﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kultura Liberalna &#187; Jerzy J. Kolarzowski</title>
	<atom:link href="http://kulturaliberalna.pl/tag/jerzy-j-kolarzowski/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kulturaliberalna.pl</link>
	<description>liberalnie o kulturze</description>
	<lastBuildDate>Sun, 05 Sep 2010 11:17:35 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: 22 lipca 2010 zmarł Andrzej Falkiewicz, niezależny krytyk literacki</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kolarzowski-22-lipca-2010-zmarl-andrzej-falkiewicz-niezalezny-krytyk-literacki/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kolarzowski-22-lipca-2010-zmarl-andrzej-falkiewicz-niezalezny-krytyk-literacki/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Aug 2010 01:05:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szybki komentarz]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Falkiewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Buczkowski]]></category>
		<category><![CDATA[Czytelnik]]></category>
		<category><![CDATA[Edward Stachura]]></category>
		<category><![CDATA[Falkiewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Badań Literackich]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Badań Literackich PAN]]></category>
		<category><![CDATA[Janion]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Marek Rymkiewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Jung]]></category>
		<category><![CDATA[Karpowicz]]></category>
		<category><![CDATA[Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[Leszek Nowak]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Maria Janion]]></category>
		<category><![CDATA[Miłobędzka]]></category>
		<category><![CDATA[nr 83]]></category>
		<category><![CDATA[PAN]]></category>
		<category><![CDATA[Piotrowski]]></category>
		<category><![CDATA[poezja]]></category>
		<category><![CDATA[Poznańskie Studia z Filozofii Humanistyki]]></category>
		<category><![CDATA[Różewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Rymkiewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Stachura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6731</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>22 lipca 2010 zmarł Andrzej Falkiewicz, niezależny krytyk literacki<br />
</strong></p>
<p>Z pewnym opóźnieniem dotarła do nas informacja o śmierci Andrzeja Falkiewicza, jednego z najwybitniejszych krytyków polskich w okresie powojennym. Warto z tej okazji przypomnieć zarówno najważniejsze wydarzenia jego życia, jak i kierunki, w jakich rozwijał swą twórczość.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kolarzowski-22-lipca-2010-zmarl-andrzej-falkiewicz-niezalezny-krytyk-literacki/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: 22 lipca 2010 zmarł Andrzej Falkiewicz, niezależny krytyk literacki&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>22 lipca 2010 zmarł Andrzej Falkiewicz, niezależny krytyk literacki<br />
</strong></p>
<p>Z pewnym opóźnieniem dotarła do nas informacja o śmierci Andrzeja Falkiewicza, jednego z najwybitniejszych krytyków polskich w okresie powojennym. Warto z tej okazji przypomnieć zarówno najważniejsze wydarzenia jego życia, jak i kierunki, w jakich rozwijał swą twórczość.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Syn fabrykanta i kryzysu</em></p>
<p>Urodzony 5 grudnia 1929 roku, dobrze zapamiętał dzieciństwo sprzed II wojny światowej. Gdy wielu wybitnych naukowców PRL-u powoływało się na plebejskie pochodzenie, przedstawiając siebie (nie zawsze prawdziwie) jako chłopskie dzieci, które nie miały butów, żeby udać się do szkoły, Falkiewicz pisał, że jest dzieckiem przedwojennego fabrykanta. Głosił kult „wysokiego” mieszczaństwa w czasach, kiedy był to termin przynależny tyleż do historii, co do szkolnych analiz sztuk Gabrieli Zapolskiej. Prywatnie ironizował, że poczęcie jego było efektem wielkiego kryzysu i okoliczności te w pewien sposób pozostają zobowiązujące.</p>
<p>Okresu wojennego prawie w ogóle nie wspominał, nędzne okoliczności życiowe zapełniał w miarę możliwości lekturą, co w pewien sposób upodobniło proces jego dojrzewania do losów Zygmunta Baumana. Źle się też czuł w powojennej Polsce. Studiował fizykę i ekonomię: drugie studia pomogły mu w zarządzaniu teatrami w gospodarce nakazowo-rozdzielczej. Pracował jako kierownik literacki m.in. w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, Teatrze Studio w Łodzi czy Teatrze Polskim we Wrocławiu. Był także wieloletnim redaktorem wrocławskiego miesięcznika „Odra”. Na stałe mieszkał, wraz z żoną, awangardową poetką Krystyną Miłobędzką, w Puszczykowie pod Poznaniem.</p>
<p style="text-align: center;"><em>W stronę Gombrowicza</em></p>
<p>Od 1957 roku Falkiewicz zaczął publikować swoje eseje i krótkie wypowiedzi na tematy literackie w „Dialogu”. Ich wybór złożył się na pierwszą książkę krytyka „Mit Orestesa. Szkice o dramaturgii współczesnej” z 1967. Interesował się nade wszystko twórczością Jeana Geneta, mianując go drugim po Szekspirze dramaturgiem europejskim. Promował jego sztuki na deskach polskich teatrów, a w roku 1970 doprowadził do edycji tych sztuk w wydaniu książkowym i napisał do nich posłowie. W znacznym stopniu przyczynił się także do tego, że sztuki Witolda Gombrowicza dotarły do polskiej publiczności – najpierw z desek teatralnych, a kilkanaście lat później ukazać się mogły w edycji dzieł zebranych w Wydawnictwie Literackim w Krakowie (gdy dało się uzgodnić testament Witolda Gombrowicza z dyrektywami dotyczącymi cenzury w PRL, która na wyraźne życzenie wydawcy zaznaczała swoje ingerencje). Efektem zainteresowań Falkiewicza Genetem i Gombrowiczem były eseje, które złożyły się na szczególna książkę „Teatr – Społeczeństwo”. Pisane w latach 1973 – 1974 w wersji książkowej zostały wydane dopiero w roku 1980 nakładem Ossolineum. Chociaż wprost traktowały one o Gombrowiczu, Genecie, a na marginesie o szkole tartuskiej i innych ważnych zjawiskach w humanistyce, to w chwili ukazania się zostały odczytane jako satyra na społeczno-polityczną codzienność lat 70. w PRL.</p>
<p>Falkiewicz pisał dużo i do szuflady, wyrzucając z maszyny sterty zaczernionych równymi szeregami liter kartek. W 1981 w Wydawnictwie Literackim w Krakowie ukazuje się „Polski kosmos. 10 esejów przy Gombrowiczu”. To pierwsza w PRL książka krytyczna o Gombrowiczu – książka, która wprawiła wielu teoretyków i historyków literatury w zakłopotanie, a nawet wzburzenie. Styl Falkiewicza, pozornie prosty, w rzeczywistości jest dość zawiły. Początkowo zaprasza czytelnika do podążania za narratorem, aby wkrótce zgubić go wśród rozwidlających się wątków i śladów narracyjnych. Prowokuje i daje do myślenia. Wprowadza czytelnika do określonego świata i każe mu od wewnątrz patrzeć na wszystko poza nim.</p>
<p>To „migotanie” spojrzeniem bycia „w” i „poza”, w różnorodnych odmianach, stanie się rozpoznawczym zabiegiem narracyjnym eseistyki Falkiewicza. Budziło to duży sprzeciw niektórych środowisk. Do dziś pamiętam słowa jednego z luminarzy dziennikarstwa: „Cóż za okropna książka. Zamiast porządnie zrekonstruować dla nas, którzy nie mogliśmy wziąć do ręki wydań Instytutu Literackiego w Paryżu, bo było to niebezpieczne, pan Falkiewicz pisze tak, jakby chciał, żeby czytelnik miał tylko jedno wrażenie, a mianowicie takie, że krytyk Gombrowicza jest równie inteligentny czy mądry jak autor, o którym pisze”.</p>
<p style="text-align: center;"><em>W stronę schizofrenii</em></p>
<p>W roku 1982 w „Czytelniku” ukazuje się złożona jeszcze w początkach 1981 kolejna książka Falkiewicza, „Fragmenty o literaturze polskiej”. Poświęcona najważniejszym, zdaniem autora, postaciom w literaturze powojennej Polski: Różewiczowi, Buczkowskiemu, Karpowiczowi, Miłobędzkiej i Piotrowskiemu. Książka zawiera fragmenty dziennika autora, oraz zapiski powstałe na zasadzie automatycznego pisania.</p>
<p>Świat krytyki podzielił się na dwa obozy. Jedni zapytywali: dlaczego gust Wielkopolanina ma być wyznacznikiem tego, co ważne w pisarstwie krajowym? Wprawdzie nie negowano już analitycznego talentu autora, ale posądzano go wręcz o schizofrenię z powodu sylabizowanych zapisków pismem automatycznym. Inni – przede wszystkim młodzi badacze, studenci i tzw. głodne duchy – zaliczają z kolei Falkiewicza do czwórki najwybitniejszych krytyków polskich drugiej połowy XX wieku obok Janion, Przybylskiego, Rymkiewicza. Tyle tylko, że Falkiewicz nie był akademikiem, lecz – jak określali to jego znajomi ze świata teatralnego – niezwykłym barometrem „stanów, które nadchodzą”.</p>
<p>Mimo upodobania młodych krytyków do sposobu obecności w literaturze, jaki zaproponował Falkiewicz, w jego zapiskach „Fragmentów o literaturze polskiej” „dostało się” wielu z nich. Niektórym zarzucał, że mimo wieku i inteligencji, ich myślenie „rozbija się o bryczkę plebana”. Uważał, że w czasach, które nadeszły, należy być myślącym jednocześnie „w” i „poza”. I owo „w” i „poza” powinno dotyczyć Polski, a nade wszystko Kościoła.</p>
<p>W ostatnich dwóch numerach pisma krytyczno-literackiego „Teksty”, wydawanego przez Instytut Badań Literackich PAN, ukazuje się dwuczęściowy esej o Stachurze. Falkiewicz zastosował w wypadku tego pisarza, jego doświadczeń z późnego okresu twórczości i narastającego obłędu kategorie Jungowskiej psychologii. Bez nachalnego wprowadzenia pojęć z psychologii głębi, misternie układa koncepcję wyniszczania tożsamości przez chorujący umysł, co dokumentuje zapiskami pisarza. Gdy w roku stanu wojennego IBL-owskie teksty zamilkły do czasów Okrągłego Stołu, esej o Stachurze znowu był odczytywany jako metafora samoniszczącej się formacji realnego socjalizmu. Socjalizm państwowy miał powodować schizofrenię u samoświadomych jednostek – kategoria ta nie dotyczyła bowiem ani zwykłych ludzi, ani społeczeństwa jako całości. Wydanie książkowe szkiców ukazało się dopiero w Wydawnictwie Dolnośląskim w 1995, pod tytułem „Nie ja – Edwarda Stachury”.</p>
<p style="text-align: center;"><em>W stronę liczby mnogiej</em></p>
<p>Andrzej Falkiewicz przyjaźnił się z profesorem Leszkiem Nowakiem – była to przyjaźń wielowątkowa. Jej efektem okazała się książka, wywiad dwóch intelektualistów zatytułowana „Jeden i liczba mnoga”. Obok rozmów znalazły się tam projekty filozoficzne, małe szkice, nowatorskie formy edytorskie, polegające na hasłowym rozpracowaniu danej kwestii (książka ukazała się w 1989 roku nakładem oficyny „KRET”, działającej pod auspicjami Solidarności Walczącej). Nowak włączył Falkiewicza do zespołu redagowanych przez siebie „Poznańskich Studiów z Filozofii Nauki” (które zmieniły tytuł na „Poznańskie Studia z Filozofii Humanistyki”).</p>
<p>Profesor Nowak po swoim przywróceniu do pracy na UAM (zwolniony został w 1985 roku na polecenie ówczesnego wicepremiera Rakowskiego) zorganizował kilka niezależnych przedsięwzięć. Umożliwił Falkiewiczowi poprowadzenie seminariów i wykładów z filozofii kultury na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zaplanował i rozpoczął też projekt rozdziału filozofii podlegającej wpływom ideologicznym, od filozofii od nich wolnej, nienadającej się do wykorzystania jako oręż do interpretacji przeszłości i walki politycznej. Projekt ten zakładał, że możliwe będzie dopracowanie się takich systemów filozoficznych, których wewnętrzne pęknięcia będą stanowiły gwarancje samodzielności myślenia. Spuścizna filozoficzna danego autora będzie przynosiła otuchę dla czytających i antidotum na zło drugiego człowieka, które zazwyczaj ma swe źródło w skierowanej ku innym ludziom w postawie roszczeniowej. Tego rodzaju oczekiwania – zarówno nauczycieli, duchownych czy polityków, zarówno posiadających, jak i biedaków – zostaną uniemożliwione przez KULTURĘ i wykreowanie społeczeństwa, u którego podstaw winien się znaleźć gombrowiczowski projekt kościoła wyłącznie międzyludzkiego.</p>
<p><em>* Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 83 (33/2010) z 10 sierpnia 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kolarzowski-22-lipca-2010-zmarl-andrzej-falkiewicz-niezalezny-krytyk-literacki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Iredyński. Odsłona druga</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/kolarzowski-iredynski-odslona-druga/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/kolarzowski-iredynski-odslona-druga/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 Jul 2010 02:02:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Ireneusz Iredyński]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[nr 80]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6505</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Iredyński. Odsłona druga</strong></p>
<p><strong>Edycja.</strong> Wiosną 2010 r. ukazał się drugi tom <em>Dzieł Zebranych</em> Ireneusza Iredyńskiego pod tytułem „Związki Uczuciowe”. Zawiera trzy utwory pisarza: Armelle, Fascynacja, Koniec i początek. Istotnym walorem edycji jest blok tekstów o Iredyńskim, zamieszczony na początku i na końcu tomu. W części zatytułowanej <em>Zamiast wstępu</em> znalazły się wypowiedzi Krzysztofa Mętraka, Jacka Łukasiewicza, Wacława Tkaczuka i początkowy fragment dłuższego tekstu Włodzimierza Maciąga &#8211; wszystkie sprzed 40 lat, tj. z roku 1970. W dziale <em>Zamiast posłowia</em> znalazły się pośmiertna nota o pisarzu Zbigniewa Jerzyny z 1986 r. i fragment współcześnie pisanych wspomnień pani Doroty Marczewskiej. Całość zamyka kilkunaście zdjęć I. Iredyńskiego, niektóre w towarzystwie żony Teresy i jej córki z pierwszego małżeństwa, zdjęcia babci pisarza, dwa telegramy do żony. Iredyński wygląda na nich, jak szczęśliwy, choć zmęczony i mocno doświadczony przez życie mężczyzna. Słowo pośmiertne Zb. Jerzyny oraz esej &#8211; wspomnienie D. Marczewskiej (pasierbicy pisarza), tworzą sympatyczny kontekst, pomagający w odczytaniu całości prozy zebranej w tym tomie.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/kolarzowski-iredynski-odslona-druga/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Iredyński. Odsłona druga&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Iredyński. Odsłona druga</strong></p>
<p><strong>Edycja.</strong> Wiosną 2010 r. ukazał się drugi tom <em>Dzieł Zebranych</em> Ireneusza Iredyńskiego pod tytułem „Związki Uczuciowe”. Zawiera trzy utwory pisarza: Armelle, Fascynacja, Koniec i początek. Istotnym walorem edycji jest blok tekstów o Iredyńskim, zamieszczony na początku i na końcu tomu. W części zatytułowanej <em>Zamiast wstępu</em> znalazły się wypowiedzi Krzysztofa Mętraka, Jacka Łukasiewicza, Wacława Tkaczuka i początkowy fragment dłuższego tekstu Włodzimierza Maciąga &#8211; wszystkie sprzed 40 lat, tj. z roku 1970. W dziale <em>Zamiast posłowia</em> znalazły się pośmiertna nota o pisarzu Zbigniewa Jerzyny z 1986 r. i fragment współcześnie pisanych wspomnień pani Doroty Marczewskiej. Całość zamyka kilkunaście zdjęć I. Iredyńskiego, niektóre w towarzystwie żony Teresy i jej córki z pierwszego małżeństwa, zdjęcia babci pisarza, dwa telegramy do żony. Iredyński wygląda na nich, jak szczęśliwy, choć zmęczony i mocno doświadczony przez życie mężczyzna. Słowo pośmiertne Zb. Jerzyny oraz esej &#8211; wspomnienie D. Marczewskiej (pasierbicy pisarza), tworzą sympatyczny kontekst, pomagający w odczytaniu całości prozy zebranej w tym tomie.</p>
<p><strong>Niemożliwość uczuć.</strong> I. Iredyński jest pisarzem, który szeroko i obficie wypowiada się na temat uczuć, relacji do przyjaciół i płci przeciwnej. Jego męscy bohaterowie są młodzi, otwarci do ludzi, podejmują zmagania i potrafią walczyć o swoje miejsce w życiu. Płeć przeciwna często jest opisywana wyrywkowo  i traktowana instrumentalnie. Kobiety jakby były stworzone dla mężczyzn i bycie z mężczyzną kreuje ich całościowy wizerunek. Są namiętne, atrakcyjne, dążące do erotycznego spełnienia a jednocześnie pokrętne i nieprzewidywalne. Nie po raz pierwszy okazuje się, że siermiężne tło socjalistycznej ojczyzny to świetny kontrast dla opisów zachowań wypływających z mody i rewolucji seksualnej. W tym kontekście pragnienia uczuć w świecie ograniczonych bodźców i motywów nabierają pierwszorzędnego znaczenia. Eschatologia jest niewidoczna, najbliższa przyszłość została zaplanowana przez rządzących, którzy w miarę możliwości dbają o zaspokojenie podstawowych potrzeb jednostki. Owszem, młodym ludziom może czasem brakować pieniędzy ale świat generalnie stoi otworem. Pytanie jest tylko, z kim będzie się tę przyszłość zagospodarowywać. I w tym momencie zaczyna się odsłona dramatu tkwiąca w pomieszaniu kultur i środowisk, w kilkanaście lat po wielkiej, tragicznej wojnie. Pewne motywy w prozie Iredyńskiego się powtarzają. Starsza kobieta, która przeżyła obóz koncentracyjny i dożywa swych dni, pijąc i tłumacząc literaturę angielską, główny bohater opowiadania <em>Fascynacje </em>ma za sobą przeszłość partyzancką, o której opowiada w programie telewizyjnym. Idylla przeszłości jest przed i poza horyzontem wojny. Jest cudowna  i nie do wyobrażenia a tym bardziej  że niemożliwa do jakiejkolwiek ekspresji nawet w literaturze. Na tę przeszłość, jej znaczenie w określonych chwilach jest otwarty jedynie główny bohater, wysubtelniony młodzieniec z dobrego domu, tylko jemu udaje się zajrzeć poza wojenną kotarę historii &#8211; może uczynić to tylko na chwilę i tylko ukradkiem &#8211; często przez przypadek.</p>
<p><strong>Sens życia.</strong> Na kartach prozy autora <em>Fascynacji</em> dzieci emanują okrucieństwem, a młodzież bezmyślnością, małodusznością i koniecznością zdobywania i udowadniania sensu swego istnienia. Trudno powiedzieć, czy wynika to z warunków, w których przyszło im dojrzewać i odkrywać świat, czy też z powodów ich nikłego wyposażenia w osobisty i kulturowy <em>background</em>. Konsumpcja alkoholu i uprawianie seksu to w wielu fragmentach prozy autora <em>Dnia oszusta</em> węzłowe i zwornikowe momenty całości, nadające koloryt tej prozie i budujące jej filmową wartkość. Kiedy Iredyński wydawał swoje <em>Związki uczuciowe</em> po raz pierwszy &#8211;  w roku 1970 &#8211; M. Hłasko już nie żył, J. Głowacki i  A. Pastuszek  zaczynali swoje literackie kariery. Kino moralnego niepokoju jeszcze się nie zaczęło. Polityczna i kulturalna mapa Polski ulegała przemianom od swojskiej gomułkowszczyzny do spektakularnej ery Gierka. Życie społeczne musiało zacząć się wycofywać pod wpływem publicznego dekorum z podziałem Polski na 49 województw a w każdym musiał powstać komitet partii i gmach nowej komendy MO. Współczynnik cynizmu w społeczeństwie był wystarczający, by głosić z przekonaniem teorię wzajemnego zbliżania się do siebie, do tej pory dwóch antagonistycznych ustrojów, socjalizmu i kapitalizmu. Można zatem odczytać prozę Iredyńskiego jako mistrzowsko przeprowadzoną analizę archeologii pozorów. Fałszem okazuje się dosłownie wszystko: miłość, przyjaźń, patriotyzm, przyzwoitość. Nie ma uczuć wolnych i odpornych na zarażenie się chorobą, której nazwa powinna oznaczać królestwo pozorności. W takim świecie nie jest możliwe żadne spełnienie a jakikolwiek dramatyzm ma wymiar tyleż komiczny, co groteskowy, oderwany od wszelkiej istotności, od zakorzenienia.</p>
<p><strong>Niepokój bez terapii. </strong>Jest jednak coś, co w prozie Iredyńskiego niepokoi. Łatwo się ją czyta, utwory są dobrze napisane, a mimo to czegoś w tym brakuje. Piękność z opowiadania <em>Armele </em>okazuje się żoną badylarza, która urozmaica sobie życie, zapraszając do sypialni młodych mężczyzn, za zgodą męża. Główny bohater <em>Fascynacj</em>i, idol młodzieży i artystów wyjeżdża na stałe do USA, a zapatrzonemu w niego narratorowi nie pozostaje nic innego, jak wrócić po pożegnaniu z lotniska i znaleźć pocieszenie w ramionach byłej żony swego mentora. W małej formie literackiej <em>Koniec i początek </em>małżonek napawa się własnym monologiem, cichym buntem żony, wypływającym z niezrozumienia męskiego monologu i jej gestami rezygnacji. O co w tym wszystkim chodzi? Człowiek został wyidealizowany w lewicowej myśli społecznej? Ingerencja państwa w osobiste relacje intymne między ludźmi okazała się za płytka i stąd każde marzenie okazuje się nie wiele więcej warte od splunięcia. Ideały lądują na dworcowej ławce lub w scenerii na tyle podrzędnej, że wstyd mieć jakiekolwiek ideały. Socjalizm wyidealizował człowieka, który okazał się dwunożnym, bez powodu złośliwym zwierzęciem?</p>
<p>Narcyzm, lekkość w podejściu życia, pozór emancypacji upodabnia pisarstwo Iredyńskiego do twórczości Jerzego Kosińskiego. Bohater nie może skonfrontować się ze swoim wnętrzem bez narażenia się na utratę zmysłów i wieloletnie zakłócenia w równowadze psychicznej. Tyle tylko, że bohaterowie Kosińskiego żyli w stabilizacji, w krajach zamożnego Zachodu, nawet jeżeli w czasach okupacji byli dziećmi, które musiały ukrywać się i  były to  dzieci Holocaustu. W świecie, gdzie przyjemność i pogoń za własnymi wyobrażeniami musi jednocześnie wystarczyć i wszystko zagłuszyć, nie ma miejsce na głębszą refleksję. Nie ma miejsca nawet na nietzscheański nihilizm. Nihilizm przynajmniej wymaga uczciwości nawet wobec własnej nikczemności. Styl życia, który się prowadzi powinien zostać nie tylko opisany ale poddany drobiazgowej analizie &#8211; ujęty werbalnie i narracyjnie w treści mające wykazywać miejsca przecięcia z dotychczasową kulturą. Żyjąc w systemie autorytarnym warto pokusić się o snucie refleksji filozoficznej nad filozofią granicy. Coś leży po jednej stronie, coś po drugiej. Istnieją barwy i smaki a ich oczywistość nie powinna przyprawiać o zawrót głowy. Trzeba umieć rozdzielać wolność od niewoli, słabość od siły, szlachetność od nikczemności. Naiwny western umożliwił zadomowić pustkowia amerykańskiej prerii. Nietzscheanizm w recepcji W. Gombrowicza czy M. Kundery stawia czytelnika wobec problemu upadku etosu narodowych inteligencji.  Bohaterowie tych emigracyjnych pisarzy przeżywają zmierzch inteligencji z całym patosem i nerwowym pytaniem czy cokolwiek wykiełkuje na jego miejscu. Marzenia bohaterów Iredyńskiego kończą się niczym skromna urzędnicza pensja po kilku upojnych wieczorach. Czytelnik pozostaje po lekturze bez odpowiedzi: „po co było zaczynać ten rajd naiwności i pijaństwa?”.</p>
<p>Wartkość stylu i „filmowość” lekkiej narracji zachęca do lektury. Istnienie wielu pobocznych wątków, które nie zostają następnie wyeksploatowane pozwolił tej prozie uniknąć cech moralitetu. Dramatyzm wynika głównie z wszechobecnego motywu  &#8211; świata, w którym istnieje wyłącznie miłość własna &#8211; świata, którego  nie można ani opuścić, ani zmienić. W takim świecie wszystko stale dobrze się zapowiada,  tyle tylko, że biologiczna i intelektualna kondycja bohaterów okazuje się niewystarczalną i wątłą, na każdym etapie marniejącej egzystencji &#8211; od momentu wychodzenia z dzieciństwa aż po lata przedwczesnej starości.</p>
<p><em><strong>Książka</strong>:</em></p>
<p>Ireneusz Iredyński,<em> D</em><em>zieła Zebrane, tom 2</em>, Warszawska Firma Wydawnicza, 2010.</p>
<p><em>* Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 80 (30/2010) z 20 lipca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/kolarzowski-iredynski-odslona-druga/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Cienka niebieska linia. Powyborczy koncert w Instytucie Awangardy</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kolarzowski-cienka-niebieska-linia-powyborczy-koncert-w-instytucie-awangardy/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kolarzowski-cienka-niebieska-linia-powyborczy-koncert-w-instytucie-awangardy/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 29 Jun 2010 00:05:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Cornelius Cardew]]></category>
		<category><![CDATA[Edward Krasiński]]></category>
		<category><![CDATA[Guy Debord]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Awangardy]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[koncert]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[minimalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Morton Feldman]]></category>
		<category><![CDATA[niebieski pasek]]></category>
		<category><![CDATA[nr 77]]></category>
		<category><![CDATA[Volker Heyn]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6226</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Cienka niebieska linia</strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Dla Miriam</em></strong></p>
<p style="text-align: center;"><em>Powyborczy koncert w Instytucie Awangardy</em></p>
<p>Godzinę po zamknięciu lokali wyborczych w niedzielę 20 czerwca 2010 w warszawskim Instytucie Awangardy odbył się koncert. Do lokalu przy al. Solidarności 64 w wieczornej czerwcowej mżawce publiczność schodziła się powoli. W ciasnej windzie wymieniano opinie o wynikach, porównywano informacje z placówek sondażowych, komentowano, które z nich lekko zafałszowują wyniki i na czyją korzyść.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kolarzowski-cienka-niebieska-linia-powyborczy-koncert-w-instytucie-awangardy/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Cienka niebieska linia. Powyborczy koncert w Instytucie Awangardy&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Cienka niebieska linia</strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Dla Miriam</em></strong></p>
<p style="text-align: center;"><em>Powyborczy koncert w Instytucie Awangardy</em></p>
<p>Godzinę po zamknięciu lokali wyborczych w niedzielę 20 czerwca 2010 w warszawskim Instytucie Awangardy odbył się koncert. Do lokalu przy al. Solidarności 64 w wieczornej czerwcowej mżawce publiczność schodziła się powoli. W ciasnej windzie wymieniano opinie o wynikach, porównywano informacje z placówek sondażowych, komentowano, które z nich lekko zafałszowują wyniki i na czyją korzyść.</p>
<p>W związku z ciągłym przybywaniem publiczności, organizatorzy ogłosili kwadrans akademicki. Goście wkrótce zajęli wszystkie krzesła, niektórzy siedzieli na podłodze pod ścianami. Z wielką częstotliwością odzywał się domofon. Za oknami, na dużym przeszklonym tarasie, szumiał wiatr i co jakiś czas mżawka przechodziła w ciepły, intensywniejszy deszcz.</p>
<p>Aranżer koncertu Michał Libera zapowiedział Mikołaja Pałosza, niezależnego wiolonczelistę, wykonawcę muzyki współczesnej i improwizowanej, zdobywcę nagród na konkursach muzycznych. Poprosił o wyłączenie komórek, przeprosił za to, że koncert będzie rejestrowany przy pomocy starej kamery, która przy przełączeniu kadrów wydawała dźwięki przypominające włączanie kontaktu. W programie koncertu znalazły się utwory z nurtu współczesnej muzyki poważnej, nazywanego szeroko minimalizmem, m.in. „Projection 1” Mortona Feldmana, „Blues in B Flat” Volkera Heyna czy otwierające i kończące koncert fragmenty „Treatise” Corneliusa Cardewa (pełne wykonanie trwa 150 minut!).</p>
<p>Warszawska publiczność wysłuchała zatem utworów awangardowych kompozytorów przełomu XX i XXI wieku, o których wcześniej mogła jedynie przeczytać na łamach „Ruchu Muzycznego”,  zwłaszcza w artykułach Doroty Szwarcmann, która poświęciła  minimalizmowi liczne publikacje oraz swą dysertację muzykologiczną. Koncert odbył się w ramach cyklu „Miejsce dla jednego wykonawcy”, który Michał Libera zorganizował wraz z Rayem Dickatym i Instytutem Awangardy.</p>
<p>Kilka słów wyjaśnienia należy się wszystkim tym, którzy o Instytucie Awangardy nie słyszeli. W centrum Warszawy – przy dawnej ul. gen. K. Świerczewskiego (obecnie al. Solidarności), od baru „Gruba Kaśka” w stronę Wisły – w latach sześćdziesiątych zbudowano cztery dwunastopiętrowe wieżowce. Mieszkania na najwyższych piętrach przeznaczano na pracownie dla wybitnych artystów. W bloku pod numerem 62 swoją pracownię otrzymał Jerzy Tchórzewski, pod numerem 64 mieściła się pracownia plastyczna Edwarda Krasińskiego, obecnie udostępniająca swe podwoje Instytutowi. Każda z tych postaci to legenda polskiej awangardy, artyści, którzy stojąc z boku polityki pozwalali wytworzyć w czasach PRL przestrzeń o wydźwięku innym niż doraźne problemy życia codziennego.</p>
<p>Aranżer Libera poświęcił kilka słów partyturom, szczególnie w utworze Corneliusa Cardewa. Jest to jeden z tych utworów, który ucieka od muzyki repetatywnej (ze stale powtarzalnym motywem), a jednocześnie jest pełen zniuansowanych, ciepłych, miłych dla ucha brzmień. Wszystkie partytury zapisane zostały na jednej ciągłej linii. Również po koncercie, w trakcie rozmów kuluarowych, Libera prosił, aby pamiętać o głównym motywie koncertu – cienkiej błękitnej linii.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Idź za błękitną linią</em></p>
<p>- Cienka błękitna linia to symbol metafizyczny – mówił z naciskiem Libera. Natomiast warszawiacy, czekający w kolejce do windy lub zwiedzający okratowany taras nad pracownią, z cienką niebieską linią mieli niestety tylko jedno skojarzenie – konieczność przeprowadzenia II tury wyborów i zmniejszający się dystans między kandydatami. Tymczasem rzeczywistość motywu błękitnej linii jest dużo głębsza i w sposób znakomity łączy wykonywane utwory i zapis ich partytur z miejscem, w którym odbywał się koncert.</p>
<p>Tytuł i główny motyw koncertu nawiązywał bowiem do aktywności dawnego gospodarza lokalu – Edwarda Krasińskiego – polskiego artysty, który w czasach minionego systemu zagościł w międzynarodowych encyklopediach i almanachach sztuki nowoczesnej.</p>
<p>Tak pisała w 2006 roku o jego osiągnięciach Ewa Gorządek z Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie:</p>
<p><em>„Od 1968 roku Krasiński zaczął oznaczać przestrzeń ciągłą linią przylepiając na wysokości 130 cm niebieską taśmę (blue scotch), która stała się znakiem rozpoznawczym jego sztuki. […] </em></p>
<p style="text-align: center;"><em>„Pasek to przypadek – wspominał później – ale oczekiwałem tego przypadku”. </em></p>
<p><em>W 1970 roku Krasiński uczestniczył w Biennale w Tokio. Kiedy transport z pracami artysty opóźnił się i wiadomo już było, że nie dotrze na czas do Japonii, Krasiński wysłał do organizatorów telegram w alfabecie Morse&#8217;a długości 80 metrów z powtarzającym się pięć tysięcy razy słowem: blue. Taśma ta została wyeksponowana na Biennale w miejsce prac Krasińskiego, które nie dotarły na wystawę (były to rzeźby z długimi niebieskimi gumami wijącymi się po podłodze). Miesiąc po wernisażu prace Krasińskiego dotarły na wystawę, a wtedy zgodnie z instrukcją artysty taśmę z telegramem zamknięto w gablocie z kuloodpornego szkła i przekazano jako dar do muzeum w Tokio. Prawdopodobnie była to pierwsza w Polsce praca konceptualna. Błękitny pasek Krasińskiego, którym artysta oznaczał przestrzeń i zakreślał swój „duchowy krąg&#8221;, pojawiał się później regularnie w różnych miejscach: jego interwencja w przestrzeni nie nadawała jej żadnych nowych znaczeń, organizowała ją i uwypuklała, a jednocześnie urealniała i stawiała pod znakiem zapytania. Interpretowany bywał jako wizualizacja linearnego czasu, a sam artysta widział w tym działanie podobne do dadaistycznych żartów.</em></p>
<p><em>„To jest niebieski pasek Scotch szerokości 19 mm [...]. On interweniuje W i demaskuje TO. ON istnieje. Mam do niego zaufanie” – pisał artysta. W innym miejscu tak określał niebieską linię: „Pojawia się ona na wszystkim i wszędzie z nią docieram. Nie wiem, czy jest to sztuka. Ale na pewno jest to Scotch blue, szerokość 19 mm, długość niewiadoma”.</em></p>
<p><em>Andrzej Kostołowski napisał, że „gdyby szukać leitmotivu działalności Krasińskiego, to określenie nieskończoność wydaje się szczególnie użyteczne. Artysta pragnie bowiem rzeczy niemożliwej: chce nieskończoność zasugerować w sposób uchwytny wizualnie”</em>*.</p>
<p>Podobnie jak taśma klejąca nakładana na zbiory przedmiotów, zebranych w bolesną rupieciarnię artysty, prezentuje się większość partytur z zakresu minimalizmu.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Długa linia minimalistów</em></p>
<p>„Krasiński dla wydobycia błękitnej linii z płaszczyzny ściany przytwierdzał do niej różne konstrukcje geometryczne, przypominające płaskie skrzyneczki, otwierające się i zamykające, które służyły jedynie do urozmaicenia biegu niebieskiego paska. Później na jego drodze pojawiły się drzwi bez ścian i aksjonometryczne, iluzoryczne obrazy „same w sobie”, zawsze w formacie 100 x 70 cm, w które „wchodził” błękitny pasek, a także reprodukcje znanych z historii sztuki, słynnych obrazów, po których przepływała błękitna linia. Na retrospektywnej wystawie Krasińskiego w 1997 roku w Zachęcie niebieski pasek „zaanektował” fotograficzną reprodukcję „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki. Niebieski pasek mógł pojawić się wszędzie, na ścianach prywatnych mieszkań, w kawiarniach, toaletach, na meblach i w rurach kanalizacyjnych” – pisze Ewa Gorządek.</p>
<p>Twórcy niektórych utworów minimalistycznych postępowali podobnie. Pisane utwory miały bardzo długi czas emisji albo artysta tworzył konceptualnie nieskończoną ilość motywów, wmieszanych w tradycyjne wątki muzyki na przykład operetkowej. Utwór bywał też grany ad infinitum, przerwany jedynie w skutek opuszczenia sali przez ostatniego słuchacza.</p>
<p>Piszącemu te słowa dane było poznać osobiście Edwarda Krasińskiego. Było to we wrześniu 1998 roku, gdy po wieczorze promocyjnym, na którym wyświetlano filmo-przeźrocza Guya Deborda, pracownicy Centrum Sztuki Współczesnej zaprosili zebranych do sali Laboratorium. Odbywało się to w związku z promocją pierwszego polskiego wydania kultowej książki tego socjologa-artysty „Społeczeństwo spektaklu” w przekładzie Anny Ptaszkowskiej we współpracy z Leszkiem Brogowskim. Malarz, witając gości w swoim mieszkaniu-pracowni, podawał  przybyłym lewą rękę do ucałowania, wskazując na przepaść rozciągającą się za socrealistyczną ścianą.</p>
<p>Mówił wówczas: „Żyjemy między samobójstwem a politykierstwem; arystokratyzm trzeba widzieć na zewnątrz siebie, bo przecież nie w naszym krwiobiegu i naszych jelitach. Artysta zawsze jest w pewnym stopniu rewolucjonistą. Działanie polega na odwracaniu istniejących sytuacji społecznych. Potrzebujemy symboli, żeby nauczyć się myśleć. Potrzebujemy błę/kitu, mówiąc wolno z przerwami wskazał na owijającą go wstążkę, by przypominał nam stale o konieczności radykalnej bezkompromisowości”.</p>
<p>Po koncercie w dniu 20 czerwca 2010 niebo nad Warszawą miało kolor stalowobłękitny. Kałuże odbijały światła neonów. Nie było też widać scotch blue – niebieskiego paska. Wychodzący komentowali: nawet ten socrealizm po zmroku jest ładny. Czy to dlatego, że go nie widać, czy dlatego, że po wysłuchaniu muzyki? – zapytał ktoś. Gdyby Edward Krasiński jeszcze żył (zmarł w 2004 roku przeżywszy 75 lat), byłby pewnie po części zadowolony. Według współtowarzyszy uchodził za malkontenta i złośliwego ponuraka. Według innych za błazna, który naigrywał się nawet z własnego arystokratycznego nazwiska.</p>
<p><strong><em>Źródło:</em></strong></p>
<p><em>*<a href="http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/os_krasinski_edward" target="_blank"> http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/os_krasinski_edward</a><br />
</em></p>
<p><em>** Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 77 (27/2010) z 29 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kolarzowski-cienka-niebieska-linia-powyborczy-koncert-w-instytucie-awangardy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Trzy źródła (i trzy części składowe) liberalizmu</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/kolarzowski-trzy-zrodla-i-trzy-czesci-skladowe-liberalizmu/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/kolarzowski-trzy-zrodla-i-trzy-czesci-skladowe-liberalizmu/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2010 23:11:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Bielik-Robson]]></category>
		<category><![CDATA[François Furet]]></category>
		<category><![CDATA[Furet]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kongres Wolności]]></category>
		<category><![CDATA[Kozłowski]]></category>
		<category><![CDATA[Lew Trocki]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marek Matczak]]></category>
		<category><![CDATA[nr 76]]></category>
		<category><![CDATA[Pełczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Reykowski]]></category>
		<category><![CDATA[Sadurski]]></category>
		<category><![CDATA[Smolar]]></category>
		<category><![CDATA[Szahaj.]]></category>
		<category><![CDATA[Łętowska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6099</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Trzy źródła (i trzy części składowe) liberalizmu<em>.</em></strong></p>
<p><strong><em>Komentarz do panelu Kongresu Wolności z dnia 22 maja 2010</em></strong></p>
<p>Wolność jest ideą oceanicznie otchłanną. Żeby o niej mówić trzeba ją odgraniczyć, obramować – niczym ciecz wlać do właściwego naczynia.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/kolarzowski-trzy-zrodla-i-trzy-czesci-skladowe-liberalizmu/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Trzy źródła (i trzy części składowe) liberalizmu&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Trzy źródła (i trzy części składowe) liberalizmu<em>.</em></strong></p>
<p><strong><em>Komentarz do panelu Kongresu Wolności z dnia 22 maja 2010</em></strong></p>
<p>Wolność jest ideą oceanicznie otchłanną. Żeby o niej mówić trzeba ją odgraniczyć, obramować – niczym ciecz wlać do właściwego naczynia.</p>
<p>23 maja zakończył swe obrady Kongres Wolności. Jego punktem kulminacyjnym był panel z udziałem profesorów: Agaty Bielik-Robson, Andrzej Szahaja oraz Aleksandra Smolara. Pod-czas toczonej dyskusji głos zabierali prof. Zbigniew Pełczyński, prof. Wojciech Sadurski, prof. Ewa Łętowska, prof. Janusz Reykowski i dr Tadeusz Kozłowski.<br />
Konferencyjny panel był znakomitą ilustracją tezy wypowiedzianej przez panią Bielik-Robson, mówiącą o tym, że liberałowie pozwolili sobie na utratę języka. A zatem czy język liberalizmu został skradziony? Uczestnicy panelu posługiwali się terminologią marksowską – „baza”, „nadbudowa”, „siły wytwórcze” – lub językiem zagrożonych, językiem obrońców reduty wolności. Rzecz jednak w tym, że w warunkach polskich jest to przetworzony język roman-tyków. To wygodne językowe <em>cliché </em>nie pozwala na zadanie wielu pytań i na postawienie kwestii, które by te obydwa porządki dyskursu – marksowski i romantyczny – przekraczały. Co więcej, obydwie tradycje mówienia pojawiły się w XIX wieku, a rozwój myśli liberalnej przed ponad stu laty był jednocześnie polemiką, jak i twórczo przetworzoną syntezą. Rozpad komunizmu w Europie Środkowej spowodował, że ideologia liberalna utraciła istotnego przeciwnika. Manifesty artystyczne zwracające się przeciwko romantyzmowi mniej lub bardziej skutecznie dopomogły w wytraceniu impetu ideologom liberalizmu. Ten ostatni aspekt zjawiska jest głęboko i dialektycznie złożony, ale powtarzane niemal jak mantra w akademickim dyskursie stwierdzenia o słabości liberalizmu (tytuł jednej z książek Wojciecha Sadurskiego brzmi <em>Liberałów nikt nie kocha</em>) może stanowić świadectwo problematyczności a nawet ideowego zapętlenia. Problem sprowadza się do tego, że definicja słownikowa wiążąca hasło liberalizmu z szeroko rozumianą wolnością jednostki pozostaje płytkim opisem powierzchni życia społecznego i formą myślenia życzeniowego.</p>
<p>Jest tak, gdyż w głębi świadomości liberalizm jest obietnicą powodzenia w sferze ekonomicznej, a nawet uczynienia sensem życia różnorodnych wysiłków zmierzających do podniesienia osobistej atrakcyjności. Nabywając ogólną, a nade wszystko zewnętrzną atrakcyjność zbliżamy się do maksymalizacji osobistego szczęścia. „Nie można być człowiekiem atrakcyjnym i złym jednocześnie” w wieku XVI zapisał Machiavelli.</p>
<p>Ponieważ liberalizm staje się ideologią domagającą się permanentnego samoodniesienia i samouzasadnienia, rozbić ten quasi religijny circus może jedynie stawianie pytań, na które ani liberał, ani nie-liberał, ani nawet przedstawiciele łączący ludzi z wymiarem świata nad-przyrodzonego, świata Bóstw i legend, wypowiadający się poprzez mity nie znajdują zadawalającej odpowiedzi. Pytanie bez odpowiedzi, wykreślając aporię sensu, jest krokiem w kierunku kreowania nowych idei. Odpowiedzi, które trafiają do leksykonów, podręczników szkolnych i przemawiają z pierwszych stron gazet świadczą na rzecz tezy: idea przeniknięta rozumem staje się ideą zużytą.</p>
<p style="text-align: center;"><strong>Warto w tym miejscu zadać sobie kilka pytań </strong></p>
<p><strong>Pytanie 1:</strong> co liberałowie mają do zaoferowania ludziom, którzy stali się ofiarami klęsk żywiołowych i wszelkich nagłych, nieprzewidzianych zdarzeń – powodzianom, ofiarom trzęsień ziemi, tsunami itp.? Odpowiedź brzmi, filantropię i przy odpowiednim poziomie materialnym ewentualny system ubezpieczeń.</p>
<p><strong>Pytanie 2:</strong> jak można być jednocześnie liberałem i biedakiem? Albo trochę szerzej, co ma do powiedzenia współczesnej Grecji pogrążonej w kryzysie, z państwem na krawędzi bankructwa ideologia liberalna? Ostatnim filozofem antycznym, którego interesowała wolność był Arystoteles. W XX wieku nauka grecka dała światu jednego powszechnie znanego filozofa politycznego – socjalistę Corneliusa Castoriadisa, piszącego i działającego na emigracji w Paryżu. Często jedyną i niestety ostatnią rzeczą, którą może uczynić zubożały liberał jest emigracja. Nie dziwi więc apel Eugeniusza Smolara, by w polskim lokalnym myśleniu zdjąć odium z emigracji jako zjawiska pozbawiającego kraj najaktywniejszych jednostek, a tylko uznać ją za część składową współczesnego świata. Ile osób może wyjechać? Ilu z tych, którzy wyjadą uda się sprostać okolicznościom i warunkom życia? To kwestie trudne do aksjologicznej ewaluacji, a cóż dopiero do rozpatrywania w kontekście takiej lub innej racji stanu czy conditio humana.</p>
<p><strong>Pytanie 3:</strong> czego liberałowie mogą nauczyć Forresta Gumpa (idol popkultury, bohater filmu fabularnego, uosabiający amerykańskiego głupka i naiwniaka)? Do treningu łagodności i przeświadczenia, że „życie jest jak pudełko czekoladek, bo nigdy nie wiadomo, co ci się trafi” nie potrzeba studiować jakiegokolwiek z klasyków liberalizmu. Są potrzeby rzędu „wyższych” i potrzeby „niższe”. W każdym społeczeństwie od antyku do postkomunizmu zainteresowanych tymi „niższymi” jest zdecydowana większość. Ale mechanizm demokratyczny i wolne media dają możliwość przeżycia czegoś szczególnego każdemu, kto zatrzyma na sobie uwagę vox populi, który poprzez pracujących w środkach masowego przekazu zwróci się do niego, do Forrest Gumpa, indywidualnie po imieniu. Środki masowego przekazu są medium, które z niemych ludzi czynią godną zazdrości personę któregoś z nas.</p>
<p>Jaki więc ma być liberalizm na czas kryzysu? Czy ma być to liberalizm zbliżający się do konserwatyzmu, czy liberalizm, którego wersją libertyńską, związaną z rewoltą młodzieży lat 60. usiłowano ugasić niepokoje, a dziś został pożegnany przez liderów partyjnych, gdyż stateczni ojcowie rodzin są podporą kampanii wyborczych w całej Europie i USA? Na postawy liberalne, w których więcej jest elementów konserwatywnych niż progresywnych z niepokojem w swym wystąpieniu wskazała prof. Bielik-Robson. Czy liberalizm, który w XIX-wiecznej Euro-pie w niektórych środowiskach był określeniem pejoratywnym, nawet obelgą dla np. katolików lub rewolucjonistów, współcześnie ma służyć jedynie jako teoretyczne zaplecze parlamentaryzmu i uzasadnienie czteroprzymiotnikowej ordynacji wyborczej?</p>
<p>Pozostając wierny językowi młodego Marksa a nie językowi <em>Reduty Ordona</em>, spróbuję przypomnieć trzy źródła myśli liberalnej i wypracować trzy podstawowe jej części składowe. Idee liberalne mają trzy niewyczerpane źródła inspiracji. Jednym z nich jest Biblia, szczególnie Stary Testament. Następnym teatr Szekspira. Trzecim źródłem inspiracji są zapisy, książki i dokumenty dotyczące Wielkiej Rewolucji Francuskiej i jej czasów.</p>
<p><strong>Odpowiedzialność przed Bogiem, wspólnotą i sobą samym</strong></p>
<p>Biblia, a zwłaszcza Stary Testament stanowi fundament trzech religii, najbardziej elastyczną literaturę dotyczącą działalności jednostki we wspólnocie. Biblia to nade wszystko zbiór re-guł, które mają służyć budowaniu silnego zespolenia rodów i plemion w ekskluzywną społeczność Narodu Wybranego, narodu, którego los i pomyślność, głównie zresztą materialna, powinna leżeć na sercu każdemu bogobojnemu członkowi wspólnoty. Prawo żydowskie było i jest częścią teologii Starego Testamentu. Studiowanie i znajomość Biblii uczyniło z wielu Żydów, zwłaszcza jeśli zdobyli się na otwartość wobec kultur innych niż żydowska, najwspanialsze umysłowości wszech czasów – kupców i rzemieślników, administratorów i buchalterów, pośredników, kronikarzy myślicieli interpretatorów Talmudu i Kabały, mistyków i specjalistów sztuki obrachunkowej. Tych ostatnich zatrudniano na potrzeby żeglugi, bankowości i handlu. Wszyscy oni czytali, studiowali, interpretowali Biblię. Nie byli więc analfabetami, nie zerwali kontaktu z kulturą macierzystą, w pocie czoła uczyli się języków obcych i odmiennych od ich własnego sposobów myślenia. Podobne praktyki, w tym codzienna lektura Pisma Świętego, ukształtowały społeczności protestantów, co pozwoliło im na likwidację analfabetyzmu o 300 lat wcześniej niż w katolickich rejonach Europy.</p>
<p><strong>Miłość w cieniu władzy i złych namiętności</strong></p>
<p>Szekspir to tajemniczy pisarz początku ery nowożytnej. Jego dramaty, czytane i wystawiane na scenach całego świata, mówią przede wszystkim o kondycji jednostki w rozpadającej się strukturze feudalnej. Pozycja zajmowana przez jednostkę rzutuje na jej losy i perspektywy, na szczęście osobiste. Dostęp do tego ostatniego jest zależny od władzy, miejsca w hierarchii i zupełnie nieprzewidzianych okoliczności, a nie od ewangelicznego przesłania miłości. Ten antychrześcijański aspekt wyłaniający się z utworów Szekspira nie jest jednak tak wyraźnie eksponowany jak u Machiavellego i dlatego jego przekaz pozostaje do dzisiaj dla większości niezauważalny.</p>
<p><strong>Siła, która wyzwala naród z opresyjnej tradycji</strong></p>
<p>Rewolucja francuska to trzecie źródło liberalizmu. Dokonała ona gigantycznego dzieła zdumiewającego swym rozmachem, ale także ścięła króla i obrońców starego porządku. Ścięła też wielu ludzi niewinnych, w tym także uczonych: matematyka i filozofa Condorceta, historyka Barnave, astronoma Bailly, przyrodoznawcę i jednego z pierwszych chemików Lavoisiera. Pod gilotyną zginęła większość przywódców samej rewolucji: Hebert i Fleuriot, Henriot i Chaumette, Danton, Desmoulins, Mole, Malesherbes, Robespierre i Saint-Just. Niemniej współczesny francuski historyk François Furet uznawał rewolucję francuską za dzieło nigdy nie zakończone, a to dlatego że główna teza, w imię której ją przeprowadzano brzmiała następująco: „Nie chodzi bowiem o to, aby sprawiedliwie podzielić istniejący bochenek chleba między najbiedniejszych; jest za mały na to, aby starczyło go dla wszystkich. Trzeba powiększyć sam bochenek”.</p>
<p>Można zatem powiedzieć, że car Mikołaj II wraz z rodziną oraz tysiące ofiar rosyjskiej wojny domowej zginęli bez procesu i pogrzebu w imię błędnych zasad, takich jak twierdzenie o kierowniczej roli proletariatu czy twierdzenie mówiące, że praca fizyczna ma takie same znaczenia jak umysłowa. Teza, w myśl której w XVIII stuleciu wywołano rewolucję, likwidując klasę próżniaczą jej świty i służbę – okazała się niekwestionowalna.</p>
<p>Dzięki dobrej znajomości języka francuskiego i pobycie na emigracji we Francji Lew Trocki mógł przestudiować wiele dokumentów z czasów rewolucji francuskiej, w tym plany mobilizacyjne, strategie obronne, mechanizmy stanów wyjątkowych. W decydującym momencie stanął na czele i kierował bolszewikami, doprowadzając do ich zwycięstwa w rosyjskiej woj-nie domowej. Mobilizacyjna siła Francji przeniesiona na rosyjski grunt okazała się wystarczająca by zadecydować w sposób znaczący o losach XX stulecia.</p>
<p>Trzy obszary wiedzy o religii, kulturze i walce narodowej w okresie ogromnej opresji i czasie nadzwyczajnej próby potraktujmy sygnalnie jako punkt wyjścia do debaty nad statusem wartości: odpowiedzialności, miłości i siły w sztuce rządzenia, a szerzej w polityce w sferze publicznej.</p>
<p>Odpowiedzialność jest cechą nieodzowną. Nigdy nie jest jej dosyć ani na poziomie jednostkowym, ani w społecznościach lokalnych, ani wśród zarządzających średnim i wielkim biznesem, ani u przywódców państw. Problem jednak w tym, że każda wspólnota wystawiona na sprzeczne tendencje dochodzące do ludzkich uczuć i myśli trudne do jednoznacznego za-programowania ulega wewnętrznym podziałom – nie jest jednomyślna. Filozofia polityczna Spinozy była pierwszą, która ów brak jednomyślności podniosła do rangi cnoty i zaczęła uczyć elementarza sterowania opinią publiczną. Samo bowiem apelowanie o jednomyślność i wzięcie na barki każdego maksymalnej odpowiedzialności prowadzi donikąd. Wspólnota i tak rozleci się z powodu tyleż wewnętrznych animozji, jak i na skutek działania podmiotów zewnętrznych, które operują siłą po wielokroć większą i skuteczniejszą – przez brak zaangażowania, przez wizerunek wroga i szereg innych czynników. Odniosą one zwycięstwo nawet nad wspólnotą składającą się z ludzi jednej nacji, jednej religii, a ponadto wysoce odpowiedzialnych. Odpowiedzialność można konfrontować z tzw. „polityką miłości” lub po prostu z siłą.</p>
<p>Trudno znaleźć ideę bardziej przeciwstawną sferze politycznej niż miłość. Poczynając od hymnu św. Pawła, cała poezja ludzkości opisuje miłość w dialektycznym napięciu – mówi o tym czym nie jest, jakimi szczegółami napełnia międzyludzkie relacje, w jaki sposób kreuje i odziera z wewnętrznego poczucia wartości zakochaną osobę. Tymczasem, jak nauczał w swych listach Talleyrand, polityka powinna wychodzić od następującej zasady: „nigdy nie kieruj się pierwszym odruchem; prawie zawsze pochodzi z głębi serca i ciebie oraz innych za-prowadzi na manowce”. Siła, podobnie jak miłość, używana bezrozumnie może stać się za-grożeniem dla innych i samej siebie.</p>
<p>Wolność jest ideą oceanicznie otchłanną. Jednocześnie skonfrontowana z odpowiedzialnością, miłością i siłą nabiera wymiarów, znaczenia i ceny.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>* Czytaj także <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/15/matczak-jeszcze-kilka-slow-po-%E2%80%9Ekongresie-wolnosci%E2%80%9D-liberal-na-manowcach/" target="_blank">tekst pokongresowy – autorstwa Marka Matczaka</a>.</em></strong></p>
<p><em>*Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 76 (25/2010) z 22 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/kolarzowski-trzy-zrodla-i-trzy-czesci-skladowe-liberalizmu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Wyjątkowość za cmentarzem</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/kolarzowski-wyjatkowosc-za-cmentarzem/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/kolarzowski-wyjatkowosc-za-cmentarzem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Jun 2010 01:32:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Bertrend]]></category>
		<category><![CDATA[Cafe Spokojna]]></category>
		<category><![CDATA[Dykiert]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kawalerowie Błotni]]></category>
		<category><![CDATA[Kornowicz]]></category>
		<category><![CDATA[Latecki]]></category>
		<category><![CDATA[nr 74]]></category>
		<category><![CDATA[Polskie Towarzystwo Muzyki Współczesnej]]></category>
		<category><![CDATA[PTMW]]></category>
		<category><![CDATA[Słomkowski]]></category>
		<category><![CDATA[Wideryński]]></category>
		<category><![CDATA[Zapiecek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5909</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Wyjątkowość za cmentarzem</strong></p>
<p>Kilkanaście dni temu, 27 maja, pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej (PTMW) odbył się koncert, w którym nawiązano do pewnej sympatycznej tradycji. Otóż zazwyczaj bywało tak, że to malarze, graficy i rzeźbiarze inspirowali się muzyką. W tym wypadku odwrócono ten porządek – to sztuka wizualna, a dokładniej fotografia, miała inspirować artystów grających muzykę <em>fussion-live</em>. Z inicjatywy grupy muzycznej Kawalerowie Błotni zorganizowano już wcześniej dwie podobne imprezy – 22 listopada 2009 roku odbył się koncert zatytułowany „Obrazki z wystawy”, a 14 grudnia „Rysy”. Gospodarzem obu tych wydarzeń była galeria „Zapiecek”.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/kolarzowski-wyjatkowosc-za-cmentarzem/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Wyjątkowość za cmentarzem&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Wyjątkowość za cmentarzem</strong></p>
<p>Kilkanaście dni temu, 27 maja, pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej (PTMW) odbył się koncert, w którym nawiązano do pewnej sympatycznej tradycji. Otóż zazwyczaj bywało tak, że to malarze, graficy i rzeźbiarze inspirowali się muzyką. W tym wypadku odwrócono ten porządek – to sztuka wizualna, a dokładniej fotografia, miała inspirować artystów grających muzykę <em>fussion-live</em>. Z inicjatywy grupy muzycznej Kawalerowie Błotni zorganizowano już wcześniej dwie podobne imprezy – 22 listopada 2009 roku odbył się koncert zatytułowany „Obrazki z wystawy”, a 14 grudnia „Rysy”. Gospodarzem obu tych wydarzeń była galeria „Zapiecek”.</p>
<p>Tym razem na miejsce koncertu wybrano nową przestrzeń – dziedziniec Wydziału Sztuki, Mediów i Scenografii warszawskiej ASP przy ul. Spokojnej 15. Uliczka ta to przecznica stołecznej arterii, ul. Okopowej, równoległa do ulicy Powązkowskiej. Po jednej stronie dotyka do muru cmentarnego Starych Powązek, a po drugiej stoją nieliczne budynki. W jednym z nich – rozłożystym, ceglanym, dwupiętrowym, zbudowanym w stylu pałacyków łódzkich fabrykantów – od kilku lat mieści się wydział Sztuk Medialnych stołecznej ASP. Pałac ma dwa dziedzińce. Przy jednym znajduje się miła i serwująca smaczne dania <em>Cafe Spokojna</em> (jest o niej głośno w Internecie i na falach niektórych rozgłośni radiowych). Na drugi dziedziniec wyniesiono kilka rzędów krzeseł dla publiczności.</p>
<p>Z historią gwiazdy wieczoru, czyli grupy sympatycznych i twórczych muzyków pod nazwą Kawalerowie Błotni zapoznałem się wcześniej, wchodząc na stronę internetową animatora koncertu  (<a href="http://www.latecki.com/projekty_kawalerowie.htm" target="_blank">http://www.latecki.com/projekty_kawalerowie.htm</a>):</p>
<p>„Kawalerowie Błotni – grupa powstała w 2001 z inicjatywy Jerzego Kornowicza. Ma za sobą szereg działań intuicyjnych i kompozycji kreowanych na żywo w najróżniejszych nietypowych okolicznościach jak np. w lasach czy na łąkach. Działalność Kawalerów łączy tradycję free-jazzową z działaniami intuicyjnymi. i komponowaniem. Dlatego w grupie spotykają się z reguły specjaliści od kształtowania przestrzeni muzycznej: grający kompozytorzy, komponujący jazzmeni i inni trudni do zakwalifikowania gatunkowego muzycy, nazwijmy ich: alternatywni. Grupa nie jest ciałem stałym. Jej skład często formuje się pod wpływem chwili. Aby uniknąć ewentualnych nieporozumień warto wyjaśnić, że status ‘kawalera’ nie odnosi się do stanu cywilnego, lecz do szarży i przynależności (<em>vide </em>Kawalerowie Maltańscy czy kawalerzyści)”.</p>
<p>Tym razem występował ensemble w składzie: Słomkowski, Dykiert, Bertrend, Wideryński, Latecki. Grano na perkusji, na różnorodnych przedmiotach dźwięko-odtwórczych sporządzonych z drewna i szkła, od czasu do czasu włączała się taśma z wcześniej nagraną muzyką elektroniczną. Światłem i dźwiękiem wykonywano partytury fotograficzne, a inspiracją miały być zdjęcia przedwojennych mistrzów fotografii wyświetlane w tle. Walorem koncertu była otwarta przestrzeń. Za murem i budynkami pałacu z nieotynkowanej cegły rosną w rzędzie wysokie topole. Z lewej strony znajduje się budynek szkolny i w pewnym momencie wyszło stamtąd wielu studiujących, na ramionach taszcząc charakterystyczne, wielkie, prostokątne futerały wypełnione obrazami. I studenci i organizatorzy imprezy obawiali się deszczu, ale szaro-fioletowe niebo po upuszczeniu kilku kropli zaniechało swej aktywności.</p>
<p>Muzyka live była przerywana odgłosem tłoku w gaźniku samochodu, którego silnik nie chciał zapalić, świergotem ptaków, które nadlatywały z nad cmentarza i podrywały się do lotu wraz z kolejnym podmuchem wiatru. Zresztą wiatr, jak mało który z elementów zewnętrzności, wyjątkowo sprzyjał muzykom. W pewnym momencie zerwał się na tyle, że do słuchaczy dochodził trzask niezamkniętych drzwi w budynku szkoły wyższej i odgłos bardzo cichego gwizdu z długich korytarzy. Zapadał zmierzch. W pewnym momencie między multiinstrumentalistów wbiegł szary, gruby kociak. Przebiegł niczym baletnica kilka kroków w jedną stronę, kilka w drugą, po czym uczynił w tył zwrot i wybiegł z centralnej przestrzeni placu. Napięcie wśród słuchaczy malało. Jedni przynieśli z sąsiedniego dziedzińca smaczne, niepasteryzowane piwo, inni – zwłaszcza pary – usiedli po drugiej stronie ulicy pod murem Powązek, a do słuchających koncertu dochodziły ich ciche rozmowy i śmiechy. W pewnym momencie między rzędami krzeseł pojawiła się młoda, jasnowłosa kobieta z dzieckiem w wózku. Siedzący nie patrzyli na nią życzliwie. Kobieta nachyliła się nad maluchem i wyszeptała: „jesteśmy na koncercie i nie będziesz mógł śpiewać tyle co zawsze”. Inteligentnie wyglądający bobas skupił na dochodzących ze sceny brzmieniach całą swoją uwagę. Najpierw nieśmiało, potem coraz raźniejszymi dźwiękami włączał się w przestrzeń muzyki. Czynił to z ogromnym wyczuciem i subtelnością. Można by powiedzieć największy znawca muzyki nie potrafiłby lepiej włączyć się tę niezmiernie trudną do zapełnienia przestrzeń, tym bardziej dziecięcą wokalizą. Gdy zyskał sympatię skonsternowanych dorosłych… znudziło mu się i zasnął.</p>
<p>Doświadczenie słuchania i obecności w oryginalnej przestrzeni na pewno zasługuje na odnotowanie.</p>
<p>Czy należy napisać o zastrzeżeniach? Może tak. Organizatorzy przepraszali, że jest za jasno i wyświetlane fotografie na początku były słabo widoczne. Wystarczyłoby zadaszenie lub większy ekran, aby problem rozwiązać, bez konieczności zmiany godziny koncertu na późniejszą. Zastrzeżenie drugie jest moją wyłączną impresją. W pamiętnikach Strawińskiego można przeczytać jak w jednej z sal koncertowych tamtejszy woźny zwrócił mu uwagę: „Maestro, jak komponujesz jakiś utwór pierwsze takty muszą być bardzo głośne. Inaczej publika nie wie, że trzeba skończyć rozmowy i zacząć słuchać”. Kompozytor najpierw nastroszył się, potem roześmiał, ale od tej pory wszystkie utwory rozpoczynał w ten właśnie sposób. Tak więc zastanawiam się jak przebiegłby koncert <em>Latecki Ensemble</em> w myśl powyższej reguły? Czy publiczność zgromadzona w przestrzeni obok starych Powązek na ulicy Spokojnej nie powinna zostać zalana dźwiękiem w sposób niedający słuchaczowi wytchnienia?</p>
<p>Zachowanie malucha w wózeczku przekonało mnie, że mogę nie mieć racji i liczy się niezamierzony efekt recentywizmu – filozoficznego poglądu, który głosi, „iż świat rodzi się za każdym razem na nowo (<em>a recentiori</em>), wraz z doświadczeniem, pomimo iż już raz w jakiś sposób istniał. Recentywizm odrzuca idee powtarzalności zdarzeń, przeżyć poznawczych, uczuć i faktów artystycznych; uznaje pierwotność i jednorazowość powyższych fenomenów oraz przyjmuje zasadę, że opis zjawisk – choć gramatycznie możliwy we wszystkich czasach – pozostaje wyłącznie w czasie teraźniejszym; wyklucza tym samym możliwość identyfikacji i deskrypcji przeszłych zdarzeń oraz przewidywania przyszłych”.</p>
<p><em>* Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 74 (24/2010) z 8 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/kolarzowski-wyjatkowosc-za-cmentarzem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Kristeva, czyli mosty zamiast murów</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/20/kolarzowski-kristeva-czyli-mosty-zamiast-murow/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/20/kolarzowski-kristeva-czyli-mosty-zamiast-murow/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 19 Apr 2010 23:08:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Julia Kristeva]]></category>
		<category><![CDATA[Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kristeva]]></category>
		<category><![CDATA[nr 67]]></category>
		<category><![CDATA[Phillipe Sollers]]></category>
		<category><![CDATA[Roland Barthes]]></category>
		<category><![CDATA[Ta niewiarygodna potrzeba wiary]]></category>
		<category><![CDATA[Turczyn]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5122</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: right;"><em>Profesorowi P. Śpiewakowi w dniu urodzin dedykuję</em></p>
<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Kristeva, czyli mosty zamiast murów</strong></p>
<p><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/04/kristeva.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-5129" title="kristeva" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/04/kristeva.jpg" alt="" width="140" height="235" /></a><br />
</strong></p>
<p>Człowieczeństwo jest pojęciem pojemnym. Pojemność odbiera jednak istotność człowieczeństwu. Julia Kristeva w swojej książce przywraca rangę temu, co ludzkie, wskazując na dwa biegunowe fenomeny, przez które człowieczeństwo się wyraża – ciało i słowo. Pytania o wiarę mogą być różnorodne, tak jak różnorodna w formie jest ta książka, składająca się z esejów, rozmów i wykładów. Jak mocno wiara jest ugruntowana w życiu człowieka? Jak bardzo człowiek, pisarz, filozof, artysta, święty jej ulega i ją odczuwa? Byt ludzki, powiada Kristeva, praktykująca psychoanalityczka, to byt mówiący. Takie doświadczenie jest wpisane w naszą egzystencję, jest dla nas pierwotne, niedyskutowalne, bliższe indywidualnej prawdzie niż całej powszechnej wiedzy naukowej.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/04/20/kolarzowski-kristeva-czyli-mosty-zamiast-murow/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Kristeva, czyli mosty zamiast murów&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: right;"><em>Profesorowi P. Śpiewakowi w dniu urodzin dedykuję</em></p>
<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Kristeva, czyli mosty zamiast murów</strong></p>
<p><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/04/kristeva.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-5129" title="kristeva" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/04/kristeva.jpg" alt="" width="140" height="235" /></a><br />
</strong></p>
<p>Człowieczeństwo jest pojęciem pojemnym. Pojemność odbiera jednak istotność człowieczeństwu. Julia Kristeva w swojej książce przywraca rangę temu, co ludzkie, wskazując na dwa biegunowe fenomeny, przez które człowieczeństwo się wyraża – ciało i słowo. Pytania o wiarę mogą być różnorodne, tak jak różnorodna w formie jest ta książka, składająca się z esejów, rozmów i wykładów. Jak mocno wiara jest ugruntowana w życiu człowieka? Jak bardzo człowiek, pisarz, filozof, artysta, święty jej ulega i ją odczuwa? Byt ludzki, powiada Kristeva, praktykująca psychoanalityczka, to byt mówiący. Takie doświadczenie jest wpisane w naszą egzystencję, jest dla nas pierwotne, niedyskutowalne, bliższe indywidualnej prawdzie niż całej powszechnej wiedzy naukowej.</p>
<p>Julia Kristeva, bułgarska dysydentka, w roku 1966 opuściła ojczyznę i udała się do Francji, gdzie dołączyła do intelektualistów z Tel Quel (po polsku: <em>Jakie Jest</em>). Grupa, w której skład wchodzili m.in. Roland Barthes, Phillipe Sollers (<em>założyciel grupy i małżonek J. Kristevej</em>), Tzvetan Todorov, w latach 1960 – 1982 wydawała czasopismo pod tą samą nazwą i zyskała międzynarodową sławę. W roku 1982 uznano, iż spory teoretyczne, ale też ideologiczne,  dotyczące stosunku do XX-wiecznych totalitaryzmów są tak znaczne, że grupa została rozwiązana przez Sollersa. Kontynuacją przedsięwzięcia, choć na mniejszą skalę, jest do dziś czasopismo „L’Infini”.</p>
<p>Zdaniem bułgarsko-francuskiej intelektualistki jednym z najistotniejszych nieredukowalnych i wyrażających człowieczeństwo fenomenów jest Słowo, a Słowo może stanowić klucz i sposób odczytania spuścizny Jana Pawła II. Dlatego też warto zająć się polską recepcją prac naukowych tej badaczki. Odbiór Kristevej w Polsce najeżony był trudnościami.</p>
<p>Najpierw „Problemy strukturowania tekstu” przełożyła pani W. Krzemień na potrzeby archiwum przekładów „Pamiętnika Literackiego” nr 4/1972. Jedenaście lat później prof. D. Ulicka w zbiorze „Bachtin” (<em>wyd. PWN, Warszawa 1983</em>) zamieściła tekst bułgarskiej intelektualistki pt. „Słowo, dialog i powieść”, (<em>s. 394-418, przeł. W. Grajewski</em>). Obydwa teksty pochodzą ze znanej pracy tej badaczki „Teorie d’esemble” (<em>Seuil, Paryż 1968</em>). Następnie grupa studentów i doktorantów warszawskiej polonistyki wydająca czasopismo „Ogród” umieściła na łamach numeru 2(6)1991 tekst „Martwy Chrystus Holbeina” (<em>przekł. R. Lis</em>), pochodzący z książki „Czarne słońce. Depresja i melancholia”. Polskie wydanie tej istotnej pracy Kristevej ukazało się w szacownej serii „Nowe Horyzonty” nakładem TA i WPN Universitas dopiero w roku 2007 (<em>przekł. M.P. Markowski</em>).</p>
<p>Tomasz Kitliński, który obronił u prof. Jadwigi Mizińskiej (UMCS) doktorat opublikowany pod tytułem „Obcy jest w nas. Kochać według Julii Kristevej” (wyd. Aureus, Kraków, 2001), w początkach lat 90. zaczął wydawać czasopismo „Rewia Kontr Sztuki”. W jednym z numerów znalazł się przetłumaczony przez niego tekst Kristevej. Po wydaniu trzech numerów na skutek decyzji fundatora – władz miasta Lublina – zaprzestano wydawania pisma. Piszącego tę recenzję spotkała reprymenda ze strony przedstawicielki papirologii za używanie uczelnianego kserografu do powielenia dla znajomych jednej stronicy tego unikatowego czasopisma.</p>
<p>Do niedawna u zbiegu ulic Krakowskiego Przedmieścia i Traugutta w Warszawie, czyli w salach budynku Instytutu Filozofii UW, na temat Kristevej można było podobno usłyszeć epitety mające stanowić anatemy: nie zna się na tym, o czym pisze, szarlatan nauki, zwariowana kobieta, która zawdzięcza karierę przyczynom pozaintelektualnym – antykomunizmowi i urodzie. W oskarżeniach tych celował jeden z profesorów zajmujący się semiotyką.</p>
<p>Dopiero w ostatnich trzech latach ukazało się kilka książek Julii Kristevej w języku polskim, w tym biografia Hannah Arendt jej autorstwa (<em>przekł. J. Lewin, wyd. KR, Warszawa 2007</em>) oraz „Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie” (<em>przekł. M. Falski, wyd. UJ, Kraków 2007</em>).</p>
<p>Profesor Marian Przełęcki (<em>ur. 1923</em>), uważany za nestora szkoły lwowsko-warszawskiej, w przełomowym roku 1989 opublikował piękny esej „Chrześcijaństwo niewierzących” (<em>wyd. SW Czytelnik</em>). Temat nie znalazł kontynuatorów, których publikacje książkowe mogłyby mieć podobną rangę i podążyć szlakiem zarysowanym przez intelektualistę wychowanego w Polsce międzywojennej. Dopiero książkę Kristevej, pisaną z oryginalnych pozycji post-freudystki, można uznać za kolejny kamień milowy zgłębianego tematu – potrzebie powierzania i zawierzenia człowieczego losu.</p>
<p>Wiadomo, że Karl R. Popper uznał zarówno marksizm, jak i psychoanalizę za teorie, w których element wiary jest tak znaczący, iż niepodobna je sfalsyfikować. A zatem, zdaniem tego super-pozytywisty, są pozanaukowe. Na przedstawiony zarzut obrońca danego konglomeratu przekonań wynajdzie jakikolwiek inny argument z arsenału terminologii podlegającej hipostazom, a więc na tyle pozalogicznej, że urągającej prawu wyłączonego środka. Wówczas dyskusja może ciągnąć się w nieskończoność. Skoro tak, to może właśnie na zasadzie mimesis, teorie, w których znalazł się spory ładunek przekonań nie do udowodnienia, winien mieć zastosowanie do tego, co mimo zapędów racjonalistów, marksistów, rzeczników psychoanalizy może zostać opisane. Przez opis przekonanie może zostać częściowo wytłumaczone, niewytłumione, ulotnie dotykając jądra religijności.</p>
<p>Przedstawiciele kościołów tłumaczą źródła wiary na różne sposoby. Kościelni uczeni już dawno umilkli i na spotkaniach ekumenicznych, a słowa zastępują gesty. Żniwo wojen religijnych i religijny integryzm spowodowały, że różnorodność stała się wstydem. Teologiczne uzasadnienie wiary nawet w literaturze konfesyjnej bywa redukowane do dogmatu i „traktowane” brzytwą Ockhama. Łaską nadprzyrodzoną tłumaczą wiarę w katolicyzmie i częściowo w prawosławiu. Silną wolą, pragnieniem wyjaśniają ją luteranie i racjonalistyczne odłamy protestantyzmu. Treningiem pobożności tłumaczy konieczność wiary islam. W ekskluzywistycznych grupach sufich i w buddyzmie uczucie zostaje wzmocnione doświadczeniem fizjologiczno-mistycznym (tańcami wirowymi, hiperwentylacją, ćwiczeniami fakirów, jogą, medytacją).</p>
<p>Julia Kristeva, jak przystało na humanistyczną uczoną, postanowiła poprzestać na minimalistycznym wymiarze dyskursu, operować wyłącznie Słowem, które pragnie zrozumienia, zjednoczenia, wyrażenia zarówno ekstazy, jak i bezsilności.</p>
<p>Równie znane jest interpretowanie wierzeń religijnych przez Zygmunta Freuda, który nazywał wierzenia iluzją, resentymentem po zamordowanym przywódcy, co doprowadziło do wykreowania pojęcia jedynego boga (Mojżesz i monoteizm). Z perspektywy XXI wieku, patrząc w przeszłość, na doświadczenie dwóch totalitaryzmów – nazizmu i komunizmu, na przemiany w obyczajach – równouprawnienie kobiet i rewolucję seksualną, wiemy, jak bardzo słabe jest ciało człowieka. Jak bardzo potrzebuje sanktuarium, co próbował wyrazić Karol Wojtyła w pracy „Osoba i czyn”, później: papież-sportowiec, papież-aktor, papież z chorobą i śmiercią na oczach świata.</p>
<p>Wiemy również, jak mało może słowo. Nieporadne, źle dobrane, opacznie rozumiane, a często prześladowane, cenzurowane, manipulowane i skazywane na nieobecność. Reagujące w swej bezsilności jedynie kontekstową ewolucją. Niczym roślina z nieprzepartą wolą bycia, która jednak musi zmienić część istotnego przejawu życia, żeby przetrwać w warunkach, do których nie była dostosowana.</p>
<p>Może ktoś zapytać, po co czytać książkę Kristevej „Ta niewiarygodna potrzeba wiary”. Zamiast tego wierzący podążą do świątyń. Niewierzący wzruszą ramionami i zaproponują (jeżeli będą odważni): porozmawiajmy o hedonizmie! Filozof religii skonstatuje: jest jeszcze tak zwany nurt pośredni, wywodzący się od Friedricha Daniela Ernsta Schleiermachera (1768 – 1834), niemieckiego teologa, pisarza, kaznodziei, filozofa i pedagoga, duchownego kościoła ewangelicko-reformowanego związanego ze śląskim pietyzmem i wspólnotą braci morawskich. Myśliciel ten jako pierwszy zaproponował sojusz teologii i religioznawstwa. Chciał wierzyć, że wyklinanie postawy gnostycznej oraz wyśmiewanie daru profetyzmu nie doprowadzą do zubożenia kondycji ludzkiej w stopniu tak znaczącym, iż będzie oznaczało gatunkowe samozniszczenie ludzkości. Julia Kristeva wpisuje się swoja książką w ten szczególny nurt pośredni. W każdym zdaniu jej pracy brzmi najwyższej wody intelektualizm francuskich strukturalistów drugiej połowy XX wieku i witalizm bułgarskiej kobiety, wyrażającej się poprzez różnorodne syntezy. Jest to synteza witalizmu i dojrzałości, synteza uśmiechu zwróconego do tego, co nadprzyrodzone, i ustępstwa wobec zwątpienia; synteza cielesności, która znała płomień fizyczny i nadprzyrodzony, po to by móc się usunąć i pozwolić tym dobitniej mówić ustom przeoranym zmarszczkami.</p>
<p>Kristeva w cytatach brzmi prowokacyjnie płytko. Jest tak dlatego, że narracja postfreudowska przemawia siłą całych akapitów. Dialektyka płci, synteza hermafrodyty schowana we wnętrzu każdego indywidualnego ego a ujawniana w szeroko rozumianej kulturze na biegunowych wyżynach i w szeroko rozlanych płyciznach tego, co popularne, dopiero wypracowuje środki werbalnego wyrazu. Stąd też z  pozostającej w cieniu greckiej kultury Bułgarii przenieśmy się w rejony podlegające wyłącznie wpływom łacińskim – na północ do kraju Daków, do Rumunii.</p>
<p>Nadchodzi czas, w którym, jak wieszczył rumuński filozof Constantin Noica, filozofii pozostanie zajmować się głównie granicami. Wyznaczaniem tego, co po jednej i drugiej stronie powinno się znajdować. Wyjaśnianiem sporów, dekonstrukcją racji stron przeciwnych.</p>
<p>Będzie także zajmowała się ważeniem agonów – przeciwieństw, poszukiwaniem jednostek wagi i nominału dla większych bądź mniejszych kontrowersji od czasów babilońskiego mane, tekel, fares.</p>
<p>Naukę Noici we wspomnieniowo-eseistycznej książce streszcza jego uczeń Gabriel Liceanu, wyróżniony za swoją twórczość eseistyczną niemiecką nagrodą Herdera, minister kultury w postkomunistycznej Rumunii:</p>
<p>„Idea musi być myślą poddaną refleksji, inaczej zostanie zwykłym spostrzeżeniem. Więc żebyś zaczął ją modulować, rzucam ci prowokację w postaci listy składającej się z dwóch kolumn: w pierwszej umieściłem przykłady granicy, w drugiej — ograniczenia (…). To ci uświadomi, jak wielka jest różnica między twoją teratologią a moim ograniczeniem. Po pierwsze, twoja granica operuje wyłącznie na płaszczyźnie ducha subiektywnego, związana jest z wolą, a więc uczestniczy w porządku dynamicznym; moje ograniczenie wiąże się z duchem obiektywnym i jest poniekąd leniwe, nie mówiąc już o tym, że ma charakter ontologiczny, toteż odnajduję je wszędzie, od świata nieorganicznego do człowieka. Następna różnica, granica jest stała bądź ruchoma, ale przekraczalna, natomiast ograniczenia się nie przekracza: gdy coś się powiększa, niesie z sobą ograniczenie. W ostatecznym rachunku granicę można zostawić za sobą, ograniczenie towarzyszy ci zawsze, nawet w nieograniczeniu. Dam ci kilka przykładów: koło to granica, horyzont – ograniczenie; religia (<em>religo</em>) to granica, wierzenie – ograniczenie; drugi człowiek (<em>l’enfer c’est l’autre</em>) – granica, inny – ograniczenie; kasta – granica, klasa – ograniczenie; rzeczownik – granica, rzeczownik odsłowny – ograniczenie; stan – granica, sytuacja – ograniczenie; prawda jako ścisłość – granica, prawda ścisła – ograniczenie; »być w« – granica, »być w i ku« – ograniczenie; mieszkanie – granica, dom – ograniczenie; donżuanizm – granica, prawdziwa miłość do człowieka – ograniczenie. I tak dalej” ( <em>G. Liceanu, „Dziennik z Paltinisu. Pajdeja jako model w kulturze humanistycznej”, przeł. z rumuńskiego I. Kania, Sejny, 2001, s. 125-126</em>).</p>
<p><em><strong>Książka:</strong></em></p>
<p>Julia Kristeva, <em>Ta niewiarygodna potrzeba wiary</em>, przekład A. Turczyn, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas, Kraków 2010.</p>
<p><em>* Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 67 (17/2010) z 20 kwietnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/20/kolarzowski-kristeva-czyli-mosty-zamiast-murow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KATASTROFA SAMOLOTU PREZYDENCKIEGO</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/10/katastrofa-samolotu-prezydenckiego/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/10/katastrofa-samolotu-prezydenckiego/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 10 Apr 2010 09:43:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Bartosz Biedrzycki]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Lech Kaczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Śpiewak]]></category>
		<category><![CDATA[Stanisław Swianiewicz]]></category>
		<category><![CDATA[Zdzisław Peszkowski]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Jasina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4969</guid>
		<description><![CDATA[<p>Szanowni Państwo,</p>
<p>W SAMOLOCIE TU-154, KTÓRY PRZED GODZINĄ 9.00 POLSKIEGO CZASU RUNĄŁ NA ZIEMIĘ 1,5 KILOMETRA OD LOTNISKA W SMOLEŃSKU, BYŁY NAJWAŻNIEJSZE OSOBY W PAŃSTWIE POLSKIM.</p>
<p>Wydaje się, że możemy przyjmować za pewnik, iż sytuacja, która dotąd była tylko teoretyczną możliwością zapisaną w Konstytucji – śmierć prezydenta – naprawdę się wydarzyła. Ale to nie wszystko. Na pokładzie samolotu wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, były również osoby tak ważne, jak: Pani Prezydentowa, Wicemarszałkowie Sejmu i Senatu RP, Podsekretarze Stanu, Szefowie Sztabu Generalnego, Przedstawiciele Rodzin Katyńskich, Przedstawiciele Parlamentu RP, Przedstawiciele Kościołów i Wyznań Religijnych, Przedstawiciele Sił Zbrojnych.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/04/10/katastrofa-samolotu-prezydenckiego/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KATASTROFA SAMOLOTU PREZYDENCKIEGO&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Szanowni Państwo,</p>
<p>W SAMOLOCIE TU-154, KTÓRY PRZED GODZINĄ 9.00 POLSKIEGO CZASU RUNĄŁ NA ZIEMIĘ 1,5 KILOMETRA OD LOTNISKA W SMOLEŃSKU, BYŁY NAJWAŻNIEJSZE OSOBY W PAŃSTWIE POLSKIM.</p>
<p>Wydaje się, że możemy przyjmować za pewnik, iż sytuacja, która dotąd była tylko teoretyczną możliwością zapisaną w Konstytucji – śmierć prezydenta – naprawdę się wydarzyła. Ale to nie wszystko. Na pokładzie samolotu wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, były również osoby tak ważne, jak: Pani Prezydentowa, Wicemarszałkowie Sejmu i Senatu RP, Podsekretarze Stanu, Szefowie Sztabu Generalnego, Przedstawiciele Rodzin Katyńskich, Przedstawiciele Parlamentu RP, Przedstawiciele Kościołów i Wyznań Religijnych, Przedstawiciele Sił Zbrojnych.</p>
<p>NIE JEST W TEJ CHWILI WAŻNE, Z JAKIMI POGLĄDAMI I UGRUPOWANIAMI UTOŻSAMIALIŚMY TE OSOBY. TA TRAGEDIA DOTYCZY NAS WSZYSTKICH.</p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>Redakcja</strong></em></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><small><br />
<a name="0"><strong>W temacie tygodnia</strong></a><br />
<a href="#1">Katastrofa</a><br />
<a href="#2">Póki śmierć nas nie rozdzieli</a><br />
<a href="#3">Symboliczny wymiar tragedii – szok, smutek, obawy</a><br />
<a href="#4">Bez tchu i z niewygodnymi pytaniami</a><br />
<a href="#5">Są chwile kiedy milkną słowa. Nie powinny.</a><br />
<a href="#6">Tragedia polskich elit</a><br />
<a href="#7">Polityczne antagonizmy okryły się zażenowaniem i ciszą</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;">
<p style="text-align: center;">
<p><a name="1"><strong>Katastrofa</strong></a></p>
<p style="text-align: right;"><em>Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,<br />
Że ci ze złota statuę lud niesie,<br />
Otruwszy pierwej?</em></p>
<p style="text-align: right;">C. K. Norwid</p>
<p>We mgle smoleńskiej zginęła duża część elity politycznej Polski. Zmarł na posterunku Prezydent, zginęli ministrowie, posłowie, generałowie, kapłani. To wielki cios dla Polaków.</p>
<p>Zginęło wielu moich bliskich znajomych.</p>
<p>Śmiercią tragiczną zmarł Tomek Merta, mój kolega jeszcze z czasów pracy w „Res Publice”, świetny, mądry, poważny człowiek, dobre pióro.</p>
<p>Zginął Janusz Kochanowski, z którym uczestniczyłem przed laty w seminarium „Ius et Lex”, wielki patriota.</p>
<p>Zginął Maciej Płażyński, człowiek skromny, rozumny, przez lata działał w opozycji. To dzięki niemu i jego autorytetowi w ogóle było możliwe powstanie PO.</p>
<p>Zginął Arek Rybicki, poseł PO, związany z Ruchem Młodej Polski, współzałożyciel NSZZ Solidarność. Człowiek szlachetny i prawy. Bardzo z nim lubiłem gadać w czasach sejmowych. Doskonale rozumiał, czym jest polityka.</p>
<p>Zginęła  Iza Jaruga-Nowacka, piękna wewnętrznie osoba, bardzo wrażliwa, o prawdziwie lewicowych poglądach.</p>
<p>Jeszcze ze stanu wojennego pamiętam Grażynę Gęsicką, była bardzo oddana opozycji, Tygodnikowi „Mazowsze”, wykazywała się wyjątkową wiedzą i kulturą wewnętrzną, okazała się świetnym ministrem i posłem.</p>
<p>Ceniłem Janusza Krupskiego, człowieka twardego jak skała, dzielnego, w czasie stanu wojennego próbowała go zabić SB.</p>
<p>Zginęło wielu pięknych i mądrych ludzi. Z wieloma z nich zetknąłem się, rozmawiałem.</p>
<p>Bardzo lubiłem i ceniłem Prezydenta. Był świetnym rozmówcą, miał doskonałą pamięć, dużo wiedział. Znał świetnie polską historię. Był obecnie jednym wysokim urzędującym polskim politykiem, który miał mocne poglądy, potrafił ich bronić. Dużo przeszedł złego po 1991 roku. Bardzo go media i konkurenci polityczni krzywdzili. Większość z tego, co o nim pisano niedawno było albo niemądre, albo wstrętne.</p>
<p>Zginęło wielu dobrych i mądrych ludzi, których nazwiska będziemy pamiętali, których będziemy długo wspominać.</p>
<p>Ta katastrofa jest jak rewolucja polityczna.</p>
<p>PiS stracił swoich najlepszych i najwierniejszych ludzi. Jest to strata niepowetowana. Jesteśmy i długo będziemy w żałobie po katastrofie w Smoleńsku.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Paweł Śpiewak</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><strong>Póki śmierć nas nie rozdzieli</strong></a></p>
<p>Nigdy nie byłem zwolennikiem Lecha Kaczyńskiego i mój stosunek do jego prezydentury bywał krytyczny. Niezależnie jednak od naszych osobistych przekonań to, co wydarzyło się dziś rano jest dla kraju kataklizmem &#8211; przede wszystkim politycznym. Teraz dopiero będzie nam dane ocenić, czy mechanizmy władzy i ludzie, którzy ją sprawują, faktycznie dadzą sobie radę. Nie mnie jednak oceniać ani prorokować, jakie kłopoty czekają Polskę i kiedy uda się nam z nimi uporać. Nie znam się na tym na tyle, aby snuć domysły warte cokolwiek więcej niż podlane piwem pogadanki przed telewizorem.</p>
<p>Jest jednak jedna jedna postać, wiem, że zabrzmi to może groteskowo i niestosownie &#8211; piękna w swoim tragizmie. Maria Kaczyńska, żona prezydenta, Pierwsza Dama. Niepozorna, czasem wręcz szara kobieta, trwająca wiernie u boku swojego męża &#8211; dawniej i teraz, gdy przez ostatnie kilka lat sprawował najważniejszy urząd w państwie.</p>
<p>Żona przede wszystkim &#8211; zawsze przy nim za życia, razem z nim także w śmierci.</p>
<p>Jak głęboko symboliczna w swojej dzisiejszej tragedii jest ta postać. Pośród lamentu nad utratą elit intelektualnych, fachowców politycznych i doskonałych żołnierzy pochylmy się na moment nad zwykłym człowiekiem i nad tak pięknie ucieleśnioną przez Marię Kaczyńską ideą miłości i związku dwojga ludzi.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Bartosz Biedrzycki</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><strong>Symboliczny wymiar tragedii – szok, smutek, obawy</strong></a></p>
<p>Śmierć Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w katastrofie lotniczej podczas podróży do Smoleńska to tragedia, która niesie ze sobą ogromny ładunek symboliczny. Wielu osobom zapewne nieubłaganie nasuwają się skojarzenia ze śmiercią premiera Władysława Sikorskiego.</p>
<p>Próbuję otrząsnąć się z szoku i zaczynam się bać. Przede wszystkim tego, że czeka nas wysyp teorii spiskowych, które zatrują relacje polsko-rosyjskie i klimat życia politycznego w kraju. Media powinny dziś szczególnie ostrożnie ważyć słowa i unikać pogoni za sensacją. Tymczasem w jednym z pierwszych krajowych doniesień można było przeczytać o zarekwirowaniu przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa zdjęć zrobionych przez świadka katastrofy. Pozostawiona bez komentarza, taka informacja nieuchronnie wywołuje podejrzenia.</p>
<p>Kluczowe znaczenie ma to, jak zachowa się marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, który zgodnie z Konstytucją stał się właśnie osobą pełniącą obowiązki głowy państwa. Ironią losu jest to, że to właśnie Komorowski miał być głównym oponentem Prezydenta Kaczyńskiego w walce o reelekcję. Dlatego też ważny będzie każdy jego gest, każde słowo.</p>
<p>Równie ważne, a być może ważniejsze jest to, jak zachowają się Rosjanie. Przede wszystkim rosyjskie władze powinny zapewnić pełen dostęp do informacji o katastrofie, aby uniknąć wszelkich oskarżeń o ukrywanie dowodów lub tuszowanie niewygodnych szczegółów śledztwa mającego wyjaśnić przyczyny tragedii.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Paweł Marczewski</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="4"><strong>Bez tchu i z </strong><strong>niewygodnymi pytaniami</strong></a></p>
<p>Patrzę na nazwiska ofiar. Obok najważniejszych osób w Państwie są na tej liście ludzie, których spotkałam osobiście. Ktoś ze mną rozmawiał, ktoś uścisnął mi dłoń. Ktoś wpisywał mi ocenę do indeksu na zakończenie zajęć. Są tam też tacy, których nazwiska związane są z polską historią, z Rodzinami Katyńskimi.</p>
<p>Patrzę bez tchu. Brak mi słów, by wyrazić moje współczucie dla Rodzin Ofiar. Chciałabym złożyć im moje najszczersze kondolencje.</p>
<p>Ale jednocześnie mam głębokie poczucie, że zostajemy w tej tragedii z szeregiem bolesnych i irytujących pytań. Takich, które musimy zadać, bo stała się rzecz nie do pomyślenia:  osoby tak ważne dla funkcjonowania Państwa, a z nimi przedstawiciele fundamentalnych polskich środowisk parlamentarnych, wojskowych, przedstawiciele Rodzin Katyńskich, wsiadły do jednego samolotu. I to samolotu, o którym od lat mówiono, że wymaga pilnej naprawy lub wymiany.</p>
<p>Nagle, dopiero w takim momencie, orientujemy się, że barwy partyjne, przeszłe konflikty, medialne kłótnie, nie mają znaczenia. Mówimy bowiem nie tylko o tych konkretnych Osobach, które zginęły, ale o Przedstawicielach Państwa, które na co dzień powinno sprawnie działać.</p>
<p>Dlaczego, choć choć od lat trwa debata na temat fatalnego stanu prezydenckiego Tu-154, nie wymieniono tej maszyny? Dlaczego nie wyruszyły dwa, trzy samoloty – wtedy tę ogromną liczbę pasażerów, która co chwila inaczej podawana jest w mediach, można byłoby podzielić na kilka mniejszych grup? Dlaczego samolot RP nie lądował na lotnisku wojskowym tak jak kilka dni temu  samolot z Putinem, tylko na cywilnym, gdzie nie ma elektronicznego naprowadzania? Kiedy w Polsce zaczniemy myśleć o państwie jako wartości, zamiast gubić się w partyjnych sporach? Kiedy polityka stanie się obszarem profesjonalizmu nie tylko w dziedzinie politycznego PR-u i międzypartyjnych walk?</p>
<p>Być może przyszedł czas, by zacząć o tym myśleć. Ale nie tak, jak bardzo chętnie to zwykle robimy – pod wrażeniem chwili, katastrofy, przez dwa tygodnie, by potem znów wrócić do tego naszego polskiego „jakoś to będzie”. Czas, by zacząć myśleć o tym codziennie, regularnie, by szukać rozwiązań. Profesjonalnie.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Karolina Wigura</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="5"><strong>Są chwile kiedy milkną słowa. Nie powinny.</strong></a></p>
<p>We środę Polska odniosła wielki sukces. Jedna z najstraszniejszych tragedii naszego narodu, została uhonorowana przez spadkobierców jej sprawców. Stanisław Swianiewicz, ks. Zdzisław Peszkowski i inni którzy o to walczyli, odnieśli pośmiertnie zwycięstwo.</p>
<p>Dziś wszystko zostało zniszczone. Nie żyje Prezydent i jego zona, nie żyje Prezydent Kaczorowski, który siedemdziesiąt lat temu oczekiwał w sowieckim więzieniu na wykonanie kary śmierci. Nie ma już Andrzeja Przewoźnika i Janusza Krupskiego. Nie ma nawet obrazu Matki Bożej Katyńskiej, który spłonął w samolocie.</p>
<p>Po raz kolejny Polska ma przetracony kręgosłup. Po raz kolejny musimy się z tej tragedii podnieść.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Łukasz Jasina</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="6"><strong>Tragedia polskich elit</strong></a></p>
<p>Katastrofa samolotu rządowego w Smoleńsku jest nie tylko bezprecedensową katastrofą polityczną, ale i kolejnym w historii Polski wydarzeniem, w którym w krótkim czasie ginie wiele osób reprezentujących elity intelektualne.</p>
<p>Chociaż wydarzenia tego w żadnym wypadku nie można jakościowo porównywać ani do zbrodni katyńskiej, ani do powstania warszawskiego, ani do antysemickiej kampanii roku 1968, czysto  ilościowy rachunek jest w swoim podobieństwie brutalny. Nie sposób jeszcze zważyć wszystkich politycznych i społecznych konsekwencji katastrofy, ale jedno jest pewne: ponad osiemdziesiąt osób to bardzo dużo, a dla wielokrotnie uszczuplonej przez historię formacji polskiej inteligencji –  wyjątkowo dużo.</p>
<p>Osoby, których nazwiska pojawiły się na liście ofiar katastrofy, od lat współtworzyły polską debatę publiczną oraz wpływały na kształt wielu instytucji. Dlatego niezależnie od dystansu do poszczególnych poglądów politycznych &#8211;  dystansu mojego osobistego, ale dystansu dużej części mojego pokolenia &#8211; tragedia w Smoleńsku jest tragedią publiczną, która dotyka również nas &#8211; radykalnym uszczupleniem wspólnoty tych, którzy podejmują wysiłek myślenia o wspólnym dobru.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Joanna Kusiak</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="7"><strong>Polityczne antagonizmy okryły się zażenowaniem i ciszą</strong></a></p>
<p>Na skrzyżowaniu greckiej tragedii i Zachodu leży dzisiaj Polska. Pewnikiem zostaje łagodność, biologiczny kres i pustka. Mieszkańcy Warszawy, który w dniu 10 kwietnia 2010 roku opuścili domy i przemierzali ulice, zapalali znicze pod Pałacem Namiestnikowskim, udawali się do znajomych byli łagodni i  odmienieni. Za sprawą okoliczności  stać nas  będzie na głębszy wymiar dobroci.</p>
<p>Polityczne antagonizmy okryły się zażenowaniem i ciszą. Chwała nagłej, niespodziewanej śmierci, śmierci w przestrzeni naznaczonej dawną tragedią i przez to symbolicznej wtargnęła w obszar historii.</p>
<p>Strata powinna otwierać na pragnienie odpowiedzialności, skromności, pracowitości i umiejętność dokonywania właściwych wyborów. Nieprzyjemne jest doświadczenie, które wymusza niecodzienną dorosłość &#8211; nie wiadomo, na jaką drogę skieruje nasze kroki, obciąży  indywidualność człowieka.</p>
<p>Także „ramiona Cyrenejczyka” przemieniają pospolitość w kapitał doświadczenia. Empiria metafizycznego przedświtu dobiera klucz do człowieczego wnętrza &#8211; brzemię żałoby po tych, których nie koniecznie dane nam było pokochać ani nawet z pewnością zrozumieć.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></strong></p>
<p><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 65 (15/2010) z 10 kwietnia 2010 r. </strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>(wydanie specjalne)</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/10/katastrofa-samolotu-prezydenckiego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Wychodząc poza Encheiridion</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/kolarzowski-wychodzac-poza-encheiridion/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/kolarzowski-wychodzac-poza-encheiridion/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 30 Mar 2010 00:13:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[encheiridion]]></category>
		<category><![CDATA[Hermann Hesse]]></category>
		<category><![CDATA[Hesse]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy Pabian]]></category>
		<category><![CDATA[nr 63]]></category>
		<category><![CDATA[Samotnik w świecie wielkich wojen]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4809</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Wychodząc poza Encheiridion</strong></p>
<p><em><strong>1. Poza wymiar historii</strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em>Ty, którego nie mogłem ocalić,<br />
Wysłuchaj mnie. [...]<br />
Czym jest poezja, która nie ocala<br />
Narodów ani ludzi?<br />
Wspólnictwem urzędowych kłamstw,<br />
Piosenką pijaków, którym ktoś za chwilę poderżnie gardła,<br />
Czytanką z panieńskiego pokoju.<br />
To, że chciałem dobrej poezji, nie umiejąc,<br />
To, że późno pojąłem jej wybawczy cel,<br />
To jest i tylko to jest ocalenie.</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/kolarzowski-wychodzac-poza-encheiridion/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Wychodząc poza Encheiridion&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Wychodząc poza Encheiridion</strong></p>
<p><em><strong>1. Poza wymiar historii</strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em>Ty, którego nie mogłem ocalić,<br />
Wysłuchaj mnie. [...]<br />
Czym jest poezja, która nie ocala<br />
Narodów ani ludzi?<br />
Wspólnictwem urzędowych kłamstw,<br />
Piosenką pijaków, którym ktoś za chwilę poderżnie gardła,<br />
Czytanką z panieńskiego pokoju.<br />
To, że chciałem dobrej poezji, nie umiejąc,<br />
To, że późno pojąłem jej wybawczy cel,<br />
To jest i tylko to jest ocalenie.</em></p>
<p style="text-align: left;">
<p style="text-align: left;">Pytał i odpowiadał Czesław Miłosz w wierszu „Przedmowa” z tomu „Ocalenie” wydanego w 1945 roku. Kiedy w roku 1980 poeta otrzymał nagrodę Nobla, na łamach „Tygodnika Powszechnego” Anna Kamieńska polemizowała z jego prometejskim rozumieniem poezji. Miłosz nie był jednak pierwszym pisarzem XX stulecia, który przypisywał literaturze zbawczą moc, a poecie – pisarzowi – artyście posłannictwo mesjańskie. Znaczącym poprzednikiem Miłosza w takim pojmowaniu roli literatury i sztuki był Hermann Hesse. Temu niemiecko-szwajcarskiemu pisarzowi, szczególnie zaś jego polityczno-pacyfistycznym wymiarom biografii, poświęcona została znakomita książka Jerzego Pabiana. Twórczość autora „Wilka stepowego” potrzebuje wielu kluczy deszyfrujących. Wartością omawianego biograficznego eseju jest zwrócenie uwagi na bogactwo interpretacyjne, które dwudziestowieczna literatura zyskała dzięki temu pisarzowi. Jednym z takich tropów pomocnych jest koncepcja zbawienia przez sztukę. Pabian podkreśla: „Jeśli sztuka ma pomagać poznać własne ja, a w to wierzył autor »Demiana«, to musi rozpoznać i wgłębić się w ból. Idąc dalej, możemy doszukać się w twórczości Hessego estetycznej konstrukcji określanej mianem chrystologii sztuki: oto sztuka bierze na siebie cierpienie i grzechy tego świata. Sztuka (a z nią oczywiście Artysta) przejmuje niejako rolę Zbawiciela. Artysta staje się Zbawicielem, gdyż prawdziwa twórczość to powołanie, to misja nadawania światu sensu”. (J. Pabian, „Samotnik…”, s.14).</p>
<p>O Hessem mówiono i pisano jako o „pisarzu magicznym”, przyrównywano go do „zaklinacza deszczu”, podziwiano za zbeletryzowaną opowieść o Buddzie „Siddhartha” i „Grę szklanych paciorków”, epos o baśniowej krainie Kastalii. Powieść „Wilk stepowy”, głosząca konkurowanie autorytetów w imię obyczajowego wyzwolenia, podziwiana od momentu publikacji w roku 1927, po II wojnie światowej stała się biblią pokolenia bitników.</p>
<p>Hessemu jako jednostce i pisarzowi cały czas towarzyszył kompleks – psychiczny cień obydwu wojen światowych. Wezwania pisarza do ludzi kultury, aby nie oddawali się w służbę demagogom i nie poddawali „upiornym nacjonalistycznym mirażom” nie straciły nic ze swej aktualności. Ale to właśnie ów modernistyczny mesjanizm – „zbawienie przez sztukę” – pozwolił niektórym, najwyższych lotów pisarzom uchronić własną tożsamość przed wpływem obydwóch totalitaryzmów. W roku 1933 w jednym z listów Hesse napisał: „Szkoda, że szwajcarskie mieszczaństwo wydaje się nic nie wiedzieć o tym, co się dzieje (w Niemczech – przyp. J.P.). Ale jeszcze sami to odczują. Być może faszyzm wydaje się im być na razie całkiem przyjemnym, bo ma przecież ochronić ich przed bolszewizmem, ale to błędna kalkulacja, gdyż mimo że faszyzm i bolszewizm to dwaj skłóceni bracia, ale przecież zawsze bracia i tam, gdzie wyrasta jeden, niejako automatycznie przywołuje drugiego, gdyż samym swym pojawieniem się użyźnia glebę drugiemu.” (op. cit., s. 107).</p>
<p><em><strong>2. Najlepsze jest to, co pochodzi ze skrzyżowania kultur </strong></em></p>
<p>Prawdę tę częściowo wyniósł Hesse ze swego rodzinnego domu, ale w istotny sposób uczynił filarem swego poglądu na świat w okresie przebywania w Bazylei. Historyczne miasto nad Renem, przy granicy z Francją i Niemcami, słynie z powodu swoistego klimatu i gościnności. Założona w czasach rzymskich, w miejscu licznych brodów śródrzecznych stanica stała się na całe lata przestrzenią peregrynowania europejskich kupców, pielgrzymów, studentów, artystów podążających w jedną stronę do Italii i z powrotem, a następnie dla osób udających się z powodu prześladowań na emigrację do wolnych od wpływów inkwizycji części Europy. Rzymska nadgraniczna Basilia w V wieku naszej ery znalazła się w państwie Franków. Po roku 1032 należała do Niemiec, a od XIV wieku cieszyła się statusem wolnego miasta Rzeszy. W roku 1501 mieszkańcy Bazylei samodzielnie zdecydowali o zmianie przynależności, wstępując do Związku Helweckiego. Ich odejście od Rzeszy na arenie międzynarodowej znalazło potwierdzenie dopiero w akcie końcowym kongresu wiedeńskiego w roku 1815. Rozkwit rzemiosła i handlu przypadł na wiek XV i XVI. W mieście tym otwarto pierwszą w Europie papiernię. Bazylea dzięki rozwojowi drukarstwa stała się jednym z bardzo ważnych ośrodków odrodzenia i reformacji. W tamtych czasach miasto zajęło miejsce pierwszego skupiska kultury niemieckiej, w którym koegzystowali obok siebie na równych prawach katolicy, kalwini i luteranie, a sytuacja ta miała w znacznym stopniu lokalną przyczynę. W reakcji na niepowodzenia soboru bazylejskiego z lat 1431 – 1449, w roku 1460 założono uniwersytet.</p>
<p>W XIX stuleciu właśnie z tym ośrodkiem akademickim związał swe losy Fryderyk Nietzsche. Doświadczenia oddziałujące z pokolenia na pokolenie ukształtowały szwajcarsko-niemiecką burżuazję – świat ludzi zamożnych i nadzwyczaj światłych. Na początku ubiegłego wieku bazylejscy mieszczanie pieniądze, zarobione dzięki produkcji czekolady i farmaceutyków, lokowali w najnowocześniejsze dzieła sztuki, tworząc jedną z niecodziennych galerii w Europie. Wspierali też młodych twórców z innych dziedzin w tym Hermana Hessego. Bazylejski okres młodości Hessego jest epizodyczny, ale z wielu względów biografowie uznają go za znaczący. Duch Bazylei przenika wiele powieści i esejów pisarza. Cicho szemrzący Ren, koncerty organowe Bacha, malarstwo abstrakcyjne, filozofia Nietzschego, stanowiąca przełom intelektualny, którego wpływ na myśl Zachodu zaczyna być stawiana na równi z oddziaływaniem Platona – wszystko to niewątpliwie kształtowało osobowość i postawę autora „Narcyza i złotoustego”, którego życie było jedną wielką podróżą po inspiracje dla siebie i innych.</p>
<p>Erudycja i atmosfera, którą młody Hesse chłonął najpierw w murach domu towarowego książki w Tybindze, a następnie w jednym z najznamienitszych antykwariatów Bazylei, przygotowała tego pisarza do odbycia podróży do Azji, w rejony Dalekiego Wschodu. W ich wyniku w swojej twórczości dokonał włączenia religioznawczej wiedzy pochodzącej z badań nad buddyzmem do literatury światowej.</p>
<p>Do heroicznego wyjścia poza historię i bycia rzecznikiem skrzyżowania kultur dołączyć należy kształtowany od wczesnej młodości Hessego swoisty antyinstytucjonalizm. Pozwoliło to słynnemu niemieckiemu teologowi i psychoanalitykowi Eugenowi Drewermannowi w esejach o Hessem napisać: „Indywidualny, niepowtarzalny człowiek, z jego dziedzictwem i możliwościami, talentami i skłonnościami jest czymś kruchym: niewątpliwie może on potrzebować adwokata. Tym bardziej, że wszystkie potęgi tego świata sprzysięgły się przeciwko niemu: państwo, szkoła, Kościół, wszelkiego rodzaju kolektywy, patrioci, ortodoksi katoliccy i wszelkiej innej maści, tak samo jak komuniści czy faszyści” (E. Drewermann, „W obronie indywidualności. Dwa eseje o Hermanie Hessem”, przeł. A. Kryczyska, B. Miracki, Warszawa 1997, s. 14; J. Pabian, „Samotnik”, s. 72). Zanim wszystkie eseje Hessego, a także „Dzienniki” i jego pisma polityczne ukażą się w przekładzie na język polski, przychodzi wziąć do ręki bardzo czytelny, pięknie napisany esej Pabiana.</p>
<p>Szansa na włączenie pacyfistycznych poglądów noblisty do podręczników historii literatury i historii idei jeszcze nie nadeszła. Prawdopodobnie będziemy musieli jeszcze długo na to zaczekać.</p>
<p>Dla dawnych Greków słowo „encheiridion” oznaczało zarówno podręcznik, jak i sztylet. Było więc interesującym synonimem. Zszokowani wspólnym źródłosłowem dla tak odległych w czasie wspólnych znaczeń możemy pocieszać się tym, że wprawdzie żyjemy pod brzemieniem kryzysu, ale już w coraz słabszym cieniu wojen światowych.</p>
<p><em><strong>Książka</strong></em>:</p>
<p>Jerzy Pabian, „Samotnik w świecie wielkich wojen. Hermann Hesse (1877 – 1962)”, Wydawnictwo Askon, 2009</p>
<p><em>* W książce znajdują się cztery przetłumaczone przez autora polityczno-filozoficzne teksty Hermanna Hessego: „Przyjaciele, tylko nie tym tonem”; „Jeśli wojna potrwa jeszcze dwa lata”; „Powrót Zaratustry”; „List do Niemiec”. </em></p>
<p><em>** Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 63 (13/2010) z 30 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/kolarzowski-wychodzac-poza-encheiridion/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WINCZOREK: Konstytucji potrzeba ostrożności</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/winczorek-konstytucji-potrzeba-ostroznosci/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/winczorek-konstytucji-potrzeba-ostroznosci/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Mar 2010 00:56:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pytając]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[nr 59]]></category>
		<category><![CDATA[Piotr Winczorek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4410</guid>
		<description><![CDATA[z wybitnym konstytucjonalistą rozmawiają Jerzy J. Kolarzowski i Karolina Wigura]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Piotr Winczorek</em></p>
<p><strong>Konstytucji potrzeba ostrożności</strong></p>
<p style="text-align: center;"><em>Co dalej z polską ustawą zasadniczą? Czy naprawdę należy napisać ją od nowa? A może tego rodzaju deklaracje polityczne nie mają uzasadnienia i lepiej byłoby nareszcie pogodzić się z tym, by polski system rządzenia ulegał zmianom w praktyce politycznej? Z Piotrem Winczorkiem, wybitnym konstytucjonalistą i współtwórcą konstytucji z 1997 roku &#8211; rozmawiają Jerzy J. Kolarzowski i Karolina Wigura.</em></p>
<p style="text-align: center;"><em><br />
</em></p>
<p><strong>Jerzy J. Kolarzowski, Karolina Wigura</strong><em><strong>: Panie Profesorze, w tym roku mija 13 lat od uchwalenia konstytucji III Rzeczypospolitej. Czy konstytucja wymaga zmian? </strong></em></p>
<p><strong>Piotr Winczorek: </strong>Możliwe, że wymaga ona przejrzenia. Akty normatywne także się starzeją. Należałoby zwłaszcza zastanowić się nad konsekwencjami wejścia Polski do Unii Europejskiej. Dziś sytuacja znacząco różni się od tej z 1997 roku, szczególnie po wejściu w życie traktatu lizbońskiego. Dlatego być może warto dodać nowy rozdział, poświęcony stosunkom Polski z Unią Europejską. Tak, aby rozstrzygnąć, czy europejskie akty prawa podlegają, czy nie, kognicji Trybunału Konstytucyjnego. To kwestia istotna politycznie, bo jak wiadomo Europejski Trybunał Sprawiedliwości chciałby, żeby prawo europejskie było nad prawem krajowym, ale nie wszystkie państwa na to się godzą. W Polsce nie ma dziś co do tego jasności.</p>
<p><em><strong>W naszym kraju debata na temat zmiany konstytucji koncentruje się jednak nie na zmianach po wejściu do Unii Europejskiej, ale na ustroju politycznym państwa. A dokładniej: relacji między rządem a prezydentem.</strong></em></p>
<p>Nie zmieniałbym ustroju politycznego państwa ani w kierunku prezydencjalizmu, ani w kierunku systemu kanclerskiego. W zakresie konstytucyjnych uregulowań dotyczących relacji między rządem a prezydentem, rządem a parlamentem czy prezydentem a parlamentem, zapisy obecne są wystarczająco jednoznaczne. Na pytanie, kto rządzi w Polsce, mogę dać odpowiedź śmiało i bez żadnych wątpliwości: rząd. To do niego należy prowadzenie polityki państwa. Zakres uprawnień prezydenta jest w konstytucji jasno określony. Zwłaszcza gdy idzie o często dyskutowane stosunki zagraniczne. Prezydent ratyfikuje umowy międzynarodowe, powołuje i odwołuje przedstawicieli Polski, przyjmuje listy uwierzytelniające, reprezentuje państwo. Powtarzam: państwo, a nie siebie samego. Prezydent jako reprezentant państwa musi pozostawać w zgodzie z kierunkami polityki prowadzonej przez rząd. To znaczy: jeśli jedzie za granicę, nie uprawia własnej polityki zagranicznej, tylko wspiera rząd w jego zamierzeniach. A jeżeli się z rządem nie zgadza, to nie powinien przedstawiać swojego stanowiska, tylko ograniczyć się do pełnienia funkcji reprezentacyjnych.</p>
<p><em><strong>Może zatem w ogóle nie musimy zmieniać konstytucji? We Francji na przykład system polityczny ewoluuje, a konstytucja zostaje taka sama… </strong></em></p>
<p>W sytuacji gdy prezydent i premier pochodzą z obozów różnoimiennych, tak jak dzisiaj, ich dobre relacje zależą właśnie od praktyki. Dobra praktyka wystarczyłaby, by konflikty, które chce się dziś przeciąć regulacjami normatywnymi przez zmiany konstytucji, były rozwiązywane na drodze działań faktycznych. Na razie jednak mamy do czynienia z praktyką złą. I niestety, jesteśmy także świadkami złego myślenia o konstytucji. Zmienianie ustawy zasadniczej ze względu na niezgodę pana A z panem B, którzy prędzej czy później zejdą z areny politycznej, nie ma sensu. Przyjdą inni i stosunki między nimi może będą układały się inaczej. Czy to znaczy, że mamy jeszcze raz zmieniać konstytucję? Czy zmieniać konstytucję w rytm kolejnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych? To absurd. Politycy powinni podporządkować się regułom konstytucyjnym, a nie konstytucję – animozjom, ambicjom czy kłótniom. Żeby zmienić ten dokument, trzeba poważnego namysłu. Potrzebny byłby projekt, który w takim samym stopniu jak dzisiejsza ustawa zasadnicza gwarantowałby równowagę władz.</p>
<p><em><strong>To znaczy?</strong></em></p>
<p>Nasza konstytucja, tak jak wiele innych, jest budowana na zasadzie nie tylko podziału, ale i równowagi władzy. Jest to rozwiązanie, które przypomina amerykański system checks and balances. Jedna władza hamuje drugą. Na przykład, prezydent wetuje ustawę, prezydent kieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, posłowie mogą również kierować ustawy do Trybunału, Senat może wnosić poprawki do ustaw kierowanych przez Sejm, premier ma prawo kontrasygnaty aktów urzędowych prezydenta, bez których te akty nie wchodzą w życie. I tak dalej. Czyli każdy każdego ogranicza. To chroni państwo przed ukształtowaniem się władzy autorytarnej.</p>
<p><strong><em>Co sądzi pan zatem o projekcie PiS zakładającym wyniesienie prezydenta ponad inne władze?</em></strong></p>
<p>Bardzo przypomina on konstytucję z 1935 roku. Gdyby projekt PiS przeszedł, nie byłoby hamowania, tylko kontrola prezydenta nad funkcjonowaniem władz. Tak daleko idąca, że mogłaby doprowadzić do ich zablokowania. Na przykład, gdy premier nie zostałby powołany przez prezydenta, ponieważ osoba kandydata na premiera prezydentowi by się nie spodobała. Albo gdy prezydent doszedłby do przekonania, że skład polityczny parlamentu jest niewłaściwy, wobec czego można skrócić jego kadencję. W projekcie PiS mówi się o okresach, w których takie rozwiązania mogą nastąpić, ale jeżeli okresy te są zachowane, to poczynania jedynowładcze pozostają bez żadnej kontroli. A zatem przypominam: checks – to znaczy hamowanie – tak, ale paraliż władz – nie. Jeśli się spojrzy na konstytucje krajów demokratycznych, wzajemne hamowanie się władz występuje wszędzie. Trójpodział Monteskiusza musi być w demokracji zachowany.</p>
<p><em><strong>Pojawiają się także pomysły, by zmienić ułamek głosów, który jest potrzebny do odrzucenia weta prezydenta. By nie trzeba było włączać do przegłosowania weta posłów spoza koalicji. Co sądzi pan o tym pomyśle? </strong></em></p>
<p>Jeżeli by się liczbę głosów potrzebną do odrzucenia tego weta obniżyło do poziomu zwykłej większości głosów, tak jak się przyjmuje ustawy, to po co w ogóle weto? Trzeba pamiętać o kontekście powstania tego zapisu. Nasza idea była taka: skoro prezydent jest wybierany w głosowaniu powszechnym, czyli jest reprezentantem całego narodu na równi z parlamentem, on również powinien mieć możliwość interwencji, gdy ustawy są wadliwe. To, że jego weto można odrzucić większością trzech piątych głosów, daje szansę także opozycji, by się w tej sprawie skutecznie wypowiedzieć. Zatem zmiana ułamka odbierałaby głos opozycji. Często zapomina się też o tym, że weto nie jest jedynym mechanizmem odrzucenia ustawy przez prezydenta. Inny to możliwość odesłania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Nie powinno się tych zabiegów mieszać. Jeżeli prezydent stwierdza, że ustawa jest niekonstytucyjna, czyli uważa, że są powody prawne, by jej nie uchwalać, to nie powinien jej wetować, tylko skierować do Trybunału. A jeśli uważa, że ustawa nie budzi wątpliwości konstytucyjnych, ale że np. jej wykonanie jest tak kosztowne, że zrujnowałoby budżet państwa, to wówczas powinien zastosować weto.</p>
<p><em><strong>A jakie jest pańskie zdanie, jeśli chodzi o liczbę posłów i senatorów? Zwłaszcza o tej ostatniej często mówi się, że jest za duża. Problem ten wraca w różnych dyskusjach i może pojawić się w projekcie PO. </strong></em></p>
<p>Liczba posłów i senatorów jest w istocie dość przypadkowa. Stu senatorów wzięło się stąd, że w 1989 roku, kiedy przywracano Senat do istnienia, było jeszcze 49 województw. Zdecydowano, że z każdego województwa będzie wybieranych dwóch, a z warszawskiego i katowickiego – trzech senatorów. Potem liczbę senatorów utrzymano. Jeżeli chodzi o 460 posłów: przed rokiem 1962 była tak zwana kwota przedstawicielstwa. Jeden poseł miał przypadać na 60 tysięcy wyborców. Liczba obywateli naszego kraju szybko wtedy rosła, zwiększała się także liczba posłów. W którymś momencie postanowiono ją zahamować. Stanęło na 460. To sporo, ale w porównaniu z innymi krajami, nie jesteśmy wcale nadmiernie reprezentowani. Brytyjska Izba Gmin liczy sobie 659 członków (przy populacji wynoszącej 61 milionów). Ponad 500 deputowanych jest we Francuskim Zgromadzeniu Narodowym (blisko 65 milionów ludzi). Gdyby chcieć coś zmieniać w liczbie parlamentarzystów, należałoby pamiętać o jednym: liczenie na to, że przyniesie to wielkie oszczędności, to iluzje. Najwięcej kosztów pochłaniają nie diety poselskie, ale koszty utrzymania kancelarii Sejmu i Senatu. Tu wręcz należałoby doinwestować! Zawsze w parlamencie potrzebni są odpowiedni specjaliści z zakresu ekonomi, budżetu, stosunków międzynarodowych, spraw społecznych i oczywiście od techniki legislacyjnej. Zaś dobrych fachowców trzeba godziwie opłacać.</p>
<p><strong><em>W Polsce spore kontrowersje wzbudziła kwestia ratyfikacji Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Może należałoby najpierw ratyfikować ją oraz znowelizowaną Kartę Praw Socjalnych, a potem zmienić konstytucję? Jaką zachować kolejność? </em></strong></p>
<p>Dziwię się, dlaczego Polska złożyła zastrzeżenia do Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Jedno zastrzeżenie, jak pamiętamy, dotyczy praw socjalnych. Drugie odnosi się do spraw, nazwijmy to, obyczajowych. Chodzi o zakaz dyskryminacji, ujęty tam tak, że wymienia się powody, dla których dyskryminacja jest niemożliwa. Tych powodów jest kilkanaście i między innymi mówi się o orientacji seksualnej – to właśnie wzbudziło kontrowersje. A przecież nasza konstytucja mówi coś znaczenie dalej idącego. Powiada mianowicie, że zakazuje się dyskryminacji z jakiejkolwiek przyczyny. Zakaz obejmuje więc nie tylko te przyczyny, które są znane, ale także takie, które dziś są nieznane, ale mogą pojawić się w przyszłości. Nie rozumiem zatem. Chyba że tak, jak chce w swoim projekcie konstytucji PiS, w istocie chodzi o skreślenie z konstytucji przepisu o dyskryminacji. Dopiero wtedy zapis z Karty Praw Podstawowych nabrałby zasadniczego znaczenia.</p>
<p><em><strong>Na koniec dwa pytania związane z relacją prawo – obywatele. Po pierwsze, wiele mówi się o wprowadzaniu w procesie legislacyjnym coraz powszechniejszych konsultacji społecznych – jak na przykład w koncepcji demokracji deliberatywnej. Czy prawo stanowione tą drogą byłoby lepsze, mniej polityczne, bardziej spełniające oczekiwania obywateli?</strong></em></p>
<p>Oczywiście prawo powinno odpowiadać potrzebom społecznym. Ale trzeba pamiętać także o tym, że mamy do czynienia nie tylko z samodzielnym kształtowaniem opinii publicznej przez obywateli, ale także jej manipulacją na skutek rozmaitych oddziaływań perswazyjnych: reklam, kazań kościelnych, programów telewizyjnych, działań lobbystów. A zatem: konsultacje tak, ale decyzje polityczne trzeba podejmować samodzielnie. Niekiedy są to decyzje, z którymi wiąże się duży społeczny opór i które dopiero później okazują się słuszne. Jak w wypadku reformy Balcerowicza. Ale takie rzeczy wiemy dopiero po latach.</p>
<p><em><strong>Czy można konstytucyjnie zagwarantować obywatelom większy udział w procesie legislacyjnym?</strong></em></p>
<p>Nasza konstytucja przewiduje referendum ogólnonarodowe, które można rozpisać w ważnych dla kraju sprawach. Wynik referendum jest wiążący, jeżeli wzięła w nim udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania. Ponieważ istnieje wymóg przekroczenia 50 proc. frekwencji uprawnionych do głosowania, by wynik był dla władz wiążący, referenda, mimo że są narzędziem wyrażenia opinii czy nawet narzędziem ustalenia woli narodu, pozostają niewykorzystywane. Nie sięga się po nie. Wprowadzenie możliwości uchwalania ustaw w drodze referendum oznaczałoby jednak bardzo istotne podważenie monopolu parlamentarnego. Godzi się co prawda przypomnieć, że w sytuacji, kiedy mamy wyrazić zgodę na zawarcie umowy międzynarodowej, mocą której Rzeczpospolita Polska przenosi niektóre uprawnienia na rzecz organizacji międzynarodowej, można przeprowadzić to na dwa sposoby: albo w drodze ustawy uchwalanej kwalifikowaną większością głosów, albo w drodze referendum. Pod względem politycznym, krok dalej polegałby na zaproponowaniu referendum, na przykład w sprawach takich umów międzynarodowych, co do których pewne siły zgłaszają wątpliwości, a inne czynią politycznym orężem.</p>
<p><em>* Piotr Winczorek, profesor prawa, wybitny konstytucjonalista, współtwórca konstytucji Rzeczypospolitej polskiej z 1997 roku.<br />
** Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.<br />
*** Karolina Wigura, doktor socjologii, dziennikarz. </em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 59 (9/2010) z 2 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/02/winczorek-konstytucji-potrzeba-ostroznosci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/kolarzowski-rocznica-urodzin-witolda-lutoslawskiego/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/kolarzowski-rocznica-urodzin-witolda-lutoslawskiego/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 08:00:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Zubel]]></category>
		<category><![CDATA[Alejandro Viñao]]></category>
		<category><![CDATA[Cezary Duchnowski]]></category>
		<category><![CDATA[ElettroVoce]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[nr 56]]></category>
		<category><![CDATA[Witold Lutosławski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4100</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Muzyka polska nie kończy się na Fryderyku Chopinie. Witold Lutosławski jeszcze przed II wojną światową studiował matematykę, zgłębiał m.in. prace S. Banacha i H. Steinhausa, a osiągnięcia królowej nauk próbował zaprzęgnąć do pomocy w twórczości kompozytorskiej. Stosując metodę losową doboru dźwięków, tzw. aleatoryzm kontrolowany, szkicował wiele wersji tego samego utworu. Odkrył jednak, że o doborze konkretnego środka wyrazu, właściwego motywu czy też rozwiązania orkiestrowego powinno w ostatecznym rozrachunku decydować „kryterium ucha”, a nie obliczenia matematyczne. W roku śmierci kompozytora badacze akustyki we Francji i w Japonii ogłosili, że istnieją kognitywistyczne ograniczenia w zakresie percepcji i estetyki muzycznej. Budowa ludzkiego ucha, jego połączenie z określonymi obszarami kory mózgowej decydują o naszych upodobaniach muzycznych, ograniczeniu percepcji, preferencji określonych interwałów (tercji i kwinty) w budowie akordów. Badania akustyków trwają nadal.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/kolarzowski-rocznica-urodzin-witolda-lutoslawskiego/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski </em></p>
<p><strong>Rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Muzyka polska nie kończy się na Fryderyku Chopinie. Witold Lutosławski jeszcze przed II wojną światową studiował matematykę, zgłębiał m.in. prace S. Banacha i H. Steinhausa, a osiągnięcia królowej nauk próbował zaprzęgnąć do pomocy w twórczości kompozytorskiej. Stosując metodę losową doboru dźwięków, tzw. aleatoryzm kontrolowany, szkicował wiele wersji tego samego utworu. Odkrył jednak, że o doborze konkretnego środka wyrazu, właściwego motywu czy też rozwiązania orkiestrowego powinno w ostatecznym rozrachunku decydować „kryterium ucha”, a nie obliczenia matematyczne. W roku śmierci kompozytora badacze akustyki we Francji i w Japonii ogłosili, że istnieją kognitywistyczne ograniczenia w zakresie percepcji i estetyki muzycznej. Budowa ludzkiego ucha, jego połączenie z określonymi obszarami kory mózgowej decydują o naszych upodobaniach muzycznych, ograniczeniu percepcji, preferencji określonych interwałów (tercji i kwinty) w budowie akordów. Badania akustyków trwają nadal.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W tym roku, 25 stycznia, minęła 97. rocznica urodzin kompozytora. Z tej okazji Towarzystwo jego imienia zorganizowało w sali Zamku Królewskiego okolicznościowy koncert. Koncert był dwuczęściowy: w pierwszej usłyszeliśmy znany utwór Lutosławskiego „Chantefleurs et Chantefables” z 1991 roku w transkrypcji E. Knapika na fortepian i głos kobiecy. Wykonawcą partii fortepianu był B. Wąsik, partię wokalną wykonała Agata Zubel. Zaś w części drugiej Cezary Duchnowski z Agatą Zubel wystąpili razem, tworząc duet ElettroVoce. Wykonali utwory własne: C. Duchnowskiego „Monadę 3” na głos, fortepian i komputer, A. Zubel „Opowiadania” na głos i fortepian preparowany oraz Alejandro Viñao „Chant d’Ailleurs” na głos i elektronikę.</p>
<p>Utwór W. Lutosławskiego pierwotnie przeznaczony był na orkiestrę kameralną i głos. Francuski tytuł utworu, który w polskim przekładzie odczytać można jako śpiewo-kwiaty i śpiewo-bajki, kompozytor zaczerpnął z cyklu poematów prozą Roberta Desnosa, francuskiego poety związanego z surrealizmem. Muzyka stanowi połączenie orkiestrowej aranżacji ze śpiewem poetyckich miniatur.</p>
<p>W czasie wykonania zastanawiające było dla mnie, czy należy dokonywać transkrypcji na fortepian utworów pierwotnie przeznaczonych na orkiestrę. Donośny głos Agaty Zubel wyraźnie dominował nad partiami fortepianu. Szlachetny dźwięk dobrego instrumentu służył niegdyś kompozytorowi do weryfikacji matematycznych pomysłów, badania możliwości ludzkiego słuchu. Ustawiony w sali koncertowej instrument stanowi pośmiertny dar kompozytora dla Zamku Królewskiego w Warszawie.</p>
<p>Witold Lutosławski żywił upodobanie do awangardowej poezji francuskiej i poetyckich eksperymentów. W poezji interesowało go przede wszystkim to, co zbliża literaturę do muzyki, w wypadku wierszy – instrumentacja literacka, brzmienie spółgłosek w słowach, czyli to, co powoduje oddziaływanie głosem na słuchacza podczas recytowania, bądź śpiewania utworu. W tej perspektywie R. Desnos (podobnie jak Kazimiera Iłłakowiczówna czy Henri Michaux) musiał zainteresować kompozytora, bowiem utwory te to przede wszystkim eksperymenty dźwiękonaśladowcze. Niektóre poematy prozą składają się z równej długości zdań, opisujących dźwięki dochodzące z paryskiej ulicy, portowego nabrzeża czy z łąk w upalny dzień. Poeta nie posługuje się obrazami, jak gdyby był ślepcem, pisze sprawozdanie wyłącznie z tego, co słyszy. Utwory z cyklu „Chantefleurs et Chantefables”<em> </em>pochodzą z okresu, gdy zerwał z surrealizmem, wskazując, że każdy artystyczny manifest staje się ograniczeniem. Zaczął tworzyć utwory nieprogramowe. W cyklu śpiewo-kwiatów i śpiewo-bajek abstrakcyjne i filozoficzne treści przeplatają się z humoreskami pisanymi dla zadumy czytających dzieciom na głos dorosłych.</p>
<p>Dla W. Lutosławskiego istotne znaczenie miały koleje życiowe twórców, których dorobkiem się inspirował. Znany jest fakt, gdy zasiadając w międzynarodowych organizacjach muzycznych (ISCM International Society for Contemporary Music), reagował niechęcią, a czasem nawet oburzeniem na wstępowanie do partii komunistycznych znanych kompozytorów włoskich czy południowoamerykańskich. Tymczasem R. Desnos w latach II wojny światowej związał się z francuskim ruchem oporu. Pod koniec wojny dostał się do niewoli, przewieziony do obozu koncentracyjnego w Terezínie (Czechy) zmarł przed jego wyzwoleniem w 1945 roku.</p>
<p>Druga część koncertu wypełniona ekspresją duetu ElettroVoce odmieniła nastrój sali zamkowej. U Lutosławskiego humor wynikał ze słów poety, kiedy np. w jednej z bajek opisywał aligatora ogarniętego złością z powodu nieudanego polowania. W duecie C. Duchnowskiego i A. Zubel ekspresja i zabawa dźwiękiem stały się czymś powszednim, jakby duch karnawału mógł objąć wszystko, nawet najbardziej wysublimowaną twórczość muzyczną. Utwór C. Duchnowskiego „Monada 3” ma już swoją historię. Powstał w roku 2003 na zamówienie Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Kompozytor otrzymał zań I nagrodę na X Międzynarodowej Trybunie Muzyki Elektroakustycznej w Rzymie. Istotnego fragmentu tego utworu czytelnik może posłuchać, otwierając hiperłącze:</p>
<p><a href="http://www.duchnowski.pl/img/muza/monada3.mp3">http://www.duchnowski.pl/img/muza/monada3.mp3</a></p>
<p><em> </em></p>
<p>„Opowiadania” A. Zubel wykorzystują miniaturowe formy narracyjne Nataszy Goerke. Eksperymentalna proza pisarki, która debiutowała na łamach „Brulionu”, wychodząc od prozy, usiłuje osiągnąć efekt, który w poezji uzyskała Krystyna Miłobędzka – niezwykle silny efekt artystyczny przy maksymalnej fragmentaryczności formy literackiej. Alejandro Viñao w Argentynie uczył się u rosyjskiego kompozytora emigracyjnego Jakuba Fichera. W roku 1975 wyjechał na dalsze studia do Wielkiej Brytanii, która stała się jego przybraną ojczyzną, od roku 1994 posiada brytyjskie obywatelstwo. W roku 1988 za swój dorobek kompozytorski uzyskał tytuł doktora uniwersytetu City of London. Jego utwory charakteryzuje: pulsująca rytmika, posługiwanie się rozciągniętą skalą, poszukiwania w zakresie wielowymiarowej ekspresji muzycznej. Inspirują go pozaeuropejskie motywy melodyczne. Wykonany na koncercie utwór „Chant d’Ailleurs” (Muzyka znikąd), którego premiera odbyła się we Francji w lutym 1992, wykorzystuje szczególną technikę rozciągniętego śpiewu alikwotowego. Kompozytor stworzył pewnego rodzaju mistyfikację, opowiadając o nieznanym plemieniu, którego zwyczaje śpiewu wykreowały określonego rodzaju technikę wokalną. Jego mistyfikacja bardzo podobała się w ojczyźnie Tolkiena i stanowi niebanalny wkład A. Viñao do badania źródeł światowej wokalistyki. Rozciągnięty śpiew alikwotowy czasem pojawiał się u indiańskich szamanów południowoamerykańskich. Jako powtarzalny rytuał został też zarejestrowany przez etnografów na terenie Mongolii.</p>
<p>W latach 60. i 70. Indianie z Patagonii stanowili szczególny obiekt zainteresowania etnografów. Liczne ekspedycje badawcze nie przyniosły jednak oczekiwanych efektów. Indianie byli zamknięci w sobie, mocno nieufni i nie chcieli współpracować z badaczami. Prośby, perswazja, w końcu przekupstwo oswoiło mieszkańców Patagonii i Ziemi Ognistej z naukowcami, ale efekty wnikania w ich lokalną kulturę okazały się mało zadawalające. Viñao w młodości brał udział w jednej z tych etnograficznych ekspedycji. W jego muzyce wyraża się przestrzenny kosmopolityzm awangardowego twórcy, który ustępuje niczym niepohamowanej tęsknocie za wyidealizowanym światem dzieciństwa i młodości.</p>
<p>Lutosławski In memoriam. Należałoby życzyć Towarzystwu Lutosławskiego, aby organizowało następne koncerty, a również by w domu kompozytora na warszawskim Żoliborzu powstało poświęcone Jemu muzeum.</p>
<p><em> </em></p>
<p><em>* Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 56 (6/2010) z 9 lutego 2010 r.</em></strong></p>
<p><strong><em> </em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/kolarzowski-rocznica-urodzin-witolda-lutoslawskiego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
<enclosure url="http://www.duchnowski.pl/img/muza/monada3.mp3" length="1249725" type="audio/mpeg" />
		</item>
		<item>
		<title>DEBATA! Wyobraźnia, opium, liberalizm</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/12/14/debata-wyobraznia-opium-liberalizm/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/12/14/debata-wyobraznia-opium-liberalizm/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 14 Dec 2009 01:48:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Francis Fukuyama]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy Szacki]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Michał Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Śpiewak]]></category>
		<category><![CDATA[Piotr Kieżun]]></category>
		<category><![CDATA[Raymond Arona]]></category>
		<category><![CDATA[The Plastic People of the Universe]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Ficygowski]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Kowalczyk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=3479</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, 20 lat temu wydawało się, że myśl liberalna na dobre zatryumfuje w Europie Środkowo-Wschodniej. Słynna książka Francisa Fukuyamy o końcu historii budziła intelektualne zastrzeżenia, ale na ogół rozumiano, że </em>„<em>trafiła w swój czas&#8221;. Po kryzysie na rynkach finansowych o beztroskim optymizmie sprzed lat nie ma mowy, ale pytanie o idee, stojące u podstaw polskich przemian, pozostają niezmiennie aktualne. Dziś możemy podjąć próbę oceny, jak wyglądał i wygląda </em>„<em>liberalizm po komunizmie&#8221;. Toteż nic dziwnego, że dyskusję redakcyjną z udziałem m.in. Pawła Śpiewaka, prowadzimy na marginesie idei dwóch wybitnych znawców myśli politycznej: Raymonda Arona oraz Jerzego Szackiego. Wprowadzenie wygłosił Paweł Marczewski. Zapraszamy do dyskusji i komentarzy!</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/12/14/debata-wyobraznia-opium-liberalizm/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu DEBATA! Wyobraźnia, opium, liberalizm&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, 20 lat temu wydawało się, że myśl liberalna na dobre zatryumfuje w Europie Środkowo-Wschodniej. Słynna książka Francisa Fukuyamy o końcu historii budziła intelektualne zastrzeżenia, ale na ogół rozumiano, że </em>„<em>trafiła w swój czas&#8221;. Po kryzysie na rynkach finansowych o beztroskim optymizmie sprzed lat nie ma mowy, ale pytanie o idee, stojące u podstaw polskich przemian, pozostają niezmiennie aktualne. Dziś możemy podjąć próbę oceny, jak wyglądał i wygląda </em>„<em>liberalizm po komunizmie&#8221;. Toteż nic dziwnego, że dyskusję redakcyjną z udziałem m.in. Pawła Śpiewaka, prowadzimy na marginesie idei dwóch wybitnych znawców myśli politycznej: Raymonda Arona oraz Jerzego Szackiego. Wprowadzenie wygłosił Paweł Marczewski. Zapraszamy do dyskusji i komentarzy!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-3498" title="foto 30" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2009/12/foto-30-300x294.png" alt="foto 30" width="300" height="294" /></p>
<p><strong>Paweł Marczewski: </strong>Zacznę od wydanej w 1994 roku książki Jerzego Szackiego “Liberalizm po komunizmie”, próby podsumowania niemalże na gorąco tego, co polskiemu liberalizmowi udało się wypracować przede wszystkim przez lata osiemdziesiąte. Głównym bohaterem opowieści Szackiego jest Mirosław Dzielski i to znacząco zawęziło spojrzenie autora. Pominięcia, które się w tej książce przebijają i czynią ją dziś nieadekwatnym punktem wyjścia do myślenia o polskim liberalizmie, to w gruncie rzeczy błędy czy zaniechania samego Dzielskiego.</p>
<p>Pierwszy istotny problem związany jest z tym, że Dzielski przekonany był o nierozerwalnym związku między sferą wolnego rynku i nieskrępowanej przedsiębiorczości a sferą wartości etycznych. Wolny rynek, wolna przedsiębiorczość nie były dla niego celami same w sobie, lecz miały posłużyć do wychowania człowieka zaradnego, odpowiedzialnego, świadomego samego siebie, umiejącego używać odpowiednich instytucji państwowych. Jego perspektywa nie była w żadnym razie amoralnym pragmatyzmem, lecz poszukiwaniem twardych, ekonomicznych gwarancji dla moralności. Wiara w to, że za kapitalizmem nieuchronnie – choć być może nie od razu – przyjdzie demokracja, sprawia, iż Dzielski może napisać, że Chiny zaszły w budowaniu wolnego społeczeństwa o wiele dalej niż Polska, gdyż buduje się tam „cywilizację handlową”. Dzielski nie mógł oczywiście wiedzieć z całą pewnością, że Chinom uda się pogodzić autorytaryzm z wolnym rynkiem. Tym niemniej na to, iż alians demokracji i kapitalizmu jest czymś przygodnym, absolutnie nieoczywistym, wskazywano już dużo wcześniej. Pisał o tym chociażby Joseph Schumpeter. Dzielski nie dopuścił do swojej wizji wątpliwości i tym samym skazał się na to, by jego pomysły zostały unieważnione przez rozwój wydarzeń.</p>
<p>Drugi błąd miał charakter strategiczny. Dzielski nie przewidział, że opozycjoniści wyrośli ze środowiska KOR, których krytykował za etyczny maksymalizm i moralizowanie bez pokrycia, przejmą dużą część jego programu gospodarczego, że nawrócą się na wolny rynek. Szacki dostrzega zresztą to przechodzenie postkorowskich intelektualistów na pozycje coraz bardziej liberalne, odnotowuje za tekstem Davida Osta z lat osiemdziesiątych narodziny „lewicowego liberalizmu”. Dzielski jednak tych przemian nie zauważył, nie zareagował na nie. Ost pokazał w późniejszej o wiele lat „Klęsce Solidarności”, w jaki sposób lewica reformistyczna zdradziła swoje ideały, przeniosła się pod koniec lat osiemdziesiątych na pozycje liberalne. Zaczęła używać dyskursu technokratycznego, dając moralne imprimatur wolnorynkowym przemianom gospodarczym. Zdaniem Osta doprowadziło to do marginalizacji dużej części społeczeństwa i eksplozji gniewu wykluczonych, która wyniosła do władzy prawicowych populistów. Rozważenie drogi myślowej Dzielskiego skłania do wniosku, że za tę sytuację winę ponoszą nie tylko moraliści, którzy stali się prorynkowi, ale pośrednio również liberałowie, którzy nie podjęli z nimi dyskusji.</p>
<p>Trzeci błąd liberalizmu opisywanego przez Szackiego polega na wprowadzeniu ostrej opozycji między myśleniem w kategoriach interesów a moralizowaniem. Problem zasadza się na tym, że Dzielski pisze przede wszystkim o „małych interesach”, rozumianych jako indywidualne, partykularne interesy jednostek, które raczej próbują się wzbogacić, niż budować mocną wspólnotę, czy sterować państwem. W zarysowanej przez Dzielskiego opozycji nie ma miejsca na rządność, interes narodowy. Jest albo jednostkowa przedsiębiorczość i partykularny interes, albo maksymalistyczne moralizowanie. Środek jest zupełnie pusty. I mam wrażenie, że ten rodzaj zaniedbania ze strony liberalizmu lat osiemdziesiątych, początku dziewięćdziesiątych i również dziś owocuje tym, że liberałowie nie mają żadnego planu strategicznego, jeśli chodzi o to, jak Polska miałaby funkcjonować w stosunkach międzynarodowych. Jeżeli są interesy małe, jeżeli liberalizm skupia się na przedsiębiorczości i za wrogów uznaje tych moralistów, którzy dążą do etycznej odnowy narodu, odebrania władzy komunistom i przebóstwienia Polaków, to nikt nie myśli w twardych, realistycznych kategoriach. Liberałowie oddają tutaj całkowicie pole narodowej, konserwatywnej prawicy.</p>
<p>Wynika z tego czwarty punkt mojej krytyki, czyli niezgoda na liberalizm jako kolejną odmianę antypolityki. Pierwszą odmianą była oczywiście antypolityka, którą deklarowali Gyorgy Konrad, Vaclav Havel czy Adam Michnik. Chodziło o strategię, zgodnie z którą autonomia jednostkowa w sferze kultury, moralnej, obyczajowej, zwyczaju to jest najlepszy środek, za pomocą którego możemy się przeciwstawić opresyjnej władzy. Nie uczestniczyć w politycznej grze, tylko dążyć do zachowania godności i wolności w sferze prywatnej. Przypomina to postulat Milla z „O wolności” o zapewnieniu pola do swobodnych eksperymentów ze stylami życia, w twórczości artystycznej itd. Nie przypadkiem Vaclav Havel pisze swój słynny esej o antypolityce, by sprzeciwić się fali prześladowań zespołu <em>The Plastic People of the Universe</em>. Antypolityka oznacza właśnie skoncentrowanie się na tego rodzaju konfliktach, to tutaj toczy się bój o duszę człowieka sowieckiego.</p>
<p>Dzielski przeciwstawia temu rozumowaniu drugi rodzaj antypolityki, która skoncentrowana jest na wolnej przedsiębiorczości. Antypolityczni moraliści przeciwstawiają się władzy w sprawach kultury, sztuki, twórczości, ale nie negocjują programów politycznych. Tymczasem Dzielski proponuje antypolitykę, która umożliwia negocjacje, a nawet sojusze z władzą. Dzielski akceptuje bez żadnych zastrzeżeń tezę, którą sformułuje w „Nowej klasie” Milovan Dzilas, a później rozwinie w „Marksizmie i skoku do królestwa wolności” Walicki, że w gruncie rzeczy partia komunistyczna w pewnym momencie przestała być siłą ideologiczną, a stała się po prostu biurokratyczną machiną.</p>
<p>Dzielski uważa, że z biurokratyczną machiną możemy negocjować i apelując do jej małych interesów poszerzać sferę wolności dla przedsiębiorców, wolności ekonomicznej. Jego liberalizm jest liberalizmem strachu. Mamy zatem dwa rodzaje antypolityki, które gdzieś tam się spotykają i kolejny raz środek pozostaje pusty. Wynikają z tego elementy, o których mówiłem już wcześniej. Brak myślenia o interesie narodowym, brak realizmu politycznego. I również brak wizji. Mam wrażenie, że to jest to pole konfliktu, które jest dzisiaj najważniejsze – liberalizm jako brak wizji, jako pragmatyka, technokracja, zarządzanie. Odnoszę wrażenie, że od czasów Dzielskiego polski liberalizm nie wykonał żadnych poważniejszych kroków, aby z antypolityki stać się na powrót zbiorem idei politycznych. Twierdzę, że potrzebujemy nowego liberalizmu, liberalizmu wyobraźni. W poszukiwaniu jego formuły sięgam po pisarstwo polityczne Raymonda Arona twierdząc, że dzisiejsze dylematy liberalizmu są w o wiele większym stopniu dylematami Aronowskimi, niż problemami Dzielskiego.</p>
<p>Otóż, problemem nie jest już dziś biurokratyczna klasa, sprawująca monopol nad polityką i ekonomią. Oponentem liberalizmu nie jest też zbiurokratyzowany, aideologiczny marksizm opisany przez Walickiego. Zagrożeniem jest nowe opium intelektualistów, któremu przeciwstawia się jedynie chłodny pragmatyzm zarządców. Z jednej strony mamy intelektualistów zaczytanych w pismach Slavoja Žižka, nie do końca uświadomioną fascynację przemocą, która to fascynacja rodzi się z potrzeby zmiany, z pragnienia śmiałej wizji nowego świata. Z drugiej strony mamy prosty pragmatyzm, liberalizm „ciepłej wody w kranie”, który nikogo nie porywa i przez to uchodzi za reakcyjny. Mam wrażenie, że to jest dokładnie problem, przed którym staje Aron i opisuje we „Wspomnieniach”, zdając sprawę ze swoich prób zajęcia stanowiska w sporach gaullizmu z radykalną lewicą. Aron nieustannie pyta o możliwość zaangażowania bez utraty dystansu. To dla liberalizmu szczególne wyzwanie, kiedy mierzy się z nową lewicą, która porzuciła postmodernistyczne gry, za Badiou sekularyzuje świętego Pawła, wykorzystuje schematy rodem ze Schmitta i gromko woła, że jest po stronie prawdy.</p>
<p>Liberalizm staje dziś wobec zarzutu, który Aronowi postawił jeden z recenzentów „Opium intelektualistów”: „Wszystko pan krytykuje, ale co pan buduje?”. Aron udziela następującej odpowiedzi: „Drobnomieszczaństwo, odciążeni dzięki maszynom robotnicy, system finansowy, który uciera nosa pyszałkom i daje minimum nędzarzom, wszystko to uchodzi za prozaiczne. Czy rzeczywistość sowiecka jest mniej prozaiczna, bo potworna?”*. Zadaniem liberalizmu wyobraźni jest przywrócenie wielkości właśnie sprawom prozaicznym i ukazanie ich politycznego wymiaru. Liberalizm wyobraźni musi pokazać doniosłość problemów rządności, interesu narodowego, pozycji strategicznej kraju. Powinien być świadom wagi wyzwań polegających na wyrównywaniu szans edukacyjnych, zaprojektowaniu systemu podatkowego, który “uciera nosa pyszałkom”. Bez tak rozumianego liberalizmu wyobraźni jedyną alternatywą dla rewolucyjnego ognia będzie syty nihilizm ciepłej wody w kranie.</p>
<p><strong>Karolina Wigura: </strong>Czy mógłbyś rozwinąć ostatnią myśl? Chodzi mi o przykład, w jaki sposób chciałbyś jakiejś konkretnej, codziennej rzeczy, przywrócić siłę, moc?</p>
<p><strong>Paweł Marczewski</strong><strong>:</strong> Każdy przypadek jest oczywiście wyjątkowy. Ale nasuwa mi się na przykład problem konfliktu w momencie zamknięcia Kupieckich Domów Towarowych. W nowej siedzibie “Krytyki Politycznej” na warszawskim Nowym Świecie można zobaczyć wielki obraz, gdzie kupcy są przedstawieni trochę jak święci opresyjnego społeczeństwa późnego kapitalizmu. Myślę, że właściwe podejście musiałoby tu polegać na tym, żeby wejść w tę grę. Pokazać, że ta sprawa dotyka bardzo poważnych problemów. Że decyzja o zamknięciu KDT była podejmowana w oparciu o, po pierwsze, twarde interesy ekonomiczne, po drugie, względy estetyczne, po trzecie – w oparciu o potrzeby społeczne. Że była to decyzja polityczna, i że tu jest ileś napięć, ileś problemów, które mają znaczenie absolutnie fundamentalne, dotyczą samego jądra tego, czym polityka w ogóle jest.</p>
<p>Innymi słowy, może czas sobie zdać sprawę z tego, że na obradach komisji dialogu społecznego, albo na konsultacjach społecznych w rozmaitych dzielnicach w Warszawie, czy to dotyczy parku, czy przejść podziemnych na dworcu Wileńskim,  staje się demokracja. Tu się coś dzieje, coś iskrzy.</p>
<p><strong>Łukasz Kowalczyk:</strong> Ja mam pytanie związane z trzecim Twoim zarzutem wobec Szackiego. O to, co nazwałeś brakiem środka. Tego, że brakuje nam wizji polityki zagranicznej, dlatego że albo mamy maksymalistyczny moralizm, albo ograniczamy się do bieżącego minimalistycznego zarządzania. Teraz składając to z tym co powiedziałeś przed chwilą na temat polityki interesów w wymiarze lokalnym, to być może to właśnie jest droga dla zapełnienia środka. Zmierzam do tego, że jeżeli masz tkankę społeczną, którą szanujesz i ten substrat społeczny jest istotny dla rządzących, to po co  coś więcej niż zarządzanie? I w tej zarządczej perspektywie, póki co lokalnej, w Polsce można realizować politykę  wynosząc na piedestał, te konkretne, lokalne, małe interesy. To byłoby już tą dobrą realizacją polityki interesu.</p>
<p><strong>Paweł Marczewski</strong><strong>:</strong> Są dwa kontrargumenty czy uściślenia. Po pierwsze małe interesy, o których pisze Dzielski, to są interesy indywidualne. Kropka. To nie są negocjacje grupowe, to nie jest walczenie o interes lokalny, o wspólnotę lokalną, o udogodnienia, nawet jeśli by to miała być ciepła woda w kranie – ale dla całego domu. A druga rzecz: tego rodzaju dyskusje, gdzie przenieść targowisko spod Stadionu Dziesięciolecia, gdzie tym kupcom dać stanowiska, żeby mogli swobodnie prowadzić swoją działalność, co zrobić z kupcami z KDT, jak zbudować stadion, metro, czy mają być  przejścia podziemne czy nie – to jest w oczywisty sposób myślenie o infrastrukturze. Ale gdzieś z tyłu głowy, myślenie o infrastrukturze powinno być podporządkowane myśleniu w kategoriach interesu narodowego czy wspólnotowego. W tym sensie, że trudno zbudować silną wspólnotę polityczną, jeżeli ta wspólnota nie ma autostrad itd. Walki o pragmatyczne, techniczne rozwiązania mają również wymiar polityczny, o którym się zapomina,  a już w szczególnościzapominają o nim liberałowie. Chodzi o to, żeby tego rodzaju rywalizacjom, dyskusjom przywrócić wymiar polityczny.</p>
<p><strong>Michał Krasicki: </strong>A dlaczego nazywasz liberalizm Dzielskiego liberalizmem strachu?</p>
<p><strong>Paweł Marczewski</strong><strong>:</strong> Bo to jest taki minimalistyczny liberalizm. Wywalczmy tyle, ile się da, negocjujmy z władzą, powoli drążmy tę skałę. Badylarz staje się u Dzielskiego bohaterem.</p>
<p><strong>Michał Krasicki:</strong> Ale wcześniej powiedziałeś, że on tę wizję przedsiębiorczości indywidualnej powiązać z moralnością i konkretnymi wartościami. Czy to nie jest tak, że jego postawa jest jakoś uzasadniona z tego względu, że pisze w latach osiemdziesiątych? Czy to nie jest – w istocie – początek liberalizmu?</p>
<p><strong>Łukasz Kowalczyk: </strong>Dokładnie to samo chciałem powiedzieć. Można przeprowadzić gradację w każdej z perspektyw. Możesz patrzeć na to w perspektywie  „wyobraźni”, czyli negocjowania, od samego początku. Najpierw dwie osoby negocjują kontrakt. Badylarz negocjuje z dostawcą kapusty, grupka prażan coś ze sobą  negocjuje, a potem dojdziemy do tego etapu , kiedy grupa  na płaszczyźnie międzynarodowej zacznie negocjować. Równie dobrze, możesz patrzeć na to w perspektywie „strachu”. Czyli najpierw badylarz wywalcza coś od systemu, potem prażanie wywalczają od systemu te swoje przejścia podziemne i może potem Polska na arenie międzynarodowej będzie coś wywalczać…</p>
<p><strong>Paweł Marczewski</strong><strong>:</strong> Gdyby tu był punkt odbicia, byłoby świetnie.  W gruncie rzeczy mój największy zarzut nie jest pod adresem Dzielskiego, ale tych liberałów, którzy przyszli po nim. Oni nigdzie tej myśli nie zaprowadzili, ona się urwała na etapie zarządzania, liberalizmu strachu itd.</p>
<p><strong>Piotr Kieżun</strong>: Tutaj jednak zgodziłbym się z Michałem, że w latach osiemdziesiątych głos Dzielskiego był jednym z głosów, jaką drogą wyjść z komunizmu. Wyjście z komunizmu wcale nie było takie oczywiste. Do końca lat osiemdziesiątych sądziło się, że system się tak łatwo nie zawali. Zatem w kontekście historycznym Dzielskiemu nie można odmówić racjonalności. Aczkolwiek zgadzam się, że z punktu widzenia lat dwutysięcznych, odpowiedź Dzielskiego jest już nieaktualna. Ale tam jest inne ciekawe pytanie: jak pogodzić konserwatyzm religijny z wizją liberalną? Czy to się w ogóle da zrobić, czy nie? I czy różne pomysły na to po roku 1989 rzeczywiście się sprawdziły?</p>
<p><strong>Jerzy Kolarzowski</strong>: Mnie także się książka Szackiego nie podoba. Ale nie z tego względu, że jest już taka stara i że liberalizm jest ograniczony do Dzielskiego, ale zanikło w niej to, że ten liberalizm miał dwa źródła. Krakowsko-warszawskie, środowisko klubów inteligencji katolickiej i liberalizm gdański, czyli Kongres Liberalno-Demokratyczny, „Przegląd Polityczny”. Środowisko gdańskie w pewnym sensie przewidziało rozpad komunizmu, czuło się zacznie bardziej zdeterminowane – miejscem czy tym, że tam się „Solidarność” zrodziła – do otwierania się na młodzież z Wybrzeża, do załatwiania różnych spraw, które trzeba było załatwić w wymiarze krótkim i wymiarze długim, czyli okrągłego stołu.</p>
<p>Wystarczy wziąć sobie te stare, drugoobiegowe „Przeglądy Polityczne” i to tam jest. Dyskusja z 9 numeru „Przeglądu Politycznego” o liberałach kontra anarchiści jest do tej pory jedną z najbardziej wizjonerskich dyskusji, jaką kiedykolwiek przeprowadzono w Polsce. Z jednej strony RSA a z drugiej strony liberałowie… Pada tam zdanie, że jeżeli mikroprocesory do rakiet radzieckich są przemycane z Tajwanu, a na Białorusi chłop śpi na piecu, to ten system musi się zawalić. Pytanie tylko kiedy, z czyim udziałem i jakim kosztem?</p>
<p>Ja byłbym za tym, żeby ktoś wrócił do tematu liberalizmu po komunizmie, póki jeszcze to jest temat żywy. Czyli mamy liberałów z wizją i liberałów obciążonych małą prywatnością czyli bez wizji. I w pewnym sensie stało się tak, że jak się komunizm zawalił, to innej wizji nie potrzeba. Jeszcze była wizja UE i NATO. Te hasła też padały w latach dziewięćdziesiątych i to był ten horyzont polityczny. Gdy już się ten horyzont osiągnęło to już w tej chwili została tylko mała prywatność. Specjalnie używam tego PRL-owskiego, literackiego terminu, bo obciążenie liberalizmu małą prywatnością spowoduje, że rzeczywiście stanie się on liberalizmem, który będzie dyskutował z posłem Gosiewskim czy peron ma być we Włoszczowej, czy ma go nie być.</p>
<p><strong>Tomasz Ficygowski</strong>: Moim zdaniem, główne problemy i opozycje ideologiczne,  wokół których osnute są teksty Arona i Szackiego niemal zupełnie straciły na aktualności. One nam się jedynie wydają aktualne ponieważ PRL zahibernował nas w rozważaniach, które na Zachodzie już przebrzmiały. Po 1989 roku obudziliśmy się w globalnym kapitalizmie, gdzie &#8222;Bunt mas&#8221; dawno już nastąpił i prawdziwym wyzwaniem jest erozja wszelkich idei na rzecz konsumeryzmu…</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak:</strong> Dla mnie zabawne jest słuchać was, w takim sensie, że wy opowiadacie o latach osiemdziesiątych jako o głębokiej historii, a dla mnie to jest ciągle teraźniejszość. Pamiętam moment, kiedy zakładaliśmy drugą „Res Publicę”. To były lata 1985 – 1987. Robiliśmy to w głębokim przekonaniu, że trzeba zakładać pisma legalne, wychodzić z drugiego obiegu, m.in. dlatego, żeby komunizm nie potrwał o wiele dłużej. Uważaliśmy, że trzeba przygotować elitę, grupy, które będą mogły działać. Byliśmy przekonani do wizji ewolucyjnej I zaprawdę tylko fantaści lub wizjonerzy mogli powiedzieć: za rok, dwa komunizm padnie. Liberałowie lat osiemdziesiątych byli realistami, a realistami wówczas byli ewolucjoniści. Uważam natomiast, że problem napięcia między demokracją a kapitalizmem, który Szacki za Dzielskim prezentuje, jest nadal problemem realnym. Bo ty, Pawle, to zrelacjonowałeś tak, jakby Dzielski stworzył fałszywą alternatywę, która w dzisiejszych czasach uległa całkowicie dewastacji.</p>
<p><strong>Paweł Marczewski:</strong> On nie tyle tworzy fałszywą alternatywę, co stawia fałszywy znak równości.</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak:</strong> Ja nie miałem tego poczucia. Wtedy, w latach osiemdziesiątych, uważano raczej jedną rzecz: liberalizm trzeba budować przeciwko demokracji. Albo dokładniej: mimo, czy obok retoryki demokratycznej. Język demokracji był wszechobejmujący i robił wrażenie nowomowy opozycyjnej. Pamiętajmy, że oferta liberalna wówczas nie była tylko ofertą stopniowego wychodzenia z realnego socjalizmu, ale była też ofertą polityczną dla samych komunistów. To była oferta do grup nomenklaturowych, które zaczęły się prywatyzować. Jej przesłanie było chyba następujące: zbudujmy razem inny, racjonalny model gospodarczy, a potem zobaczymy, co z tego wyniknie. Liberałowie z książki Szackiego nie mieli nic do powiedzenia na temat państwa, poza tym, żeby je ograniczać. Obca im była myśl państwowa, czyli jakakolwiek refleksja nad tym, jak się reguluje rynek, jak ma działać system sprawiedliwości, co z funkcjami socjalnymi państwa itd. Jedyną grupą, która zaczęła w sposób systematyczny myśleć o państwie, było Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich. Ci ludzie zdawali sobie sprawę, gdzie leży problem. Nie w rynku, nie w demokracji – tylko w silnym i sprawnym państwie. Mam wrażenie, że ten dylemat nie stracił na swojej żywotności – istniał w latach osiemdziesiątych, na początku lat dziewięćdziesiątych i istnieje do dzisiaj. Dobrym przykładem jest wydany nie tak dawno raport „Polska 2030”, w którym stwierdza się, że proponowane zmiany są w gruncie rzeczy projektem rynkowym. I nie mówi się ani słowem o roli, organizacji, zadaniach państwa.</p>
<p><strong>Piotr Kieżun: </strong>Rzeczywiście. W powojennej Francji – przynajmniej tej opisywanej przez Arona – dominowały wielkie debaty o jedności narodowej oraz romantyczna wizja wspólnej odbudowy Francji. Podobnie było w Polsce. Okazało się jednak, że zamiast tego trzeba budować normalne życie państwowe i partyjne. Porozumienie Centrum rzeczywiście jako jedyne zwracało uwagę na tę konieczność.</p>
<p><strong>Jerzy Kolarzowski:</strong> Czy jednak naprawdę pociąga nas wizja silnego państwa w duchu PC?</p>
<p><strong>Tomasz Ficygowski:</strong> To nie o Porozumienie Centrum tu chodzi, ale raczej o to, że nasi liberałowie przestali rozumieć, iż państwo musi być w pewnych sferach silne. Wielu z nich zachłysnęło się wizją neoliberalną, według której rynek samodzielnie wyreguluje wszystko. A to nieprawda.</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak: </strong>Najważniejszy dylemat, przed jakim stają dziś liberałowie, nie dotyczy miejsca rynku czy demokracji, ale miejsca polityczności. Podstawowe jest pytanie o to, gdzie i jak będzie ustanawiana polityczność, niezbędna do myślenia o państwie w kategoriach dobra wspólnego. Donald Tusk w sposób bardzo wyraźny lokuje polityczność w samym sobie i jego oligarchii, która rządzi państwem. Niepokoi mnie to, że wszyscy dookoła zdają się akceptować tę wizję, w której demokracja została ubezwłasnowolniona tak bardzo, że właściwie pozbawiono ją racji istnienia. Cała sfera polityczności została przeniesiona do kilku gabinetów. W alternatywie: demokracja czy kapitalizm, Tusk nie wybrał ani demokracji ani państwa, tylko kapitalizm oligarchiczny. Warto byłoby zbadać, jak ten wybór jest ugruntowany w ostatnich 20 latach historii Polski.</p>
<p><strong>Jarosław Kuisz: </strong>Z tej perspektywy ważna wydaje mi się niebywała nostalgia publicystów ekonomicznych za ustawą o działalności gospodarczej ministra Wilczka w jej pierwszej wersji z 1988 roku. Wilczek okazuje się jednym z najważniejszych bohaterów polskiego kapitalizmu ostatnich 20, czy mówiąc precyzyjniej – 21 latach. Moim zdaniem świadczy to o tym, że wyobraźnia polityczna i gospodarcza rozwijały się na dwóch zupełnie oddzielnych torach i że opozycja „my-oni” – fundamentalna dla kształtowania wyobraźni politycznej – nie miała takiego znaczenia dla wyobraźni gospodarczej.</p>
<p>Wartość książki Szackiego polega właśnie na tym, że dobrze pokazuje jak obierano liberalizm z jego składników. Widzimy dziś, że na przykład liberalizm obyczajowy może zostać przechwycony przez lewicę. Sfera polityczności przewędrowała gdzieś razem z myśleniem o obyczajach, od liberałów do post-korowskiej lewicy, która była po prostu znacznie bardziej elastyczna, tzn. miała wyobraźnię, horyzonty i nie bała się. Dziś wszystko wygląda tak, jakby liberałowie w Polsce ograniczali się do myślenia, nie tyle o kranach, ale o tym jak przejść od sprzedawania ubrań z łóżek polowych do założenia pierwszego przedsiębiorstwa i trafienia na giełdę. Tu się zamyka ich horyzont i tylko to, co jest z nim związane interesuje ich w sferze politycznej. Natomiast wizja została zostawiona komuś innemu. Znalazła się poza horyzontem. „Liberalizm po komunizmie” dobrze pokazuje jak liberalizm sam się okroił. Problem polega na tym, że choć Szacki bardzo wyraźnie to dostrzega, z tego spostrzeżenia niewiele wynika dla jego wniosków.</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak:</strong> Jarek! Twoje wnioski opierają się na fałszywym założeniu! Przyjmujesz, że Szacki właściwie definiuje przedmiot liberalizmu, tymczasem on w pewnym sensie wymyślił sobie liberałów polskich, stworzył ich. Powiedział tak: Dzielski, Kisielewski i Korwin-Mikke to są liberałowie, reszta nie istnieje! Gdyby wykonał trudniejszą pracę i pokazał, że istniał inny liberalizm – taki jak np. reprezentowany przez „Res Publicę”, który był wielowarstwowy, który unikał prostej opozycji moralność – rynek – gdyby uwzględnił pismo „Arcana”, konserwatywne, ale o bardzo silnie liberalnych sympatiach , wówczas musiałby całkowicie przeformułować swoje wnioski. Okazałoby się, że dylematy, które stawiają tzw. twardzi, ekonomiczni liberałowie, są dylematami mniejszości. Na tym polega mój podstawowy zarzut wobec tej książki – to zarzut o luźne traktowanie rzeczywistości.</p>
<p><strong>Jarosław Kuisz: </strong>Ależ Szacki wyraźnie zaznacza już we wstępie, że odwołuje się jedynie do poglądów, które uznaje za najbardziej wpływowe. To jest oczywiście dyskusyjne stwierdzenie. Czy Szackim kierowały, twoim zdaniem, jakieś konkretne intencje?</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak: </strong>Trudno mi wypowiadać się o intencjach. Mogę jedynie powiedzieć, że kiedy czytałem „Liberalizm po komunizmie” w 1994 roku, ta książka mi się podobała. Po latach widzę jednak, że Szacki po prostu sporo zmyślił. To jest pewien zbiór skończonych cytatów, skończonego materiału empirycznego, na którym łatwo można skonstruować doktrynerską wizję liberalizmu, po to, aby udowodnić, że ona jest lub jej nie było. To jest ucieczka przed pojęciem liberalizmu, ponieważ liberalizmu rozumianego na sposób Szackiego nigdzie na świecie nie ma.</p>
<p><strong>Jarosław Kuisz:</strong> Szacki w ogóle nie stawia także pytania o wagę doświadczenia historycznego w kształtowaniu odmian liberalizmu. W latach dziewięćdziesiątych w Polsce dominowała wiara w uniwersalizm tej teorii, a jej zwolennicy jak mantrę powtarzali opinie zagranicznych liberałów. Mam wrażenie, że teraz liberalizm w naszym kraju, przefiltrowany przez doświadczenie ostatnich dwudziestu lat, byłby bardziej zniuansowany w perspektywie adaptowania teorii do warunków lokalnych.</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak:</strong> Ale w jaki sposób może być przefiltrowany przez doświadczenie dwudziestu lat, skoro to doświadczenie nie zostało zupełnie przemyślane? Trudno żeby liberalizm był mądrzejszy, skoro nie ma na czym pracować…</p>
<p><strong>Łukasz Kowalczyk:</strong> Chciałbym jeszcze wrócić do kwestii polityczności. Polityczność trzydzieści lat temu jest zupełnie innym problemem, niż polityczność dziś. Dla mnie jako użytkownika przestrzeni publicznej pojęcie państwa jako wyłącznej siły politycznej jest już dziś na przykład archaiczne. Powiedzieliśmy już, że dziś korporacje mają większe budżety niż całe państwa. To jest coś absolutnie nowego. Bo przypomnijmy sobie, że kompania wschodnio-indyjska w XIX wieku, mimo całej swojej potęgi, nie dysponowała budżetem porównywalnym z budżetem Imperium Brytyjskiego, ani nie miała zbliżonych możliwości działania. Czy w takich warunkach to rzeczywiście tylko państwo może być tym trzecim graczem, regulatorem, o którego konieczności istnienia Paweł Śpiewak mówił wcześniej?</p>
<p><strong>Paweł Śpiewak: </strong>To nie musi być państwo. Problem polityczności to problem tego, kto i w jaki sposób konstruuje pojęcie interesu zbiorowego. Wiadomo, że się ono rozmywa, że różni aktorzy inaczej je rozgrywają. Ważne jest jednak, by ktoś wprowadził to pojęcie. Jestem przekonany, że wszelkie myślenie polityczne i metapolityczne musi zacząć się od przemyślenia idei interesu narodowego i dobra wspólnego, by potem zastosować te pojęcia w praktyce politycznej. Każdy polityk ponosi odpowiedzialność wobec narodu.. Bez tych pojęć nie możemy myśleć o polityce.</p>
<p><em><strong>* Spotkanie odbyło się 11 grudnia 2009 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/12/14/debata-wyobraznia-opium-liberalizm/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Pytania przeciw tyranii. O książce Leo Straussa</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-pytania-przeciw-tyranii-o-ksiazce-leo-straussa/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-pytania-przeciw-tyranii-o-ksiazce-leo-straussa/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 02 Nov 2009 01:35:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Alexandre Kojève]]></category>
		<category><![CDATA[Arkadiusz Górnisiewicz]]></category>
		<category><![CDATA[E. R. Dodds]]></category>
		<category><![CDATA[G. Dumézil]]></category>
		<category><![CDATA[G. L. Hammond]]></category>
		<category><![CDATA[J. P. Vernant]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[K. Kerényi]]></category>
		<category><![CDATA[Las Teutoburski]]></category>
		<category><![CDATA[Leo Strauss]]></category>
		<category><![CDATA[O tyranii]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Armada]]></category>
		<category><![CDATA[Stanisław Brzozowski]]></category>
		<category><![CDATA[W. Burkert]]></category>
		<category><![CDATA[W. Jaeger]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=2962</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Pytania przeciw tyranii</strong></p>
<p><strong>Przyroda i historia.</strong> W świecie przyrody zachodzi powtarzająca się prawidłowość. Maleńki fragment zawiera w sobie zarówno działanie, jak i w przyszłości osiągnięty, zrealizowany cel, np. nasienie i roślina. Proces urzeczywistnienia możności tkwiących w bycie lub wynik tego procesu w koncepcjach neowitalistycznych odnosił się do Arystotelesowskiej entelechii. Jeżeli przejdziemy do procesu historycznego, czy jesteśmy w stanie odnaleźć zapowiedź prawidłowości, klęsk czy masakr, które zdarzały się na niespotykaną skalę? W reakcji na społeczny darwinizm Spencera rozwijano epigenetyczną koncepcję historii kultury polegającą na tym, że w danej epoce mają miejsce zjawiska w formie początkowej, które w okresie następnym stają się mainstreamem życia intelektualnego. W sensie filozoficznym najlepiej ideę epigenezy rozpracował Stanisław Brzozowski w swoich „Ideach”. Czy jednak rozpracował ją wystarczająco? Losy żadnego narodu ani żadnego typu instytucji politycznych takiego rodzaju twierdzeń nie uzasadniają. Mimo to filozofowie, humaniści i dziejopisarze będą poszukiwali wszelkiego rodzaju współzależności zjawisk dziejowych. Krytyczna ocena możliwości rozumu nie jest w stanie zatrzymać intelektualnych prób łączenia i porównywania zdarzeń.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-pytania-przeciw-tyranii-o-ksiazce-leo-straussa/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Pytania przeciw tyranii. O książce Leo Straussa&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Pytania przeciw tyranii</strong></p>
<p><strong>Przyroda i historia.</strong> W świecie przyrody zachodzi powtarzająca się prawidłowość. Maleńki fragment zawiera w sobie zarówno działanie, jak i w przyszłości osiągnięty, zrealizowany cel, np. nasienie i roślina. Proces urzeczywistnienia możności tkwiących w bycie lub wynik tego procesu w koncepcjach neowitalistycznych odnosił się do Arystotelesowskiej entelechii. Jeżeli przejdziemy do procesu historycznego, czy jesteśmy w stanie odnaleźć zapowiedź prawidłowości, klęsk czy masakr, które zdarzały się na niespotykaną skalę? W reakcji na społeczny darwinizm Spencera rozwijano epigenetyczną koncepcję historii kultury polegającą na tym, że w danej epoce mają miejsce zjawiska w formie początkowej, które w okresie następnym stają się mainstreamem życia intelektualnego. W sensie filozoficznym najlepiej ideę epigenezy rozpracował Stanisław Brzozowski w swoich „Ideach”. Czy jednak rozpracował ją wystarczająco? Losy żadnego narodu ani żadnego typu instytucji politycznych takiego rodzaju twierdzeń nie uzasadniają. Mimo to filozofowie, humaniści i dziejopisarze będą poszukiwali wszelkiego rodzaju współzależności zjawisk dziejowych. Krytyczna ocena możliwości rozumu nie jest w stanie zatrzymać intelektualnych prób łączenia i porównywania zdarzeń.</p>
<p><strong>Militaryzm, mity, los.</strong> W roku 66 naszej ery wybuchła wielka wojna żydowska z rzymskim okupantem. Legioniści przez kilka lat krwawo tłumili powstanie. W roku 70, po zdobyciu Jerozolimy, Świątynia Jerozolimska, najważniejszy obiekt religii mojżeszowej, została spalona. Podobno wkraczający do najbardziej strzeżonych pomieszczeń templum nie znaleźli w nich ani Arki Przymierza, ani kamiennych tablic z wyrytymi na nich przykazaniami. W najdalszych i niedostępnych pomieszczeniach była pustka. Rzymianie przechodzili od domu do domu zapytując ich mieszkańców, czy należą do rodu Leviticus. Odpowiedź twierdząca była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Odpowiedź negatywna w ówczesnej społeczności oznaczała utratę statusu i była traktowana równoznacznie z zaprzaństwem. Toczone bitwy i obrona twierdz od Jotopady do Masady oraz spory wewnętrzne wśród powstańców, zwłaszcza w samej Jerozolimie, stanowią istotne punkty zwrotne w historii wojny żydowskiej. Powstanie z lat 66-73 nie było ostatnim wystąpieniem zbrojnym mieszkańców Palestyny przeciwko Rzymowi, ale stało się wydarzeniem, w następstwie którego mojżeszowa religia Księgi przekształciła się w judaizm rabiniczny.</p>
<p>Francuscy rewolucjoniści, zwłaszcza w okresie największego terroru, z lubością odwoływali się do wzorów rzymskich. Przebierali się w tuniki, a ich przemówienia były pełne cytatów z łacińskiego piśmiennictwa okresu Republiki i Cesarstwa.</p>
<p>Twórcy propagandy u początków III Rzeszy byli dumni z tego, że nie muszą odwoływać się do spuścizny Rzymian. W pośpiechu kleili ideologię volkistowską, organizowali marsze z pochodniami i przypominali, że Germanie od zarania dziejów walczyli z Rzymem: najpierw pogańskim, a potem chrześcijańskim. Stale też podkreślali, że ideologia i kultura Niemiec powinna odwoływać się do mitologii lasu. W niemieckich pieśniach i wierszach często pojawia się jego motyw. W XIX wieku dążący do zjednoczenia Niemcy upowszechnili w swym piśmiennictwie określenie „Las Teutoburski”. Mimo że przez wielu badaczy zdarzenie to było kwestionowane, naród niemiecki zaczął szczycić się tym, że germańscy wojownicy zwyciężyli rzymskich legionistów i spowodowali cofnięcie granicy imperium z Łaby na linię Renu. Do niedawna Las Teutoburski był miejscem legendarnym. Dziś wiemy, że zdarzenie to istotnie miało miejsce w 5 roku naszej ery. Po likwidacji granicy między NRD a RFN i zjednoczeniu dwóch państw niemieckich, emerytowany archeolog brytyjski w latach 90. ubiegłego wieku odnalazł miejsce tej słynnej bitwy. Nazistom wystarczyła jednak sama legenda.</p>
<p><strong>Pytania Leo Straussa.</strong> Nie tylko przedstawiciele narodu dotkniętego Holokaustem odrzucają zachwyt nad militaryzmem rzymskim czy niemieckim. Sięgają do najprawdziwszych korzeni Europy, czyli do Greków. Greckie wzorce przyjęło Imperium Rzymskie, po nim zaś cywilizacja zachodnia. Kultura hellenistyczna, która wychowywała i inspirowała Rzymian, otwarła się na Dobrą Nowinę chrześcijaństwa, wzbudzała podziw w Średniowieczu, by na trwałe zagościć w wychowaniu klasycznym. Od Renesansu do współczesności stanowi nieustający przedmiot badań (w XX stuleciu możemy wymienić W. Burkerta, E. R. Doddsa, G. Dumézila, G. L. Hammonda, W. Jaegera, K. Kerényi, J. P. Vernanta i wielu innych). Kultura grecka okazała się wysoka, trwała i elastyczna. Na każdym etapie dziejów była nastawiona na podniesienie człowieczeństwa. Po doświadczeniach krótkotrwałego imperium Filipa i Aleksandra Macedońskiego po wszystkie czasy wyrzekła się militarnych i politycznych uzurpacji. Grecy nie ufali swemu władcy jako Bogu, nie podporządkowywali się biurokratycznym aparatom przymusu. Przemiany ich mentalności nie zatrzymały się, jak w równoległych cywilizacjach. Przekroczyli horyzont formułowania śmielszych teorii, które u nich były wcielane w życie. Retoryczne pytania czy dorobek intelektualny starożytnych Greków jest nadal aktualny, jakie znaczenie powinien mieć dorobek ery klasycznej wobec kryzysów politycznych współczesności, nie pozostawiają wątpliwości. Tradycja helleńska stała się niezwykle silną inspiracją dla najwybitniejszych umysłów w filozofii politycznej, dla ezoteryzmu Leo Straussa, dialektyki pedagogicznej Hannah Arendt czy manicheizmu Simone Weil.</p>
<p>Strauss i Kojève mieli dwie, całkiem odmienne wizje roli filozofa w nowoczesnym świecie. Zdaniem Straussa filozof nie powinien wkraczać do świata polityki. Kojève zajmował stanowisko odmienne. Dla Kojève’a filozof to człowiek, którego powinnością jest przechodzenie od myślenia do działania i aktywne uczestnictwo w procesie dziejowym. Dążenie do budowy „uniwersalnego, homogenicznego państwa” oraz zamkniecie dziejów – koniec historii.</p>
<p>Zdaniem Straussa, filozof musi zachowywać dystans wobec polityki, ponieważ w imię poszukiwania prawdy zajmuje się kwestionowaniem zastanej rzeczywistości, w tym panującego porządku politycznego. Konsekwencją takiego wyboru powinna być bezdomność umysłu człowieka. Tylko jednostka, która opuści wspólnotę, przestanie jej służyć w sposób zgodny z oczekiwaniami, może przekazać światu treści, które w istotny sposób ten świat zmienią. Obalać po wielokroć, obalać stare mity. Jest to prawda, która dociera do nas z losu Sokratesa, z nauczania Chrystusa, z nowatorskiego odczytania Biblii dokonanego przez Spinozę. Nie wiemy, jaka będzie przyszłość cywilizacji Zachodu. Historia się nie kończy. Ludzkość powinna wymykać się utopijnym projektom w trosce nie tylko o conditio humana, lecz w imię współodpowiedzialności za losy Ziemi, za świat stworzony i wartości wytworzone przez setki pokoleń. (Po II wojnie światowej jedna z fundacji zamknęła osiągnięcia naukowe i artystyczne: najważniejsze książki, płyty CD, z dziełami światowej muzyki poważnej, reprodukcje obrazów w stalowych batyskafach i umieściła je w alpejskich niszach lodowcowych.)</p>
<p>Tragedie dziejowe nie powinny, ale będą się powtarzać. Cóż na to może poradzić filozof? Powinien starać się wyjść poza kierunki bazujące na interpretacji świata zastanego. Szczęśliwa byłaby sytuacja, w której filozofia mentalnych przewrotów może się powtórzyć. Czy to potrafimy?</p>
<p><strong><em>Książka:</em></strong></p>
<p>Leo Strauss, „O tyranii”, przeł. Paweł Armada i Arkadiusz Górnisiewicz, Wydawnictwo UJ, Kraków 2009.</p>
<p><em>* Tom zawiera korespondencję L. Straussa i A. Kojève’a opracowaną na podstawie wydania amerykańskiego z 2000 roku.</em></p>
<p><em>** Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-pytania-przeciw-tyranii-o-ksiazce-leo-straussa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Kołakowski. Przesuwanie granic świata</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-przesuwanie-granic-swiata/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-przesuwanie-granic-swiata/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 01 Nov 2009 23:58:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szybki komentarz]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Leszek Kołakowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=3034</guid>
		<description><![CDATA[Osobisty komentarz do Tematu Tygodnia]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Przesuwanie granic świata</strong></p>
<p>Leszek Kołakowskim był dobrym nauczycielem filozofii. Był nim wtedy gdy jeszcze jako partyjny filozof polemizował z ks. Kłósakiem. I był nim wtedy gdy z bardzo wąskim i elitarnym gronem studentów filozofii w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia dokonywał egzegezy Mikołaja z Kuzy.</p>
<p>W pierwszym przypadku, śmiem twierdzić, zadbał o poziom ufilozoficznienia środowisk około kościelnych. W salkach seminariów duchownych na niektórych obozach organizowanych przez Duszpasterstwa Akademickie czytano Husserla czy nawet Heideggera dokładając lekturę któregoś z teologów katolickich wydanych przez IW PAX, np. W. Kaspera (sam jeszcze w liceum na takie obozy jeździłem, zabierany przez starsze kuzynki).</p>
<p>Na zajęcia egzegetyczne poświęcone Mikołajowi z Kuzy wszedłem <em>incognito</em>, korzystając ze znajomości wśród wykładowców i studentów filozofii. Salka była tak mała, że młodzież z trudem się mieściła. Do dziś niepokoi mnie fakt, że ówczesne władze IF UW przydzieliły do tych zajęć tak skromne pomieszczenie.</p>
<p>Kołakowski nie był dobrym mówcą. Mówił cicho i mało wyraźnie. Debaty w Audytorium Maksimum na UW w roku 1981 należały do mniej udanych. Tłum ludzi, a przypadkowi goście w ostatnich rzędach mało słysząc i chyba jeszcze mniej rozumiejąc, między rzędami zaczynali w końcu rozlewać deficytową, (bo podówczas na kartki) wódkę. Nawet otwierając Kongres Filozoficzny w Szczecinie w roku 2004, Kołakowski czuł się nieswojo. Pozwolił sobie na dużą dawkę ironii, mówiąc o tym, że przemawia po grupie lokalnych przedstawicieli władz państwowych i administracyjnych i w związku z tym zastanawia się, na ile filozof, jako figura retoryczna, powinien mówić zrozumiale. Jeśli będzie niezrozumiały, ludzie od niego odejdą. Jeśli z kolei zacznie wypowiadać się w sposób potoczny, w końcu ktoś zawoła: „cóż to za filozof – mówi banały!”</p>
<p>Kołakowski Leszek napisał jednak kilka ważnych książek na temat religii. „O religii”, książka w Polsce wydawana pod tytułem: „Jeśli boga nie ma?” „ Horror metafisicus” i „Bóg nie jest nam nic winien. Pascal na tle jansenistów”. Czytając recenzje tych prac na łamach miesięcznika ZNAK, można było zacząć się uśmiechać. Recenzenci, nawet ojciec J. Kłoczowski OP, usiłowali przedstawić ich treść, oceniając, czy i w jakim stopniu mieszczą się one w granicach ortodoksji.</p>
<p>W londyńskich księgarniach w działach „Filozofia i socjologia” książki Z. Baumana zajmowały na centralnej półce długość ręki. Książki Kołakowskiego stawiano w kąciku.</p>
<p>Czy zatem epitet, który stanowi tytuł książki W. Mejbauma z początku lat osiemdziesiątych „Literat cywilizowanego świata. O Leszku Kołakowskim”, pozostaje prawomocny? Kołakowski nie był wieszczem. Nie ogłaszał też końca filozofii, jak czyniło to kilku poprzedników, uznanych za wielkich i równie głośnych myślicieli. Uważał, że wiele filozoficznych pytań, które postawiono przed wiekami, pozostaje ciągle aktualnych. Nawet tak banalny paradoks sofistów, mówiący o tym, że pytanie „Jak żyć?” można zawsze zastąpić pytaniem „gdzie żyć?”. I odpowiadał na nie w sposób swoiście sowizdrzalski. Wyrzućcie pytania – przesuwajcie granice. Siła cywilizacji znaczy więcej niż ideologie, nawet więcej niż konfesje, bo one są jak ta moja angielska laseczka.</p>
<p>*<em> Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/02/kolarzowski-przesuwanie-granic-swiata/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Udręki i ekspresja Herty Müller. LITERACKI NOBEL 2009</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/10/12/kolarzowski-udreki-i-ekspresja-herty-muller/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/10/12/kolarzowski-udreki-i-ekspresja-herty-muller/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 12 Oct 2009 12:01:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szybki komentarz]]></category>
		<category><![CDATA[Herta Müller]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzyna Leszczyńska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=2708</guid>
		<description><![CDATA[Badamy twórczość Herty Müller z okazji przyznania Nagrody Nobla.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Udręki i ekspresja Herty Müller</strong></p>
<p>Tegoroczną laureatką literackiej nagrody Nobla jest niemieckojęzyczna pisarka pochodząca z Rumunii. Trzydzieści kilka lat swojego życia spędziła w tym bałkańskim kraju, rządzonym przez partię komunistyczną, która pod rządami N. Causescu przybrała postać autarkicznego totalitarnego reżimu. Po objęciu władzy w partii i państwie przez odwołującego się do kultu jednostki „geniusza Karpat” od połowy lat sześćdziesiątych społeczeństwo Rumunii poddane zostało presji ideologii i represjom na niespotykaną skalę.</p>
<p><strong>Przestrzeń.</strong> Dzieciństwo i młodość pisarki związane były z zamieszkiwaną przez bałkańskich Niemców zachodnią prowincją kraju Banatem. Następne ważne doświadczenia Herty Müller to studia i praca podjęła w rumuńskiej stolicy w czasie rządów dyktatora. Doświadczenia osobiste zostały przekute w opis świata przedstawionego. Tak więc miejsca akcji utworów noblistki to wieś zachodniorumuńska i pejzaże miejskie Bukaresztu. Te dwa motywy przestrzenne są stałym tłem akcji powieściowych i można by odnieść wrażenie, że przestrzeń staje się ważniejszym elementem twórczości niż losy bohaterów. Wymieszanie rzeczywistości jest jednym z istotniejszych motywów literackich Herty Müller. Żadna przestrzeń nie jest zamknięta, żadna nie nadaje się w pełni do zamieszkania i z każdej można nagle „wypaść” , uciekać lub być wygnanym. Przestrzeń miejska jest szara, zimna wszędzie taka sama. Tereny wiejskie bywają czasem urokliwe, choć częściej są opustoszałe, bezładne i zagrożone wskutek aktywności głodnych, chciwych ludzi.</p>
<p><strong>Codzienność.</strong> W powieściach i esejach H. Müller świadectwa oczu, uszu, czasem dotyku są źródłem nadziei bycia żywym i poprawnie reagującym człowiekiem. Niepokojące dialogi, czy złośliwe wypowiedzi bohaterów przedzielone są opisami zwyczajnych czynności: poruszania się, jedzenia, układania do snu, dbania o strój. Normalność staje się cenna, gdyż przywraca bez przerwy nadwyrężaną równowagę życia na krawędzi. Ponadto opisy zwyczajnych czynności znakomicie korespondują z obrazem kreślonym słowami nie dość, że rozchwianym jakby stale w drżącym od upału powietrzu, to jednocześnie zminiaturyzowanym aż do groteski. W tego rodzaju opisach to co małe a więc owady, ulotne przejawy przyrodniczej natury pozostają o tyle „w porządku”, o ile nie stają się zależne od woli człowieka, który dąży do uprzedmiotowienia wszystkiego. Urzeczowieniu podlegają bohaterowie, urzeczowienie staje się podstawowym celem relacji międzyludzkich i podlegającym degradacji składnikiem rytuałów codziennych.</p>
<p><strong>Uczucia.</strong> O uczuciach bohaterów H. Müller, ich współzależnościach w rzeczywistości totali-tarnej, można by napisać ogromnie wiele. Uczucia pozytywne prowadzą do swego zaprzeczenia. Bohaterowie często mówią o wstydzie czy obawie przed kompromitacją. Inni ludzie a zwłaszcza bliscy nie stają się gwarantem stabilizacji lecz co najwyżej współuczestnikami permanentnego zagrożenia. W takiej rzeczywistości nie obowiązują podstawowe zasady: nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe czy też prawie nie istnieją sytuacje, w których otrzymuje się cokolwiek z wdzięczności. Powoli znika cienka granica pomiędzy wyrachowaniem a zadośćuczynieniem. Bohaterowie w sposób paniczny odrywają się od obojętności, a osiąga się to najłatwiej przez zdeterminowaną agresje. Społeczeństwo jest zamknięte poprzez ograniczenie międzyludzkich relacji i podporządkowanie ich wynaturzonemu państwu. Rodzina staje się małą wytwórnią, fabryka może zastąpić rodzinę. Każde nawet przypadkowe spotkanie przybiera groteskowy obrót rzeczy: jawne lub częściej ukryte intencje powinny zostać rozszyfrowane jeżeli skazani na swoją obecność ludzie mają bezpiecznie przetrwać i nie narazić się na niewspółmiernie ryzykowną karę. Nie ma czasu ani możliwości by wytworzyła się podkultura spajająca konkretne środowisko. Sponiewierane kobiety i brutalni mężczyźni mogą ofiarować sobie seks ale nawet nie koniecznie uważność, będącą punktem wyjścia wzajemnego uznania. Szczęście istnieje jako forma wspomnień niemniej poddana tak silnej presji rzeczywistości, iż przypomina radość dziecka, które choroba wybawiła od obowiązku szkolnego.</p>
<p>Książki H. Müller to poetycko rozpisany i oglądany „pod mikroskopem” wrażliwej pisarki proces postępującej anomii społeczeństwa. Świat w którym żyją ludzie nie jest dobry. Niekoniecznie jednak ludzie podejmujący elementarne działania tworzą świat zły. Często wcale nie mają najmniejszego zamiaru uczestniczyć w tworzeniu złego świata. Mogą jedynie od czasu do czasu porozmawiać na temat niewystarczalności swych działań. Niewystarczalność wszystkich jako podmiotu zbiorowego i każdej osoby z osobna to owoc strachu stale dojrzewający i który nie może odejść w niebyt. Nie sposób uwolnić się od tego podpływającego lęku. Permanentność zagrożenia zostawia trwałe ślady w psychice i zachowaniach ludzi. Nie wiadomo, kto posiada jakiekolwiek informacje prowadzące do rzeczywistego uwolnienia od lęku, miejsce Ja i Ty zajmuje nie ponoszące odpowiedzialności Się. Bezpodmiotowe bycie &#8211; Się żyje, Się usiłuje kochać i Się podejmuje wysiłek by odnaleźć sposoby wiodące ku uwolnieniu. Postacie z książek autorki podejmują wysiłek by wyjść poza bycie w środku – w świecie zastrzeżeń i zastrzeżonego, w którym wszelkie życiowe kryteria są zastępowane czymkolwiek w zagrożeniu i pośpiechu. To co pomaga odnaleźć się w dziwacznym i zdegradowanym świecie jest prostactwem, wrogością, obojętnością. Antidotum dla wielkiego strachu i małych lęków musi być pośpieszne i zawsze przypadkowe. Dlatego też w sytuacjach permanentnej opresji psychicznej złe cechy wzajemnie się usprawiedliwiają.</p>
<p><strong>Stylistyka.</strong> Styl H. Müller jest niezwykle charakterystyczny. Zdania nie są długie i częściej proste, krótkie. Mają cechy składnika collagowego obrazu, są fragmentami puzzla służącego do poetyckiej układanki. Zdania odautorskie budują opis, który jest emocjonalny i rozedrgany, bądź katastroficzny.</p>
<p>Jeszcze bardziej charakterystyczne w książkach Müller są dialogi. Zaczynają się i kończą niespodziewanie. Nie są długie, najwężej trzy, maksimum pięć zdań. Ludzie maja trudności z ubraniem w słowa swych myśli i zupełną niemożliwość w wyrażeniu uczuć. Gdy zdarza im się wypowiedzieć wariacki aforyzm – sentencja nadwyrężonej psychicznie jednostki może nawet stać się tytułem książki jak w przypadku „Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie”. Aluzja z bażantem odnosi się do upokorzeń, które trzeba było znieść by otrzymać paszport i zgodę na wyjazd (bażant fruwający może uciec z fermy, bażant z podciętymi lotkami choruje i zdycha). Pewne pokrewieństwo łączy H. Müller z radzieckim pisarzem &#8211; twórcą „Moskwa – Pietuszki”, Wieniediktem Jerofiejewem. Od niego zapożyczyła tytuł innej swojej książki „Lis już wtedy był myśliwym”. Tyle tylko, że Müller używa konwencji literackich takich jak historia o dojrzewaniu, o starości, rezygnacji czy śmierci na sposób bardzo subtelny .</p>
<p><strong>Idee.</strong> Antytotalitaryzm H. Müller pozwala niektórym komentatorom postawić jej dorobek obok dokonań pisarzy wschodnioeuropejskich w dziedzinie literatury łagrowej zwłaszcza A. Sołżenicyna. Ale twórczość autorki „Król kłania się i zabija” &#8211; tytuł zbioru esejów noblistki, jest dużo bardziej uniwersalna. Ta uniwersalność pozwala widzieć totalitarne zagrożenie w każdym rodzaju zła istniejącego nawet w zdemokratyzowanych społeczeństwach. Działalność tajnych policji, ingerencja czynników publicznych w decyzje dotyczące posiadania potomstwa, przywódcy państw których pociągają ele-menty kultu jednostki i nacjonalizm, wszędzie stanowią zagrożenie dla kruchych zasad ładu i poje-dynczej jednostki ludzkiej. Wywożenie nieczystości nigdzie nie roztacza pięknych zapachów bez względu na to czy odbywa się w Warszawie, Nowym Jorku, Zurychu czy Bukareszcie. Podobnie jest z pracą tajnej policji – w jej pracy występuje współczynnik podłości na użytek celów określanych cza-sem jako wyższe. Relatywizm w demokracjach jest selektywny i często skrywany, natomiast relaty-wizm reżimów totalitarnych przechodzi od chaosu do omnipotencji. Różnice w sposobie ubierania się i wypijanym alkoholu są drugorzędne. Pieniądze bywają dobrem najwyższym wielu ludzi w różnego rodzaju społeczeństwach. Niemniej czasem zdarza się tak, że to system autorytarny czyni z odruchu człowieczeństwa autentyczne dobro najwyższej wagi. Jest to najistotniejszy powód dla którego twórczość Niemki z Rumunii, która nie potrafi otrząsnąć się z koszmarów przeszłości neostalinowskiego, dyktatorskiego reżimu, zasłużyła na szczególne i najwyższe wyróżnienie.</p>
<p><strong><em>Książki:</em></strong></p>
<p><em>Sercątko</em>, 2003<br />
<em>Dziś wolałabym siebie nie spotkać</em>, 2004<br />
<em>Lis już wtedy był myśliwym</em>, 2005 (przekł. Alicja Rosenau)<br />
<em>Król kłania się i zabija</em>, 2005<br />
<em>Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie</em>, 2006<br />
<em>Niziny</em>, 2006<br />
<em>Głód i jedwab. Eseje</em>, 2008</p>
<p><em>* Wszystkie książki noblistki wydało w Polsce wydawnictwo „Czarne” prowadzone pod auspicjami Andrzeja Stasiuka i Moniki Sznajderman. Tłumaczką większości książek H. Müller jest p. Katarzyna Leszczyńska.</em></p>
<p><em>** Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/10/12/kolarzowski-udreki-i-ekspresja-herty-muller/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KOLARZOWSKI: Jarosławskie kontrasty</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/21/kolarzowski-jaroslawskie-kontrasty/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/21/kolarzowski-jaroslawskie-kontrasty/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 21 Sep 2009 00:22:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Adam Jarzębski]]></category>
		<category><![CDATA[Albericus Mazak]]></category>
		<category><![CDATA[Bohuslav Matěj Černohorský]]></category>
		<category><![CDATA[Cantilena Antiqua]]></category>
		<category><![CDATA[Capella Regia]]></category>
		<category><![CDATA[Grzegorz Gerwazy Gorczycki]]></category>
		<category><![CDATA[Guiliamme de Machaut]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy J. Kolarzowski]]></category>
		<category><![CDATA[Johan Caspar Ferdinand Fisher]]></category>
		<category><![CDATA[Maciej Kaziński]]></category>
		<category><![CDATA[Marcel Peres]]></category>
		<category><![CDATA[Messe De Nostre Dame]]></category>
		<category><![CDATA[Pieśń naszych korzeni]]></category>
		<category><![CDATA[Venzel Gunther Jacob]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=2432</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Jarosławskie kontrasty</strong></p>
<p>W dniach 23 – 30 sierpnia, czyli w ostatnim pełnym tygodniu sierpnia, odbywał się XVII festiwal muzyki dawnej „Pieśń naszych korzeni”. Jego głównym organizatorem jest stowarzyszenie „Muzyka dawna w Jarosławiu” wspierane przez Urząd Miasta, Klasztor Ojców Dominikanów oraz portal <a href="http://www.opactwo.pl/" target="_blank">http://www.opactwo.pl/</a>. Dyrektorem festiwalu od kilku lat jest Maciej Kaziński, wspierany doświadczeniem przez pierwszego organizatora jarosławskich festiwali Marcina Bornus-Szczecińskiego.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/09/21/kolarzowski-jaroslawskie-kontrasty/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KOLARZOWSKI: Jarosławskie kontrasty&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jerzy J. Kolarzowski</em></p>
<p><strong>Jarosławskie kontrasty</strong></p>
<p>W dniach 23 – 30 sierpnia, czyli w ostatnim pełnym tygodniu sierpnia, odbywał się XVII festiwal muzyki dawnej „Pieśń naszych korzeni”. Jego głównym organizatorem jest stowarzyszenie „Muzyka dawna w Jarosławiu” wspierane przez Urząd Miasta, Klasztor Ojców Dominikanów oraz portal <a href="http://www.opactwo.pl/" target="_blank">http://www.opactwo.pl/</a>. Dyrektorem festiwalu od kilku lat jest Maciej Kaziński, wspierany doświadczeniem przez pierwszego organizatora jarosławskich festiwali Marcina Bornus-Szczecińskiego.</p>
<p>Aktywność kilku ludzi powoduje, że pod koniec lata małe senne miasteczko o pięknych tradycjach rozbrzmiewa muzyką dawnych epok, a liczne świątynie służą za miejsca przeżyć estetycznych i duchowych. Warto poświęcić organizatorom przedsięwzięcia więcej uwagi, gdyż działają w dość trudnych warunkach, pomiędzy władzami miasta a nieodzowną w tych warunkach pomocą duchownych, zakonnic i zakonników. Festiwal na trwałe wpisał się do kalendarza imprez kulturalnych w Polsce przez swoją trwałość oraz rangę występujących wykonawców. Przed kilku laty głośny był przyjazd hiszpańskiego wykonawcy i producenta Jordiego Savalla, natomiast w tym roku przez cały czas trwania festiwalu przebywał w Jarosławiu Marcel Peres.</p>
<p>W Jarosławiu czuje się oddech historii. Według legendy miasto założył Jarosław Mądry jako najdalej na Zachód wysuniętą placówkę księstwa kijowskiego. Największy rozkwit urbanistyczny tego ośrodka handlowego przypadał na wieki XIV i XV oraz koniec XVI, kiedy to Jarosław stał się punktem na trasie wiodącej z Krakowa przez Lwów na Podole i Ukrainę. Położone w dolinie krętego Sanu miasto (obecnie odsunięte od rzeki wyprostowanej i częściowo uregulowanej jeszcze przez Austriaków) znajduje się w pobliżu najstarszych miejsc osadnictwa na ziemiach polskich – Przeworska i Leżajska. Pod miastem znajdują się trzykondygnacyjne składy, w których dzięki stałej temperaturze można było przechowywać zboże i wino. W szesnastym stuleciu największe kamienice w Jarosławiu należały do włoskich kupców, którzy sprzedawali je polskim arystokratom, a ci – kiedy biegnące przez miasto szlaki handlowe straciły już na znaczeniu – zubożałym mieszczanom.</p>
<p>Pod koniec sierpnia najważniejsza w Jarosławiu staje się muzyka i obecność gości festiwalowych. Słychać ją z budynku przeznaczonego na warsztaty chóralne, które w tym roku prowadził Marcel Peres. Tuż przy rynku nadawane są przez megafon różne ogłoszenia. Wśród nich pojawiają się też informacje o festiwalu. Najważniejsze oczywiście są jednak koncerty wieczorne, które odbywają się w zabytkowych wnętrzach sakralnych.</p>
<p>W tym roku, jak i w latach poprzednich, festiwal rozpoczął się koncertem w cerkwi. Tym razem był to występ zespołu „Sirin” z Rosji. Muzycy wykonywali utwory z tego obszaru kulturowego pochodzące z okresu pomiędzy XIV a XVII stuleciem, czyli z czasów późnej nowożytności. Rosyjska muzyka z tamtych wieków jest dziwna i trudna w odbiorze. To połączenie chorału bizantyńskiego z wpływami muzyki ludowej wschodniosłowiańskiej i nordyckiej, czyli staroruski śpiew jednogłosowy plus początki polifonii. Temat jest mało znany i wymaga dalszych badań. Słuchając „Sirin”, ma się wrażenie, że zmiany w muzyce cerkiewnej przed reformą Piotra I wypływają z kontaktów z późnorenesansową Polską. Koncert tego zespołu bardziej nadawałby się do pomieszczeń studyjnych albo do cerkwi starowierców niż do barokowej i wypełnionej po brzegi publicznością cerkwi greckokatolickiej. Rosyjski zespół wydobył z siebie naprawdę dużo pod koniec koncertu.</p>
<p>W poniedziałek, 24 sierpnia, w kolegiacie wystąpiła francusko-niemiecka grupa „Sequentia”, która zagrała utwory z wczesnego średniowiecza europejskiego (IX-XI wiek), ze względu na treści millenarystyczne określone mianem fragmentów na koniec czasów. Wykonywanym utworom towarzyszyły przeźrocza z przetłumaczonymi tekstami. Była to muzyka pełna lęków, pisana do treści panicznych, przepowiedni końca świata. A zatem treści magiczne związane z wyobraźnią i panteonem średniowiecznego bestiarium zaklęte zostały w muzyce. Mimo tekstów, które nawoływały do duchowej odmiany życia w obliczu możliwego końca, całość nie była przekonująca. Okazało się, że artyści, którzy wykonują tego rodzaju muzykę, traktując ją jak każdą inną, nie są w stanie przeniknąć do wnętrz ludzi żyjących tysiąc lat później. Bywalcy festiwalu w dyskusjach zastanawiali się, co mogłoby zmienić ten stan rzeczy. Czy zamiast tekstów powinno wyświetlać się obrazy przedstawiające legendarne wyobrażenia człowieka średniowiecza, sceny bitew, obrazy unaoczniające powszechność śmierci czy zagrożenia płynące ze świata przyrody?</p>
<p>Dużo podobnych wątpliwości budził koncert „Antiquo More”, dziecięcego zespołu z Międzyrzecza, który odbył się na jarosławskim rynku. Towarzyszył mu grający na lirze korbowej i recytujący tekst baśni Jacek Hałas. Scena na rynku była za niska, a oświetlenie mało precyzyjne. Dzieci grały dość sprawnie, natomiast gorzej wypadały, kiedy trzeba było odegrać w pantomimie baśniowe sceny. Całość dawała wrażenie braku spójności oraz przygotowania scenicznego występujących dzieci i młodzieży. Koncert, który miał przekonać przeciętnych mieszkańców miasta do muzyki dawnej, raczej nie spełnił swojej roli. W zapowiedzi można było usłyszeć, że według organizatorów ma on spełnić oczekiwania tych, którzy domagają się, aby w programie festiwalu pojawiało się więcej muzyki świeckiej, element profanum. Opuszczający jarosławski rynek komentowali zdarzenie bez entuzjazmu. Usłyszałem nawet taką wypowiedź:</p>
<p>„Muzyka na dworach czy w zamkach dotyczyć może Francji czy Włoch. W Polsce gnębiono chłopów, a to, co z ich potu wyciśnięto, tracono na podróże i wielkopańskie życie.”</p>
<p>Zapewnie potrzeba będzie czasu zanim kultura okołokościelna wyzwoli się z socrealistycznych stereotypów i można zapytać, czy kiedykolwiek to nastąpi.</p>
<p>Nasuwa się istotna i merytoryczna dygresja związana z wykonywaniem muzyki dawnej. W jaki sposób zespół, który pokusi się o oddanie atmosfery przez dodatkowe elementy prezentacji, odwołujące się do wrażeń wzrokowych, powinien występować i reżyserować spektakl. W wypadku muzyki sakralnej sprawa jest prosta. Wystarczy siła wykonywanej muzyki i reszta przekazu może ograniczyć się do odpowiednio wybranego wnętrza świątyni z niewielkim oświetleniem czy nawet ze specjalnym zaciemnieniem. Inaczej jednak bywa z muzyką dworska, zamkową, a nawet z okolicznościową muzyką ludową. Te rodzaje domagają się specjalnej scenerii i nieprawdopodobnie wypracowanej sceniczności, na którą muszą składać się zarówno wystrój, jak i zachowanie muzyków oraz osób im towarzyszących.</p>
<p>Tego samego dnia, a była to wigilia święta Matki Boskiej Częstochowskiej, zorganizowane zostało całonocne czuwanie od godziny 23 do 4 ze śpiewem gregoriańskim wykonywanym przez tych, którzy zapisali się chóru Marcela Peresa, oraz osoby zaawansowane w śpiewie. Wyczerpujące i dla wykonawców, i dla słuchaczy wydarzenie po raz kolejny pokazało, że festiwal jarosławski to nie tylko przedsięwzięcie artystyczne, ale i w ogromnym stopniu sakralne.</p>
<p>Dwa koncerty dnia następnego, 26 sierpnia, były prawdziwą artystyczną ucztą i powetowały niedociągnięcia z pierwszych trzech dni festiwalu. O godzinie 20 wystąpiła grupa „Cantilena Antiqua” z Bolonii prezentując program pod nazwą „Epos”, na który składały się utwory epoki karolińskiej IX i X wieku. Wśród wykonywanych utworów znalazł się m.in. fragment „Eneidy” z notacją muzyczną pochodzącą z rękopisu odnalezionego w jednej z włoskich bibliotek. Włoski zespół wykonuje muzykę wyłącznie na tradycyjnych instrumentach. Charakteryzuje ją swoisty słoneczny optymizm, brak rozdarcia na świat wysoki i niski, sakralny i pozasakralny. Jest w tej muzyce zarówno radość, jak i skupienie.</p>
<p>Tego samego dnia w nocnym koncercie wystąpił zespół „Bizantion” z Rumunii. Prezentował chorał grecko-bizantyński na najwyższym poziomie. Fragmenty muzyki sakralnej przedzielała cisza – wykonawcy zwrócili się do słuchaczy z prośbą, by w czasie trwania koncertu całkowicie powstrzymali się od oklasków. Wrażenie związane z występem tego zespołu było ogromne. Grupa promuje muzykę bizantyńską w świecie Zachodu, ukazując piękno liturgicznej monodii i jej 1500-letnią tradycję, która ma swe korzenie w muzyce starogreckiej, a nawet perskiej. Zespól rumuński utrzymuje żywe kontakty z Grecją, profesorami muzyki bizantyńskiej w Atenach i Paryżu, z klasztorami na górze Athos, a nawet z akustykami z Japonii. Dzięki jego pracy udało się odtworzyć oryginalne zapisy muzyki bizantyńskiej. Chór składający się z sympatycznych Rumunów, komunikatywnych, władających wieloma językami obcymi, kontaktowych i zupełnie nie stwarzających jakiejkolwiek bariery między artystami a innymi uczestnikami festiwalu, wzbudził ogromne emocje. Fascynację przeradzającą się u niektórych zakonników z Polski w nieskrywaną zazdrość, co dało się zauważyć w trakcie seminarium z udziałem Rumunów.</p>
<p>Kolejna dygresja dotyczy spotkań z przedstawicielami rumuńskiej inteligencji i kontaktów z tym wspaniałym krajem, tak bliskim (Polska w okresie międzywojennym miała kilkudziesięciokilometrowy odcinek wspólnej granicy), a jednocześnie tak egzotycznym w swej bałkańskiej różnorodności, gdzie elementy tureckie, rosyjskie, habsburskie i włosko-francuskie oraz żywioł węgierski podlegały ciągłemu przemieszaniu. Czynników, które kreują znakomitość ludzi reprezentujących ten melanżowy etnos, jest więcej niż tylko różnorodność narodowa. Jeden z chórzystów rumuńskiej grupy w zaaranżowanej rozmowie usiłował tłumaczyć:</p>
<p>„W sprawach zawodowych należy być arcydoskonałym tak, jakby się było diabłem wcielonym wadzącym się z Panem Bogiem. Poza tym trzeba wiedzieć, co i po co się kocha. Nie mieć kompleksów rodem z XX stulecia. W cerkwi być nade wszystko ewangelicznym Europejczykiem – nie Rumunem, Węgrem czy Rosjaninem.<br />
Na terenie Dobrudży [wyżynny płaskowyż nad morzem Czarnym – przyp. autora] znaleziono fragmenty jednej z Ewangelii zapisane klinowym pismem gockim. Niemcy uznali to za najstarszy zabytek piśmiennictwa germańskiego, bo język Gotów stał się składową niemieckiego. Rosjanie ucieszyli się, że to odkrycie jest blisko ich granicy na Dunaju i znajduje się na tradycyjnym szlaku z Konstantynopola do Kijowa i dalej do trzeciego Rzymu, czyli do Moskwy. Ale ten fragment pochodzi z II wieku naszej ery, kiedy kwitło imperium rzymskie i żadnych Niemiec ani tym bardziej Rosji nie było”.</p>
<p>Następnego dnia, 27 sierpnia, wystąpił Dragosław-Pawle Aksjentewić z zespołem grającym serbską muzykę cerkiewną z XIV – XVI wieku. W 1453 roku padł Konstantynopol, a ówczesną stolicę królestwa Serbii, Smederevo, Turcy zdobyli sześć lat później. Od tego czasu muzyka cerkiewna w zachodniej części Bałkanów zaczęła zamierać, a nawet być represjonowana. Stąd wpływy greckie pomieszane z włoskimi i odcięte od późniejszych przemian kulturowych w reszcie łacińskiego świata pozostawiły zapisy dzieł oryginalnych, ale jakby niedokończonych.</p>
<p>Przedostatniego dnia, 28 sierpnia, wystąpili muzycy skupieni w zespole „Capella Regia” z Pragi, wykonujący barokową muzykę czeskich i polskich klasztorów. Jest to muzyka znakomita, oryginalna, łącząca brzmienie organów ze skrzypcami, altówką, wiolonczelą, fagotem i śpiewem. Muzycy zaprezentowali utwory mało znanych poza kręgami muzycznymi mistrzów takich, jak: Albericus Mazak (1609-1661), Adam Jarzębski (1590-1649), Bohuslav Matěj Černohorský (1684-1742), Grzegorz Gerwazy Gorczycki (1674-1734), Venzel Gunther Jacob (1685-1734) i Johan Caspar Ferdinand Fisher (1666-1746). Już sama zmiana w pisowni nazwisk czeskich kompozytorów ukazuje ciążenie tego obszaru do kultury niemieckiej. Koncert był bogaty w wątki stylizacji muzycznej, która od początku XVII stulecia przez cały okres baroku ulegała niezwykle istotnym i silnym przemianom. Czy dla łatwości odbioru i estetycznej przyjemności mniej wyrobionego odbiorcy nie należało skupić się na dwóch lub najwyżej trzech przedstawicielach tego niezwykle istotnego dla europejskiej muzyki okresu? To pytanie towarzyszyło niektórym słuchaczom, którzy, choćby na moment, opuszczali dominikańską bazylikę Matki Boskiej Bolesnej? Pytanie tym bardziej zasadne, że Mazak, Jarzębski i Jacob byli reprezentowani kilkoma utworami, których kolejność wykonywania trudno uzasadnić względami merytorycznymi.</p>
<p>Koncert z 29 sierpnia pod przewodnictwem Marcela Peresa z udziałem dwóch chórów – festiwalowego i grupy śpiewaków z Wrocławia pozostających pod opieką francuskiego animatora muzyki dawnej od maja br. – stał się wydarzeniem bez precedensu. Wykonano <em>Messe De Nostre Dame</em> Guiliamme’a de Machaut (ok. 1300-1377). Piękny utwór z delikatnie zarysowaną polifonią rozpisaną na linie melodyczne przynależące do kilku grup chórzystów jest wspaniałym zabytkiem późnośredniowiecznego kunsztu wokalnego. Słynny czternastowieczny Francuz, jeden z pierwszych kompozytorów europejskich, którego znamy z nazwiska, porzucił dworskie życie u boku Jana Luksemburskiego, by objąć godność kanonika w Reims i całkowicie poświęcić się komponowaniu. Stworzył oryginalne dzieło czterogłosowe rozpisane na chóry użyte inaczej, niż miało to miejsce zarówno w dotychczasowej, jak i późniejszej tradycji muzyki sakralnej. Część utworu zapisana jest w tradycji nazwanej później cantus firmus, a część jako śpiew jednoczasowy. Jeżeli dodać do tego odwrotność w ujęciu skali głosowej w okresie gotyku, gdzie partie dolne powierzone są tenorowi i kontratenorowi, a górne należą do motetu i przyozdabiającego go „niczym koronka” głosu triplum, otrzymujemy niezwykły w swej wymowie utwór. W związku z wykonaniem dzieła Marcel Peres w książce festiwalowej zapisał:</p>
<p>„Wykonawca nie powinien zadowalać się przeczytaniem i odtworzeniem tekstu. Aby uzyskać przystęp do dzieła, powinien podjąć działania estetyczne i akustyczne. Rzecz zanotowana nie jest ostatecznym celem, lecz punktem wyjścia procesu poznania, który uzyskuje ostateczny kształt w bezpośrednim związku z dźwiękiem. Narracja jest niczym mapa, która pozwala nam znaleźć drogę, nie jest pejzażem, który kontemplujemy. Ostateczną rzeczywistością muzyki jest dźwięk, to zaś poznać do głębi można jedynie przez doświadczenie ”.</p>
<p>Msza Guiliamme’a de Machaut następnego dnia została wykonana w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP na warszawskich Bielanach, a dzień później we Wrocławiu w kościele św. Krzyża w ramach dolnośląskiego festiwalu Wratisalvia Cantans. Festiwal jarosławski w niedzielę 30 sierpnia zakończyła msza gregoriańska odprawiona w dominikańskiej bazylice i tradycyjnie koncelebrowana przez ordynariusza diecezji przemyskiej bp. Adama Szala.</p>
<p>Wielka pochwała należy się organizatorom festiwalu, w szczególności zaś pani M. Oklejak za przygotowanie wspaniałego wielojęzycznego katalogu. Prezentuje wysoki poziom merytoryczny, a szata graficzna i staranność edytorska budzą prawdziwy podziw.</p>
<p>Odwiedzający Jarosław pilnie odnotowują wszystkie zmiany w mieście – zarówno te, które smucą, bo wypływają ze wszechobecnego kryzysu, jak i te pozytywne. Piękna stylowa restauracja „Grodzka”, która kusiła przybyszów secesyjnym wnętrzem i dawnymi meblami zredukowała się do ogródka piwnego, gdzie oprócz piwa podaje się jedynie pizzę i frytki. Dawna restauracja „Basztowa”, znana wśród odwiedzających ze świetnej kuchni, została zamknięta, a obok otwarto zwyczajną jadłodajnię sieci „Sphinx”. W pobliżu pocieszyć może jedynie nowoczesna kawiarnia w stylu włoskim. W kilku miejscach Jarosławia, m.in. w kawiarence na rynku oraz w kawiarence festiwalowej w podziemiach klasztoru, dostępny był bezprzewodowy Internet. Stąd też zarówno miejscowa młodzież, jak i osoby przyjezdne nie rozstają się z laptopami. Zawodowi tłumacze mogą nie rozstawać się ze swoim warsztatem pracy, a studenci piszący prace licencjackie czy magisterskie otrzymali w ten sposób wyraźną pomoc od władz miasta. Wygląda na to, że dyrektywy UE wykonają przede wszystkim małe kilkunastotysięczne czy kilkudziesięciotysięczne miasta i będą wcześniej dysponowały darmowym, bezprzewodowym Internetem niż duże aglomeracje. Gdy z Jarosławia wyjeżdżają goście festiwalu, pojawiają się w nim liczne grupy młodzieży korzystające z miejscowych szkół średnich i uczelni wyższych, przede wszystkim prywatnych. Czekający na zbudowanie obwodnicy mieszkańcy miasta wiązali duże nadzieje z polsko-ukraińskimi mistrzostwami piłkarskimi Euro 2012. Niestety ich obawy i rozczarowanie stale rosną. Uważają, że Jarosław miałby większe szanse, gdyby stał się, jak przed wiekami, ośrodkiem handlu wschód-zachód, a wówczas festiwal mógłby być imprezą towarzyszącą przedsięwzięciom handlowym takim jak targi czy wystawy rangi międzynarodowej.</p>
<p><em><strong>Festiwal:</strong></em></p>
<p>Międzynarodowy Festiwal Muzyki Dawnej &#8222;Pieśń naszych korzeni&#8221;<br />
Jarosław<br />
23-30 sierpnia 2009 r.<br />
Dyrektor artystyczny: Maciej Kaziński</p>
<p><em>* Jerzy J. Kolarzowski, doktor nauk prawnych.</em></p>
<p><em><br />
</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/21/kolarzowski-jaroslawskie-kontrasty/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
