﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kultura Liberalna &#187; Magdalena M. Baran</title>
	<atom:link href="http://kulturaliberalna.pl/tag/magdalena-m-baran/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kulturaliberalna.pl</link>
	<description>liberalnie o kulturze</description>
	<lastBuildDate>Sun, 05 Sep 2010 11:17:35 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>BARAN: Patrząc z przerażeniem</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/baran-patrzac-z-przerazeniem/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/baran-patrzac-z-przerazeniem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Aug 2010 00:58:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Obywatelski]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 83]]></category>
		<category><![CDATA[Titanic]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6740</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Patrząc z przerażeniem</strong></p>
<p>„Patrząc” właśnie, bo przecież nie „Czytając”, gdy codzienne, poranne kręcenie głową na niewiele więcej pozwala (aż głowa boli od nadmiaru bzdury). „Wertując” poranną prasę lokalną, w poszukiwaniu konkretów, informacji, czegoś więcej niż kolejny sensacyjny wątek, którym z pierwszej strony szacowny dziennik krzyczy, gromi, strach sieje i zamęt. „Patrząc” właśnie wzrokiem przebiegam po nagłówkach, co oddech odbierają tysiącom nieświadomych obywateli, dla których szacowny dziennik to wyrocznia niemal, główne źródło informacji wiarygodnych i sprawdzonych, przyjaciel wieloletni, towarzysz pierwszej czarnej kawy, autobusowego tłoku, drugiego śniadania w przerwie pracy.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/baran-patrzac-z-przerazeniem/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Patrząc z przerażeniem&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Patrząc z przerażeniem</strong></p>
<p>„Patrząc” właśnie, bo przecież nie „Czytając”, gdy codzienne, poranne kręcenie głową na niewiele więcej pozwala (aż głowa boli od nadmiaru bzdury). „Wertując” poranną prasę lokalną, w poszukiwaniu konkretów, informacji, czegoś więcej niż kolejny sensacyjny wątek, którym z pierwszej strony szacowny dziennik krzyczy, gromi, strach sieje i zamęt. „Patrząc” właśnie wzrokiem przebiegam po nagłówkach, co oddech odbierają tysiącom nieświadomych obywateli, dla których szacowny dziennik to wyrocznia niemal, główne źródło informacji wiarygodnych i sprawdzonych, przyjaciel wieloletni, towarzysz pierwszej czarnej kawy, autobusowego tłoku, drugiego śniadania w przerwie pracy.</p>
<p>Świtem bombardują mnie wieści kasandryczne o galopującym kryzysie, cenach chleba, co nie z powodu suszy, powodzi czy gradobicia, ale z bliżej nieokreślonej (lub rzekomo wynikającej z fatalnego prowadzenia krajowej gospodarki) przyczyny osiągnąć mają niebotyczne wręcz rozmiary („Zboża nie ma. Mąka drożeje”). Patrzę więc rankiem na horror galopującego VAT-u, co wedle lokalnych dziennikarzy nie ma żadnego uzasadnienia (lub ma – i tu winny, dosłownie winny, znów miałby być rząd) i miast wyjaśniać przyczyny, łagodzić nastroje czy po dziennikarsku pytać dociekliwie, straszyć nim trzeba („VAT-em po kieszeni” i „Będzie drożej, czyli sejmowa awantura o wyższy VAT”). Wizja ruiny własnego domu prześladować może nawet nocą, gdy zamknięte pod zasłoną powiek gałki oczne już wydają się śledzić prasowe tytuły następnego poranka. Bo znów zakrzyknąć może ów dziennik, iż (z przyczyn „wiadomych”) „Za 3 miesiące możemy zostać bez gazu.  Ceny wzrosną”. I to wszystko tylko w pięć kolejnych dni. Brak tylko, że „larum grają, nieprzyjaciel w granicach…” – choć i to, przy odrobinie złej woli, dalibyśmy radę „wypatrzeć”. Usta nerwowo pochłaniają kanapkę, kawa z krwią ze złości się gotuje, bo co tak naprawdę nas czeka?</p>
<p>Tłuką się po głowie zmęczonej myśli naiwne o dziennikarskiej obiektywności, ba, rzetelności choćby, co sprawiedliwość odda nawet krytykowanej stronie. Co zważy, zmierzy, zapyta kogo trzeba, a gdy konieczność taka zajdzie uczyć się zechce. Patrząc więc na nagłówki, bo w pośpiechu wielu jedynie to czyni, można mieć wrażenie, iż statek zwany Polską ma się gorzej niż źle, a los <em>Titanica </em>jest mu coraz bliższy. I znikąd wyjścia, znikąd pomocy. Posuwając czarnowidztwo do granic wyobraźni, można domyślać się szybkich przeliczeń domowych budżetów, kalkulacji, podniesionych głosów czy wreszcie przynajmniej lekkiej nerwicy. Czarny piątek czy czarny poniedziałek – lepiej rzec czarny tydzień… albo posłać całe pismackie towarzystwo do wszystkich diabłów. Na szczęście jedziemy na wakacje.</p>
<p>Ufff… Oddech niedzielny, gdy gazet nie kupuję, gdy świt wakacyjny wita kolejnym odcinkiem nieśmiertelnego Rudego z załogą.  Powtórkowe „Patrząc” zdrowsze, relaksacyjne, historie w głowie przypominające te z czasów, gdy było się dzieckiem. W cichości ducha liczę tylko, że choć słusznie wieszczka Troi przepowiedziała upadek, to pismaków naszych wróżbiarstwo lichszego gatunku, a złowróżbność w sezonie ogórkowym jakby mniej się liczy. Wolę więc dla „Patrząc” – na przyszłość – inne zapisywać obrazy.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, koordynator Instytutu Obywatelskiego, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje pracę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 83 (33/2010) z 10 sierpnia 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/baran-patrzac-z-przerazeniem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Tu ne quesieris…</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/baran-tu-ne-quesieris%e2%80%a6/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/baran-tu-ne-quesieris%e2%80%a6/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 26 Jul 2010 23:50:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[absynt]]></category>
		<category><![CDATA[Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Demon]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Obywatelski]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Maki]]></category>
		<category><![CDATA[Melancholik]]></category>
		<category><![CDATA[Muzeum Narodowe w Krakowie]]></category>
		<category><![CDATA[nr 81]]></category>
		<category><![CDATA[Strachy]]></category>
		<category><![CDATA[Tu ne quesieris]]></category>
		<category><![CDATA[Weiss]]></category>
		<category><![CDATA[Wojciech Weiss]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6551</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Tu ne quesieris…</strong></p>
<p>W „Makach” (1902 – 1903) zagubieni. Rozespani pięknem, w pocałunkach niedawnych zatraceni. W sobie sennie zapamiętani. W rozziewaniu rozbudzeni, młodością ulotni niczym bez oddechu. W ciszy jak makiem zasiał zbudzeni wiatrem, co kwieciem nad głowami kolebie, historie w płatkach pamiętliwych zaklęte plecie. Z ust do ust podawane baśnie o smaku dojrzałych lipcem słonecznym, sierpniem upalnym malin. „Popatrz, tak kocham!” – letnia miłość wśród traw skryta krzyczy. Kolorem świat budowany, kolorem świetlistym zmysły nasycone, barwą uczucie znaczne, co minie… W jesiennej szarudze, w błysku zbyt jasnym… zmatowieje maków wyblakłych bielą.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/baran-tu-ne-quesieris%e2%80%a6/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Tu ne quesieris…&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Tu ne quesieris…</strong></p>
<p>W „Makach” (1902 – 1903) zagubieni. Rozespani pięknem, w pocałunkach niedawnych zatraceni. W sobie sennie zapamiętani. W rozziewaniu rozbudzeni, młodością ulotni niczym bez oddechu. W ciszy jak makiem zasiał zbudzeni wiatrem, co kwieciem nad głowami kolebie, historie w płatkach pamiętliwych zaklęte plecie. Z ust do ust podawane baśnie o smaku dojrzałych lipcem słonecznym, sierpniem upalnym malin. „Popatrz, tak kocham!” – letnia miłość wśród traw skryta krzyczy. Kolorem świat budowany, kolorem świetlistym zmysły nasycone, barwą uczucie znaczne, co minie… W jesiennej szarudze, w błysku zbyt jasnym… zmatowieje maków wyblakłych bielą.</p>
<p>W niej już szarością znaczne bolesne spojrzenie „Melancholika” (1894). Świat w smutek zadumany przekłuty. Dłonie blade, zimne, bezradnie splecione – bo nie chce, nie może, nie potrafi już śmiać się, tak żyć, jak w maków niewinności potoku. Czas mleczem pożółkły, ulotna chwila, co nie powraca w kształcie dziś już znanym. Nostalgii nuta, cień na zwiędłej twarzy, co niepewna, czy trwać w dziś zawieszonym, czy z obojętnością się przyglądać niepewnemu jutro. Jak pytać o kres zamierzeniom najdrobniejszym, chwilom triumfu, uniesień minutom, trwaniu w postaci znanej przeznaczony? Jak pytać, gdy „nie godzi się wiedzieć”? Dmuchawcem czas się rozwieje, płomiennymi myślami nocne znacząc godziny. Trwa więc z miną zbolałą, w pustkę zapatrzony, bo nie pytać – łatwiej… się zdaje. Jaką bowiem niepewność zrodzi jutro, jakie dnia dzisiejszego owoce w zawiązkach jutra pęcznieją. Tęsknota więc za tym, by… nie było. Wczoraj, dziś, jutro – bo ważna tylko chwila? Myśli nad głową gnają. Pogmatwane, obce. Aż myśleć już się nie chce… W przestrzeń więc patrzy… tę pustą, tę niemą, tę głuchą.</p>
<p>W szatańskim bohemy chichocie odpowiedź dźwięczna, co tańcuje na brzegu pustego już kieliszka. Absynt zielonością zdradliwą kusi. W kawiarni cisza. Wyludnienie. Stoliki gwarne wcześniej opustoszały, strasząc szczękami odwróconych krzeseł. Tylko ich dwoje w samotności niebezpiecznej. Jakby na czas, na świat głusi, nieruchomi, z kliszy wycięci niemego filmu. Diabelski toast z „Demonem” (1904). I chichot znów, śmiech perlisty, gdy głowa chyli się, na stolik mocą trunku zwiedziona boleśnie upada. Błysk w szatańskim uwodziciela szpetnego oku, co spokojem sennym, półgębkowym uśmieszkiem znaczne. Tajemnicę zamysłów swych zdradzić nieskory. Igraszką wszystko. I biegną „Strachy” (1905) ku nim tabunem, panny rozmyto senne, co niepokój sieją w koło. Niebo poddane szarościom, grozom, fioletom, co nieuchronną niosą zgubę, co niczym wron stado zamęt rozdają otwartymi dłońmi. I ziemia posłuszna im, kłosy pod nogi ścieli. I wiatr „Strachom” kobiecokształtnym posłuszny, co w pytaniach głuchym zawodzeniem powtarzanych rwać każe kwiaty dzisiejszych śmiechów.</p>
<p><strong><em>Wystawa:</em></strong></p>
<p>Wojciech Weiss, Muzeum Narodowe w Krakowie, ekspozycja stała.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, koordynator Instytutu Obywatelskiego, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje pracę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 81 (31/2010) z 27 lipca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/baran-tu-ne-quesieris%e2%80%a6/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Pop na picassowskiej smyczy. Clemens Briels</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/baran-pop-na-picassowskiej-smyczy-clemens-briels/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/baran-pop-na-picassowskiej-smyczy-clemens-briels/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Jul 2010 00:23:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Briels]]></category>
		<category><![CDATA[Clemens Briels]]></category>
		<category><![CDATA[Kraków]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 79]]></category>
		<category><![CDATA[Picasso]]></category>
		<category><![CDATA[secesja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6431</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Pop na picassowskiej smyczy</strong></p>
<p>Miał być salon. Archeolodzy pieczołowicie przeszukali teren, odnajdując ślady pochówków i kościoła, który niegdyś stał na Placu Szczepańskim. Doskonale spisali się konserwatorzy Teatru Starego: tak jego wnętrzu, jak i fasadzie przywracając dawną świetność. Girlandy kwiatów, wijące się bluszcze i zazdrośnie mrugające kaczeńce, to znów secesyjne zdobienia, do których nawiązywać miała nowa formuła Placu. Owszem, posprzątano: z okolic Rynku Głównego zniknął straszący od lat parking. Projektanci raz za razem straszyli krakowian coraz to nowszymi planami przebudowy. W lokalnej prasie rozgorzał spór o kształt fontanny. Miał być secesyjny salon Krakowa, nowe otwarcie, co utrafi w potrzeby i ciekawość. Tymczasem w sąsiedztwie Pałacu Sztuki miast zapowiadanej uczty dla zmysłów powstał bezpłciowy twór, któremu odmówić należy jakiegokolwiek charakteru. Ordnung pozorny pomysł zastąpił.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/baran-pop-na-picassowskiej-smyczy-clemens-briels/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Pop na picassowskiej smyczy. Clemens Briels&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Pop na picassowskiej smyczy</strong></p>
<p>Miał być salon. Archeolodzy pieczołowicie przeszukali teren, odnajdując ślady pochówków i kościoła, który niegdyś stał na Placu Szczepańskim. Doskonale spisali się konserwatorzy Teatru Starego: tak jego wnętrzu, jak i fasadzie przywracając dawną świetność. Girlandy kwiatów, wijące się bluszcze i zazdrośnie mrugające kaczeńce, to znów secesyjne zdobienia, do których nawiązywać miała nowa formuła Placu. Owszem, posprzątano: z okolic Rynku Głównego zniknął straszący od lat parking. Projektanci raz za razem straszyli krakowian coraz to nowszymi planami przebudowy. W lokalnej prasie rozgorzał spór o kształt fontanny. Miał być secesyjny salon Krakowa, nowe otwarcie, co utrafi w potrzeby i ciekawość. Tymczasem w sąsiedztwie Pałacu Sztuki miast zapowiadanej uczty dla zmysłów powstał bezpłciowy twór, któremu odmówić należy jakiegokolwiek charakteru. Ordnung pozorny pomysł zastąpił.</p>
<p>Niby wszystko w porządku, wszystko poukładane, odczyszczone, wymyte – wbrew jednak zapowiedziom jakoś… mało secesyjne. Jakby nie stąd. Proste i smutne, z kłótni i konfliktów, co rozgorzały wokół, tylko krakowskie. Ławki, kosze, fontanny gargamel w upalne dni sprzyjający, roślinność efemeryczna, miast zielenią buchającego placu. Salon sztuki? Oaza spokoju? Dźwięki muzyki, światła, rozbryzgi i rozbłyski nocą. A tak naprawdę – poza porządkiem – nie stało się nic… Czegokolwiek też spodziewać się trudno, niezauważona więc niemal kolorów burza, która rzeźb małą armię przywędrowała prosto z Holandii.</p>
<p>Utrwalony w sfinksiej pozycji kameleon wgapia się w fasadę sąsiedniej kamienicy. Patrzy ponad głowami przechodzących, ani myśli zadawać im jakiekolwiek zagadki. O te, w których zaklęte postaci uwięzione w nienaturalnych pozach, kubistycznych pogmatwaniach, hiszpańskim wybuchu kolorów pytają bardziej otwarcie. Kim/czym jestem, dokąd w roześmianiu na koniku garbusku w dal pomykam? Oczy wybałuszone, kolorów burza nieposkromiona, włosy w rzeźbiarskim nieładzie. Panny z Avignonu w letnie przebrane szmatki, oderwane, płótnu wycięte rozbiegły się w wakacyjny zgiełk. Rzeźby, co z Picassa zerwały się smyczy, młodością tchnące, kolorów żarem, figuratywnym rozbawianiem, co korzeniami tkwi na wybrzeżach Ameryk. Pierwotne siły skontrastowane w sobie się przeglądają, by z morza pełnego potworów wracać na ląd pozornie tylko spokojny. Wśród szeptów zakochanych, głośnych przekleństw przepędzonego przez upał dorożkarza, krzyków i pisków dzieci próbujących ochłodzić się w fontannie, tkwią… Jakby bez pomysłu, bez celu, jakby znudzone staniem bezczynnym, w niespodziewanym upale, co miejscu temu zazwyczaj obcy. Przegapiane przez wielu, mijane w codzienności, dla garści kontrowersyjne – dzieła holenderskiego mistrza… popu.</p>
<p><strong><em>Wystawa:</em></strong></p>
<p>Clemens Briels<br />
Plac Szczepański (2-14 lipca 2010) oraz Galeria Autorska Jana Siuty (2-31 lipca 2010)</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, koordynator Instytutu Obywatelskiego, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje pracę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong>„Kultura Liberalna” nr 79 (29/2010) z 13 lipca 2010 r.</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/baran-pop-na-picassowskiej-smyczy-clemens-briels/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Plecy nie mogą kłamać. Magdalena Abakanowicz, Muzeum Narodowe w Krakowie</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/baran-plecy-nie-moga-klamac-magdalena-abakanowicz-muzeum-narodowe-w-krakowie/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/baran-plecy-nie-moga-klamac-magdalena-abakanowicz-muzeum-narodowe-w-krakowie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Jul 2010 00:34:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Abakanowicz]]></category>
		<category><![CDATA[Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Obywatelski]]></category>
		<category><![CDATA[Kraków]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena Abakanowicz]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Muzeum Narodowe]]></category>
		<category><![CDATA[nr 78]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6309</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Plecy nie mogą kłamać</strong></p>
<p>Tłumem usiadłszy, tłumem od świata się odwrócili. Niczym gromada na chleba rozmnożenie, na słowo czekających mężczyzn bezkształtnych, pleców płci nieokreślonej, ludzi. Plecami do wchodzących, wychodzących, przemykających chyłkiem. A przecież ukryć się nie sposób w punktującym jednostkowość świetle. Ciała pozorne, zgarbione czy pochylone raczej, o rękach wzdłuż obecności izolowanej opadłych. Tłum zasiadł, słuchając nieobecnego głosu, odwrócił się w niezainteresowaniu, bezobecności, bezczasie. Odcięty od wszelkiego bycia, do którego odwrócony plecami. Ku czemu patrzą „Plecy”(1976)? Uparte, martwe skorupy resztek po terakotowej armii, co nie dotrwała do legendy swego przebudzenia. Nie spełniają się baśnie.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/baran-plecy-nie-moga-klamac-magdalena-abakanowicz-muzeum-narodowe-w-krakowie/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Plecy nie mogą kłamać. Magdalena Abakanowicz, Muzeum Narodowe w Krakowie&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Plecy nie mogą kłamać</strong></p>
<p>Tłumem usiadłszy, tłumem od świata się odwrócili. Niczym gromada na chleba rozmnożenie, na słowo czekających mężczyzn bezkształtnych, pleców płci nieokreślonej, ludzi. Plecami do wchodzących, wychodzących, przemykających chyłkiem. A przecież ukryć się nie sposób w punktującym jednostkowość świetle. Ciała pozorne, zgarbione czy pochylone raczej, o rękach wzdłuż obecności izolowanej opadłych. Tłum zasiadł, słuchając nieobecnego głosu, odwrócił się w niezainteresowaniu, bezobecności, bezczasie. Odcięty od wszelkiego bycia, do którego odwrócony plecami. Ku czemu patrzą „Plecy”(1976)? Uparte, martwe skorupy resztek po terakotowej armii, co nie dotrwała do legendy swego przebudzenia. Nie spełniają się baśnie.</p>
<p>Ciała puste w środku, jakby do cna wypalone, niczego już poza samotnością swą w gromadzie niepragnące. Martwe? Nad nimi jakby wspomnień uśpienie, co do wyschniętych korpusów nie ma już przystępu. Wybraliśmy bycie inne… W zgiełku nadchodzących milczące, spokojem uciszające krzyki i szepty. Ciała nam podobne, zgarbione pod ciężarem świata, światła i powietrza, które wciąż przechodzi porami gęstego splotu ich skóry.</p>
<p>I usiąść się chce w pustej, porzuconej, na „lokatora” czekającej skórze, przez chwil kilka ją nosić czy posiąść może na zawsze, by własne odmieniać historie. By odwagi/rozwagi szukać w od zgiełku i głupstwa odwróceniu. W cudzą wejść skórę, miejsce zająć pośród słuchających ciszy. Więc zasnąć? Może śnić? Wydrążone, na miarę każdą szyte ud łódki, rąk czasem kaleczonych kikuty, plecy losem do wzięcia zapraszające czekają otwarte. Tu ciało zawsze ma znaczenie.</p>
<p>„Ugłowione” (1998) ciała ułomne, organizmy maską tylko, co miast tożsamość głosić, imiona skrywa, odróżnione od innych zwierząt. Jednakowo puste, odczłowieczone, bezrękie więc bezradne – bo brak tu miejsce, brak siły na twórczość. Pozostaje bezwolna identyczność, gdzie zarys tylko niewyraźny zdaje się dostrzegać twarzy. I pustka znów, uparta pustka w środku, jakby z nas tylko tyle… Wysuszona skorupa… Tłum. Tyle nas.</p>
<p>Dalej inne ciała, na pozór kompletne już. „Przyjaciele” (2009) bezimienni, bezpłciowi, jednakocieleśni. Z tego samego, na siebie wzajem tylko tłumaczonego zlepka nitek tkani, w splotach sznurka bezbłędni, na spokój wieczny odmierzani. Cisi. Z nadzieją/bez nadziei w oczach nieobecnych wpatrzeni w nieznane. Co przyjdzie, gdy ścianą przed nimi stado „Twarzy nie będących portretem” (1983) uparcie w nich wgapione, niczym zwierciadeł krzywych odpustowy namiot, co rysy wykrzywia, czasem prawdę krzycząc? Tak sobie bliscy, tak związani, tak na wieczność do siebie przyklejeni, a przecież… obcy. Z rękami w dół opuszczonej rezygnacji, z zamkniętymi na wzajemność dłońmi splecionymi za plecami, z twarzami, co ukryte, siebie wzajem niewidzące, nieme.</p>
<p>Na początku, na końcu „Ptaki” („Ucello VII”, „Ucello VIII”, „Ucello IX” – 2008). Skrzydeł aluminiowych łopot, połyskiwanie metalu, co człowieka wynalazkiem. Geniuszu przebłysk czy może geniusza złośliwego psota, co ptakom odebrała monopol na niebo?</p>
<p><strong>Wystawa:</strong></p>
<p><em>Magdalena Abakanowicz</em><br />
Muzeum Narodowe w Krakowie (czerwiec-sierpień 2010)</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, koordynator <a href="http://www.instytutobywatelski.pl/" target="_blank">Instytutu Obywatelskiego</a>, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje pracę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 78 (28/2010) z 6 lipca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/baran-plecy-nie-moga-klamac-magdalena-abakanowicz-muzeum-narodowe-w-krakowie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: „MRU?” &#8211; czyli o „Weselu hrabiego Orgaza” słów parę</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/baran-%e2%80%9emru%e2%80%9d-czyli-o-%e2%80%9eweselu-hrabiego-orgaza%e2%80%9d-slow-pare/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/baran-%e2%80%9emru%e2%80%9d-czyli-o-%e2%80%9eweselu-hrabiego-orgaza%e2%80%9d-slow-pare/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2010 23:08:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Obywatelski]]></category>
		<category><![CDATA[Jan Klata]]></category>
		<category><![CDATA[Klata]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 76]]></category>
		<category><![CDATA[Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie]]></category>
		<category><![CDATA[Wesele hrabiego Orgaza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6114</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>„MRU?” &#8211; czyli o „Weselu hrabiego Orgaza” słów parę</strong></p>
<p>Składanka obrazków jakby już znanych, kalkomania, uparte przybijanie powtarzalnych pomysłów własnych, potęgujących wyobcowanie, ciężarem muzyki osiadające na zmysłach, wołające o ucieczkę. Chaos czy równo szyty, planowo z własnych kolorowych szmatek docinany patchwork. Dźwięków kakofonia, po której ułamek następuje ciszy. Zagubienie tu pozorne, zrozumiałe niestety tylko dla nielicznej garstki czytelników znakomitej powieści Jaworskiego. Rytm kroków wystukiwany na szachownicy podłogi, nieustanna rozgrywka,  głuchy odgłos ciał spadających na ring, gdzie Antychryst walczy z Prochrystem, nietzscheańskie natchnienia, taniec jakby chocholi, zaklęciami brzmiące modlitwy, medytacje chichotliwe… Czy i w chaosie wszystko ma swoje miejsce?</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/baran-%e2%80%9emru%e2%80%9d-czyli-o-%e2%80%9eweselu-hrabiego-orgaza%e2%80%9d-slow-pare/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: „MRU?” &#8211; czyli o „Weselu hrabiego Orgaza” słów parę&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>„MRU?” &#8211; czyli o „Weselu hrabiego Orgaza” słów parę</strong></p>
<p>Składanka obrazków jakby już znanych, kalkomania, uparte przybijanie powtarzalnych pomysłów własnych, potęgujących wyobcowanie, ciężarem muzyki osiadające na zmysłach, wołające o ucieczkę. Chaos czy równo szyty, planowo z własnych kolorowych szmatek docinany patchwork. Dźwięków kakofonia, po której ułamek następuje ciszy. Zagubienie tu pozorne, zrozumiałe niestety tylko dla nielicznej garstki czytelników znakomitej powieści Jaworskiego. Rytm kroków wystukiwany na szachownicy podłogi, nieustanna rozgrywka,  głuchy odgłos ciał spadających na ring, gdzie Antychryst walczy z Prochrystem, nietzscheańskie natchnienia, taniec jakby chocholi, zaklęciami brzmiące modlitwy, medytacje chichotliwe… Czy i w chaosie wszystko ma swoje miejsce?</p>
<p>Dancing Przedśmiertny, swoisty <em>danse macabre</em> w oberży Cervantesa zadumy pamiętającej, targowiskiem idei, dusz sprzedajnością kusi, gdy w świecie „Sprzedaje, kto nie ma towaru, kupują, którym brak pieniędzy. Nic w niczym ugrzęzło i kręci się w kółko, zbawczego oczekując jutra. Rozdział nastąpił człowieka od mózgu, czego skutkiem jest nędza powszechna”. Nędza owa wytańczyć się musi – w obłędzie, w roztupaniu, w misteriach rozbuchanych, co dławią oblicza religii, co w służbę – jedną za drugą – zaprzęgać ją każą.</p>
<p>Kardynał życiem w ramach swych zastanych znudzony, dymem spowity jak płaszczem, z Kotem się układa, kusiciela niemal wężowego zeń czyniąc. Głos koci szorstki, rozsądkiem grzeszyć zaczyna, gdy w handlu pieszczotę Evarysty nad wierność zaufaną przedkłada. Kropkę w zdaniu każdym rozmyślnym „Mru!” stawia, logiką grzesząc mocniej niż niejeden z ludzi. Zza ram portretu mina pokerowa, co karty rozdaje w tej dziwacznej rozgrywce, co wyroki feruje, narrację półgębkiem snując, ocenia jednych, w dłoniach wychudłych dzierżąc stery historii.</p>
<p>W religiach tymczasem bałagan wielki, zamęt, co spleenem dławiony początków dwóch już wieków. Bramin lewitujący z chińskim mistrzem duchowym na idee licytują się, by po chwili neologizmów tłum głosem cichym, z przypisów książkowych wyrwanym, dopowiadać. Wbrew zapowiadanym intencjom autorów na scenie nie pojawia się jednak dramat religijny, idee znikają pod przesadzoną dziwnością, klarowność zapisana w zagmatwaniu powieści Jaworskiego na wierzch nie wypływa. Gubi się, podobnie jak zagubieni na scenie aktorzy, którzy wraz z widzami zdają się czasem nie nadążać za reżyserską wizją Klaty. Aktor ze słowem nie nadąża. Z szaleństwa obu wyczytać daje się jedno, tak oczywiste przecież, że świata bez ofiar naprawić się nie da.</p>
<p>Havemeyer, co z Bogiem rozprawia, którego nie zna, a z którym „tak dobrze rozmawiać po cichu, bo On wszystko słyszy”, ofiarą przemianowany w Orgaza. Tu „zaprzeczenia wiary może być wiarą”. Kryzys zmysły plącze. Krok do ołtarza, gdzie wyczekana… Ona. Nie słodyczą jednak Everysta. Miast wesela scena przejścia, wyboru, poświęcenia. Szesnastowiecznej mistyki podglądanie przez szybkę. I oto rozumie już Havemeyer, z błazeńskiego, miłostki poduszkowo roztańczonej, wyrwany świata, że wesele jego zamienia się w teatralny, w szczegółach przez El Greco wyreżyserowany pogrzeb. Niebo otwiera się. Weselnicy naprędce zmieniają kostiumy, kryzy przywdziewają, świece nadtrumienne łapią w dłonie. I oto mamy ożywiony, niby z „hiperdramatycznej” wyrwany sztuki &#8211; „Pogrzeb hrabiego Orgaza”. Tylko gdzie ten Jaworski? Jakiego dziś „zbawianie” świata?</p>
<p><em><strong>Spektakl:</strong></em></p>
<p>&#8222;Wesele hrabiego Orgaza&#8221;, Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, reżyseria Jan Klata (<em>premiera 11 czerwca 2010)</em>.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran – koordynator <a href="http://www.platforma.org/pl/instytut-obywatelski/" target="_blank">Instytutu Obywatelskiego</a>, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje rozprawę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 76 (25/2010) z 22 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/baran-%e2%80%9emru%e2%80%9d-czyli-o-%e2%80%9eweselu-hrabiego-orgaza%e2%80%9d-slow-pare/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Ballady o kobiecości. „Płeć? Sprawdzam!” w Zachęcie</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/baran-ballady-o-kobiecosci-%e2%80%9eplec-sprawdzam%e2%80%9d-w-zachecie/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/baran-ballady-o-kobiecosci-%e2%80%9eplec-sprawdzam%e2%80%9d-w-zachecie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Jun 2010 01:33:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 74]]></category>
		<category><![CDATA[Płeć? Sprawdzam!]]></category>
		<category><![CDATA[Płeć? Sprawdzam! Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5925</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Ballady o kobiecości</strong></p>
<p>Blada niby śmierć we własnej osobie, „Monroe” (1996) o ustach wydętych, rybich jakby, z dna rojeń sennych wymrukiwać już „Happy Birthday Mr. President…” nie zdoła. W kobieco-niekobiecym zamknięta malunku, co ikoniczność jej zdaje się zamazywać. Ramy zbyt ciasne, toporne zbyt, niedopasowane, nie na nią szyte. Nieopodal bajka przewrotna o współczesnym Kopciuszku („Obieranie ziemniaków” 2001). Nóż błyska poruszając się miarowo, cierpliwy automat kobiecych rąk obraca w palcach kształt codziennej pracy, umęczonym wzrokiem spoglądając na pokój zasypany ziemniaków. Ile ich jeszcze, nim codzienności Kopciuszek na jeden choć wyrwie się bal. Podobne jej „Kobiety czyszczące ryby” (1969) – barwne, w chusty zawinięte, od łba do ogona, od ogona aż po łeb rybie brzuchy rozcinające. Wnętrzności wypływają, rybi smród dławi nieznośnie… A wszystko wokół niby baśń barwą pisane, w której babuszki szczęśliwego pierścienia w rybich wnętrznościach szukać skore. Trud jednak znajdują, znój codzienny, o bajaniu zapomnienie.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/baran-ballady-o-kobiecosci-%e2%80%9eplec-sprawdzam%e2%80%9d-w-zachecie/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Ballady o kobiecości. „Płeć? Sprawdzam!” w Zachęcie&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Ballady o kobiecości</strong></p>
<p>Blada niby śmierć we własnej osobie, „Monroe” (1996) o ustach wydętych, rybich jakby, z dna rojeń sennych wymrukiwać już „Happy Birthday Mr. President…” nie zdoła. W kobieco-niekobiecym zamknięta malunku, co ikoniczność jej zdaje się zamazywać. Ramy zbyt ciasne, toporne zbyt, niedopasowane, nie na nią szyte. Nieopodal bajka przewrotna o współczesnym Kopciuszku („Obieranie ziemniaków” 2001). Nóż błyska poruszając się miarowo, cierpliwy automat kobiecych rąk obraca w palcach kształt codziennej pracy, umęczonym wzrokiem spoglądając na pokój zasypany ziemniaków. Ile ich jeszcze, nim codzienności Kopciuszek na jeden choć wyrwie się bal. Podobne jej „Kobiety czyszczące ryby” (1969) – barwne, w chusty zawinięte, od łba do ogona, od ogona aż po łeb rybie brzuchy rozcinające. Wnętrzności wypływają, rybi smród dławi nieznośnie… A wszystko wokół niby baśń barwą pisane, w której babuszki szczęśliwego pierścienia w rybich wnętrznościach szukać skore. Trud jednak znajdują, znój codzienny, o bajaniu zapomnienie.</p>
<p>Obrazy przesuwają się przed oczami. Z bogactwa snującej się przez cały ubiegły wiek opowieści wyłaniają się coraz to nowe figury. Socrealizm, co z kobiet na traktory posłanych uczynił siłaczki, a na obrazach wielkich budów zmieniał w murarskie mistrzynie, co płci brzydkiej równe. Bezpłciowość w natarciu. Równo tu wszystkie kanciaste, słońcem spalone, błyszczące od potu, po chwili przeistaczające się w równo przystrzyżone okularnice w niedzielnych sukienkach z organdyny. Jak robotnice, kobiety-niekobiety, takie same. Identyczne one, jakby z jednej linii fabrycznej dla ideologicznej czystości państwa cięte. Dalej kobieta inna, prywatna.</p>
<p>Kolejne dekady – otwartością i przemianą znaczone – inne piszą historie. Widzenie wraz ze światem ewoluuje. Dotykając nagości, subtelnych widzeń piękna, opisując relacje, związki, mniej czy bardziej tradycyjne role kobiet, po okresie zapomnienia przywracając kobietom ich własne imiona, zwracają tożsamość. I pytać łatwiej, czy sztuka może/musi być piękna, czy macierzyństwo musi oznaczać rezygnację i izolację, czy łatwej „z nim”, czy może „z nią”. Gest przytulenia już nie braterski, dłoń do góry uniesiona w pieść się nie zaciska, nie sięga po cegłę czy kielnię. Pyta… o samą siebie. Budzi się refleksja i samoświadomość. Już nie anonimowa robotnica, ale każda „ja”, każda kolejna o innej twarzy, nazwana i wołana po imieniu. Bo jaka jest, gdy wyjdzie poza ramy, gdy przekroczy stereotyp, gdy na chwilę chociaż ciśnie ten nóż miedzy bajki, i dla siebie samej stanie się kobietą. Stereotyp podlega dyskusji, religijne zaszufladkowanie wymyka się podporządkowaniu. Przemianie ulega nie tylko sam obraz, przekaz, ale i „transmitujące” go medium. Sztuka przekracza malarską ramę, postument rzeźbiarza, fotograficzną kliszę i niesie się w świat na taśmie czy w <em>performansach</em>. Czasem zyskuje abstrakcyjne, jakby z najgłębszych zakamarków myśli wyczytane odbicie. Inny to czas. Czy naprawdę prostszy?</p>
<p><strong><em>Wystawa:</em></strong></p>
<p>„Płeć? Sprawdzam! Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej”<br />
Zachęta, Warszawa, 19 marca – 13 czerwca 2010 r.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, koordynator Instytutu Obywatelskiego, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje pracę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 74 (24/2010) z 8 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/08/baran-ballady-o-kobiecosci-%e2%80%9eplec-sprawdzam%e2%80%9d-w-zachecie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Frank w kryzysie. Dürrenmatt w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/05/25/baran-frank-w-kryzysie-durrenmatt-w-teatrze-im-juliusza-slowackiego-w-krakowie/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/05/25/baran-frank-w-kryzysie-durrenmatt-w-teatrze-im-juliusza-slowackiego-w-krakowie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 25 May 2010 00:17:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Babicki]]></category>
		<category><![CDATA[Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Dürrenmatt]]></category>
		<category><![CDATA[Frank V]]></category>
		<category><![CDATA[Frank V. Komedia bankierska]]></category>
		<category><![CDATA[Friedrich Dürrenmatt]]></category>
		<category><![CDATA[Komedia bankierska]]></category>
		<category><![CDATA[Krzysztof Babicki]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 72]]></category>
		<category><![CDATA[Teatr im. Juliusza Słowackiego]]></category>
		<category><![CDATA[Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5720</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Frank w kryzysie</strong></p>
<p>Równo poukładane stosy pieniędzy. Stawki ustalone, ocenione, a jednak zmienne, zależne od zasobności poszczególnych klientów. Tyle dla zwariowanej właścicielki podupadłego pensjonatu, tyle dla przemysłowca, tyle zaś za kopalnię, co dochodu nijakiego przynieść nie może. Wszystko krojone na miarę potrzeb… bankierów. Temu zabrać, temu zabrać, a jeszcze i tamtemu też, a sobie… Sobie dać. Klucz do sejfu w każdej obracany ręce, przed oczami ukryty ciekawskich – w kieszeni, na dnie walizki czy torby, to znów na szyi noszony. Byle inny mniej dostał, byle na czarną więcej odłożyć godzinę, byle samemu dobrać się do bankowych skarbów. Tylko… ciszej!</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/05/25/baran-frank-w-kryzysie-durrenmatt-w-teatrze-im-juliusza-slowackiego-w-krakowie/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Frank w kryzysie. Dürrenmatt w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Frank w kryzysie</strong></p>
<p>Równo poukładane stosy pieniędzy. Stawki ustalone, ocenione, a jednak zmienne, zależne od zasobności poszczególnych klientów. Tyle dla zwariowanej właścicielki podupadłego pensjonatu, tyle dla przemysłowca, tyle zaś za kopalnię, co dochodu nijakiego przynieść nie może. Wszystko krojone na miarę potrzeb… bankierów. Temu zabrać, temu zabrać, a jeszcze i tamtemu też, a sobie… Sobie dać. Klucz do sejfu w każdej obracany ręce, przed oczami ukryty ciekawskich – w kieszeni, na dnie walizki czy torby, to znów na szyi noszony. Byle inny mniej dostał, byle na czarną więcej odłożyć godzinę, byle samemu dobrać się do bankowych skarbów. Tylko… ciszej!</p>
<p>Machinacje, malwersacje, kombinacje. Wszystkie pod krawatem, w czarnych wdowich rękawiczkach, w spuszczeniu nieszczęściem znaczonych rzęs. Rozegrane do bólu wręcz perfekcyjnym językiem autora, że jak po sznurku iść za nimi można do sensu sedna. Frank samego siebie ofiarą pada – najuczciwiej nieuczciwy w rozpamiętywaniu bankierskiego dziedzictwa, Egli – demonicznie uporządkowany personalny – na zimno przyrządzone kalkuluje prywatno-służbowe, nierozdzielane światy, gdzie marzenia pieniądza pragnieniem i pozorem bezpieczeństwa deptane; Bockman, wciąż w nerwach, co perfekcjonistę perfekcyjnym pożrą rakiem, eutanazją wątpliwą dobity, gdy winy swoje pospiesznie nawet fałszywemu gotów wyznać mnichowi. Trup ściele się gęsto, raz za razem strzały dochodzą z piwnicy, gdzie zimne drzwi sejfu skrzypią niczym wieko wciąż uchylanej trumny. Co też w środku?</p>
<p>W cieniu szwajcarskiego państwa, światowej stolicy oko perskie puszczających banków, nietrudno o jasne widzenie kto jest kim. Oto świat jest bankiem. Niczym więcej. Wokół zaś krąży zachłanna banda, wszystko gotowa oddać, sprzedać, rozdrapać, przehandlować za pomnożenia bogactwa, zapach pieniędzy, które miast gwarantować szczęście i dobrobyt, ciągnie w dół, do zimnego, wilgotnego grobu. Marzenia, plany, życie jako takie ulega zapomnieniu, rozmazane przegrywa ze złudną wizją szczęśliwości, jaką niesie wyśniony pieniądz. Tu ciągłe dóbr gromadzenie, z rąk do rąk pieniądz przekazywany, pod światło oglądany, nadgryzany probierczym zębem czasu, tak dalece nieczasowy przecież. Żądza bogactwa zwycięża. Nie ma uczuć, więzów, relacji, które ostałyby się po bankowej burzy Dürrenmatta. Taki świat, gdzie podejrzany wydaje się nawet grom z jasnego nieba.</p>
<p>Sztuka zamknięta w skeczu, w powtarzających się schematach scen balansujących na granicy groteski, czarnego humoru i… rzeczywistości przecież. Skeczowo to wszystko w dekoracje ubogie, ascetyczne przy, na dziesiątki sposobów odmienianej wizji bogactwa. Świat jest bankiem, co steranemu człowiekowi odbierze grosz ostatni, ale i człowiek, w świecie tym – tak starym, a tak przecież dzisiejszym – dla grosza zrobić gotów niemal wszystko. Świat to marionetek, gdzie każda każdą za sznurki ciągnąc rozgrywa – przegrywa, wygrywa… Komu to oceniać?</p>
<p>Powierzchowne, jakby sobą samym znudzone już aktorstwo, nie broni jednak prawideł Dürrenmattowskiego świata, szczególnie, gdy arię i songi fałszywie wyśpiewuje. Miast lekkości pozornej tej czarnej komedii, przygwożdżenie dźwiękiem bezbarwnym, beznamiętnym do fotela, nuty z ust płynące płaskie, miast słowa świata podkreślać, spłycające. Pozornie wszystko w porządku – dekoracje, skecze, odrobina burleski. Pozornie. Tekst jednak pozostaje. Dürrenmatt musi bronić się sam.</p>
<p><strong><em>Spektakl:</em></strong></p>
<p>Friedrich Dürrenmatt, „Frank V. Komedia bankierska”<br />
Reż. Krzysztof Babicki<br />
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, koordynator Instytutu Obywatelskiego, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Przygotowuje rozprawę doktorską z filozofii polityki.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 72 (22/2010) z 25 maja 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/05/25/baran-frank-w-kryzysie-durrenmatt-w-teatrze-im-juliusza-slowackiego-w-krakowie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Gdy pamięć nie płata figli</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/05/11/baran-gdy-pamiec-nie-plata-figli/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/05/11/baran-gdy-pamiec-nie-plata-figli/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 11 May 2010 00:29:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Eisenman]]></category>
		<category><![CDATA[Kollwitz]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Matka z martwym synem]]></category>
		<category><![CDATA[Mutter mit totem Sohn]]></category>
		<category><![CDATA[Neue Wache]]></category>
		<category><![CDATA[nr 70]]></category>
		<category><![CDATA[Peter Eisenman]]></category>
		<category><![CDATA[Pomnik ku czci ofiar wojny i tyranii]]></category>
		<category><![CDATA[Pomnik Ofiar Holokaustu]]></category>
		<category><![CDATA[Schinkl]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5480</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Gdy pamięć nie płata figli</strong></p>
<p>Ponad 2700 kamiennych bloków chłonie ciepło słońca. Nie są sobie równe, jedne górują nad drugimi, inne zaś zdają się ginąć w cieniu tych, które minęłam przed chwilą. Między ciasnym, klaustrofobicznym, izolującym od świata i siebie nawzajem, pełnym przerw i zagadek murem prowadzi droga. I ona nierówna, w górę, to znów w dół prowadząca, prosta jednak, wiodąca ku wyjściu z tego kamiennego lasu. Gdzieś, po doświadczeniu dogłębnej samotności, ciszy śmierci, zatrzymania nad czymś więcej niż „zdarzeniem w czasie”, czeka świat. U progu drogi rozwrzeszczane dzieci, półnagie panny opalające się na najniższych płytach, wycieczka, której przewodnik tłumaczy, jak się nie zgubić. Przecież zawsze jest jakieś wyjście? Pod stopami wciąż leży pamięć o dawnych lokatorach tego miejsca, kancelarii Trzeciej Rzeszy i znajdującym się kilka poziomów niżej bunkrze Goebbelsa.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/05/11/baran-gdy-pamiec-nie-plata-figli/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Gdy pamięć nie płata figli&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Gdy pamięć nie płata figli</strong></p>
<p>Ponad 2700 kamiennych bloków chłonie ciepło słońca. Nie są sobie równe, jedne górują nad drugimi, inne zaś zdają się ginąć w cieniu tych, które minęłam przed chwilą. Między ciasnym, klaustrofobicznym, izolującym od świata i siebie nawzajem, pełnym przerw i zagadek murem prowadzi droga. I ona nierówna, w górę, to znów w dół prowadząca, prosta jednak, wiodąca ku wyjściu z tego kamiennego lasu. Gdzieś, po doświadczeniu dogłębnej samotności, ciszy śmierci, zatrzymania nad czymś więcej niż „zdarzeniem w czasie”, czeka świat. U progu drogi rozwrzeszczane dzieci, półnagie panny opalające się na najniższych płytach, wycieczka, której przewodnik tłumaczy, jak się nie zgubić. Przecież zawsze jest jakieś wyjście? Pod stopami wciąż leży pamięć o dawnych lokatorach tego miejsca, kancelarii Trzeciej Rzeszy i znajdującym się kilka poziomów niżej bunkrze Goebbelsa.</p>
<p>Każda z tablic, tak przecież przypominających macewy żydowskich kirkutów, podobna. Cięta równo, wedle tej samej, a przecież na miliony losów tłumaczonej historii śmierci, cierpienia, utraty, lęku, zagłady. Każda bezimienna, choć z każdej imion niezapisanych można by czytać tysiące. Każda opowiada historię, los Narodu, horror tych, co przeżyć nie mieli prawa. Twarze ich, jakby zaburzyć miały tę historię upiornej, rozgrzanej słońcem, to znów smaganej wiatrem i deszczem ciszy, zamknięto w podziemiu. Tu, pośrodku placu-pomnika, popatrzeć możemy w twarze, zobaczyć, że za 2751 odpornymi na graffiti tablicami stoją imiona ludzi, którym przeżyć nie było dane. I znów, podobnie jak tablice, każda z nich stanowi wezwanie, by pozwolić żyć. W pamięci pozostają kontrastujące ze sobą obrazy – zanurzone w milczeniu bezczasu miasto, choć lepiej może powiedzieć pomnikowe getto pamięci, a poza jego murami zgiełk, pośpiech, pęd wciąż na nowo budującego się Berlina.</p>
<p>Nieopodal inna, starsza, a bliźniacza przecież opowieść o pamięci. Ruchliwe Unter den Linden prowadzi do wrót pomnika poległych. O tylu już wspominał – o poległych w wojnach napoleońskich, w Wielkiej Wojnie… Dziś, po raz kolejny przekształcony, czci ofiary wojny i tyranii. W środku, w wyizolowanej ze zgiełkliwego miasta ciszy, w pustej przestrzeni oświetlonej jedynie podobnym rzymskiemu Panteonowi świetlikiem w dachu, dwie postacie. Matka trzymająca na kolanach ciało syna. Ona skulona, jakby na wzór piety, a przecież tak dalece inna. Oboje bezimienni, zamykający w sobie imiona tylu synów i matek, tylu śmierci, które upamiętniono w tym alegorycznym, ostatnim uścisku. W rozpaczy? W bezsilności? W niemej skardze? „Tu już nie ma bólu, jest refleksja (…) To stara, samotna kobieta” – pisała w swym dzienniku Kollwitz.</p>
<p>Nocą cisza potęguje się, a cała groza historii zdaje się powracać, gdy mrużymy oczy, by przeczytać umieszczone u wejścia do pomnika słowa. „Upamiętniamy ludy, które ucierpiały podczas wojny. Upamiętniamy ich obywateli, którzy byli prześladowani i stracili życie. Upamiętniamy poległych podczas wojny. Upamiętniamy niewinnych, którzy zginęli podczas wojny i ze względu na jej konsekwencje w swej ojczyźnie, w więzieniu lub na wygnaniu. Upamiętniamy miliony zamordowanych Żydów. Upamiętniamy zamordowanych Sinti i Romów. Upamiętniamy wszystkich tych, którzy zginęli z powodu swego pochodzenia, homoseksualizmu, z powodu swej choroby czy słabości. Upamiętniamy wszystkich, którzy zostali zabici, którym odmówiono prawa do życia. Upamiętniamy ludzi, którzy musieli zginąć ze względu na swe przekonania religijne czy polityczne. Upamiętniamy wszystkich tych, którzy stali się ofiarami tyranii i zginęli niewinnie. Upamiętniamy kobiety i mężczyzn, którzy poświęcili swoje życie, aby przeciwstawić się tyranii. Oddajemy hołd wszystkim tym, którzy woleli zginąć, niż przeciwstawić się własnemu sumieniu. Upamiętniamy kobiety i mężczyzn, którzy byli prześladowani i mordowani za swój opór wobec totalitarnej dyktatury po roku 1945”. Tu pamięć nie płata figli.</p>
<p><em><strong>Obiekty</strong></em>:</p>
<p>Peter Eisenman, <em>Pomnik Ofiar Holokaustu</em>, Berlin.<br />
Friedrich Schinkl, <em>Neue Wache, Pomnik ku czci ofiar wojny i tyranii</em>, Berlin.<br />
Käthe Kollwitz, <em>Matka z martwym synem </em>(<em>Mutter mit totem Sohn</em>, 1937), Neue Wache, Berlin.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 70 (20/2010) z 11 maja 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/05/11/baran-gdy-pamiec-nie-plata-figli/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Menażeria Panów S. (cz. II)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/27/baran-menazeria-panow-s-cz-ii/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/27/baran-menazeria-panow-s-cz-ii/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Apr 2010 00:24:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Seweryn]]></category>
		<category><![CDATA[Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy Klesyk]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 68]]></category>
		<category><![CDATA[Szekspir]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5252</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Menażeria Panów S. (cz. II)</strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>[<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/04/13/baran-menazeria-panow-s-cz-i/" target="_blank">czytaj: część I</a>]</em><br />
</strong></p>
<p>W wirtuozerii przedziwnej słowa, słowa, słowa… Niecodzienne jednak, sobie samemu siłą nadludzką ludzkiego rozumienia wydarte. Cóż znaczyć mogą, gdy wypluwane, wyrzucane z siebie, to znów szeptane, kiedy indziej w głowie własnej powtarzane, niczym czarowna, niczym nieprzerwanie snująca się mantra. Wulgaryzmem nieskalane, śmiechem tkane, łzą tragiczną, krzykiem do głębi rozdzierającym, co wnętrze pali, gdy na światło dnia wydostać się nie może. Monologi o bólu życia.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/04/27/baran-menazeria-panow-s-cz-ii/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Menażeria Panów S. (cz. II)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Menażeria Panów S. (cz. II)</strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>[<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/04/13/baran-menazeria-panow-s-cz-i/" target="_blank">czytaj: część I</a>]</em><br />
</strong></p>
<p>W wirtuozerii przedziwnej słowa, słowa, słowa… Niecodzienne jednak, sobie samemu siłą nadludzką ludzkiego rozumienia wydarte. Cóż znaczyć mogą, gdy wypluwane, wyrzucane z siebie, to znów szeptane, kiedy indziej w głowie własnej powtarzane, niczym czarowna, niczym nieprzerwanie snująca się mantra. Wulgaryzmem nieskalane, śmiechem tkane, łzą tragiczną, krzykiem do głębi rozdzierającym, co wnętrze pali, gdy na światło dnia wydostać się nie może. Monologi o bólu życia.</p>
<p>Sztylet, co miejsce swe znajduje, gdy trucizna tchnienie odbiera miłości tak niechcianej, niespodziewanej, murem nienawiści grodzonej, a jedynej, wiecznotrwałej przecież. Zbawieniem on i kłamstwem niespodzianie sobie zadanym, gdy oczy najdroższe otwierają się, oddech urwany powraca, a eliksir, co oszukiwać miał zmysły, traci swą moc. Czy kłamią sobie nawzajem, gdy zza kurtyny miłości młodzieńczo-szaleńczej fatum nieubłagane wykrzywiony wystawia pysk? Zbawieniem czy potępienia rysem ten życia ból znaczony?</p>
<p>Ręce, co krwią spływają, gdy uniesieniem, szałem prowadzona dla władzy po zbrodni sięga oręż. Przebiegłość, w sztuce wytrwałość, w siebie samą ufność bez granic. Władza przeznaczeniem, losem, przed którym umykać nie warto, bo znajdzie, do drzwi jeśli nie mieczem zbrojnym, to wiedźmy kosturem zapuka… Dopadnie za zakrętem, na drodze pustej, w lasu rozszumianego ostępach. Los, co imion wiele nosi, ku śmierci pchnie, ku zbrodni drzwiom podprowadzi, gdy mocniej i mocniej pragnąć potrafi, gdy pragnieniem dyszy niezaspokojonym widząc, że upragniona, wywróżona przyszłość, królestwo władzy w zasięgu ręki.  Dłoń, co z władzy żądzy ku mordowi pchnęła rycerza w miękkich pantoflach, sumienia teraz wyrzutem. Odciąć by ją? Krew zmazać po tysiąckroć pod wodę zanurzając, trać w obłędzie, aż krew urojona, którą dusza spływa, prawdziwą się stanie. Aż ku śmierci przyciągnie śmierć, aż śmiercią tron znaczony innemu przypadnie w udziale.</p>
<p>Krzyk, co świat na części rozdziera, gdy życie wbrew sobie męką nieznośna się staje. Współcześniejszy nam Hamlet na życie targnąć się waha, szkło roztrzaskane do żył pulsujących sobie przytykając. I jemu los złośliwy w dłonie wybory wkłada jednoznaczne, bo choć zasnąć, śnić i umrzeć łatwiej może wobec „morza nędzy”, to inne koleje, inne słowa, czyny pisane w Dole czy na Górze. Umknąć nie sposób. A i jak żyć? Czy z dnia na dzień, wegetując raczej wśród cierpień świata, pragnień niespełnionych, żądz cudzych, snów o potędze, okrucieństw, co ranią, a którym naprzeciw wyjść… zbyt trudno. Czy kłamać sobie, czy światu tylko, czy może światu śmiercią własną ze śmiechem w twarz chlusnąć, raz jeszcze, na wieczność już, śnić. W nieznane. Krzyk i gest bez odpowiedzi, drwiną fatum niedokończony, czynem niezamknięty, bo oto znów inna na horyzoncie zjawa, co ciało ludzkie przybrawszy, umysłowi do bólu świata świadomemu przerywa… jakby ze snu o prawdzie go wyrwawszy.</p>
<p>I łez tyle nad świata w fatum zaklętego losem. „A ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę”. Wszak w teatr życie bawi się. I tylko śmiech, co za plecami się czai pyta… czyj to teatr.</p>
<p><em><strong>Spektakl:</strong></em></p>
<p>„Wyobraźcie sobie… William Szekspir” (reż. Jerzy Klesyk, występuje Andrzej Seweryn), Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;">„<strong><em>Kultura Liberalna” nr 68 (18/2010) z 27 kwietnia 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/27/baran-menazeria-panow-s-cz-ii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Menażeria panów S. (cz. I)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/13/baran-menazeria-panow-s-cz-i/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/13/baran-menazeria-panow-s-cz-i/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Apr 2010 01:11:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Seweryn]]></category>
		<category><![CDATA[Jerzy Klesyk]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 66]]></category>
		<category><![CDATA[Szekspir]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5046</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Menażeria panów S. (cz. I)</strong></p>
<p>Wirtuozeria szekspirowskiego słowa – tonąca w nucie makbetowskiej poezji magicznej, w szaleństwie kobiety o dłoniach skrwawionych, w przebiegłości Ryszarda, co ziemię spod nóg Lady Anny usuwa. Perliście rozpłakana w dialogu z beznamiętnym, znudzonym psem, zazdrością dysząca nad białą szyją śpiącej Desdemony, wyalienowana samotnością Tymona Ateńczyka sztyletem przebita, co budzi zdziwienie, trwająca w ciągłym zawieszeniu hamletowskiego pytania o życie/nie życie. Ludzka. A wszystko to teatr, co „przechodnim półcieniem” odpowiada prawdziwie.  Myśl jasna, tak w oczy, tak w uszy kłująca, że na scen rozdrobnienie nieprzeliczalna. Wirtuozerii tej w krakowskim teatrze naprzeciw inne mistrzostwo wychodzi – w geście, spojrzeniu, płaczu i śmiechu, uważnie odmierzane w każdym wypowiadanym, wyrzucanym z siebie, wyśpiewywanym słowie. W ruchu kolejnym, tak wystudiowanym, na miarę każdej postaci krojonym, obecne.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/04/13/baran-menazeria-panow-s-cz-i/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Menażeria panów S. (cz. I)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Menażeria panów S. (cz. I)</strong></p>
<p>Wirtuozeria szekspirowskiego słowa – tonąca w nucie makbetowskiej poezji magicznej, w szaleństwie kobiety o dłoniach skrwawionych, w przebiegłości Ryszarda, co ziemię spod nóg Lady Anny usuwa. Perliście rozpłakana w dialogu z beznamiętnym, znudzonym psem, zazdrością dysząca nad białą szyją śpiącej Desdemony, wyalienowana samotnością Tymona Ateńczyka sztyletem przebita, co budzi zdziwienie, trwająca w ciągłym zawieszeniu hamletowskiego pytania o życie/nie życie. Ludzka. A wszystko to teatr, co „przechodnim półcieniem” odpowiada prawdziwie.  Myśl jasna, tak w oczy, tak w uszy kłująca, że na scen rozdrobnienie nieprzeliczalna. Wirtuozerii tej w krakowskim teatrze naprzeciw inne mistrzostwo wychodzi – w geście, spojrzeniu, płaczu i śmiechu, uważnie odmierzane w każdym wypowiadanym, wyrzucanym z siebie, wyśpiewywanym słowie. W ruchu kolejnym, tak wystudiowanym, na miarę każdej postaci krojonym, obecne.</p>
<p>Scena jest pusta, otwarta, jakby gotowa na przyjęcie wszystkiego, co stać się może i przecież się stanie. Tam śmierć, miłość i to, co pomiędzy nimi, się toczy. Tam żądze nieugaszone, pragnienia odwieczne w ciszy czekają słowa pierwszego, gestu, co światowi zaistnieć pozwoli, co zagra. Scena, niczym ziemia u swych początków, znająca tylko światło, wodę, powietrze, przy pomocy najuboższych, a najbogatszych przecież, bo ludzkich środków, na kilkadziesiąt minut staje się całym światem. Areną zaskakujących metamorfoz, gdzie jedno przemienia się w wiele, wiele w dwoje, to znów w chwilę, która gaśnie w słowie. Zasiadamy z fotelach, trzeci gong, gaśnie światło i… oto wchodzimy do gabinetu niepokrzywionych zwierciadeł, do garderoby, gdzie po kostium kolejny sięgnąć łatwo, pośród masek odnaleźć siebie. W chwili każdej, w nieustannej zmienności postaci – od miłości wiecznotrwałej, przez smutek, niezrozumienie, zawodów mnogość, samotność, obsesyjną żądzę władzy, aż po zmysłów zniecierpliwionych postradanie – odbija się wielkość i małość, panowanie, upadek i na nowo powstawanie największego i najlichszego ze stworzeń, człowieka. Tego, co świat, który jest teatrem, poddanym sobie czyni.</p>
<p>Goethe pisał niegdyś, iż Szekspir „tworzy sytuacje narzucające się wyobraźni, i w rzeczy samej łatwiej je sobie wyobrazić, a trudniej na nie patrzeć”… W krakowskim spektaklu Andrzej Seweryn zabiera widza w głąb mistrzowskiego, obarczonego ciężarem wszechobecnego fatum świata i każe patrzącym właśnie, przeżywać każdy śmiech, każdy ból, komiczny płacz nierozumienia, szaleństwo, samotność, życia rozterkę. Klucz może właśnie nie tylko w wyobrażeniu, lecz w wejściu w wyobraźnię wspólną, dzieloną, z której każdy widz inne wydobywać może interpretacje, słowa, odmienne z niej czytać znaki, „teatr” tworzyć po swojemu. Szekspir bowiem „jest jak świat albo życie. Każda epoka znajduje w nim to, czego szuka i co sama chce zobaczyć”. W tym biegu, w tym zgiełku, w tej pragnień nieuporządkowanych rzece warto wsłuchać się w galerię słów starego mistrza…</p>
<p><em><strong>Spektakl:</strong></em></p>
<p><em>Wyobraźcie sobie… William Szekspir </em>(reż. Jerzy Klesyk, występuje Andrzej Seweryn), Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran – doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika Res Publica Nowa, stale współpracuje z Kulturą Liberalną.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 66 (16/2010) z 13 kwietnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/04/13/baran-menazeria-panow-s-cz-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Groza jednego Piątku</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/baran-groza-jednego-piatku/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/baran-groza-jednego-piatku/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 30 Mar 2010 00:14:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[carpaccio]]></category>
		<category><![CDATA[Gemäldegalerie]]></category>
		<category><![CDATA[grób]]></category>
		<category><![CDATA[krzyż]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 63]]></category>
		<category><![CDATA[śmierć]]></category>
		<category><![CDATA[Vittore Carpaccio]]></category>
		<category><![CDATA[Złożenie Chrystusa do grobu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4819</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Groza jednego Piątku</strong></p>
<p style="text-align: right;">„(…) Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami?”<em><br />
Friedrich Nietzsche</em></p>
<p>Cisza przenika. Nie słychać tętentu kopyt, rozmów jeźdźców zjeżdżających z Golgoty, wiatru hulającego między deskami stojącej na wzgórzu szopy, skrzypienia na nowo szykowanych krzyży. Trzeba tylko zmienić tę poziomą belkę i już… gotowy dla następnego skazańca. Melodia wygrywana przez skrytych w rozpadlinie pastuszków z weselnej zmienia się w pieśń żałobną, co dźwięczeć się lęka w milczenia spokoju. Drzewa stoją zanurzone w bezczasie, co w chwili znacznej tak szum ich liści, gałęzi trzaski, ptaków ukrytych w nich trele zagłusza. Jest cicho. Nie słychać przyspieszonych oddechów zmęczonych ciężarem odsuwanego kamienia mężczyzn, szlochu rozpaczającej matki, kroków kobiet, co biegły zobaczyć, gdzie zostanie pochowany. I nawet pszczoły, co do malw wybujałych czerwienią spieszyły, po nektar, po słodycz wielką, zawisły w bezszelestnym, nieskrzydlatym poruszeniu. Trawa w zdziwieniu, ciszą przejęta, zatrzymała szum wzrastania… i tylko dla kamieni, dla kolumn rozpękłych, dla głazów, co po wielokroć służyć mają, jakby nic się nie zmieniło. Wszak odwiecznie trwają zanurzone w rozgrzaną promieniami zachodzącego słońca ciszę. Ta zaś czai się bliżej podchodzącym, odbierając głos, dźwięk, szmer, oddech… Wszechogarniająca cisza zaskoczenia, zamyślenia, wyczekiwania na wypełnienie obietnicy trwa.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/baran-groza-jednego-piatku/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Groza jednego Piątku&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Groza jednego Piątku</strong></p>
<p style="text-align: right;">„(…) Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami?”<em><br />
Friedrich Nietzsche</em></p>
<p>Cisza przenika. Nie słychać tętentu kopyt, rozmów jeźdźców zjeżdżających z Golgoty, wiatru hulającego między deskami stojącej na wzgórzu szopy, skrzypienia na nowo szykowanych krzyży. Trzeba tylko zmienić tę poziomą belkę i już… gotowy dla następnego skazańca. Melodia wygrywana przez skrytych w rozpadlinie pastuszków z weselnej zmienia się w pieśń żałobną, co dźwięczeć się lęka w milczenia spokoju. Drzewa stoją zanurzone w bezczasie, co w chwili znacznej tak szum ich liści, gałęzi trzaski, ptaków ukrytych w nich trele zagłusza. Jest cicho. Nie słychać przyspieszonych oddechów zmęczonych ciężarem odsuwanego kamienia mężczyzn, szlochu rozpaczającej matki, kroków kobiet, co biegły zobaczyć, gdzie zostanie pochowany. I nawet pszczoły, co do malw wybujałych czerwienią spieszyły, po nektar, po słodycz wielką, zawisły w bezszelestnym, nieskrzydlatym poruszeniu. Trawa w zdziwieniu, ciszą przejęta, zatrzymała szum wzrastania… i tylko dla kamieni, dla kolumn rozpękłych, dla głazów, co po wielokroć służyć mają, jakby nic się nie zmieniło. Wszak odwiecznie trwają zanurzone w rozgrzaną promieniami zachodzącego słońca ciszę. Ta zaś czai się bliżej podchodzącym, odbierając głos, dźwięk, szmer, oddech… Wszechogarniająca cisza zaskoczenia, zamyślenia, wyczekiwania na wypełnienie obietnicy trwa.</p>
<p>Czaszki tylko chichoczą skrycie, zębami szczękają z zimna nagości swej i zadziwienia, w kurzu poniewierane, w pogardzie rozrzucone niegodnej, niczym psom dane dla zabawy. Kości rozsypane, ludzkie ze zwierzęcymi zmieszane, bieleją, choć nie te to przecież, co chwil kilka wcześniej, w zgodzie z proroctwem, rzucone o tunikę tkaną. Śmierci cień przechadza się, na obrazie odciskając opuszki swoich kościstych palców. Wygrana/przegrana – ciałem wychudłym, bezwłosym, o oczach pustych, policzkach zapadłych ręce wyciąga po swoje żniwo, dalej znów na starość o drzewo wspartą czyha.</p>
<p>W ciszy, w dusznym zapachu dławiącej śmierci tkwi inne ciało, na stole, na ołtarzu obrusem kościelnym krytym cicho położone. Końca czeka kaźni, zaśnięcia, w którym życie czeka inne. Ofiara spełniona… bo przecież wykonało się, co wieków pisma, proroctwa, przymierza obiecywały. Na co czeka tutaj, gdy wszyscy w milczeniu, jakby głosy im odebrano, gdy wszyscy w trwodze, żałobie, bo oto stało się… a przecież innego wyczekiwali końca. A tu ciało grzebać trzeba, grób kamieniem zataczać, straże stawiać włóczniami zębate, by oszustwo wieszczone nie stało się mitem.</p>
<p>Wokół trwoga, że to już koniec, że ziemia odpętana od swego słońca, że blask i jasność gasną, że nastaje niewola wiecznego strachu i mroku. Z bólu po stracie omdlewanie, szykowanie wonności, by godnie pochować. Wszak opodal grób ciemny, wilgotny, czekający i brama, co wiedzie w niezmierzoną otchłań. Ciało tak spokojne, mięśnie nie czynią już wysiłku, by wytrwać krok jeszcze, słowo jeszcze kolejne wypowiedzieć, co znaczne tak, że rok za rokiem przez wyznawców słuchających wyczekane, w chwilach życia różnych, odmiennie, choć tak samo przecież czytane. Gdzie śmierć panuje, nas już nie ma. Przenikająca wszystko cisza, otulająca leżące na ofiarnym stole przygotowania ciało trwa spokojna, stateczna, wiedząca. Wyczekuje niedzielnego poranka, który czas odmieni.</p>
<p><em><strong>Obraz:</strong></em></p>
<p>Vittore Carpaccio, „Złożenie Chrystusa do grobu” (1520, tempera na płótnie), Gemäldegalerie, Berlin</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”</em>.</p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 63 (13/2010) z 30 marca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/30/baran-groza-jednego-piatku/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Nervenirrsinniges Portrait</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/23/baran-nervenirrsinniges-portrait/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/23/baran-nervenirrsinniges-portrait/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Mar 2010 01:33:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Gabinet grozy]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 62]]></category>
		<category><![CDATA[Oskar Kokoschka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4739</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Nervenirrsinniges Portrait</strong></p>
<p>Farba rozbryzguje się pod łapami. Kapie. Uśmiech półgębkiem wypuszczony obnaża kły „Tygrysa” (1926), co przyczajony, bezszelestnie po płótna splotach kroczy. Wzrok jego ognisty, sierść czujnością uniesiona, w oczach niecierpliwość, co siłą spokoju rozwagi na wodzy trzymana, powstrzymywana od zabójczego skoku. Już, teraz, zaraz. Tygrys czeka, wzrokiem już nieco znudzonym oglądając przetaczające się przed płótnem tłumy – ani drgnie na widok rozkrzyczanych włoskich turystów, japońskich emerytów zbrojnych w zakazane tu flesze, amerykańskich nastolatków wrzaskiem wypróbowujących akustykę Sali Marmurowej. Kłami tylko błyska olejnie lakierowanymi. W ciszy czająca się dzikość czeka&#8230;</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/23/baran-nervenirrsinniges-portrait/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Nervenirrsinniges Portrait&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Nervenirrsinniges Portrait</strong></p>
<p>Farba rozbryzguje się pod łapami. Kapie. Uśmiech półgębkiem wypuszczony obnaża kły „Tygrysa” (1926), co przyczajony, bezszelestnie po płótna splotach kroczy. Wzrok jego ognisty, sierść czujnością uniesiona, w oczach niecierpliwość, co siłą spokoju rozwagi na wodzy trzymana, powstrzymywana od zabójczego skoku. Już, teraz, zaraz. Tygrys czeka, wzrokiem już nieco znudzonym oglądając przetaczające się przed płótnem tłumy – ani drgnie na widok rozkrzyczanych włoskich turystów, japońskich emerytów zbrojnych w zakazane tu flesze, amerykańskich nastolatków wrzaskiem wypróbowujących akustykę Sali Marmurowej. Kłami tylko błyska olejnie lakierowanymi. W ciszy czająca się dzikość czeka&#8230;</p>
<p>Obok port spokojny. Obraz niby prosty, widok jakich wiele, choć dla pędzla Kokoschkowego mniej typowy. „Port w Pradze” (1938), gdzie wybrzeże, barki dymiące, łodzie wiosłowe, co zasmucają rzeki, ponad wodami zawisłe mewy rozpostartoskrzydłe, na łup, na łów czekające. Ponad brzegami miasto portem znaczone, pastelą zalane świetlistą, jakby nie do rozpoznania, gdy w jedno zdaje się zlewać z portem i niebem, gdy domy jego ledwie zarysowane, okna, do których zaglądnąć nie sposób, a przecież jasne, co w nich mieszka. Światy tu przenikają się wzajemnie, a światło ku nam wychodzi, z wnętrza płótna wylewając niekończącą się opowieść. Na wzgórzu postać miasta-porządku strzegąca, poniżej barwą pisane kościoły i wieże Pragi. Miasto zwykłe niby, pędzla pociągnięciami opiewane, gdzie kolor niczym węzeł ze sznurków barwnych się splata, splotem tym igrając, snując coraz to nowsze historię. Linie tu spokojne, to znów pędzla pociągnięciem wirujące, starannie dobrane, by oddać pełnię kontinuum.</p>
<p>Tam znów kolor odmienny, jaskrawością przyzywający, innym ruchem technik kładziony. Nie linie już szalone, nie plątanina splotów, a kolorów plamy, jedna obok drugiej, konsekwentne, staranne, całość harmonijną tworzące. „Matka z dzieckiem” (1922). Ona zmęczona jakby, w zieleniach i granatach statecznych, ciężkich, w zapominanie odsyłających, ono zaś w pastelach jasnych – bielach, kawą znaczonych mlecznych czekoladach, delikatnościach nieśmiałej cielesności. Ciepło wzrastania kwiatem wybujałym przy nich, co nadzieję daje obojgu tak czule objętych. Rzut jeszcze oka na matkę („Romana Kokoschka – matka artysty”, 1917), gdzie linie znów odmienne, szarością wieku falujące – linia puklem włosów opada, by w chwilę później zmarszczek siecią twarz znaczyć, wiek pisać kłamany kobiecej dłoni. Z wizji, obsesji, halucynacji świat cały się tworzy, co stworzeniu na przekór, co miłość z nienawiścią nieustannie chce splatać. Z każdym płótna muśnięciem rzeczy na wierzch wychodzą, gdy twarze i dłonie stają się obliczem wnętrza portretowanej postaci. Kłamany to portret, starością nieuchronnie znaczony, co przyjedzie, przychodzi, jak na „Dziecko z dłońmi rodziców” (1909), co w szóstym miesiącu życia malowane, twarz nosi „obcą”, odległą mu, starczą. W miłości czułym objęciu, w ducha nowego poświacie trwające pomiędzy nią a nim, bezczasem wiecznym a światem. „Gabinet grozy” chichotliwe odnosi zwycięstwo.</p>
<p><em><strong>Wystawa:</strong></em></p>
<p><em>Oskar Kokoschka (1886 – 1980)</em><br />
Belvedere, Wiedeń<br />
22 lutego – 22 kwietnia 2010 r.</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 62 (12/2010) z 23 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/23/baran-nervenirrsinniges-portrait/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Upiór polski. Orbitowski, „Nadchodzi”</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 00:31:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Nadchodzi]]></category>
		<category><![CDATA[Nowa Fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[nr 60]]></category>
		<category><![CDATA[Orbitowski]]></category>
		<category><![CDATA[Popiel Armeńczyk]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Orbitowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4520</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Upiór polski</strong></p>
<p><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Orbitowski_Nadchodzi_m.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4713" title="Orbitowski_Nadchodzi_m" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Orbitowski_Nadchodzi_m-209x300.jpg" alt="" width="209" height="300" /></a><br />
</strong></p>
<p>Z opowiadaniami bywa różnie. Mniej równo, zaskakująco, z wielkimi zwrotami, zaskoczeniami i uspokojeniami akcji. Na jedne się czeka, inne po prostu przychodzą, zostawiając w pamięci ślady, zastanowienia, pytania, okruchy baśni, strzępy historii, które raz zasłyszane każą do siebie wracać, zapytywać na nowo. Zapytywanie takie stwarza alternatywną wizję zakończeń, zderza wizję autora z ogromnym nieraz bagażem czytelniczych oczekiwań. Opowiadania zmieniają się, choć w gruncie rzeczy pozostają na swój sposób takie same. Czerpią z wielu studni ludowych podań, ze źródeł wyobraźni, z porannych majaków po przepitych nocach, z duchów własnych i okolicznych. Opowiadania żyją inaczej, w krótkości formy zamykając niejednokrotnie historie innym rozdymające się w nieznośne eposy, tomy dziwadeł, tysiącstronicowe wynurzenia słowotokiem zamazujące fabułę i krążące wokół niej emocje. Niektóre żyją dłużej, nie kilka, a kilkadziesiąt stron, wciągając czytelnika w las, w zapomniane miejsca pełne mrocznego niepokoju, w ciszę, którą zdaje się rozdzierać mnogość tłumionych krzyków. Wszystko to znaleźć można w najnowszym tomie opowiadań Orbitowskiego.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Upiór polski. Orbitowski, „Nadchodzi”&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Upiór polski</strong></p>
<p><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Orbitowski_Nadchodzi_m.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-4713" title="Orbitowski_Nadchodzi_m" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/03/Orbitowski_Nadchodzi_m-209x300.jpg" alt="" width="209" height="300" /></a><br />
</strong></p>
<p>Z opowiadaniami bywa różnie. Mniej równo, zaskakująco, z wielkimi zwrotami, zaskoczeniami i uspokojeniami akcji. Na jedne się czeka, inne po prostu przychodzą, zostawiając w pamięci ślady, zastanowienia, pytania, okruchy baśni, strzępy historii, które raz zasłyszane każą do siebie wracać, zapytywać na nowo. Zapytywanie takie stwarza alternatywną wizję zakończeń, zderza wizję autora z ogromnym nieraz bagażem czytelniczych oczekiwań. Opowiadania zmieniają się, choć w gruncie rzeczy pozostają na swój sposób takie same. Czerpią z wielu studni ludowych podań, ze źródeł wyobraźni, z porannych majaków po przepitych nocach, z duchów własnych i okolicznych. Opowiadania żyją inaczej, w krótkości formy zamykając niejednokrotnie historie innym rozdymające się w nieznośne eposy, tomy dziwadeł, tysiącstronicowe wynurzenia słowotokiem zamazujące fabułę i krążące wokół niej emocje. Niektóre żyją dłużej, nie kilka, a kilkadziesiąt stron, wciągając czytelnika w las, w zapomniane miejsca pełne mrocznego niepokoju, w ciszę, którą zdaje się rozdzierać mnogość tłumionych krzyków. Wszystko to znaleźć można w najnowszym tomie opowiadań Orbitowskiego.</p>
<p>Tom rozpościera się między dwoma biegunami, chwalonym przez czytelników „Nowej Fantastyki” – „Popielem Armeńczykiem” a rzeczą nową, tytułowym „Nadchodzi”. Wiele między nimi słów, ale przy niewątpliwej „ciekawości” wyboru, te dwie historie pozostają dlań wiodące. Wizje jednego, a przecież dwóch światów, przeciwstawnych pozornie, a chciałoby się rzec… komplementarnych. Krzywe zwierciadło chichoczącej historii. Malowane słowem, oddawane w tylu na pozór nieistotnych szczegółach obrazy uwiarygodniają papierowy świat. Samo portretowanie jasne, często jednoznaczne, choć typy poplątane. Postaci rysowane krótszymi pociągnięciami pióra okazują się wyraźniejsze, mniej papierowe, w swych szaleństwach czytelniejsze, bardziej zrozumiałe, bliższe, głośniej o uwagę wołające. Upiory stają się bardziej widoczne, niemal dotykalnie obecne, lęki klarowne, grozą swą kłujące głębiej, pozostawiające ślad.</p>
<p>Kolejny poziom tworzą cięte i cierpkie riposty na przemian rzucane ówczesnemu, to znów współczesnemu światu. Diagnozy własne, snute opowieści, historie z piekła rodem wchodzą w zakamarki pogmatwanej podświadomości bohaterów, penetrując miejsca, do których balibyśmy się dotrzeć bez mapy czy bodaj porządnej latarki. Wyraźne obrazy mieszających się ze sobą światów, gdzie duch historii ponurej, a w swym obłędzie przygniatającej nieustannymi powrotami identycznych ze swej istoty zrywów, przez setki stron rękę sobie podaje z mitem o upiorach dziś wielu ścigających, z mitem własnych przeszłości, udręk, które współtworzą kolejne poziomy historii, bycia-tak-a-nie-inaczej pojedynczego człowieka, a wraz z nim losów tak wielu.</p>
<p>Przy całej wyglądającej z kart tomu historii celny jest także opis współczesności, jaki mimo rzadkich bezpośrednich do niej odniesień serwuje Orbitowski. W wielu miejscach pozostaje on gorzki, ostry, a przecież jakże, przy całej swej fantastyczności, rzeczywisty, codzienny, w niezwykłości zwykły. Prawdziwość taka urealnia koszmar, baśń, klątwę, mit, sprawiając, że chciałoby się nie wierzyć w fantazję, w którą uwierzyć nietrudno.</p>
<p><em><strong>Książka:</strong></em></p>
<p>Łukasz Orbitowski, „Nadchodzi”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 60 (10/2010) z 9 marca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/03/09/baran-upior-polski-orbitowski-%e2%80%9enadchodzi%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Ta nasza młodość…</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/23/baran-ta-nasza-mlodosc%e2%80%a6/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/23/baran-ta-nasza-mlodosc%e2%80%a6/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Feb 2010 01:26:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Lucas Cranach]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[nr 58]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4327</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Ta nasza młodość…</strong></p>
<p>Nadciągali ze wszystkich stron. Z zamków wieżami zbrojnych, miast na wzgórzach nagich ukrytych, z wiosek, do których drogi kręte prowadzą. Wozami je wioząc, niczym na stos, na szafot wiedźmy bezwolne wiedzione, konia za uzdę prowadząc (co spode łba na „nowiny” te spogląda), by dalszego na ciele nie doznać uszczerbku, na noszach, teczkach skrzypiących, na plecach pod ciężarem niesionego, wyschniętego ciała się gnących, pieszo. Nadciągali tłumnie ledwo mieszcząc się na wąskim brzegu. Szaty tam bogate, to znów gałgany ledwie ciało skrywające. Ze wstydem, bez wstydu… bo choć statut ich różny, to one takie same, na te same narażone dotknięcia natury nielitościwego czasu. A one przymuszone wolą nierozumiejącą, siebie zbyt pewną, namówione, zganione po wielokroć, że oto zabiegom magicznym poddać się nieskore, by żyć… młodo, zdrowo w igraszek świecie, gdzie wśród drzew, niby rajskiego ogrodu, wiosna z latem w chowanego się bawi. W bezwolną, głupią nieskończoność.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/02/23/baran-ta-nasza-mlodosc%e2%80%a6/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Ta nasza młodość…&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran</em></p>
<p><strong>Ta nasza młodość…</strong></p>
<p>Nadciągali ze wszystkich stron. Z zamków wieżami zbrojnych, miast na wzgórzach nagich ukrytych, z wiosek, do których drogi kręte prowadzą. Wozami je wioząc, niczym na stos, na szafot wiedźmy bezwolne wiedzione, konia za uzdę prowadząc (co spode łba na „nowiny” te spogląda), by dalszego na ciele nie doznać uszczerbku, na noszach, teczkach skrzypiących, na plecach pod ciężarem niesionego, wyschniętego ciała się gnących, pieszo. Nadciągali tłumnie ledwo mieszcząc się na wąskim brzegu. Szaty tam bogate, to znów gałgany ledwie ciało skrywające. Ze wstydem, bez wstydu… bo choć statut ich różny, to one takie same, na te same narażone dotknięcia natury nielitościwego czasu. A one przymuszone wolą nierozumiejącą, siebie zbyt pewną, namówione, zganione po wielokroć, że oto zabiegom magicznym poddać się nieskore, by żyć… młodo, zdrowo w igraszek świecie, gdzie wśród drzew, niby rajskiego ogrodu, wiosna z latem w chowanego się bawi. W bezwolną, głupią nieskończoność.</p>
<p>Oceniane, wymierzane, centymetr po centymetrze poddawane oględzinom, by stwierdzić, czy ciału odmiany tej przedziwnej już potrzeba. Bo może retusz tylko, strój inny, tu nadciąć, tam podciągnąć? Piękno… Twarze ich smutkiem znaczone i rezygnacją cichą, ciała zmarszczkami usiane, włosy przerzedzone, brzuchy i brody obwisłe, i oczy… Oczy zgasłe. Przywieźli je, przywlekli mężczyźni, by ciała kobiet swych odmienić. Kochający niegdyś, wielbiący czar i powab. Z serca to? Naiwności… Z do siebie samych serca tylko, ze świata przywiązań, doskonałości kościstej dyktatu, z młodości bezgranicznego uwielbienia, co dziś, o zmierzchu swym ledwie obchodzi się bez skalpela.</p>
<p>I tak przywiedli je do magicznego źródła, co wieczną młodość dając, świat na dwoje rozcięło. Na brzegu lewym lament, jesień, co tchnienie zim, i zim ciągle jedna po drugiej – niczym po dniu dzień bury – przychodzących, na plecach zgarbionych czuje; na lewym zaś… Zabawy, tańce, umizgi, grajków muzyka, co porywa, stół obfitością przyzywający. Swawole. Bez wstydu, bez myśli, bez żalu. Życia dwa bieguny, gdzie jeden odcięty, niby płytką stalą. Starość i młodość, mitem rozdzielone, gdzie choroba i zdrowie, brzydota i piękno, smutek i radość sobie wzajem obce, z innych światów, własne, rozłączne opowiadają historie.</p>
<p>Źródło zawsze pośrodku, sercem bijący początek wszystkiego. Dobrego czy złego? Jakież zeń wiadomości? Afrodyta boska wraz z oddanym Erosem z kolumny spoglądają, patronując tej dziwnej, upragnionej przemianie. Życie tu wraca, a przecież odmienia się, wraca, a przecież się fałszuje. Obietnica nowa… zanurzcie się, a staniecie się jako… bogowie. Pragnienie odwieczne spełnia, kto jednak pragnie najmocniej, kto do wody owej prowadzi? Kobiety wchodzą do źródła nie bez wahania, by już po chwili, po kąpieli krótkiej, pluskać się na powrót młode, złotowłose, o piersiach jędrnych, biodrach krągłych, twarzach roześmianych. Wychodzą z wody tej promienne. I tańczą, i bawią się w nowym tym świecie zapomnieniem zatracone. I łudzą się na nowo. I tylko oczy ich, jakby te same. Z kobiet tych, co zostało, gdy młodości wiecznej obietnica rozum odbiera, doświadczenia prawdę i serce, życiu pozostawiając piękno tylko. I swawolę. A przecież… ta nasza młodość…</p>
<p><em>…Buntem jest niespełnionym<br />
Co na serce umiera<br />
Ona tylko to daje<br />
Co innemu zabiera</em></p>
<p><em><strong>Obraz:</strong></em></p>
<p>Lucas Cranach, „Źródło wiecznej młodości” (1546), Gemäldegalerie, Berlin</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 58 (8/2010) z 23 lutego 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/23/baran-ta-nasza-mlodosc%e2%80%a6/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>BARAN: Tych miasteczek nie ma już&#8230;</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/baran-tych-miasteczek-nie-ma-juz/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/baran-tych-miasteczek-nie-ma-juz/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 08:00:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[huppa]]></category>
		<category><![CDATA[kidusz]]></category>
		<category><![CDATA[Magdalena M. Baran]]></category>
		<category><![CDATA[Mayer Kirshenblat]]></category>
		<category><![CDATA[mezuza]]></category>
		<category><![CDATA[nr 56]]></category>
		<category><![CDATA[sztetl]]></category>
		<category><![CDATA[Zagłada]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=4087</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Tych miasteczek nie ma już &#8230;<br />
</strong></p>
<p><em>&#8230;Okrył niepamięci kurz<br />
Te uliczki, lisie czapy, kupców rój<br />
Płotek z kozą żywicielką<br />
Krawca Szmula z brodą wielką<br />
Co jak nikt umiał szyć ślubny strój&#8230;</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/baran-tych-miasteczek-nie-ma-juz/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu BARAN: Tych miasteczek nie ma już&#8230;&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Magdalena M. Baran </em></p>
<p><strong>Tych miasteczek nie ma już &#8230;<br />
</strong></p>
<p><em>&#8230;Okrył niepamięci kurz<br />
Te uliczki, lisie czapy, kupców rój<br />
Płotek z kozą żywicielką<br />
Krawca Szmula z brodą wielką<br />
Co jak nikt umiał szyć ślubny strój&#8230;</em></p>
<p>Odchodzili jak przed nimi wielu, niczym całe pokolenia wiecznych tułaczy. Domy zostawili, stoły, stodoły i płoty, za którymi grusze, jabłonie, śliwy owocami roześmiane, a nagłym brakiem czułości zadziwione, innych czekały czasów. Za groszy kilka garści porzucili, tłoczące się wzdłuż krótkich uliczek świętokrzyskiego miasteczka, kamienice. Odchodzili spokojnie, bez pośpiechu pakując dobytek, wspomnienia niczym baśnie zachowując w sercach, by służyć mogły wierze przyszłych pokoleń. Sprzęty spakowane na wózek wrzucono do walizek, do kufrów, do węzełków licznych zgarniając, upychając wyglądające z każdego kątka życie. Izby przed wyjściem pozamiatali – niczym żona pamiętnego Mleczarza – <em>mezuzę</em> z framugi drzwi wydłubali, drzwi pozamykali. Odchodzili. Ci, co mieli dość szczęścia, dość rozsądku. Odchodzili, głośno żegnając sąsiadów, zabrawszy ze sobą owe baśniowe obrazy, co niczym kalendarium prywatnych doświadczeń codzienności, dni świątecznych, opowieści o świecie, którego już nie ma.</p>
<p>Z czasu przed Zagładą obrazy tkane. Jarmark pełen rozkrzyczanych handlarek, targ koński, gdzie rżenie głośne przeplata się z postukiwaniem kowalskiego młota, podczas gdy machający nim mocarz po swojemu gdera pod nosem. Chłopięce gonienie po ulicach – od krawca do szewca, wkoło nosiwody, to znów tam, gdzie „Towary różne!” krzyczą, by w końcu zawodzonej śpiewnie przysłuchać się modlitwie. Od domu Jej do własnej izby, gdzie po piątkowym zachodzie słońca matka świece pali, a <em>kidusz</em> tydzień za tygodniem napomina by dzień święty święcić, gdzie radość. Dalej inne widzenia – w nich życia zwykłego, tradycji i obyczajów zapis. Ślub barwnym wijący się korowodem, roztańczonych śmiechem znaczny, gdzie brzęk słychać obcasem pod <em>huppą</em> tłuczonego kielicha. Dalej pogrzeb, modły, waśnie, gdzie indziej zaś rabbi, co zmęczony lekturą przysnął nad uczoną księgą. W końcu i odejście z miasteczka, wyjazd z Opatowa. Dziecka dociekliwego widzenie, nie wolne od marzeń. Z innego to świata historie i anegdoty. Obraz za obrazem, opowieść za opowieścią w świat ten wprowadzają… krok za krokiem. A świat wokół zwykły, a zachwycający przecież w swej baśniowej codzienności. Świat spokojny jeszcze, nieświadom nadchodzącej katastrofy.</p>
<p>Odeszli, jak przed nimi wielu, jak odchodzą wielokroć, rozpoczynając kolejny swój exodus, do ziemi jedynej, co obiecana, przez obiecanych, udomowionych ziem wiele. Inne to obrazy niż Chagallowskie wiedzenia, niż bajki mistyczne, niż… Tu obraz – naiwny nieco, prosty, a przecież szczegółów dociekliwością śledzonych pełny – zapisem chwil wielu, opowieścią rozlanej pamięci, co dom znalazłszy w świecie, każdym pędzla pociągnięciem do domu dzieciństwa, domu wspomnień, domu tych, co odejść nie zdążyli wraca.</p>
<p>Inni odeszli nocą, w ciszy, co palec na ustach kładąc na zgrzybienie desek w podłodze, na cień za rogiem się czający zważać każe. Niedomknięte domu, w pośpiechu zabrane życie i pamięć. Nocą uciekli. A po nich odchodzili już inaczej. Bez wózków skrzypiących, bez walizek, bez opowieści o przyszłych losach. Ci ostatni przeżyli w obrazie, w opowieści.</p>
<p><strong><em>Wystawa:</em></strong></p>
<p>Mayer Kirshenblat, „Nazywali mnie Majer Lipiec: malowane wspomnienia z żydowskiego dzieciństwa w Polsce przed Zagładą”, Kraków, Galicja, Muzeum Żydowskie, lipiec 2009 – luty 2010</p>
<p><em>* Magdalena M. Baran, doktorantka filozofii, redaktor kwartalnika „Res Publica Nowa”, stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 56 (6/2010) z 9 lutego 2010 r.</em></strong><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/02/09/baran-tych-miasteczek-nie-ma-juz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
