Z centrum widać najwięcej
  

  • PAWŁOWSKI
  • MEMCHES
  • RIEFF
  • WUJEC

„Wołyń”. Czy nie lepiej zapomnieć?

Fot. Public Domain Pictures

Szanowni Państwo!

„Niektóre społeczeństwa na Bałkanach czy na Bliskim Wschodzie powinny zrozumieć, że pamięć jest dla nich toksyczna i znacznie bardziej korzystne byłoby dla nich zapomnienie” – twierdzi David Rieff, amerykański intelektualista. Aż ciśnie się na usta pytanie, czy to zdanie w jakikolwiek sposób można odnieść do historii naszego społeczeństwa.

Oto „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego o koszmarnych wydarzeniach z przeszłości jest na ekranach kin od niecałych dwóch tygodni, a już wywołuje bardzo gorące dyskusje – także na naszych łamach. Zaledwie w poniedziałek, 17 października, Instytut Polski w Kijowie odwołał projekcję filmu, po tym jak taki krok „usilnie zaleciło” ukraińskie MSZ.

To z całą pewnością film od dawna oczekiwany, wypełnia ważną lukę w popularno-kulturowych przedstawieniach najważniejszych momentów polskiej historii XX w. Ale czy spełnia oczekiwania – jako film i jako element dialogu polsko-ukraińskiego na temat historii? Czy trafia w dobry moment – o ile kiedykolwiek moment może być dobry na opowieść o masowym ludobójstwie? Czy ma szansę obronić swoją autonomię jako dzieło sztuki, czy raczej od razu stanie się elementem politycznej gry?

Już po pierwszych projekcjach na festiwalu w Gdyni widać było pewien konsensus wśród krytyków by, niezależnie od redakcyjnych afiliacji, „Wołyń” oceniać pozytywnie. Wyglądało na to, że prawica w ciemno przyjmie film Smarzowskiego jako dobry, a lewica będzie go chwalić jako wartościowy i ważny, by nie dać się zepchnąć na „antypolskie” pozycje. To „wielki film” – zapewniał tuż po premierze na łamach „Gazety Wyborczej” Tadeusz Sobolewski.

Kiedy „Wołyń” wszedł na ekrany, zaczęły jednak pojawiać się także głosy krytyczne. Oprócz zarzutów artystycznych – że poniżej oczekiwań, nieco długawy, epatujący przemocą itp., istotne wydają się pytania o jego treść i to, jak odnajduje się w dzisiejszym politycznym kontekście. Niemałą burzę wywołał głos Adama Balcera, który przemawiając z pozycji eksperta Studium Europy Wschodniej UW, kwestionował historyczną prawdziwość filmu i sugerował, że jest on „zmarnowaną szansą na realne pojednanie z Ukraińcami”.

Spór o to, czy dzieło Smarzowskiego jest wyważone, czy pokazuje prawdę, czy też powiela mity, będzie trwał jeszcze długo. Pojawia się tu pytanie – czy reżyser miał obowiązek kręcić film fabularny podlegający ocenie historyków jakby był dokumentem? Gdzie kończy się licentia poetica, a zaczyna reprodukcja narodowej mitologii? Albo zupełnie inaczej – gdzie kończy się dobrosąsiedzka grzeczność, a zaczyna chęć wiernego odmalowania niewyobrażalnej traumy tysięcy Polaków?

Karolina Wigura i Jarosław Kuisz z „Kultury Liberalnej” odnieśli się krytycznie do zapewnień Smarzowskiego, że jego film ma być jakimś przyczynkiem do polsko-ukraińskiego pojednania.

Reżyser, podejmujący do tej pory sprawy trudne, ale „wewnętrzne”, wszedł – chcąc, nie chcąc – na grunt związany z dzisiejszą międzynarodową sytuacją polityczną. Cokolwiek opowiedziałby o „Wołyniu”, zostaje to odczytane w kontekście trudnego dialogu polsko-ukraińskiego, a to zrzuca na twórcę zupełnie inny ciężar odpowiedzialności. Wigura i Kuisz zwracają uwagę, że premiera filmu ma miejsce w wielce niefortunnym momencie, co podkreślał później także były wiceminister edukacji i spraw zagranicznych Krzysztof Stanowski, porównując z kolei klisze z filmu do tych powielanych teraz przez propagandę rosyjską w dobie wojny w Donbasie. Tak też odczytuje film część ukraińskich widzów, choćby publicysta Jurij Opoka, który nazywa „Wołyń” filmem „tendencyjnym i brutalnym”, powielającym polski (i rosyjski) mit „wyjątkowego ukraińskiego okrucieństwa” i stanowiącym dla Ukraińców co najwyżej przykład standardowej polskiej narracji. (Tłumaczenie tego tekstu opublikujemy w najbliższych dniach na łamach „Kultury Liberalnej”).

Artyści bronią się przed nazbyt społeczno-politycznym odczytywaniem dzieł sztuki. Czy Smarzowski nie może, mimo podjęcia tak wrażliwego tematu, domagać się artystycznej autonomii? Oczywiście – może. Czy jednak gorące dyskusje o kontekście dzieł sztuki filmowej nie towarzyszą stale naszej kinematografii? Weźmy dla przykładu „Kanał” zmarłego niedawno Andrzeja Wajdy. Czy traci cokolwiek z walorów artystycznych, jeśli ocenia się go także w kontekście reżyserskiej interpretacji powstania warszawskiego, jaką proponuje twórca (a o którą spierano się po premierze i później)?

Zdaniem Henryka Wujca film Smarzowskiego ma jednak szansę „odegrać pozytywną rolę. Uruchomi na nowo dyskusję na trudny temat, o którym trzeba dyskutować. Jeśli zamieciemy problemy z przeszłości pod dywan, powstaną fałszywe mity”, przekonuje były opozycjonista w rozmowie z Julianem Kanią. Wujec sam także wychowywał się sąsiedztwie Ukraińców i skutki wzajemnych niechęci doskonale pamięta.

Całkowicie odwrotną tezę stawia amerykański historyk David Rieff w rozmowie z Karoliną Wigurą, kiedy przekonuje, że wbrew pozorom „społeczeństwa mające obsesję na punkcie historii uczą się z niej najmniej”, a czasami znacznie bardziej korzystne niż „toksyczna pamięć” byłoby zapomnienie.

Do filmu Smarzowskiego powraca w swoim tekście Łukasz Pawłowski, który argumentuje, że „Wołyń” nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań, przede wszystkim tych zgłaszanych przez samego reżysera. Smarzowski bowiem w niemal każdym z licznych wywiadów udzielonych przed premierą i już po niej przekonuje, że jego dzieło ma nie tylko prowadzić do pojednania z Ukraińcami, ale i stanowić uniwersalną przestrogę przed skutkami nacjonalizmu.

Numer zamyka artykuł Filipa Memchesa, który przekonuje, że „Wołyń” nie jest filmem antyukraińskim, choć zgadza się, że tak może zostać odebrany. Zdaniem Memchesa jednak najnowsze dzieło Smarzowskiego opowiada o czymś więcej niż o konflikcie narodowościowym. „Scena grabieży dworu polskiego przez Ukraińców pokazuje, że istotne znaczenie w tym kresowym dramacie odgrywał rozkręcony przez sowieckich najeźdźców antagonizm klasowy”.

Polecamy gorąco także tekst z ubiegłego tygodnia Anny Wylegały pt. „«Wołyń» Smarzowskiego – film najlepszy z możliwych”. Kolejne artykuły związane z tematem opublikujemy już w tym tygodniu.

Zapraszamy do lektury!

Redakcja


 

Stopka numeru:

Pomysł Tematu Tygodnia: Redakcja.

Opracowanie: Łukasz Pawłowski, Karolina Wigura, Jakub Bodziony, Kacper Szulecki, Jan Chodorowski, Joanna Derlikiewicz.

Nr 406

(42/2016)
18.10.2016
2_wujec_fot-bymarklewisccby-sa3-0zrodlo_wikimediacommons

Z Henrykiem Wujcem rozmawia Julian Kania

„Wołyń”. Dobrze, że jest

„Pomimo obaw «Wołyń» odegra pozytywną rolę. Wywoła na nowo dyskusję na trudny temat, na który trzeba rozmawiać. Jeśli zamieciemy go pod dywan, powstaną fałszywe mity”, mówi były opozycjonista, poseł i doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Fot. Till Krech. Źródło: Flickr. CC BY 2.0

Z Davidem Rieffem rozmawia Karolina Wigura

Pochwała zapomnienia

„Ludzie nie wyciągają wniosków z przeszłości, a społeczeństwa mające obsesję na punkcie historii uczą się z niej najmniej”, przekonuje amerykański dziennikarz i historyk.

Fot. Public Domain Pictures

Łukasz Pawłowski

„Wołyń”. Wielkie rozczarowanie

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, mimo przeważnie pozytywnych recenzji, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. I to przede wszystkim tych, które wiązał z filmem sam reżyser.

Fot. Devanath. Źródło: Pixabay

Filip Memches

„Wołyń” nie jest antyukraiński

Gdyby była to umoralniająca opowieść o złym nacjonalizmie, film zostałby zarżnięty. A tak mamy znakomity obraz bez zbędnej pedagogiki.

PATRZĄC
WIĘCEJ
CZYTAJĄC
Bob Dylan. Fot. Paul Townsend. Źródło: Flickr (CC BY-NC-SA 2.0)

Z Szymonem Kloską rozmawia Piotr Kieżun

Bob Dylan to zupełnie nowa literacka jakość

– Co byś odpowiedział takim osobom, jak Paweł Huelle, który stwierdził, że werdykt komitetu noblowskiego jest „zaskakujący i żenujący”? – To są głosy totalnych frustratów. Obcujemy ze słowem w miliardzie różnych wcieleń i naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, w co owo słowo jest ubrane.

WIĘCEJ
SMAKUJĄC
ilustracja-5

Justyna i Daniel Hofowie

Madame zupa

Według psychologów zupa kojarzy nam się z okresem dzieciństwa, czyli z troską, ciepłem, i sprawia, że jest nam po prostu miło, błogo. Najczęściej sięgamy po nią właśnie w miesiącach jesiennych i zimowych.

WIĘCEJ
SŁYSZĄC
Fot. Monika Rittershaus

Szymon Żuchowski i Gniewomir Zajączkowski

Pieśń mocy, czyli Rattle inauguruje sezon w Berlinie

Jeżeli pod dyrekcją Simona Rattle’a Filharmonicy Berlińscy stracili cokolwiek na brzmieniu, to takich problemów mogłaby sobie życzyć doprawdy każda orkiestra świata.

WIĘCEJ

FELIETONY

[Feminizując] Oskarżona Natalia P.

[Azja w zbliżeniu] Po śmierci Króla

[Najważniejsze wybory świata] Czy Trump już przegrał?

[Europa] Multi-kulti to jednak nie bzdura

[Polska/Ukraina] Wracam z Polski

KOMENTARZ NADZWYCZAJNY

Europa nigdy nie miała swojego Churchilla

Szkolne błędy prezesa