien przedstawiać swojego stanowiska, tylko ograniczyć się do pełnienia funkcji reprezentacyjnych.</p>
<p><em><strong>Może zatem w ogóle nie musimy zmieniać konstytucji? We Francji na przykład system polityczny ewoluuje, a konstytucja zostaje taka sama… </strong></em></p>
<p>W sytuacji gdy prezydent i premier pochodzą z obozów różnoimiennych, tak jak dzisiaj, ich dobre relacje zależą właśnie od praktyki. Dobra praktyka wystarczyłaby, by konflikty, które chce się dziś przeciąć regulacjami normatywnymi przez zmiany konstytucji, były rozwiązywane na drodze działań faktycznych. Na razie jednak mamy do czynienia z praktyką złą. I niestety, jesteśmy także świadkami złego myślenia o konstytucji. Zmienianie ustawy zasadniczej ze względu na niezgodę pana A z panem B, którzy prędzej czy później zejdą z areny politycznej, nie ma sensu. Przyjdą inni i stosunki między nimi może będą układały się inaczej. Czy to znaczy, że mamy jeszcze raz zmieniać konstytucję? Czy zmieniać konstytucję w rytm kolejnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych? To absurd. Politycy powinni podporządkować się regułom konstytucyjnym, a nie konstytucję – animozjom, ambicjom czy kłótniom. Żeby zmienić ten dokument, trzeba poważnego namysłu. Potrzebny byłby projekt, który w takim samym stopniu jak dzisiejsza ustawa zasadnicza gwarantowałby równowagę władz.</p>
<p><em><strong>To znaczy?</strong></em></p>
<p>Nasza konstytucja, tak jak wiele innych, jest budowana na zasadzie nie tylko podziału, ale i równowagi władzy. Jest to rozwiązanie, które przypomina amerykański system checks and balances. Jedna władza hamuje drugą. Na przykład, prezydent wetuje ustawę, prezydent kieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, posłowie mogą również kierować ustawy do Trybunału, Senat może wnosić poprawki do ustaw kierowanych przez Sejm, premier ma prawo kontrasygnaty aktów urzędowych prezydenta, bez których te akty nie wchodzą w życie. I tak dalej. Czyli każdy każdego ogranicza. To chroni państwo przed ukształtowaniem się władzy autorytarnej.</p>
<p><strong><em>Co sądzi pan zatem o projekcie PiS zakładającym wyniesienie prezydenta ponad inne władze?</em></strong></p>
<p>Bardzo przypomina on konstytucję z 1935 roku. Gdyby projekt PiS przeszedł, nie byłoby hamowania, tylko kontrola prezydenta nad funkcjonowaniem władz. Tak daleko idąca, że mogłaby doprowadzić do ich zablokowania. Na przykład, gdy premier nie zostałby powołany przez prezydenta, ponieważ osoba kandydata na premiera prezydentowi by się nie spodobała. Albo gdy prezydent doszedłby do przekonania, że skład polityczny parlamentu jest niewłaściwy, wobec czego można skrócić jego kadencję. W projekcie PiS mówi się o okresach, w których takie rozwiązania mogą nastąpić, ale jeżeli okresy te są zachowane, to poczynania jedynowładcze pozostają bez żadnej kontroli. A zatem przypominam: checks – to znaczy hamowanie – tak, ale paraliż władz – nie. Jeśli się spojrzy na konstytucje krajów demokratycznych, wzajemne hamowanie się władz występuje wszędzie. Trójpodział Monteskiusza musi być w demokracji zachowany.</p>
<p><em><strong>Pojawiają się także pomysły, by zmienić ułamek głosów, który jest potrzebny do odrzucenia weta prezydenta. By nie trzeba było włączać do przegłosowania weta posłów spoza koalicji. Co sądzi pan o tym pomyśle? </strong></em></p>
<p>Jeżeli by się liczbę głosów potrzebną do odrzucenia tego weta obniżyło do poziomu zwykłej większości głosów, tak jak się przyjmuje ustawy, to po co w ogóle weto? Trzeba pamiętać o kontekście powstania tego zapisu. Nasza idea była taka: skoro prezydent jest wybierany w głosowaniu powszechnym, czyli jest reprezentantem całego narodu na równi z parlamentem, on również powinien mieć możliwość interwencji, gdy ustawy są wadliwe. To, że jego weto można odrzucić większością trzech piątych głosów, daje szansę także opozycji, by się w tej sprawie skutecznie wypowiedzieć. Zatem zmiana ułamka odbierałaby głos opozycji. Często zapomina się też o tym, że weto nie jest jedynym mechanizmem odrzucenia ustawy przez prezydenta. Inny to możliwość odesłania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Nie powinno się tych zabiegów mieszać. Jeżeli prezydent stwierdza, że ustawa jest niekonstytucyjna, czyli uważa, że są powody prawne, by jej nie uchwalać, to nie powinien jej wetować, tylko skierować do Trybunału. A jeśli uważa, że ustawa nie budzi wątpliwości konstytucyjnych, ale że np. jej wykonanie jest tak kosztowne, że zrujnowałoby budżet państwa, to wówczas powinien zastosować weto.</p>
<p><em><strong>A jakie jest pańskie zdanie, jeśli chodzi o liczbę posłów i senatorów? Zwłaszcza o tej ostatniej często mówi się, że jest za duża. Problem ten wraca w różnych dyskusjach i może pojawić się w projekcie PO. </strong></em></p>
<p>Liczba posłów i senatorów jest w istocie dość przypadkowa. Stu senatorów wzięło się stąd, że w 1989 roku, kiedy przywracano Senat do istnienia, było jeszcze 49 województw. Zdecydowano, że z każdego województwa będzie wybieranych dwóch, a z warszawskiego i katowickiego – trzech senatorów. Potem liczbę senatorów utrzymano. Jeżeli chodzi o 460 posłów: przed rokiem 1962 była tak zwana kwota przedstawicielstwa. Jeden poseł miał przypadać na 60 tysięcy wyborców. Liczba obywateli naszego kraju szybko wtedy rosła, zwiększała się także liczba posłów. W którymś momencie postanowiono ją zahamować. Stanęło na 460. To sporo, ale w porównaniu z innymi krajami, nie jesteśmy wcale nadmiernie reprezentowani. Brytyjska Izba Gmin liczy sobie 659 członków (przy populacji wynoszącej 61 milionów). Ponad 500 deputowanych jest we Francuskim Zgromadzeniu Narodowym (blisko 65 milionów ludzi). Gdyby chcieć coś zmieniać w liczbie parlamentarzystów, należałoby pamiętać o jednym: liczenie na to, że przyniesie to wielkie oszczędności, to iluzje. Najwięcej kosztów pochłaniają nie diety poselskie, ale koszty utrzymania kancelarii Sejmu i Senatu. Tu wręcz należałoby doinwestować! Zawsze w parlamencie potrzebni są odpowiedni specjaliści z zakresu ekonomi, budżetu, stosunków międzynarodowych, spraw społecznych i oczywiście od techniki legislacyjnej. Zaś dobrych fachowców trzeba godziwie opłacać.</p>
<p><strong><em>W Polsce spore kontrowersje wzbudziła kwestia ratyfikacji Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Może należałoby najpierw ratyfikować ją oraz znowelizowaną Kartę Praw Socjalnych, a potem zmienić konstytucję? Jaką zachować kolejność? </em></strong></p>
<p>Dziwię się, dlaczego Polska złożyła zastrzeżenia do Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Jedno zastrzeżenie, jak pamiętamy, dotyczy praw socjalnych. Drugie odnosi się do spraw, nazwijmy to, obyczajowych. Chodzi o zakaz dyskryminacji, ujęty tam tak, że wymienia się powody, dla których dyskryminacja jest niemożliwa. Tych powodów jest kilkanaście i między innymi mówi się o orientacji seksualnej – to właśnie wzbudziło kontrowersje. A przecież nasza konstytucja mówi coś znaczenie dalej idącego. Powiada mianowicie, że zakazuje się dyskryminacji z jakiejkolwiek przyczyny. Zakaz obejmuje więc nie tylko te przyczyny, które są znane, ale także takie, które dziś są nieznane, ale mogą pojawić się w przyszłości. Nie rozumiem zatem. Chyba że tak, jak chce w swoim projekcie konstytucji PiS, w istocie chodzi o skreślenie z konstytucji przepisu o dyskryminacji. Dopiero wtedy zapis z Karty Praw Podstawowych nabrałby zasadniczego znaczenia.</p>
<p><em><strong>Na koniec dwa pytania związane z relacją prawo – obywatele. Po pierwsze, wiele mówi się o wprowadzaniu w procesie legislacyjnym coraz powszechniejszych konsultacji społecznych – jak na przykład w koncepcji demokracji deliberatywnej. Czy prawo stanowione tą drogą byłoby lepsze, mniej polityczne, bardziej spełniające oczekiwania obywateli?</strong></em></p>
<p>Oczywiście prawo powinno odpowiadać potrzebom społecznym. Ale trzeba pamiętać także o tym, że mamy do czynienia nie tylko z samodzielnym kształtowaniem opinii publicznej przez obywateli, ale także jej manipulacją na skutek rozmaitych oddziaływań perswazyjnych: reklam, kazań kościelnych, programów telewizyjnych, działań lobbystów. A zatem: konsultacje tak, ale decyzje polityczne trzeba podejmować samodzielnie. Niekiedy są to decyzje, z którymi wiąże się duży społeczny opór i które dopiero później okazują się słuszne. Jak w wypadku reformy Balcerowicza. Ale takie rzeczy wiemy dopiero po latach.</p>
<p><em><strong>Czy można konstytucyjnie zagwarantować obywatelom większy udział w procesie legislacyjnym?</strong></em></p>
<p>Nasza konstytucja przewiduje referendum ogólnonarodowe, które można rozpisać w ważnych dla kraju sprawach. Wynik referendum jest wiążący, jeżeli wzięła w nim udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania. Ponieważ istnieje wymóg przekroczenia 50 proc. frekwencji uprawnionych do głosowania, by wynik był dla władz wiążący, referenda, mimo że są narzędziem wyrażenia opinii czy nawet narzędziem ustalenia woli narodu, pozostają niewykorzystywane. Nie sięga się po nie. Wprowadzenie możliwości uchwalania ustaw w drodze referendum oznaczałoby jednak bardzo istotne podważenie monopolu parlamentarnego. Godzi się co prawda przypomnieć, że w sytuacji, kiedy mamy wyrazić zgodę na zawarcie umowy międzynarodowej, mocą której Rzeczpospolita Polska przenosi niektóre uprawnienia na rzecz organizacji międzynarodowej, można przeprowadzić to na dwa sposoby: albo w drodze ustawy uchwalanej kwalifikowaną większością głosów, albo w drodze referendum. Pod względem politycznym, krok dalej polegałby na zaproponowaniu referendum, na przykład w sprawach takich umów międzynarodowych, co do których pewne siły zgłaszają wątpliwości, a inne czynią politycznym orężem.</p>
<p><em>* Piotr Winczorek, profesor prawa, wybitny konstytucjonalista, współtwórca konstytucji Rzeczypospolitej polskiej z 1997 roku.<br />
** Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.<br />
*** Karolina Wigura, doktor socjologii, dziennikarz. </em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 59 (9/2010) z 2 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/winczorek-konstytucji-potrzeba-ostroznosci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KONTNY, GROCHOLA: Wyrok w zawieszeniu [komiks]</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/kontny-grochola-wyrok-w-zawieszeni-komiks/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/kontny-grochola-wyrok-w-zawieszeni-komiks/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Mar 2010 00:55:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Albert Camus]]></category>
		<category><![CDATA[Jakub Grochola]]></category>
		<category><![CDATA[komiks]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Kontny]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4397</guid>
		<description><![CDATA[<p>Kliknij, aby obejrzeć strony w pełnym wymiarze.</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr1.png"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4398" title="Strona nr1" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr1-210x300.png" alt="" width="210" height="300" /></a></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr2-.png"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4399" title="Strona nr2" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr2--206x300.png" alt="" width="206" height="300" /></a></p>
<p style="text-align: left;"><em>* Tomasz Kontny &#8211; scenarzysta, dramaturg, kombinator.<br />
* Jakub Grochola &#8211; rocznik &#8216;92, uczeń Liceum Plastycznego w Krakowie.</em></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kliknij, aby obejrzeć strony w pełnym wymiarze.</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr1.png"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4398" title="Strona nr1" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr1-210x300.png" alt="" width="210" height="300" /></a></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr2-.png"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4399" title="Strona nr2" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Strona-nr2--206x300.png" alt="" width="206" height="300" /></a></p>
<p style="text-align: left;"><em>* Tomasz Kontny &#8211; scenarzysta, dramaturg, kombinator.<br />
* Jakub Grochola &#8211; rocznik &#8216;92, uczeń Liceum Plastycznego w Krakowie.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/kontny-grochola-wyrok-w-zawieszeni-komiks/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
