„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

  • PAWŁOWSKI
  • Faciejew
  • Wooldridge
  • Kowalczyk

Sharing economy, czyli kto zarabia na dzieleniu

Fot. gotcredit.com; Źródło: Flickr.com

Szanowni Państwo,

sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia, to ogromny i rosnący rynek usług, które na naszych oczach zmieniają światową gospodarkę. Opiera się na genialnym w swojej prostocie pomyśle wymiany dóbr, z których nie korzystamy, lub dzielenia się tymi, których mamy w nadmiarze. Masz w garażu wiertarkę, której używasz raz do roku? Wolne miejsca w samochodzie na trasie do Berlina? A może chcesz dodatkowo zarobić, podnajmując nieużywany pokój? Ogłoś to i podziel się. Wszyscy na tym zyskają. Czy aby na pewno?

Ekonomia współdzielenia rodziła się w atmosferze wyzwania rzuconego dwóm potężnym siłom współczesnego świata – konsumpcjonizmowi i dominacji globalnych korporacji. Zamiast kupować kolejny samochód, komputer lub sprzęt AGD, mogliśmy przecież go pożyczyć. Zamiast sponsorować wielkie sieci hotelarskie, budujące identyczne hotele w centrach miast, mogliśmy spędzić noc u „zwykłego człowieka”, zyskując ciekawe znajomości, a przy okazji – oszczędzając pieniądze. Zamiast wynajmować samochód w sieci wypożyczalni, możemy poprosić, by ktoś jadący w naszą stronę po prostu nas podwiózł – dobre i dla naszego budżetu, i dla środowiska.

Oczywiście wszystko to mogliśmy zrobić już dawno temu, przed wynalezieniem internetu i nowoczesnych telefonów – łapiąc stopa, chodząc po domach i prosząc o nocleg, czy ogłaszając swoje usługi w lokalnej gazecie. Nigdy jednak nie było to możliwe na taką skalę – gdziekolwiek się nie znajdziemy, aplikacje natychmiast dają nam dostęp do tysięcy usługodawców. Skoro jednak sharing economy to nowa nazwa na stare usługi, na czym więc polega ewentualny problem?

Bardzo szybko okazało się, że tam, gdzie potężne korporacje tracą klientów, na ich miejsce nie pojawia się wspaniały świat społeczeństwa obywatelskiego, lecz... nowe korporacje. Największe firmy, które dostarczają oprogramowanie pozwalające łączyć usługodawców i usługobiorców na całym świecie, choć powstały zaledwie kilka lat temu, dziś są warte dziesiątki miliardów dolarów. A inwestorzy bez mrugnięcia okiem wykładają kolejne miliardy na ich dokapitalizowanie.

Ikoną tak pojmowanej sharing economy stał się Uber – „firma przewozowa” założona w 2009 r., niemal od samego początku budząca skrajne emocje. Zasada działania, tak jak większości firm z branży sharing economy, jest niezwykle prosta i dostosowana do współczesnego konsumenta. Uber dostarcza cyfrową platformę, na której mogą spotkać się potencjalni pasażerowie z innymi „zwykłymi ludźmi” oferującymi usługi transportowe. Czyli: daje konsumentom aplikację na smartfony, dzięki której mogą zamówić taksówkę. Uber swojego „taksówkarza” nie nazwie jednak właśnie tym mianem, ba! nie nazwie go nawet swoim pracownikiem. Aplikacja w teorii umożliwia bowiem kontakt klientów i wolnych, „samozatrudnionych” kierowców – co oczywiście ma swoje pozytywne konsekwencje dla ceny usług.

Kierowca Ubera nie opłaca licencji taksówkarskiej i nie musi kończyć specjalistycznych kursów. Za możliwość korzystania z platformy odprowadza prowizję wysokości 20 proc. pokrywanych przez klienta kosztów przejazdu. Ale formalnie nic go z Uberem nie łączy, jeśli więc będzie miał wypadek, straci samochód lub z innych powodów nie będzie mógł oferować usług – zostaje sam. To właśnie dzięki omijaniu prawa pracowniczego – jak twierdzą krytycy Ubera – firma może oferować tak niskie ceny, a praktyki stosowane przez firmę nazywają „uberyzacją pracy”.

Nic dziwnego, że grono przeciwników firmy rośnie bardzo szybko – protestują taksówkarze, niektórzy kierowcy, związki zawodowe, obrońcy praw pracowniczych, wreszcie wszystkie osoby, którym bliska jest idea dzielenia się bez oglądania na zyski.

Podobne emocje budzi inny gigant sharing economy – Airbnb. Model działania jest dokładnie ten sam jak w przypadku Ubera, ale w tym wypadku zamiast samochodów od zwykłych ludzi wynajmujemy pokoje lub mieszkania. I znów oficjalnie firma tworzy jedynie „miejsce spotkań” usługodawców i usługobiorców – to swego rodzaju nowoczesna tablica korkowa, na której obok siebie pojawiają się ogłoszenia „wynajmę”. A jak wiadomo: za treść ogłoszeń i solidność usługodawców firma nie ponosi odpowiedzialności.

Powstaje więc pytanie, co rzeczywiście nowego proponują owe „platformy”? To pasożyty, twierdzi Evgeny Morozov oraz inni ich krytycy. Nie dają nic od siebie, od klienta pobierają dane osobowe, a od „pracownika”, który nie jest ich pracownikiem, procent zapłaty. A ryzyko, bezpieczeństwo, standardy, odpowiedzialność? Tym już niech się martwią klienci i „współkorzystający” z danej aplikacji, których ona tylko ze sobą kontaktuje.

Z drugiej jednak strony każda z tych firm pozwala wejść na rynek pracy osobom, które dotychczas takiej możliwości nie miały, klientom zaś oferuje usługi w lepszej niż konkurencja cenie. Ich pojawienie się niekoniecznie oznacza też, że dawne ideały sharing economy odchodzą do lamusa, twierdzi Adrian Wooldridge w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim. Wciąż przecież możemy pomagać sobie w niewielkich grupach, nie oglądając się na globalne korporacje. Publicysta „The Economist” podkreśla również, że choć nowe firmy rewolucjonizują rynek niektórych usług, z podobnymi rewolucjami mieliśmy w ostatnim czasie do czynienia wielokrotnie – chociażby wówczas, gdy na rynku pojawiały się takie firmy jak eBay, Amazon czy polskie Allegro.

To dlatego „ustawodawcy na całym świecie będą musieli poświęcić czas na dostosowanie prawa do nowej rzeczywistości”, pisze w swoim tekście Łukasz Faciejew. Bo chociaż firmy takie jak Uber wykorzystują słabości prawa pracy, to jednocześnie dostarczają usługi, których na rynku po prostu nie ma. Rolą państwa jest ich odpowiednie uregulowanie, a ostatecznego wyboru, czy z takiej usługi skorzystać, i tak dokonuje klient, czyli każdy z nas.

Warto jednak pamiętać, że cena usługi oferowanej nam przez takie firmy nie ogranicza się jedynie do kosztów finansowych. Jak podkreśla Łukasz Kowalczyk, płacimy nie tylko pieniędzmi, ale także... naszą prywatnością. Tylko dzięki dokładnym informacjom na nasz temat platformy wymiany mogą skojarzyć usługodawców z odpowiednimi klientami, a jednocześnie sprawić, by obie strony transakcji miały do siebie zaufanie.

Warto, byśmy, decydując się na niższą cenę usług, mieli tego świadomość. Bo firm oferujących nam tego rodzaju wymianę będzie coraz więcej.

Zapraszamy do lektury!

Redakcja „Kultury Liberalnej”

 


 

Stopka numeru:

Autor koncepcji Tematu Tygodnia: Łukasz Kowalczyk.

Współpraca: Łukasz Pawłowski, Julian Kania, Thomas Orchowski, Łukasz Faciejew.

Nr 340

(28/2015)
14.07.2015
Wooldridge-sharing-economy

Z Adrianem Wooldridge'em rozmawia Łukasz Pawłowski

Nowa „rewolucja przemysłowa”

Czy sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia, sprawi, że w przyszłości wszyscy będziemy musieli stać się przedsiębiorcami gotowymi do podjęcia różnych prac 24 godziny na dobę?

Faciejew-sharing-economy

Łukasz Faciejew

Przyjechała rewolucja

Uber to młoda, bo zaledwie 5-letnia, amerykańska firma technologiczna, wyceniana na kwotę 40 mld dolarów i budząca entuzjazm inwestorów. Uber to arogancka firma oferująca przewóz osób, która omija przepisy i łamie prawo. Dlaczego jeździmy Uberem i dlaczego tak dużo o nim mówimy?

Kowalczyk-sharing-economy

Łukasz Kowalczyk

Ekonomia wymiany czy wymiana ekonomii?

Zjawisko współdzielenia zasobów przez ludzi nie jest niczym nowym – sięga setki, jeśli nie tysiące lat wstecz. Czy współczesna „sharing economy” jest czymś nowym w stosunku do tak rozumianej „ekonomii wymiany”?

PATRZĄC
WIĘCEJ
CZYTAJĄC
neourban hipster fashion travel

Joanna Stryjczyk

Gra o widoczność. Pisarz w świecie polskiego postkapitalizmu

Twardoch swoją obciachową fotką wprowadza wszystkich tęskniących za autonomią artysty w sam środek polskiego postkapitalizmu. W tym świecie pozy przy mercedesie i z „Morfiną” na nocnym stoliku istotowo nie różnią się od siebie.

Engelking_IKONKA

Wojciech Engelking

Banda Hiobów. O sporze wokół mercedesa Szczepana Twardocha

Kiedy czytałem komentarze krytyków Twardocha, miałem wrażenie, że boją się oni przede wszystkim zmiany identyfikacji pisarzy z prekariuszy na dostarczycieli dóbr luksusowych: ale bojąc się jej, popadają w dziwną odmianę syndromu sztokholmskiego.

WIĘCEJ
SMAKUJĄC
Fot. lifeofpics.com

Weronika Bulicz

Prosta historia marnowania

Dopadła mnie refleksja przy wyrzucaniu zepsutych truskawek… A Ty – ile jedzenia wyrzuciłeś w tym tygodniu?

WIĘCEJ

FELIETONY

[Feminizując] Dwulatki do przedszkola, czyli przedwyborcza szamotanina

[Chiny] Współczesne „marsze wstydu”

[Wyszehrad plus] Mur graniczny