﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kultura Liberalna &#187; Rafał Kucharczuk</title>
	<atom:link href="http://kulturaliberalna.pl/tag/rafal-kucharczuk/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kulturaliberalna.pl</link>
	<description>liberalnie o kulturze</description>
	<lastBuildDate>Sun, 05 Sep 2010 11:17:35 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>KUCHARCZUK: Lucek! Zupa! [OBRAZEK!]</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/31/kucharczuk-lucek-zupa-obrazek/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/31/kucharczuk-lucek-zupa-obrazek/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Aug 2010 23:26:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[nr 86]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=7077</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/lucek-zupa.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-7078" title="lucek zupa" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/lucek-zupa-671x1024.jpg" alt="" width="470" height="717" /></a></p>
<p style="text-align: right;"><em>* Autor pracy: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 86 (36/2010) z 31 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/lucek-zupa.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-7078" title="lucek zupa" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/lucek-zupa-671x1024.jpg" alt="" width="470" height="717" /></a></p>
<p style="text-align: right;"><em>* Autor pracy: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 86 (36/2010) z 31 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/31/kucharczuk-lucek-zupa-obrazek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ŁAGOWSKI, TKACZ-JANIK, KŁOPOTOWSKI, LANGGUTH: Czego boi się prawica? (I)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/lagowski-tkacz-janik-klopotowski-langguth-czego-boi-sie-prawica/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/lagowski-tkacz-janik-klopotowski-langguth-czego-boi-sie-prawica/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 23:23:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Antonio Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Atatürk]]></category>
		<category><![CDATA[Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Bronisław Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[CDU]]></category>
		<category><![CDATA[CHP]]></category>
		<category><![CDATA[CSU]]></category>
		<category><![CDATA[Czego boi się lewica]]></category>
		<category><![CDATA[Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Deniz Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Dimitris Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Donald Tusk]]></category>
		<category><![CDATA[Empire]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Ewa Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[FPD]]></category>
		<category><![CDATA[Grzegorz Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Henning Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[historia]]></category>
		<category><![CDATA[imigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Józef Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Kılıçdaroğlu]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys lewicy]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[Kłopotowski]]></category>
		<category><![CDATA[Langguth]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Niemcy]]></category>
		<category><![CDATA[NPD]]></category>
		<category><![CDATA[nr 38]]></category>
		<category><![CDATA[nr 84]]></category>
		<category><![CDATA[Obama]]></category>
		<category><![CDATA[Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[PiS]]></category>
		<category><![CDATA[PO]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[prawica]]></category>
		<category><![CDATA[PRL]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Republikańska Partia Ludowa]]></category>
		<category><![CDATA[ruchy kontrkulturowe]]></category>
		<category><![CDATA[Sawczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Schröder]]></category>
		<category><![CDATA[Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Social Europe Journal]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Sawczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[UPR]]></category>
		<category><![CDATA[Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad]]></category>
		<category><![CDATA[Łagowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6921</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, w ostatnich dwóch numerach „Kultury Liberalnej” pytaliśmy o współczesny kryzys i lęki lewicy. Pytaliśmy o zdanie przede wszystkim osoby o lewicowych poglądach: od amerykańskich intelektualistów <strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">Michaela Walzera</a> </strong>i <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/" target="_blank"><strong>Michaela Hardta</strong></a>, przez znawców polityki europejskiej takich jak <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank"><strong>Henning Meyer</strong></a>, aż po <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/" target="_blank"><strong>Józefa Piniora</strong></a>. Swoje poglądy wypowiedzieli również <strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">Tadeusz Szawiel</a> </strong>i </em><em><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/" target="_blank"><strong>Bronisław Wildstein</strong></a>, kojarzeni z sympatiami prawicowymi. Oto coraz rzadziej spotykany pluralizm! Niezależnie od poglądów, wszyscy zgadzali się, że lewica, tak w Polsce, jak na świecie, pogrążona jest w szczególnym kryzysie tożsamości i strachu przed odpowiedzialnością za własne idee. Cykl tekstów o lewicy będziemy kontynuować. Dziś chcielibyśmy jednak zadać takie samo pytanie o prawicę. Czy polska prawica również znajduje się w podobnym kryzysie? I jeśli tak/nie, to dlaczego? </em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/lagowski-tkacz-janik-klopotowski-langguth-czego-boi-sie-prawica/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu ŁAGOWSKI, TKACZ-JANIK, KŁOPOTOWSKI, LANGGUTH: Czego boi się prawica? (I)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, w ostatnich dwóch numerach „Kultury Liberalnej” pytaliśmy o współczesny kryzys i lęki lewicy. Pytaliśmy o zdanie przede wszystkim osoby o lewicowych poglądach: od amerykańskich intelektualistów <strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">Michaela Walzera</a> </strong>i <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/" target="_blank"><strong>Michaela Hardta</strong></a>, przez znawców polityki europejskiej takich jak <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank"><strong>Henning Meyer</strong></a>, aż po <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/" target="_blank"><strong>Józefa Piniora</strong></a>. Swoje poglądy wypowiedzieli również <strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">Tadeusz Szawiel</a> </strong>i </em><em><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/" target="_blank"><strong>Bronisław Wildstein</strong></a>, kojarzeni z sympatiami prawicowymi. Oto coraz rzadziej spotykany pluralizm! Niezależnie od poglądów, wszyscy zgadzali się, że lewica, tak w Polsce, jak na świecie, pogrążona jest w szczególnym kryzysie tożsamości i strachu przed odpowiedzialnością za własne idee. Cykl tekstów o lewicy będziemy kontynuować. Dziś chcielibyśmy jednak zadać takie samo pytanie o prawicę. Czy polska prawica również znajduje się w podobnym kryzysie? I jeśli tak/nie, to dlaczego? </em></p>
<p><em>W pierwszej odsłonie cyklu o prawicy na pytania z polskiej perspektywy odpowiadają: <strong>Bronisław Łagowski</strong>, który neguje tezę o strachu polskiej prawicy, twierdząc, że przepełniona poczuciem triumfu, zapomniała ona zarówno o strachu, jak i odpowiedzialności za cokolwiek; </em><em><strong>Małgorzata Tkacz-Janik</strong>, która pisze, że czas już, by polska prawica zmierzyła się z problemami modernizacyjnymi</em><em>, a także </em><em> </em><em><strong>Krzysztof Kłopotowski</strong>, który twierdzi, że w Polsce prawicy w rzeczywistości nie ma. Tradycyjnie szukamy zewnętrznego punktu odniesienia.  Szczególny charakter niemieckiej prawicowości, rozmytej pomiędzy wiele partii rysuje <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/langguth-die-unterschiedlich-politisch-inhaltlich-akzentuierte-deutsche-rechte/" target="_blank"><strong>Gerd Langguth</strong></a>. Znany biograf Angeli Merkel sugeruje niejako, że to nie prawica boi się w Niemczech czegokolwiek, ale raczej to demokratyczna Republika Federalna boi się prawicy. Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja </em></strong></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/czego-boi-sie-prawica.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-6923" title="czego boi sie prawica" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/czego-boi-sie-prawica-218x300.jpg" alt="" width="218" height="300" /></a></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"></a></small></strong><br />
<small><a href="#1">1. ŁAGOWSKI: Żeby się bać, trzeba czuć się za coś odpowiedzialnym</a><br />
<a href="#2">2. TKACZ-JANIK: Rewidowanie anachronicznej tożsamości</a><br />
<a href="#3">3. KŁOPOTOWSKI: Gdzie ta prawica?</a><br />
<a href="#4">4. LANGGUTH: O różnorodności politycznego i treściowego wyakcentowana prawicy niemieckiej</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Bronisław Łagowski</em></a></p>
<p><strong>Żeby się bać, trzeba czuć się za coś odpowiedzialnym</strong></p>
<p>Istnieje wielka różnica między tym, czego boi się prawica zachodnia, a tym, czego mogłaby się bać polska prawica. Ta ostatnia żyje jednak w nastroju triumfu, niczego się nie boi. Cała historia – dawna i bieżąca – pada jej do stóp. Jej marzeniem jest, aby tak było zawsze i nic jej tego marzenia nie zakłóca.</p>
<p>Wielki strach prawicy zachodniej – myślę o Europie – jest tego rodzaju: gdyby zaczęła otwarcie i swoim pełnym głosem mówić, a zwłaszcza odpowiednio do tego działać, doprowadziłaby do wielkich wstrząsów społecznych albo zmiecenia jej samej przez przeciwników. A najprawdopodobniej do jednego i drugiego. Tym wielkim strachem prawicy jest imigracja. W dyskursie publicznym prawica przedstawia ten problem w postaci zminiaturyzowanej, sprowadzonej do troski o bezpieczeństwo w miastach. Establishment zaś jest doskonale świadomy wybuchowości problemu imigracji i wprowadził odpowiedni system cenzury. Nie ma mowy o otwartym dyskutowaniu na ten temat, czy to w wielkich mediach, czy w środowiskach akademickich. Nawet eksperci wypowiadają się w języku poprawności politycznej. Prawica boi się, że imigranci przychodzący do Europy z obcych kultur staną się – w przewidywanym już czasie – większością tym szybciej, że ludność biała przestała się demograficznie odtwarzać i zmniejsza się nie tylko proporcjonalnie, ale także w liczbach bezwzględnych. Przybysze nie przyjmują norm cywilizacji europejskiej, zresztą nie mogą w ciągu dziesięcioleci przyswoić sobie tego, w co Europejczycy wdrażali się przez stulecia.</p>
<p>Zmiana ludności w danym kraju zmienia wszystko. Krótko mówiąc: Europa w postaci, w której była podziwiana, ze swoimi prawami, liberalną demokracją, pamięcią historyczną i chrześcijaństwem może przestać istnieć. Jaka Europa wyłoni się z obecnej wędrówki ludów? Jednego tylko można być pewnym: nie będzie to „nasza” Europa. Ten strach prawicy jest czymś analogicznym do strachu przed śmiercią pojedynczego człowieka. Działa, zabiega o wygranie wyborów, zawiązuje lub zrywa sojusze, rządzi krajem i wykonuje mnóstwo czynności, które w rzeczywistości są Pascalowskim divertissement – rozrywką, która ma pomóc nie myśleć o tym, co jest nie do zniesienia.</p>
<p>Polska prawica niczego się nie boi. Żeby się bać, trzeba mieć pod swoją opieką coś bardzo cennego i czuć się za to odpowiedzialnym. Znana kiedyś piosenkarka opowiadała o swoim zachowaniu podczas powstania warszawskiego. Sama się dziwiła swojej odwadze. Inni się bali, ona nie. I tłumaczyła to w ten sposób, że ci bojący się zawsze mieli kogoś pod swoją opieką: dziecko albo rodziców, brata lub siostrę, męża lub żonę, a ona była sama. Myślę, że trafnie wskazała na jedną z przyczyn braku bojaźni. Nie widzę, żeby polska prawica czuła się odpowiedzialna za coś cennego. Dlaczego więc miałaby się bać? Wieszczem polskiej prawicy jest poeta, Jarosław Marek Rymkiewicz. On głosi kult masakry. Stosunek do powstania warszawskiego i rola, jaką odgrywa muzeum tego powstania świadczą, że kult śmierci jest polityczną religią niemal całej prawicy. Jeżeli tak bardzo pociąga „nas” masakra, to czego mamy się bać?</p>
<p>Prawica najintensywniej odczuwa swoje istnienie przeżywając bezustannie dawno temu odbyte walki z komunizmem (i z Rosją). Upaja się cokolwiek spóźnionym triumfem. Istnieje więc pewne dla niej zagrożenie: jest nim filozofia przedawnienia i darowania sobie win. Ona podważa wartość treści, wokół których skupiła się polska prawica. Tymczasem widmo filozofii przedawnienia krąży nad Europą, bo bez niej Europa nigdy się nie zjednoczy. Polska prawica powinna bać się zasady przedawnienia, ale się nie boi, bo nie wie, że taki problem w ogóle istnieje.</p>
<p><em>* Bronisław Łagowski, profesor filozofii, historyk idei, publicysta.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Małgorzata Tkacz-Janik</em></a></p>
<p><strong>Rewidowanie anachronicznej tożsamości</strong></p>
<p>Trudno mówi się w Polsce o podziale na lewicę i prawicę. Dlatego nie odniosę się do niczego wprost, a jedynie dygresyjnie.</p>
<p>Dyskurs utrudnia przede wszystkim brak wystarczająco szerokiej wiedzy społecznej o nowoczesnych rozszerzeniach obu ideologii. O ich nowych alfabetach, o bardzo różnorodnych ekonomicznych podstawach, projektach politycznych. Co więcej, w Polsce niemal nie wspomina się o ich przenikaniu, np. o rozwiązaniach światopoglądowych i gospodarczych, które daleko wykraczają poza ten płaski podział (jak na przykład Green New Deal). Nieliczne ośrodki w Polsce (akademickie, pozarządowe, think tanki), zajmujące się zarówno lewicową, jak i prawicową optyką, lub te z przechyłem na lewo, dość łatwo tłumi się lub komercjalizuje poprzez aprioryczne opiniowanie lewicowej myśli „po staremu”. Czyli jako próby burzenia dobrego, odwiecznego porządku, spokojnego, rodzinnego świata , niedzielnego obiadu i innych „tołstojowskich kategorii”. Czasem nawet, bez ostrzeżenia, miażdży się wszystko, co lewicowe stygmatem „komunistyczny” i bez dyskusji zamyka się drogę do debaty. Koniecznej debaty, która nas nie ominie.</p>
<p>Myślę konkretnymi obrazami. Gdy więc piszę o tłumieniu lewicowej opinii, widzę postpolityczny spór Marka Migalskiego z jego ówczesną Alma Mater, czyli Uniwersytetem Śląskim. Spór ponoć o pryncypia, w którym Migalski, ożywiając demony przeszłości, sprawnie zagrał etykietą „czerwonego uniwersytetu”. Obecnie Marek Migalski skonstruował list dekonstruujący, jak donoszą media, anachroniczność polskiej prawicy. Jeśli więc Redakcja „Kultury Liberalnej” pyta mnie, czy myśląc o prawicy możemy mówić o „wyczerpywaniu się sporów ideologicznych i przesuwaniu się ugrupowań (prawicowych) do postpolitycznego mainstreamu” – biorąc pod uwagę wyżej wymienione sytuacje i patrząc na poczynania posła Parlamentu Europejskiego Migalskiego – odpowiadam: możemy! O komercjalizacji buntu często rozmyślam przy najdłuższym warszawskim barze w Nowym Wspaniałym Świecie na Nowym Świecie w Warszawie. Co do „tołstojowskich kategorii” należy do nich między innymi jadanie posiłków o określonych godzinach, chodzenie spać z kurami, itp. Sarkazm jednak odłóżmy na bok.</p>
<p>Co w tej sytuacji można powiedzieć o kryzysie tak niewyraźnych i zamazanych światopoglądów, których granic i kształtów często nie potrafią dookreślić nawet pozostający ponoć w silnej opozycji ortodoksi z przeciwnych obozów? Można powiedzieć, że muszą mieć pożywkę, najlepiej symboliczną, by w konflikcie o znaczenie symbolu, móc się dookreślać, rozgrzać, poczuć, kim są Oni, a kim są Inni. Niestety to infantylne, zdradza brak wiedzy, prowincjonalny horyzont. Oczywiście można obserwować kłótnie i happeningi przed Pałacem Prezydenckim. Mnożyć słowa i narzędzia opisu. Na przykład można tę sytuację poddać pogłębionej analizie psychologicznej i stwierdzić, że prawica pozostaje w głębokiej depresji oraz że szukając dróg wyjścia z tego stanu graniczącego z CHAD (choroba afektywna dwubiegunowa) karmi się strachem i ludzkim lękiem.</p>
<p>Skąd pochodzi wiedza prawicy na temat tego, czego ludzie boją się najbardziej? Najrzetelniejsze dane o polskim społeczeństwie mają obecnie, jak się wydaje, dwie instytucje: biura badań rynkowych i administracja Kościoła katolickiego, które zapewne wiedzą o nas więcej niż my sami. W Polsce nie będzie ani lewicy, ani prawicy, dopóki rozumność i poszanowanie praworządności wyprzedzał będzie strach lub cynizm. Zatem kolejna dygresja będzie taka: ponad skrajnym podziałem na prawo i lewo jest zawieszona jeszcze „niewidzialna ręka rynku”, która często go neutralizuje, a nawet dematerializuje.</p>
<p>Na koniec konkret: czego może obawiać się prawica polska, która ponoć w przeciwieństwie do lewicy chce wziąć na siebie odpowiedzialność za naród? Bo nie za państwo złożone z kobiet i mężczyzn, ale za naród, historycznie i obecnie złożony niemal wyłącznie z Ojców i Synów. I ich Ojców i Synów, i tak dalej. Ojcowie i Synowie na krzyżach lub same krzyże swą powagą i majestatem przysłaniają obywateli, a szczególnie obywatelki, dlatego też polska prawica na pewno powinna poważnie rozważyć swój stosunek do coraz bardziej świeckiego, kobiecego elektoratu. Coraz silniej wyemancypowanego, żeby nie rzec sfeminizowanego. Od kilku lat wyraźnie widać, że w tym zakresie z prawej strony wszystkie tricki marketingu politycznego są dozwolone, a wypowiedzi programowe dekorowane równouprawnieniem są skupione bardziej na wizerunku niż na zawartości merytorycznej. Przykład? Wśród nielicznych całościowo pomyślanych dokumentów na polskim rynku idei (zarówno z prawa, z lewa, jak i ze środka) wyróżnia się tegoroczna (dodajmy kolejna) odsłona PiS-owskiego projektu Konstytucji.</p>
<p>W oryginalnym projekcie z 2005 roku był zapis o prawach kobiet, obecnie już go tam nie ma. PiS oczywiście nadal „lubi kobiety” – ciągle to słyszymy. „Lubi pracować z kobietami”, ale nie dąży do realnej zmiany pozycji kobiet. Przeciwnie – polska prawica od 20 lat przerzuca kolejne obowiązki z państwa na rodzinę (czytaj: na kobiece barki). Kobiety ewentualnie pełnią funkcję dekoratywną, niczym trzy posłanki z billboardów Jarosława Kaczyńskiego z 2009 roku („Czyny, nie cuda”). Formatka kobiety PiS AD 2010 to istota, która jest zależna przede wszystkim od małżeństwa (wyłącznie jako związku kobiety i mężczyzny), od mężczyzny oraz może pełnić funkcje rozrodcze. Jak ma się do tego „statystyczna Polka”, która być może nie zna nowoczesnych i nadal nie znajdujących odzwierciedlenia w polskich realiach równościowych zapisów konstytucji z 1997 roku, ale jest coraz lepiej wykształcona, zna obce języki, podróżuje, mą dostęp do internetu, napotyka na światłych lekarzy i partnerów? Polka na razie się dziwi. Szuka sposobów na przetrwanie tej schizofrenii. Najtrudniej przetrwać to kobietom najuboższym.</p>
<p>Dygresja końcowa: prawica, jeśli chce zrewidować swoją anachroniczną tożsamość, nie musi mierzyć się z analizą klęski wyborczej Kaczyńskiego, jak chce Migalski, ale musi zmierzyć się na przykład z feminizmem i kwestiami kobiecymi w sensie politycznym i kulturowym (z prawem do aborcji, wizerunkiem kobiety w mediach i tak dalej). Krzyż ma wciąż bardzo mocne publicity, więc nadal bastionem kobiecego elektoratu prawicy jest Kościół katolicki, zwłaszcza jego rytualność i działalność charytatywna, która niemal „naturalnie” przyciąga kobiety. Ale i tam jest coraz więcej pęknięć, blizn i coraz mniej bezrefleksyjnego strachu.</p>
<p><em>* Małgorzata Tkacz-Janik, literaturoznawczyni, feministka, współprzewodnicząca partii Zieloni 2004.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Krzysztof Kłopotowski</em></a></p>
<p><strong>Gdzie ta prawica?</strong></p>
<p>Musisz dobrze się rozejrzeć, żeby zobaczyć prawicę w naszym kraju. Uważane za prawicę PiS jest chrześcijańską socjaldemokracją narodową. Uchodząca za prawicę liberalną PO jest bezideową partią władzy, która staje się frontem jedności narodu przy korytku. A prawdziwa prawica to wolny rynek, odpowiedzialność jednostki za własny dobrobyt, plus tradycja, minus państwo opiekuńcze. Prawdziwą prawicę stanowią sympatycy UPR. Niestety, partia ta została zepchnięta na margines przez sposób bycia wieloletniego, byłego lidera. Szkoda. Taka prawica jest w Polsce potrzebna; osadza społeczeństwo w rzeczywistości po zamęcie realnego socjalizmu. To otrzeźwiające ciągle słyszeć: masz tyle, ile sam sobie wypracujesz, nic się nikomu z góry nie należy.</p>
<p>Dlaczego PiS uchodzi za prawicę? Ponieważ jest w historycznym sprzeciwie do tego, co w Polsce podaje się za lewicę. Rzekoma lewica postkomunistyczna ma wielki wpływ w mediach i akademii, więc narzuca pojęcia w debacie publicznej. Fałsz ideologiczny spaja z kłamstwem założycielskim III Rzeczypospolitej. PiS je podważa, za co jest obrzucane obelgami, a obelga „prawicowości” jest poręczna jako przeciwieństwo tej „lewicowości” i stygmat w spadku po komunistycznej propagandzie antyprawicowej. Fałsz siedzi tu na kłamstwie i pomówieniem pogania.</p>
<p>Kryzys prawicowej tożsamości, o który pyta Redakcja, polega więc na nadużyciu pojęć.</p>
<p>Jest jeszcze nowa lewica wokół „Krytyki Politycznej”, ale to na razie „pocieszne wykwintnisie”, jak damy, które 250 lat temu wprowadzały w Polsce francuskie nowinki. Czy wyrośnie z tego poważne nowe Oświecenie, dopiero się okaże. „KP” może być natomiast katalizatorem nowej prawicy, która niemrawo tworzy się wokół pisma „44”, próbując odrodzić ideę polskiego mesjanizmu. Wątpię jednak, by wyrosła z „Czwórek” prawdziwa, czyli trzeźwa, rynkowa pracowita prawica, która tworzy bogactwo narodowe.</p>
<p>Pomówmy więc o bytach, które uchodzą w Polsce za prawicę: PiS i PO. Kryzys polityki partyjnej, diagnozowany przez Redakcję jako wyczerpanie się sporów ideologicznych i przejście w postpolitykę, dotyczy tylko PO. Partia ta ma za wiele mechanizmów swej władzy do ukrycia, żeby dopuszczać poważną debatę ideową. Zaraz nastąpiłyby zbyt trudne pytania: jeśli podobno wierzycie w liberalizm, to gdzie jest równość podmiotów gospodarczych na wolnym rynku? Jeśli serio traktujecie wolność słowa, to dlaczego napadacie na autorów dwóch krytycznych biografii Wałęsy? Jeśli cenicie pluralizm poglądów, to czemu niszczycie media publiczne za to, że pod kontrolą PiS wyłamały się z chóru chwalców III Rzeczpospolitej? Wierzycie ponoć w demokrację, ale próbujecie cofnąć dotowanie partii politycznych z budżetu państwa, dobrze wiedząc, że grozi to władzą oligarchii przez finansowanie partii z pieniędzy biznesu i banków, już nie mówiąc o lewej kasie z szemranych interesów. Na te pytania PO nie ma odpowiedzi, więc błaznuje, postpolitycznie odwracając uwagę opinii publicznej.</p>
<p>Natomiast PiS znajduje się w kryzysie z innego powodu. Ma za dużą ambicję reformowania  państwa w stosunku do posiadanych sił. Jest w kontrze do wielkiej części elity III Rzeczypospolitej, a nie ma dosyć własnej, żeby ją wymienić; ani pieniędzy, żeby ją przekupić; ani władzy, żeby ją zastraszyć. Nie ma też atrakcyjnej idei, żeby ją pozyskać. Dla tej części elity taką ideą nie jest odrodzenie II Rzeczypospolitej, gdyż silne polskie państwo narodowe wymagałoby lojalności od lokalnych beneficjentów zagranicznych korporacji, fundacji i stypendiów. Żądałoby szacunku dla siebie wbrew zacofaniu cywilizacyjnemu. Oparłoby się o narodowy katolicyzm pomimo duchowego wyczerpania Kościoła katolickiego i wrogości do katolicyzmu ważnej części elity III Rzeczypospolitej. Postpolityka to ostatnia rzecz, jaką można by zarzucić PiS. Już prędzej nadmiar ideowości w większości obojętnym społeczeństwie polskim początku XXI wieku.</p>
<p>Na polskiej prawicy stanęły na przeciw siebie dość cyniczna PO i nieco anachroniczne PiS. Nie wiem, komu rzeczywistość przyzna rację. Naprawdę nie wiem.</p>
<p><em>* Krzysztof Kłopotowski, dziennikarz i krytyk filmowy.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="4"><em>Gerd Langguth</em></a></p>
<p><strong>O różnorodności politycznego i treściowego wyakcentowana prawicy niemieckiej </strong></p>
<p style="text-align: right;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/langguth-die-unterschiedlich-politisch-inhaltlich-akzentuierte-deutsche-rechte/" target="_blank"><em><strong>[Czytaj także po niemiecku]</strong></em></a></p>
<p>Aby wypowiedzieć się na temat sytuacji prawicy w Niemczech, należy najpierw zastanowić się, co należy przez nią rozumieć. Co prawda w Niemczech, podobnie jak i w innych krajach europejskich, istnieje schemat podziału lewica – prawica. Niemiecka prawica nie istnieje jednak w zwartej formie; jest raczej, pod względem politycznym i treściowym, różnorodnie wyakcentowana w spektrum sceny politycznej. Do tego należy rozróżnić prawicę demokratyczną od ekstremistycznej. Do tej ostatniej należą Narodowodemokratyczna Partia Niemiec (NPD), a także na przykład Niemiecka Unia Ludowa (DVU). Partie ekstremistyczne przekroczyły co prawda w niektórych landach pięcioprocentowy próg w wyborach, nie zdarzyło się to jednak na poziomie federalnym.</p>
<p>Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna tradycyjnie nigdy nie była partią prawicową. Jej historyczne korzenie tkwią w trzech nurtach: socjalnym, liberalnym i konserwatywnym. Dlatego CDU w tym sensie nigdy nie była partią czysto konserwatywną czy prawicową, nawet jeśli w jej szeregach są członkowie, którzy określiliby się jako „prawicowi” czy „narodowo-konserwatywni”. Co interesujące, CDU, choć bardziej konserwatywna niż na przykład SPD, była od pierwszych lat Republiki Federalnej partią prawdziwie proeuropejską – podczas gdy socjaldemokraci przez długie lata uważali drogę ku europejskiej integracji za niewłaściwą. Również kanclerz Merkel nie określiłbym jako polityk prawicowej. To skoncentrowana na rozwiązywaniu problemów, nieideologiczna, pragmatyczna i elastyczna osoba. Nie reprezentuje żadnej opcji ideologicznej. Jest z pewnością przekonaną zwolenniczką społecznej gospodarki rynkowej, ale wielokrotnie w czasach Wielkiej Koalicji prezentowała gotowość, by zdecydowanie wychodzić naprzeciw oczekiwaniom socjaldemokratów z CDU i SPD.</p>
<p>Istnieją jeszcze dwie partie, które od czasu do czasu zalicza się do prawicowych: bawarska CSU i liberalna FDP. CSU na wiele sposobów prezentuje pozycje bardziej konserwatywne niż CDU, nieobce są jej również poglądy populistyczne. Nie nazwałbym jej jednak po prostu partią prawicową, jako że istnieje w niej silne skrzydło socjalne. Z kolei liberałowie, którzy, gdy chodzi o kwestie gospodarcze, prezentują poglądy raczej prawicowe, w przypadku innych problemów (na przykład komórki macierzyste czy równouprawnienie gejów i lesbijek) pokazują raczej lewicową twarz.</p>
<p>Gdyby CDU, CSU, czy FDP klarowniej zdefiniowały się jako prawicowe, utraciłyby w Niemczech zdolność do budowania większości parlamentarnej. W Republice Federalnej istnieją oczywiście wyborcy, którzy uważają się za prawicowych, znajdujący się raczej na prawo od dzisiejszej CDU. Jednak historyczną zasługą CDU i CSU jest to, że udało im się zintegrować owych zdecydowanych wyborców prawicowych i konserwatywnych – narodowo-konserwatywnych, wypędzonych, czy tych, którzy krytycznie patrzą na kwestie związane z imigracją. Dlatego, jak dotąd na poziomie federalnym nie było sukcesu partii, która znajdowałaby się na prawo od CDU.</p>
<p>W Republice Federalnej nie istnieje, z wyjątkiem liberalnej FDP, żadna partia, która reprezentowałaby politykę gospodarczą w rozumieniu neoliberalnym. Neoliberalizm być może pasuje w jakiś sposób do FDP. CDU reprezentuje koncepcję społecznej gospodarki rynkowej, którą utożsamiać należy ze sprzeciwem wobec tego, co rozumie się dziś pod pojęciem neoliberalizmu. Społeczny wymiar gospodarki rynkowej jest akcentowany przez CDU w o wiele większym stopniu niż przez FDP.</p>
<p>Te osoby w Niemczech, które określają się jako prawicowe, w czasach zimnej wojny obawiały się głównie rozprzestrzenienia się sowieckiego imperializmu. Z tego powodu Konradowi Adenauerowi nie było trudno przekonać swoich rodaków do idei silnej Europy Zachodniej, która przede wszystkim byłaby odporna na rozszerzenie się komunistycznego sposobu myślenia. Byli jednak w Niemczech także politycy prawicowi, którzy bynajmniej nie zgadzali się z tą koncepcją, a raczej przekonani byli o szczególności drogi niemieckiej, możliwości zbliżenia dwóch niemieckich państw i stworzenia neutralnego wspólnego państwa. W Zachodnich Niemczech istniał wówczas silny proamerykański nurt myślenia, choć jednocześnie istniały też przekonania, które z przyczyn kulturowych nie przyniosły wielkich sympatii dla USA.</p>
<p><em>*Gerd Langguth, politolog, publicysta, w przeszłości także polityk CDU. Jest autorem politycznych biografii kanclerz Angeli Merkel (2005) oraz prezydenta Republiki Federalnej Horsta Köhlera (2007).</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk.</strong></em><br />
<em>*** Współpraca: <strong>Tomasz Sawczuk, Ewa Serzysko</strong>.</em></p>
<p style="text-align: left;"><em><br />
</em></p>
<p style="text-align: left;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 85 (35/2010) z 24 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/lagowski-tkacz-janik-klopotowski-langguth-czego-boi-sie-prawica/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>MARCZEWSKI: „Nie” dla frontu, „tak” dla sojuszy. W odpowiedzi Cezaremu Michalskiemu (I)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/marczewski-%e2%80%9cnie%e2%80%9d-dla-frontu-%e2%80%9ctak%e2%80%9d-dla-sojuszy-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/marczewski-%e2%80%9cnie%e2%80%9d-dla-frontu-%e2%80%9ctak%e2%80%9d-dla-sojuszy-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 23:22:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szybki komentarz]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Szczęśniak]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Antonio Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Atatürk]]></category>
		<category><![CDATA[Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Bronisław Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[Carl Schmitt]]></category>
		<category><![CDATA[CDU]]></category>
		<category><![CDATA[CHP]]></category>
		<category><![CDATA[CSU]]></category>
		<category><![CDATA[Czego boi się lewica]]></category>
		<category><![CDATA[Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Deniz Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Dimitris Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Donald Tusk]]></category>
		<category><![CDATA[Empire]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Ewa Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[FPD]]></category>
		<category><![CDATA[Front Ludowy]]></category>
		<category><![CDATA[Gazeta Wyborcza]]></category>
		<category><![CDATA[Grzegorz Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[GW]]></category>
		<category><![CDATA[Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Henning Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[historia]]></category>
		<category><![CDATA[imigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kaczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Józef Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Kılıçdaroğlu]]></category>
		<category><![CDATA[KP]]></category>
		<category><![CDATA[Kryształowy Pałac]]></category>
		<category><![CDATA[Krytyka Polityczna]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys lewicy]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[Kłopotowski]]></category>
		<category><![CDATA[Langguth]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[modernizacja]]></category>
		<category><![CDATA[Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Niemcy]]></category>
		<category><![CDATA[NPD]]></category>
		<category><![CDATA[nr 38]]></category>
		<category><![CDATA[nr 84]]></category>
		<category><![CDATA[nr 85]]></category>
		<category><![CDATA[Obama]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[PiS]]></category>
		<category><![CDATA[PO]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[prawica]]></category>
		<category><![CDATA[PRL]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Republikańska Partia Ludowa]]></category>
		<category><![CDATA[ruchy kontrkulturowe]]></category>
		<category><![CDATA[Sawczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Schröder]]></category>
		<category><![CDATA[Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Sloterdijk]]></category>
		<category><![CDATA[Social Europe Journal]]></category>
		<category><![CDATA[Solidarność]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Sawczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[UPR]]></category>
		<category><![CDATA[Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad]]></category>
		<category><![CDATA[Łagowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6998</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Paweł Marczewski</em></p>
<p><strong>„Nie” dla frontu, „tak” dla sojuszy. W odpowiedzi Cezaremu Michalskiemu</strong></p>
<p>Cezary Michalski dał wyraz (<em><a href="http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Niemawroganalewicy/menuid-291.html" target="_blank">http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Niemawroganalewicy/menuid-291.html</a></em>) swojemu rozczarowaniu tekstami zamieszczonymi w naszym cyklu o obawach współczesnej lewicy. Szczególnie podpadł Michalskiemu, co nie jest specjalnym zaskoczeniem, Bronisław Wildstein, zarzucający środowisku „Krytyki Politycznej” elitaryzm. W gruncie rzeczy nie chodzi jednak o to, czy Bronisław Wildstein czyta publikacje „KP”, czy po prostu automatycznie przenosi na nią argumenty, jakie od lat wysuwał przeciwko „Gazecie Wyborczej” („poczucie wyższości w stosunku do własnego narodu, połączone z kompleksem niższości wobec mitycznej Europy”) i tym samym umyka mu cały szereg poglądów, którym dają wyraz ludzie „Krytyki”, a które nigdy nie mogłyby się znaleźć na łamach „GW” (choćby całkowicie odmienna ocena przemian gospodarczych po 1989 roku lub podkreślana przez Michalskiego strategiczna neutralność wobec kandydatury Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich). Tak naprawdę, jak pisze Michalski, „dużo ważniejsze jest to, gdzie się Wildstein myli tym razem i na czyje zaproszenie. Otóż myli się niestety na portalu »Kultury Liberalnej«, myli się na zaproszenie środowiska, które bardzo lubię i w którym widziałem nie tylko rówieśników, ale i potencjalnych sojuszników »Krytyki Politycznej« w moim wymarzonym Froncie Ludowym na rzecz modernizacji Polski”.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/marczewski-%e2%80%9cnie%e2%80%9d-dla-frontu-%e2%80%9ctak%e2%80%9d-dla-sojuszy-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu MARCZEWSKI: „Nie” dla frontu, „tak” dla sojuszy. W odpowiedzi Cezaremu Michalskiemu (I)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Paweł Marczewski</em></p>
<p><strong>„Nie” dla frontu, „tak” dla sojuszy. W odpowiedzi Cezaremu Michalskiemu</strong></p>
<p>Cezary Michalski dał wyraz (<em><a href="http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Niemawroganalewicy/menuid-291.html" target="_blank">http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Niemawroganalewicy/menuid-291.html</a></em>) swojemu rozczarowaniu tekstami zamieszczonymi w naszym cyklu o obawach współczesnej lewicy. Szczególnie podpadł Michalskiemu, co nie jest specjalnym zaskoczeniem, Bronisław Wildstein, zarzucający środowisku „Krytyki Politycznej” elitaryzm. W gruncie rzeczy nie chodzi jednak o to, czy Bronisław Wildstein czyta publikacje „KP”, czy po prostu automatycznie przenosi na nią argumenty, jakie od lat wysuwał przeciwko „Gazecie Wyborczej” („poczucie wyższości w stosunku do własnego narodu, połączone z kompleksem niższości wobec mitycznej Europy”) i tym samym umyka mu cały szereg poglądów, którym dają wyraz ludzie „Krytyki”, a które nigdy nie mogłyby się znaleźć na łamach „GW” (choćby całkowicie odmienna ocena przemian gospodarczych po 1989 roku lub podkreślana przez Michalskiego strategiczna neutralność wobec kandydatury Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich). Tak naprawdę, jak pisze Michalski, „dużo ważniejsze jest to, gdzie się Wildstein myli tym razem i na czyje zaproszenie. Otóż myli się niestety na portalu »Kultury Liberalnej«, myli się na zaproszenie środowiska, które bardzo lubię i w którym widziałem nie tylko rówieśników, ale i potencjalnych sojuszników »Krytyki Politycznej« w moim wymarzonym Froncie Ludowym na rzecz modernizacji Polski”.</p>
<p>Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby Cezary Michalski nie zauważył, iż krytykowany przez niego głos jest częścią większego cyklu wypowiedzi i uzupełnia wachlarz opinii o głos reprezentatywny dla określonego środowiska i formacji intelektualnej. Tak naprawdę chodzi o wywołanie do tablicy środowiska „Kultury Liberalnej”, pogrożenie nam palcem i sprowokowanie do odpowiedzi prostą naganą „Publikujecie Wildsteina, więc na pewno myślicie tak jak Wildstein”; naganą, której sam publicysta „KP” nie jest zapewne skłonny wygłosić z pełną powagą.</p>
<p>Idzie zatem nie tyle o dyskusję nad obrazem środowiska nowej lewicy, który wyłania się z opinii Wildsteina, ale raczej o wysondowanie możliwości stworzenia owego wymarzonego przez Michalskiego Frontu Ludowego modernizatorów. To dlatego Michalski sięga również po wypowiedź Józefa Piniora, wskazuje, że „jego ocena »Krytyki Politycznej« jako salonowych oportunistów wydaje mi się smutnym przestrzeleniem” i przekonuje, że „nie ma wroga na lewicy”. Jeśli w istocie chodzi przede wszystkim o możliwości sformowania szerokiego frontu na rzecz modernizacji Polski, to jest to już kwestia, dla której warto dać się sprowokować.</p>
<p>Zacznijmy od tego, że już sama retoryka Frontu Ludowego więcej zaciemnia, niż rozjaśnia. Wrzuca do jednego wora tradycjonalistów wszelkiej maści i obsadza ich w roli współczesnych faszystów, którym należy się przeciwstawić za wszelką cenę i bez względu na różnice ideowe. Tak jakby sceptycyzm lub lęk wobec modernizacji były śmiertelnymi zagrożeniami, a peryferyjność piekłem na miarę Trzeciej Rzeszy. W gruncie rzeczy jest to język, który okazuje się dla nowej lewicy zabójczy. Skazuje ją na oglądanie wszystkiego z perspektywy Sloterdijkowskiego Kryształowego Pałacu, nowoczesnej, progresywnej oazy, która okazuje się ostatecznym horyzontem dążeń modernizatorów. Dziś wzywanie do działania za pomocą ukutego w latach 30. hasła „Nie ma wroga na lewicy” jest w gruncie rzeczy nową formą fałszywej świadomości, która sprawia, że fundamentalny podział na wroga i przyjaciela, uznany za istotę polityczności przez skaptowanego dla lewicy Carla Schmitta, przestaje dotyczyć spraw fundamentalnych.</p>
<p>Sądzę, że część środowiska „KP” jest świadoma zagrożenia, jakie niesie ze sobą retoryczne przestrzelenie, utrata proporcji w wymachiwaniu modernizacyjną flagą. Niechęć do Bronisława Komorowskiego i na wpół przyzwalające milczenie w kwestii kandydatury Kaczyńskiego to nie tylko znak, że kandydat PO oblał dla nich test na modernizatora, wygadując bzdury o prawach zwierząt, biegając do kościoła czy ignorując kwestie ochrony środowiska. Teksty autorów „Krytyki” na temat obecności krzyża na Krakowskim Przedmieściu niekoniecznie pełne były potępienia wobec jego obrońców i zachwytów nad organizowanymi przez przeciwników happeningami, mającymi rzekomo świadczyć o powstaniu „ruchu 10 sierpnia”, modernizacyjnej alternatywy wobec „ruchu 10 kwietnia”, unurzanego w tradycyjnym, martyrologicznym sosie. W tym, co przeczytać można w publikacjach „KP”, obecna jest również tęsknota za Agambenowską „wspólnotą, która nadchodzi” – głęboką, choć opartą na innym fundamencie niż religijny czy narodowy. To właśnie owa tęsknota sprawia, że niektórzy ludzie „Krytyki” wcale nie chcą usunięcia symboli religijnych z przestrzeni publicznej dlatego, że wprowadza to Polskę na ścieżkę ku zachodniej modernizacji. Oni chcieliby owe symbole zastąpić nowymi, świeckimi, o podobnej sile oddziaływania i analogicznej mocy mobilizującej i integrującej. Chodzi o nowe, rewolucyjne święto Najwyższej Istoty; o nowy kalendarz rolniczy, w którym na wzór zamiast imion świętych znajdą się życiorysy rewolucjonistów. W tym sensie Cezary Michalski ma rację, wskazując, że Wildstein się myli, zarzucając „KP” elitaryzm. Problem w tym, że spora część „Krytyki” kocha lud w sposób, który niezbyt pasuje także do modernizacyjnej wizji Michalskiego.</p>
<p>Cóż zatem z perspektywą utworzenia Frontu Ludowego na rzecz modernizacji Polski? Nie ulega wątpliwości, że „Kulturę Liberalną” wiele z „Krytyką Polityczną” łączy – troska o mądrą obecność państwa w gospodarce, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, ochronę środowiska i praw zwierząt, o silne, ideowe społeczeństwo obywatelskie (wszystkim tym tematom poświęcaliśmy debaty i tematy tygodnia, w których wypowiadali się również autorzy związani z „KP”). Nie sądzę, żeby na użytek nowej polskiej lewicy trzeba było, jak to czyni Michalski, chować do kieszeni słowo „liberalizm”. Oni doskonale wiedzą, że tradycja liberalna ma różne odcienie i nie przypadkiem Agata Szczęśniak, wicenaczelna „Krytyki Politycznej”, zastanawiając się na łamach „Gazety Świątecznej” nad dziedzictwem „Solidarności”, pisze o polskim „niby-liberalizmie”, upatrującym w kapitalizmie raju na ziemi.</p>
<p>We wszystkich wspomnianych sprawach możliwe, a może nawet konieczne są sojusze. Nie sądzę jednak, żeby szczęśliwym pomysłem było tworzenie „Frontu Ludowego”. Nie tylko dlatego, że paradoksalnie oznacza to ćwiczenie z postpolityki. Również dlatego, że wbrew deklaracji z 14. numeru „Krytyki Politycznej” o przejściu lewicy na stronę prawdy, my wolimy być po stronie zdrowego, a więc pluralistycznego rozsądku. Nawet jeśli oznacza to czasami konieczność wysłuchania głosów nierozsądnych.</p>
<p><em>* Paweł Marczewski, historyk idei, socjolog, eseista. Doktorant w Instytucie Socjologii UW. Członek redakcji „Przeglądu Politycznego” i redakcji „Kultury Liberalnej”. Dziennikarz „Europy – miesięcznika idei”.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/marczewski-%e2%80%9cnie%e2%80%9d-dla-frontu-%e2%80%9ctak%e2%80%9d-dla-sojuszy-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUISZ: Czego nie boi się „Kultura Liberalna”. W odpowiedzi Cezaremu Michalskiemu (II)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kuisz-czego-nie-boi-sie-%e2%80%9ekultura-liberalna%e2%80%9d-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu-ii/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kuisz-czego-nie-boi-sie-%e2%80%9ekultura-liberalna%e2%80%9d-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu-ii/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 23:21:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Szybki komentarz]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Szczęśniak]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Antonio Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Atatürk]]></category>
		<category><![CDATA[Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Bronisław Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[Carl Schmitt]]></category>
		<category><![CDATA[CDU]]></category>
		<category><![CDATA[CHP]]></category>
		<category><![CDATA[CSU]]></category>
		<category><![CDATA[Czego boi się lewica]]></category>
		<category><![CDATA[Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Deniz Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Dimitris Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Donald Tusk]]></category>
		<category><![CDATA[Empire]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Ewa Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[FPD]]></category>
		<category><![CDATA[Front Ludowy]]></category>
		<category><![CDATA[Gazeta Wyborcza]]></category>
		<category><![CDATA[Grzegorz Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[GW]]></category>
		<category><![CDATA[Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Henning Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[historia]]></category>
		<category><![CDATA[imigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kaczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Józef Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Kılıçdaroğlu]]></category>
		<category><![CDATA[KP]]></category>
		<category><![CDATA[Kryształowy Pałac]]></category>
		<category><![CDATA[Krytyka Polityczna]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys lewicy]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[Kłopotowski]]></category>
		<category><![CDATA[Langguth]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[modernizacja]]></category>
		<category><![CDATA[Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Niemcy]]></category>
		<category><![CDATA[NPD]]></category>
		<category><![CDATA[nr 38]]></category>
		<category><![CDATA[nr 84]]></category>
		<category><![CDATA[nr 85]]></category>
		<category><![CDATA[Obama]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[PiS]]></category>
		<category><![CDATA[PO]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[prawica]]></category>
		<category><![CDATA[PRL]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Republikańska Partia Ludowa]]></category>
		<category><![CDATA[ruchy kontrkulturowe]]></category>
		<category><![CDATA[Sawczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Schröder]]></category>
		<category><![CDATA[Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Sloterdijk]]></category>
		<category><![CDATA[Social Europe Journal]]></category>
		<category><![CDATA[Solidarność]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Sawczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[UPR]]></category>
		<category><![CDATA[Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad]]></category>
		<category><![CDATA[Łagowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=7003</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Jarosław Kuisz</em></p>
<p><strong>Czego nie boi się </strong>„<strong>Kultura Liberalna</strong>”</p>
<p>Nie ukrywamy, iż Cezary Michalski zaskoczył nas swoim tekstem [<a href="http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Niemawroganalewicy/menuid-291.html" target="_blank"><strong><em>link</em></strong></a>]. Cykl tekstów pt. „Czego boi się lewica?” oraz „Czego boi się prawica?” zaistniał dopiero w pierwszych odsłonach. Uprzedzaliśmy o tym fakcie, tak na naszych łamach, jak i w publikacji w dzienniku „Polska The Times”. O konfuzji nie może być mowy, na podsumowanie zaproponowanego tematu – naszym zdaniem &#8211; zbyt wcześnie. Co więcej, uczciwie należy zaznaczyć, iż Cezary Michalski został zaproszony przez nas do udziału w dyskusji – jeszcze przed opublikowaniem swojego felietonu. Zaproszenie podtrzymujemy.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kuisz-czego-nie-boi-sie-%e2%80%9ekultura-liberalna%e2%80%9d-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu-ii/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KUISZ: Czego nie boi się „Kultura Liberalna”. W odpowiedzi Cezaremu Michalskiemu (II)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Jarosław Kuisz</em></p>
<p><strong>Czego nie boi się </strong>„<strong>Kultura Liberalna</strong>”</p>
<p>Nie ukrywamy, iż Cezary Michalski zaskoczył nas swoim tekstem [<a href="http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Niemawroganalewicy/menuid-291.html" target="_blank"><strong><em>link</em></strong></a>]. Cykl tekstów pt. „Czego boi się lewica?” oraz „Czego boi się prawica?” zaistniał dopiero w pierwszych odsłonach. Uprzedzaliśmy o tym fakcie, tak na naszych łamach, jak i w publikacji w dzienniku „Polska The Times”. O konfuzji nie może być mowy, na podsumowanie zaproponowanego tematu – naszym zdaniem &#8211; zbyt wcześnie. Co więcej, uczciwie należy zaznaczyć, iż Cezary Michalski został zaproszony przez nas do udziału w dyskusji – jeszcze przed opublikowaniem swojego felietonu. Zaproszenie podtrzymujemy.</p>
<p>Odnieśmy się do głównego zarzutu, dotyczącego nie opinii autorów – którzy na takim forum wygłaszają je przecież na własną odpowiedzialność – lecz ich doboru. Otóż podziały stosowane według klucza personalnego nie służą wymianie poglądów i przynoszą na ogół jeden efekt: zanudzania czytelników tym samym kompletem poglądów w ramach tego samego okienka wystawowego.</p>
<p>W nieoczywistych zestawieniach na łamach „Kultury Liberalnej” – zgodnie z nazwą – poglądy przynajmniej wdają się ze sobą w dialog. W ramach debaty toczącej się w demokracji taka wymiana poglądów jest poniekąd obywatelskim obowiązkiem. Brzmi szumnie i patetycznie? Razi czyjeś ucho? Jeśli tak, tym gorzej dla nas. To banalna codzienność. Przełamywanie pierwszych odruchów polemicznych kryje w sobie także szacunek dla drugiej osoby.</p>
<p>Polska takiej wymiany poglądów &#8211; którą proponujemy na naszych łamach &#8211; potrzebuje także po to, by odchodzić od zacietrzewienia różnych środowisk, które prowadzą do fantastycznego zjawiska masowego: „NIESŁUCHANIA”. W tym punkcie Cezary Michalski ma rację, gdy zwraca uwagę na konieczność rzetelnego poznawania poglądów i pracy wykonanej przez adwersarza. Na pewno stosuje się to do wszystkich.</p>
<p>Póki co „niesłuchanie” ma swój konkretny efekt w postaci blokowania dyskusji na te tematy, które radykalnie wykraczają poza lokalne podwórko. Niektórzy uważają, iż tracimy cenny czas. Być może. Trafniej, abyśmy napisali, że tracimy aktywnych i rzutkich obywateli. Wyruszają szukać szczęścia w miejscach, w których przyziemne problemy życia w skali mikro i makro już rozwiązano. „Głosują nogami”.</p>
<p>Jak widać, rozogniające emocje problemy przeszłości i spory układane wedle klucza personalnego &#8211; z perspektywy znajdowania się po drugiej stronie dowolnej granicy Polski, stają się dla rzesz rodaków błahe.  Pozostawiają je na drugim planie i – trzymając się faktów &#8211; na co dzień wolą życie w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech.</p>
<p>Cezaremu Michalskiemu natomiast chętnie zwrócimy uwagę, iż obok intelektualistów, prezentujących problematykę z lokalnej, polskiej perspektywy, doprosiliśmy autorów zagranicznych. Zastosował on tymczasem przedziwny zabieg: „reductio ad criticum”, jakby lewicy poza jego aktualnym środowiskiem nie było, a jeśli jeszcze jest, to powinno zostać wkrótce wchłonięte. To oczywiście nieprawda. Lewica w Polsce jest podzielona i o tym także warto debatować. Wobec wysokiej temperatury sporów w kraju warto zaś je nieco schładzać nieco szerszą perspektywą. Żałować pozostaje tego, gdy za adwersarzy wybiera się jedynie polskich autorów i nadmiernie dużo uwagi poświęca kluczowi personalnemu, który w sumie sprawia, że traci na znaczeniu, czy rozmowę prowadzimy na ten, czy inny temat. Dyskutujmy więc także z Hardtem i Walzerem. Przy dzisiejszych możliwościach komunikacji już od dawna nie jest to niegdysiejsze „gadanie do obrazu”.</p>
<p>Cezary Michalski wreszcie zwraca uwagę na to, iż: „W ostatniej kampanii wyborczej, właśnie z powodu silnej lewicowości społecznej, znaczna część środowiska KP zachowała się inaczej niż klasyczny liberalny salon warszawski (a nawet inaczej niż ja), wygłaszając neutralne komentarze pod adresem kandydata PiS-u i bardzo niechętne pod adresem kandydata PO”.</p>
<p>Jeśli tak, to krytykowanie samego faktu opublikowania przez „Kulturę Liberalną” gościnnego tekstu Bronisława Wildsteina jest chyba przesadą. Pozostajemy za pluralizmem opinii w ramach demokratycznego konsensu i liczymy na dalszą dyskusje.</p>
<p style="text-align: right;"><em>* Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”. </em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kuisz-czego-nie-boi-sie-%e2%80%9ekultura-liberalna%e2%80%9d-w-odpowiedzi-cezaremu-michalskiemu-ii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUCHARCZUK: Kiełbasa zabija [OBRAZEK!]</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kucharczuk-kielbasa-zabija-obrazek/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kucharczuk-kielbasa-zabija-obrazek/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 23:13:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[kiełbasa]]></category>
		<category><![CDATA[kiełbasa zabija]]></category>
		<category><![CDATA[nr 85]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6947</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/kiełbasa-zabija.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-6950" title="kiełbasa zabija" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/kiełbasa-zabija.jpg" alt="" width="416" height="634" /></a></p>
<p style="text-align: left;"><em>* Autor pracy: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em></p>
<p style="text-align: center;">*  *  *</p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 85 (35/2010) z 24 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/kiełbasa-zabija.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-6950" title="kiełbasa zabija" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/kiełbasa-zabija.jpg" alt="" width="416" height="634" /></a></p>
<p style="text-align: left;"><em>* Autor pracy: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em></p>
<p style="text-align: center;">*  *  *</p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 85 (35/2010) z 24 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/kucharczuk-kielbasa-zabija-obrazek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>PINIOR, WILDSTEIN, HARDT, TSAROUHAS &#8211; Czego boi się lewica? (II)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Aug 2010 23:38:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Antonio Negri]]></category>
		<category><![CDATA[Atatürk]]></category>
		<category><![CDATA[Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Bronisław Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[CHP]]></category>
		<category><![CDATA[Czego boi się lewica]]></category>
		<category><![CDATA[Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Deniz Baykal]]></category>
		<category><![CDATA[Dimitris Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Donald Tusk]]></category>
		<category><![CDATA[Empire]]></category>
		<category><![CDATA[Ewa Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Grzegorz Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Henning Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[historia]]></category>
		<category><![CDATA[Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Józef Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Kılıçdaroğlu]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys lewicy]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Hardt]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[Napieralski]]></category>
		<category><![CDATA[Negri]]></category>
		<category><![CDATA[nr 38]]></category>
		<category><![CDATA[nr 84]]></category>
		<category><![CDATA[Obama]]></category>
		<category><![CDATA[Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[prawica]]></category>
		<category><![CDATA[PRL]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Republikańska Partia Ludowa]]></category>
		<category><![CDATA[ruchy kontrkulturowe]]></category>
		<category><![CDATA[Schröder]]></category>
		<category><![CDATA[Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Social Europe Journal]]></category>
		<category><![CDATA[Stany Zjednoczone]]></category>
		<category><![CDATA[Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Tsarouhas]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Wildstein]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6828</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, jakie lęki gnębią lewicę? Zwykle spory toną w zarzutach ad personam. Sprawa jednak rysuje się poważniej. Czy lewica nie potrafi opisać rzeczywistości początku XXI wieku i przedstawić przekonującego, odnoszącego się do namacalnych problemów programu? Jakie proponuje wizje &#8211; po bankructwie utopii, które stanowiły jej fundament? W ubiegłym tygodniu na to pytanie w „Kulturze Liberalnej” (<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">nr 83</a>) odpowiadali <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">Tadeusz Szawiel, Michael Walzer i Henning Meyer</a>. Dziś w zakładce <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/" target="_blank">„Pytając” <strong>Józef Pinior</strong> w rozmowie z <strong>Karoliną Wigurą </strong><strong>tezę o braku lewicy w Polsce</strong></a> stawia wprost. Jego zdaniem, nielewicowa legitymizacja lewicy postpezetpeerowskiej dawno się wyczerpała, lewica postsolidarnościowa poniosła kompletną klęskę, zaś SLD i lewicy kulturowej zabrakło odwagi, by stworzyć program, który wynikałby z czegoś więcej, niż z pragnienia zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa. Z kolei <strong>Bronisław Wildstein</strong> krytykuje propozycje lewicy jako wynik pełnego pychy,  oświeceniowego przekonania, któremu nadal ona hołduje, a mianowicie, iż świat można uporządkować jedną decyzją  woli i jednym wydarzeniem – rewolucją. Współautor słynnej książki </em><em>„</em><em>Imperium</em><em>”</em><em>, <strong>Michael Hardt</strong> polemizuje na łamach </em><em> „</em><em>Kultury Liberalnej</em><em>”</em><em> z ubiegłotygodniowym tekstem Michaela Walzera: twierdząc, że lewicy amerykańskiej nie warto analizować jako monolitu. Ponadto proponuje intrygująco nowe spojrzenie na historię Polskiej Republiki Ludowej. Natomiast <strong>Dimitris Tsarouhas</strong> stawia tezę o neoliberalnej zdradzie przez turecką lewicę jej własnego etosu.</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu PINIOR, WILDSTEIN, HARDT, TSAROUHAS &#8211; Czego boi się lewica? (II)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, jakie lęki gnębią lewicę? Zwykle spory toną w zarzutach ad personam. Sprawa jednak rysuje się poważniej. Czy lewica nie potrafi opisać rzeczywistości początku XXI wieku i przedstawić przekonującego, odnoszącego się do namacalnych problemów programu? Jakie proponuje wizje &#8211; po bankructwie utopii, które stanowiły jej fundament? W ubiegłym tygodniu na to pytanie w „Kulturze Liberalnej” (<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">nr 83</a>) odpowiadali <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank">Tadeusz Szawiel, Michael Walzer i Henning Meyer</a>. Dziś w zakładce <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/" target="_blank">„Pytając” <strong>Józef Pinior</strong> w rozmowie z <strong>Karoliną Wigurą </strong><strong>tezę o braku lewicy w Polsce</strong></a> stawia wprost. Jego zdaniem, nielewicowa legitymizacja lewicy postpezetpeerowskiej dawno się wyczerpała, lewica postsolidarnościowa poniosła kompletną klęskę, zaś SLD i lewicy kulturowej zabrakło odwagi, by stworzyć program, który wynikałby z czegoś więcej, niż z pragnienia zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa. Z kolei <strong>Bronisław Wildstein</strong> krytykuje propozycje lewicy jako wynik pełnego pychy,  oświeceniowego przekonania, któremu nadal ona hołduje, a mianowicie, iż świat można uporządkować jedną decyzją  woli i jednym wydarzeniem – rewolucją. Współautor słynnej książki </em><em>„</em><em>Imperium</em><em>”</em><em>, <strong>Michael Hardt</strong> polemizuje na łamach </em><em> „</em><em>Kultury Liberalnej</em><em>”</em><em> z ubiegłotygodniowym tekstem Michaela Walzera: twierdząc, że lewicy amerykańskiej nie warto analizować jako monolitu. Ponadto proponuje intrygująco nowe spojrzenie na historię Polskiej Republiki Ludowej. Natomiast <strong>Dimitris Tsarouhas</strong> stawia tezę o neoliberalnej zdradzie przez turecką lewicę jej własnego etosu.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em>Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/NOGA.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-6829" title="NOGA" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/NOGA-196x300.jpg" alt="" width="196" height="300" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"></a></small></strong><br />
<small><a href="#1">1. JÓZEF PINIOR: Wielka pustka</a><br />
<a href="#2">2. BRONISŁAW WILDSTEIN: Strach przed zmianą <em>status quo</em></a><br />
<a href="#3">3. MICHAEL HARDT: Program wyjścia z paraliżu: USA, Europa, Polska</a><br />
<a href="#4">4. DIMITRIS TSAROUHAS: Lewicy tureckiej wyzwolenie z inercji?</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Józef Pinior</em></a></p>
<p><a name="1"><strong>Wielka pustka (</strong></a><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/" target="_blank">fragment wywiadu z zakładki <em>„</em>Pytając<em>”</em></a>)</strong></p>
<p>Brak legitymizacji z początku lat 90. jest jedną z przyczyn, dla których lewica w Polsce nigdy nie wyłoniła formacji przywódczej, zdolnej tworzyć wokół siebie politykę z prawdziwego zdarzenia. Brak legitymizacji czy też świadomość tego braku powstrzymywała lewicę przed podejmowaniem spraw społecznych, ekonomicznych, artykułowaniem nowych wizji intelektualnych. Bo przecież do tego trzeba ogromnej odwagi! Gdy zaczyna się robić coś takiego, ma się przeciwko sobie wszystkich – media, inne partie polityczne, nawet państwo. I SLD tej odwagi po prostu nie miało. Skutkiem tego było, że sprawy naprawdę społecznie ważne zostały zostawione populistom: Andrzejowi Lepperowi, radykalnym działaczom związkowym, Prawu i Sprawiedliwości. A tymczasem SLD i młoda lewica w rodzaju „Krytyki Politycznej” zajmowały się poszukiwaniem dla siebie bezpiecznego miejsca. Tym bezpiecznym miejscem w jakimś sensie okazały się właśnie kwestie obyczajowe i kulturowe.</p>
<p>[...] Oczywiście, również te tematy budzą opór. Także wymagają odwagi artykulacji. Ale i tak są bezpieczne, i tak są unikiem. Szczególnie dobrze widać to w ostatnich miesiącach. Oto stajemy oko w oko z problemami o naturze fundamentalnej, z bezwładem państwa, z konstytucją, która kreuje zupełnie absurdalny, groteskowy system polityczny, z walką między prezydentem a premierem, z potężnym kryzysem gospodarczym. Na wszystkich tych płaszczyznach – państwo, system polityczny, gospodarka – lewica była i jest nieobecna! Ja nie wiem jakie jest w tej chwili stanowisko – czy to SLD, czy „Krytyki Politycznej” – w jakiejkolwiek sprawie podstawowej. Na przykład, jednym z najpoważniejszych problemów, jakie stoją dziś przed lewicą, jest, jak dyscyplinować finanse państwa. Lewica na świecie, tam, gdzie istnieje i działa, proponuje między innymi opodatkowanie operacji na rynkach finansowych. Co sekunda obraca się tam nieprawdopodobnymi sumami pieniędzy, miliardami dolarów. Propozycja jest ciekawa, bo z jakiej racji mamy ciągle szukać oszczędności na emerytach, jeśli istnieje takie źródło dodatkowych pieniędzy? Czy spotkała się pani z tego typu dyskusją w Polsce? Bo ja nie. Przecież w Niemczech, w twardym rdzeniu europejskiego kapitalizmu, rząd w Berlinie zdecydował się na wydanie zakazu spekulacji obligacjami rządowymi. I dziwię się, że Grzegorz Napieralski, po dobrym wyniku w kampanii prezydenckiej, nie wykorzystał tego i nie zrobił dużej konferencji z ekonomistami, którzy poddaliby spokojnej, ekonomicznej analizie propozycje rządu Donalda Tuska dotyczące sprawy podatków.</p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>Kliknij, aby czytać dalej: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/" target="_blank">link</a>.</strong></em></p>
<p><em>* Józef Pinior, polityk, prawnik, filozof. W PRL działacz „Solidarności”, aresztowany w 1983 roku i skazany na cztery lata więzienia. Od 1987 roku uczestniczył w próbach reaktywowania PPS. Od 2004 do 2009 poseł do Parlamentu Europejskiego.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Bronisław Wildstein</em></a></p>
<p><strong>Strach przed zmianą <em>status quo</em></strong></p>
<p><em>I.</em></p>
<p>Jako projekt społeczny, idea lewicy została po raz pierwszy wyraziście sformułowana przez niektóre nurty oświeceniowe w XVIII wieku. W samym centrum tego sposobu myślenia znalazło się uznanie człowieka za byt doskonały. To znaczy taki, który potrafi w sposób racjonalny uporządkować całość swojej rzeczywistości, zrozumieć błędy przeszłości i przy pomocy odpowiednich metod dialektycznych sprawnie zaradzić „przejściowym” niedoskonałościom cywilizacji.</p>
<p>Lewica była zatem od swoich początków buntem wymierzonym w cywilizację, rozumianą jako zwyrodnienie idealnego porządku, w którym człowiek powinien bytować. Towarzyszyła jej wiara, że świat uporządkować można jednym racjonalnym aktem woli: za pomocą rewolucji. Nie miejsce tu, aby wyjaśniać, że klęska komunizmu wynikała z kompromitacji jednego z takich utopijnych, antyrynkowych i antyparlamentarnych projektów lewicowych. Ważne jednak, że załamanie się tego przedsięwzięcia nie pociągnęło za sobą rozliczenia projektu lewicowego jako projektu utopijnego. Spowodowało tylko przesunięcie akcentu, na którym koncentruje się lewica.</p>
<p>Właściwą podstawą współczesnej lewicy są ruchy kontestacyjne i kontrkulturowe lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z których wywodzi się większość jej dzisiejszych przywódców, a także większa cześć europejskiego establishmentu. Spadkobiercy tych prądów uderzają w fundamenty kulturowe wyznaczające cywilizację Zachodu. Mają nastawienie silnie antyreligijne, zorientowane na podważanie klasycznego ładu etycznego, walczą o przywileje dla szczególnych, niemieszczących się w tradycyjnym porządku grup społecznych, eksponują ideę samoidentyfikacji i w zasadzie nakierowane są indywidualistycznie. W ich rozumieniu społeczeństwo nie jest bytem wspólnym, ale agregatem grup opartym na czasowym kontrakcie. Ten ostatni zawiązuje się – jak twierdzą – na rzecz doraźnego interesu jednostkowego, a nie jakiejś trwałej wspólnoty, która miałaby ową jednostkę niewolić i ograniczać.</p>
<p>W tej chwili jesteśmy świadkami przekładania postulatów, wynikających z takiego nastawienia, na konkretny projekt polityczny. Polska nie jest jeszcze narażona na ofensywę rzeczników kontrkultury (jak kraje Europy zachodniej ze szczególnie dobitnym przykładem Hiszpanii),  której elementami są m.in. aborcja na życzenie, refundowanie metody in vitro czy małżeństwa homoseksualne, a także szczególnie rozumiana opieka nad dzieckiem, nad kobietą czy pracownikami. Ujmując rzecz skrótowo: grupom lewicowym chodzi o to, by podważyć fundamentalny status, jaki ma rodzina w naszej cywilizacji. Owa „opieka” daje daleko idące możliwości interwencji wymiarowi sprawiedliwości i biurokracji państwowej w sam rdzeń relacji rodzinnych. Przyznanie prawa do małżeństwa parom homoseksualnym w ogóle niweczy szczególny status małżeństwa jako związku nastawionego na płodzenie i wychowywanie dzieci. W debacie o in vitro (przedstawianym przez lewicę fałszywie jako metoda pewna, łatwa i rozwiązująca problem bezpłodności) w rzeczywistości chodzi o otwarcie wrót inżynierii genetycznej wszelkiego typu, związanego ze swobodnym manipulowaniem zarodkami.</p>
<p>Lewicowa rewolucja kulturowa – czy też raczej  kontrkulturowa – przeprowadzana jest metodami klasycznymi, to jest przez instytucje państwa i ustanawiane przez nie prawa (choć często odwołuje się do instytucji ponadpaństwowych). Jest to utopijna tendencja do uregulowania całości życia ludzkiego przez prawo, które ma zastąpić tradycyjną etykę i obyczaj, a więc instytucje dużo bardziej elastyczne. Również życie rodzinne miałoby być uregulowane zgodnie z tym duchem i tymi ideami. Projekty konsekwentnie lewicowe są de facto antydemokratyczne. Nadmierne rozbudowywanie prawa redukuje sferę polityki, która jest obszarem wolności i wyboru i w jej miejsce ustanawia twarde, prawne ramy. W efekcie następuje drastyczne ograniczenie wolności indywidualnej i zbiorowej.</p>
<p><em>II.</em></p>
<p>Biznesmen i polityk SLD, Ireneusz Sekuła, miał zwyczaj przyjeżdżać na manifestacje majowe limuzyną z szoferem. Szofer parkował samochód w uliczce obok trasy pochodu, otwierał drzwiczki, Sekuła wysiadał z dymiącym cygarem, które rzecz jasna na ten czas gasił. Następnie przyłączał się do manifestujących, przechodził z nimi parę ulic, po czym udawał się w inną boczną uliczkę, gdzie już czekała na niego limuzyna. Wsiadał do niej i odjeżdżał.</p>
<p>Ten obrazek, pochodzący z lat dziewięćdziesiątych, dobrze oddaje rzeczywistość polityczną ówczesnej polskiej (i nie tylko polskiej) lewicy, która paradoksalnie jest o wiele silniej niż partie prawicowe wpisana w biznes. Polska lewica tamtego czasu wyrastała z komunistycznych porządków, w związku z czym nie mogła jawnie apelować o etatyzm. Uniemożliwiałby jej robienie dodatkowych interesów. Owa „stara lewica”, dawne SLD, emanacja splotu interesów, z którego wyrósł nasz establishment, nie tylko zresztą ekonomiczny, poniosła w ostatnich latach całkowitą klęskę. Nie znaczy to, że klęskę poniósł establishment, który znalazł nowego politycznego reprezentanta, czyli PO. Jednak nie jest on uzależniony od PO, jest raczej na odwrót.</p>
<p>„Nowa polska lewica” boi się analogicznej klęski. Dlatego coraz silniej poszukuje swojej tożsamości w opisanym wcześniej wymiarze kontrkulturowym. Chodzi tu nie tylko o lewicę w rozumieniu elitarnym (jak środowisko „Krytyki Politycznej”), ponieważ deklaracje Grzegorza Napieralskiego i jego otoczenia idą również w tym samym kierunku. W Polsce ma ona jeszcze przed sobą (wygraną przez lewicę w Europie) wojnę z Kościołem. Tu jednak może znaleźć konkurenta w dominującej dziś w naszym kraju amorficznej partii, jaką jest Platforma Obywatelska. Odwołuje się ona do liberalizmu i demonstruje jednocześnie schizofrenię, na jaką zapadł liberalizm już dość dawno. Kadry tej partii dowodzą tego wyraziście. Znajdziemy tam i konserwatywnych liberałów, jak Jarosław Gowin, i postaci typu Janusza Palikota, którego nic od SLD nie różni. Nieprzypadkowo nosił podkoszulek z napisem: „Jestem z SLD”. W sumie PO to partia władzy bez żadnej tożsamości ideowej, która gotowa jest wybrać każde rozwiązanie polityczne, które w danej sytuacji przyniesie jej doraźną korzyść. Efektem owej amorficzności jest na przykład to, że w PO powstają obecnie dwa nieomal przeciwstawne projekty ustawy bioetycznej. To znaczy, że potem wystarczy tylko wybrać, co w konkretnym przypadku będzie bardziej opłacalne Dlatego jest bardzo możliwe, że Platforma odbierze SLD część propagowanych przezeń idei kontrkulturowych, rozcieńczając je zresztą, dzięki czemu staną się bardziej strawne w Polsce &#8211; i pozostawi lewicę bez tożsamości politycznej.</p>
<p>Lewica boi się przede wszystkim utraty pozycji, stanowisk, swojego status quo, ponieważ była i jest środowiskiem establishmentu. Czy obecne SLD, a nawet sama „Krytyka Polityczna”, kwestionują status quo? W bardzo niewielkim stopniu. Kwestionuje go z całą pewnością PiS, na co Sławomir Sierakowski odpowiedziałby od razu, że jest to działanie populistyczne. Dlaczego odwoływanie się do tradycji oraz uznania, że Polacy mają prawo do swojej tożsamości narodowej i tego, by podmiotowo funkcjonować w Europie, jest postrzegane jako populizm, a nawoływanie do małżeństw homoseksualnych już nie? Odpowiedź jest jedna. Polska lewica cierpi na tę samą chorobę, co każde inne myślenie lewicowe – bardzo silny elitaryzm, który w polskiej rzeczywistości nabiera wręcz śladów mentalności postkolonialnej. To poczucie wyższości w stosunku do własnego narodu, połączone z kompleksem niższości wobec mitycznej Europy. Dlatego, choć polska lewica mówi prawdę, powtarzając, że kocha lud, nie dodaje jednego: że kocha wyłącznie ten lud, który sama wymyśliła.</p>
<p><em>* Bronisław Wildstein, dziennikarz i publicysta „Rzeczpospolitej”, pisarz.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Michael Hardt</em></a></p>
<p><strong>Program wyjścia z paraliżu: USA, Europa, Polska</strong></p>
<p>Lewicowa teoria jest nieodłączna od lewicowej  polityki. Dlatego mówiąc o kryzysie lewicy – z którym niewątpliwie mamy do czynienia na całym świecie – należy analizować jego dwie odmiany: konceptualistyczno-teoretyczną i praktyczno-instytucjonalną. Tym, czego współczesna lewica potrzebuje najbardziej, jest przeobrażenie pierwszej z nich, które automatycznie pociągnie za sobą przeobrażenie drugiej. Kontynuowanie starych dróg myślenia prowadzi wyłącznie do dalszych paroksyzmów paraliżu i strachu.</p>
<p>W jaki sposób można tego dokonać? Pierwszy poziom koniecznych zmian wiąże się z dostrzeżeniem konieczności działania nie tylko na poziomie krajowym i docenieniem poziomu światowego. Przez ostatnie 10 lat lewica traktowała globalizację jako zagrożenie i angażowała się w to, co nazywamy ruchami alter- czy nawet antyglobalistycznymi. Czas, by skończyć z koncentracją na państwach narodowych, a na globalizację spojrzeć nie jako zagrożenie dla lewicy, ale szansę dla niej.</p>
<p>Drugi problem lewicy wiąże się z organizacją pracy. Tradycyjna współpraca handlowa i jej ramy są w większości krajów na wyczerpaniu. Należy wprowadzać nowe warunki pracy, sprawiać, by angażowali się w nią nowi ludzie. To wszystko z kolei wymaga zmiany sposobu myślenia o tym, czym praca jest oraz jak powinna być organizowana i reprezentowana.</p>
<p>Ostatnią oznaką kryzysu lewicy jest zużycie się w wielu krajach struktur partyjnych i tradycyjnych form reprezentacji. Na pewno w Europie Zachodniej – choćby we Francji, a zwłaszcza w Niemczech – partyjna biurokracja i partyjne struktury reprezentowania nie korespondują z politycznymi zachowaniami, charakterystycznymi dla lewicy. Konieczne są zatem duże przemiany struktur partyjnych, struktur związków zawodowych, dostrzeżenie konieczności działania nie tylko na poziomie krajowym, ale także na poziomie światowego handlu.</p>
<p>Wszystko to brzmi być może dość abstrakcyjnie, podajmy zatem dwa przykłady. Pierwszy to Stany Zjednoczone. Na lewicę w tym kraju można patrzeć także z innej perspektywy niż zrobił to w swoim ubiegłotygodniowym tekście dla „Kultury Liberalnej” Michael Walzer (<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" target="_blank"><em>„Kultura Liberalna” nr 83 (33/2010) z 10 sierpnia 2010 r.</em></a>). Od zawsze bardzo trudno było mówić o niej w jednolity sposób, ponieważ jest bardzo zróżnicowana, a na dodatek funkcjonuje na dwóch poziomach: instytucjonalnym i nieoficjalnym. Najogólniej mówiąc, na poziomie nieoficjalnym – czyli tam, gdzie funkcjonują ruchy społeczne i rozwija się aktywność lokalna – o żadnym kryzysie nie ma mowy. Lewicowe ruchy społeczne są u szczytu swoich możliwości i są pełne energii. Niestety, inaczej jest na poziomie instytucjonalnym. Administracja Obamy zawiodła, ponieważ nie tyle nie potrafiła wykorzystać potencjału drzemiącego w ruchach społecznych, ale gorzej – wygląda na to, że rząd Obamy nie chciał i nie próbował wystarczająco się nimi zająć. Niestety, jeśli Partia Demokratyczna nie zmieni swojego myślenia, czeka ją przegrana w następnych wyborach prezydenckich.</p>
<p>Innym ciekawym przykładem możliwych zmian myślenia jest Europa Środkowo-Wschodnia, a w szczególności Polska. Chodzi o podejście do historii lewicy. Nie można postrzegać historii tylko jako ciężaru, który powinniśmy zrzucić. Należy raczej rozpoznawać elementy strumieni i prąd tej historii i traktować je jako zasoby na przyszłość. Jednym z błędów, często pojawiających się w analizach lewicy, jest próba odcięcia się od radykalnych ruchów tego rodzaju z przeszłości. Tymczasem dużo bardziej użyteczne i uczciwe jest uznanie, że dzisiejsi lewicowcy są kontynuatorami owych ruchów. To odnosi się także do Europy Zachodniej. Okres 1917-1989 nie jest przecież jednorodny. Możemy w nim znaleźć zarówno ruchy, które zostały zmanipulowane i zawiodły, jak i takie, które do dziś mogą nieść ze sobą inspiracje. Czy ma to sens z punktu widzenia polskiej historii? Czy dla polskiej lewicy XX wiek był wyłącznie koszmarem czy też istniały w tym okresie siły i ruchy, z których współczesna lewica powinna czerpać? Być może teraz, po 20 latach od upadku PRL, przyszedł właściwy moment, by przestać patrzeć nań tylko krytycznie i zacząć szukać w nim elementów ciekawych i inspirujących. Przy świadomości, że wysiłki w celu odzyskania jakichś elementów z PRL będą najprawdopodobniej surowo krytykowane.</p>
<p><em>* Michael Hardt, amerykański teoretyk literatury, filozof polityczny, profesor na Duke University w USA oraz na European Graduate School w Szwajcarii. Znany szczególnie dzięki napisanej wspólnie z Antonio Negrim książce “Imperium” (2000), nazywanej „Manifestem komunistycznym XXI wieku”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="4"><em>Dimitris Tsarouhas</em></a></p>
<p><strong>Lewicy tureckiej wyzwolenie z inercji?</strong></p>
<p>Głównym problemem lewicy europejskiej nie jest dziś strach. Ani też nie jest nim słabość przywództwa. Gdy porównamy liderów w rodzaju Tony’ego Blaira czy Gerharda Schrödera z Davidem Cameronem czy Jose Marią Aznarem, zobaczymy, że lewica doprawdy nie ma się czego powstydzić. Poważną chorobą, z którą się boryka, jest natomiast głęboka indolencja w radzeniu sobie z wymogami XXI wieku i zwykłym zdefiniowaniu charakterystycznych dla tego czasu realiów społecznych. To dlatego lewica europejska ani nie dysponuje przystającym do swej własnej istoty oraz realiów, nowoczesnym programem, ani – za sprawą swoich postulatów – nie odróżnia się od prawicy.</p>
<p>Turcja stanowi specyficzny przypadek tego szerszego problemu. Choć jej społeczeństwo nie ma długiej tradycji ani polityki lewicowej, ani tego typu prądów intelektualnych, jeszcze 40 lat temu lewica turecka wyglądała w gruncie rzeczy jak europejska. Mniej i bardziej zorganizowanych działaczy reprezentowały partie – największa CHP, Republikańska Partia Ludowa, oraz szereg mniejszych ugrupowań. Razem tworzyły klasyczny przykład środowiska lewicowego, oczywiście, z uwzględnieniem wszystkich cech specyficznych dla Turcji, takich jak religia czy uwarunkowania polityczne, wywodzące się jeszcze z czasów Atatürka.</p>
<p>Sytuacja zmieniła się diametralnie w 1980 roku, wraz z kolejnym zamachem stanu. Wprowadzono wtedy stan wojenny na terenie całego kraju, obalono parlament i rząd, zawieszono konstytucję i zabroniono działania wszelkich partii i związków zawodowych. Jak nietrudno się domyślić, w konsekwencji lewica straciła kanały, którymi dotąd porozumiewała się ze społeczeństwem. Być może jeszcze ważniejsze były jednak podjęte wówczas reformy gospodarcze. Lata osiemdziesiąte to w Stanach Zjednoczonych czasy Ronalda Reagana, zaś w Wielkiej Brytanii – Margaret Thatcher. To ważne, ponieważ Turcja zaczęła się wówczas na ich rozwiązaniach wzorować. Neoliberalna polityka była wraz z kolejnymi latami coraz bardziej wzmacniana, co doprowadziło do absolutnej dominacji neoliberalnej retoryki w polityce i debacie publicznej, a ostatecznie – przyjęcia utożsamienia się z nią lewicy. Co prawda, podobne zjawiska można było w latach 90. zaobserwować również w Polsce pod rządami SLD czy w Niemczech Gerharda Schrödera. Lista partii socjaldemokratycznych, które odeszły od etosu lewicowego lub nawet go zdradziły, jest długa. I choć Turcja jest tylko częścią tego obrazu, poszła w tym o wiele dalej, niż państwa europejskie.</p>
<p>Pewne nadzieje dosłownie w ostatnich miesiącach można wiązać ze zmianą, która dokonała się właśnie w kierownictwie CHP. Dotychczasowy lider, Deniz Baykal, musiał ustąpić ze stanowiska w atmosferze dość nieprzyjemnego skandalu o podtekście erotycznym. Zastąpił go Kemal Kılıçdaroğlu, którego pierwsze wypowiedzi mogą napawać socjaldemokratów optymizmem, gdyż świadczą o chęci powrotu CHP do typowo lewicowych postulatów. Kılıçdaroğlu zwraca uwagę na wysoki poziom ubóstwa, nierówności i wykluczenie społeczne, nie zmieniające się mimo dynamicznego wzrostu gospodarczego Turcji. Podejmując te kwestie, Kılıçdaroğlu odróżnia się od Baykala – który wolał je ignorować, koncentrując się na zaznaczaniu swojego sprzeciwu w sprawach konstytucyjnych, instytucjonalnych, czy nawet symbolicznych: bardziej interesowały go kobiece chusty, niż prawdziwie lewicowe tematy.</p>
<p>To oczywiście dopiero pierwsze sygnały zmiany. Trudno powiedzieć, by istniał w tej chwili spójny program rozwoju lewicy i nie wiadomo, czy otoczenie Kılıçdaroğlu będzie potrafiło sprostać propagowanym przez niego hasłom. Nie będzie im zresztą łatwo w państwie, które przepełnione jest neoliberalną ekonomią i retoryką. Istnieje jednak szansa, że typowo lewicowe postulaty, do tej pory pozostające poza debatą publiczną, dzięki nowemu liderowi CHP powrócą do politycznej retoryki i wyrwą turecką lewicę z inercji.</p>
<p><em>* Dimitris Tsarouhas, profesor stosunków międzynarodowych, specjalista w dziedzinie polityki europejskiej i demokracji socjalnej. Wykładowca Uniwersytetu Bilkent w Ankarze. Jeden z autorów Social Europe Journal.</em></p>
<p style="text-align: center;"><a name="4"><em>* * *</em></a></p>
<p style="text-align: right;"><a name="4"><em> </em></a><em><a href="#0"><small>Do góry</small></a></em></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong>.<br />
*** Współpraca: <strong>Karolina Dec</strong>,<strong> Tomasz Jarząbek</strong>,<br />
<strong>Ewa Serzysko, Agata Tomaszuk</strong></em> <em>.</em></p>
<p style="text-align: left;"><em><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 84 (34/2010) z 17 sierpnia 2010 r.</em></strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/pinior-wildstein-hardt-tsarouhas-czego-boi-sie-lewica-ii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wielka pustka</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Aug 2010 23:16:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Pytając]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Tomaszuk]]></category>
		<category><![CDATA[Henning Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[historia]]></category>
		<category><![CDATA[Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Józef Pinior]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Dec]]></category>
		<category><![CDATA[Karolina Wigura]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marta Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[nr 84]]></category>
		<category><![CDATA[polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[wywiad]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6848</guid>
		<description><![CDATA[O PZPR, klęsce „Solidarności” i braku odwagi młodej polskiej lewicy rozmawia z JÓZEFEM PINIOREM Karolina Wigura]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><strong>Wielka pustka</strong><em></em></p>
<p><em>o PZPR, klęsce „Solidarności” i braku odwagi młodej polskiej lewicy rozmawia z <strong>Józefem Piniorem</strong> Karolina Wigura</em></p>
<p><strong>KAROLINA WIGURA:</strong><em><strong> Lewicę gnębi dziś szczególna choroba: strach przed wyraźną tożsamością i odpowiedzialnością za idee i programy. Ten kryzys nie ogranicza się ani do Polski, ani nawet do Europy, dostrzec go można w partiach i środowiskach lewicowych na całym świecie. Świetnie ujął to w tekście dla „Kultury Liberalnej” turecki ekspert Dimitris Tsarouhas: „lewica cierpi na całkowitą indolencję, gdy chodzi o radzenie sobie w rzeczywistości początku XXI wieku”. Zgadza się pan z tą opinią?</strong></em></p>
<p><strong>JÓZEF PINIOR: </strong>Niezupełnie. Po pierwsze, byłbym bardzo ostrożny, gdy chodzi o użycie określenia „na całym świecie”. Trudno na przykład mówić o kryzysie lewicy w Stanach Zjednoczonych. Rzeczywiście po okresie Clintonizmu wydawało się, że formacja ta w Ameryce się zapadła, lewica odrodziła się jednak wokół kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. Dziś to raczej Partia Konserwatywna jest w tarapatach. Ostatnie 20 lat to także wspaniałe zwycięstwo i udane rządy Luli* i Partii Pracowników w Brazylii. Gdybym miał już diagnozować jakiś globalny kryzys, powiedziałbym, że owszem, coś takiego istnieje, ale jest to problem znacznie szerszy, dotyczący nie tyle samej lewicy, co klasycznej polityki liberalno-demokratycznej, opartej na systemie partyjnym, charakterystycznej dla okresu sprzed 1989 roku. XX-wieczne spory ideologiczne wyczerpały się, różnice między prawicowymi a lewicowymi partiami coraz bardziej roztapiają się w centrowym mainstreamie**. Po drugie, kryzys lewicy dostrzegałbym przede wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej, a szczególnie w Polsce. Mówiąc krótko: w Polsce lewicy – rozumianej nie jako fizyczna obecność partii politycznych, ale jako poważny polityczny, intelektualny, duchowy projekt – po prostu nie ma.</p>
<p><strong><em>Zadał pan właśnie bolesny cios zarówno Grzegorzowi Napieralskiemu, jak i osobom reprezentującym w Polsce tak zwaną lewicę kulturową. Czy może pan jednak wyjaśnić, z czego ów brak wynika?</em></strong></p>
<p>Pierwotną przyczyną jest nieobecność lewicowej legitymizacji lewicy. Datuje się ona od samego początku kształtowania się w Polsce liberalno-demokratycznej sceny politycznej, czyli od roku 1989. Przed tą datą mieliśmy do czynienia z rewolucją demokratyczną, opartą na społecznym ruchu robotniczym. Myślę oczywiście o „Solidarności”. W 1980, 1981 roku był to ruch klasycznie lewicowy. Strajki w 1980 roku miały w historii Polski znaczenie podobne, jak protesty robotnicze w 1905 roku: były preludium do demokratycznej rewolucji, do niepodległości państwowej. W Polsce ruch robotniczy ukonstytuowany był na poziomie żywiołowym, istniał w postaci bojowych związków zawodowych, które miały swój egalitarno-wolnościowy program polityczny i przez to skutecznie odebrały PZPR jakąkolwiek lewicową legitymizację. PZPR, przekształcona po 1989 roku w partię socjaldemokratyczną, szukała tej legitymizacji w innych miejscach. Na przykład twierdząc, że jej członkowie są profesjonalistami w dziedzinie pracy państwowej, że w warunkach niesuwerennych działali na rzecz pewnej suwerenności. Poza tym, jako źródło legitymizacji demokratycznej służył Okrągły Stół. Elita PRL, skupiona wokół Wojciecha Jaruzelskiego, twierdziła, że przyczyniła się do demokratyczno-liberalnego przełomu.</p>
<p><em><strong>Ta legitymizacja jednak nie wystarczyła. </strong></em></p>
<p>Dokładnie. Bo nie zawierała żadnych elementów charakterystycznych dla etosu lewicowego. Proszę powiedzieć, jak dużo wynika z tego, że Philippe Pétain i urzędnicy państwa Vichy byli profesjonalistami i że przyczynili się do ochrony administracji francuskiej przed represjami ze strony nazistów? To oczywiście ironia, ale taka była właśnie legitymizacja PZPR po 1989 roku. Nie można było na niej zbudować lewicowego etosu, tak jak na przykład w przypadku Partii Pracowników w Brazylii, która budowała swoją legitymizację na buncie robotniczym, strajkach, żywotnych problemach społecznych.</p>
<p><strong><em>Natomiast monopol na ten etos miała w Polsce „Solidarność”.</em></strong></p>
<p>Tak, ale pogrzebała go klęska „Solidarności”. To, że nie udało się jej wyartykułować, wytworzyć lewicowej partii politycznej – niekoniecznie socjaldemokratycznej, niechby to była partia lewicowo-chadecka. W ten sposób po projekcie lewicowym pozostała kompletna pustka. Na dodatek związki zawodowe pozwoliły zupełnie zepchnąć się na margines polityki demokratycznej. „Solidarność” gra dziś hasłami egalitaryzmu i populizmu, jednoznacznie popierając Prawo i Sprawiedliwość. Owa klęska lewicy postsolidarnościowej umożliwiła – na pewien czas – zapełnienie lewej strony sceny politycznej przez postkomunistów. Oni jednak, nie dość, że – jak mówiłem – nie posiadali legitymizacji, która dawałaby im twardy duchowy i intelektualny fundament lewicowy, to jeszcze poparli zupełnie moim zdaniem obłędną, twardą, neoliberalną rewolucję gospodarczą, która odbyła się w Polsce po 1989 roku. Oto postpezetpeerowska „lewica” utożsamiła się z Balcerowiczem! Pamiętam, jak gazety krzyczały wtedy, że terapia szokowa zmieni oblicze Polski w ciągu kilku miesięcy. Dziś, po 20 latach od tamtego czasu, mamy w Polsce ogromne obszary zapaści cywilizacyjnej. Socjologowie mówią o „cywilizacji Arizony”, od dostępnego w sklepach na prowincji taniego napoju alkoholowego o tej nazwie. Ta permanentna marginalizacja ogromnej części społeczeństwa jest stałym elementem polskiej rzeczywistości. Lewica postpezetpeerowska całkowicie utożsamiła się z tym modelem reformy. Między innymi dlatego, że czuła się gorsza, że zgodziła się na to, co mówiono, że „nie wszystko jej wolno”, bo ma „szkielet w szafie”. Dlatego nie była w stanie ogniskować wokół siebie protestów i jakiegoś alternatywnego planu intelektualnego.</p>
<p><strong><em>Myślę, że plan Balcerowicza oceniać można różnie. Osobiście nie jestem aż tak krytyczna wobec tego i innych rozwiązań, przyjmowanych w owym czasie, dla których nigdzie na świecie nie było precedensu – to tak, jakbyśmy oczekiwali, że w początkach lat 90. decydenci mieli naszą współczesną wiedzę. Warto również podkreślić, że lewica postpezetpeerowska utożsamiła się z nowym porządkiem także dlatego, że sama była jego beneficjentem. Czy mogłabym teraz prosić, by porównał pan sytuację polską do reszty Europy Środkowo-Wschodniej? Węgierski ekspert Gabor Gyori podkreśla, że w naszym regionie nie tylko my borykamy się z problemem kompromitacji lewicy postkomunistycznej. Przypomina, jak na Węgrzech przez długi czas, tak jak w Polsce, wydawało się, że postkomuniści będą jedną z dwóch kluczowych sił w systemie dwupartyjnym. I jak nic z tych wyobrażeń nie zostało…</em></strong></p>
<p>Sytuacja węgierska rzeczywiście bardzo przypomina polską. Natomiast byłbym ostrożny w generalizowaniu na temat innych państw postkomunistycznych. Na przykład w Rumunii czy Bułgarii problem braku legitymizacji nie był tak wyraźny, bo przed 1989 rokiem nie ukonstytuował się tam ruch robotniczy. Partie postkomunistyczne rumuńska i bułgarska od początku były tam bezalternatywne. Na Litwie z kolei to tamtejszy odłam partii komunistycznej podjął zadanie doprowadzenia do niepodległości. Tamtejsi komuniści, pod przewodnictwem Algirdasa Brazauskasa, zbuntowali się przeciwko Moskwie, zyskując w ostatnim momencie legitymizację narodową. Gorbaczow, po tym, jak Litwa ogłosiła niezależność od Moskwy, zdecydował się na konfrontację militarną, dzięki której późniejsi postkomuniści stali się symbolami niepodległego państwa. Dziś w Sejmie litewskim wiszą na ścianach ogromne zdjęcia tamtych wydarzeń. Jeszcze inne przypadki to Estonia i Czechy. W Estonii mamy do czynienia z odrodzeniem partii socjaldemokratycznej sprzed 1945 roku. Jeśli dobrze pamiętam, obecny prezydent tego państwa, Toomas Hendrik Ilves, jest wnukiem jednego z założycieli tej partii. Między innymi dzięki temu socjaldemokratom udaje się tam symbolicznie nawiązywać do przedwojennych tradycji. Podobnie jest w Czechach, gdzie partia komunistyczna została dodatkowo kompletnie skompromitowana w 1968 roku, jako pas transmisyjny sowieckiej „normalizacji”.</p>
<p><em><strong>Porozmawiajmy teraz o polskiej lewicy czy też jak pan mówi, o jej braku. Mówił pan o kompromitacji środowiska postpezetpeerowskiego wraz kolejnymi latami transformacji i o jego utożsamieniu z planem Balcerowicza. Niezależnie od niedoskonałości „momentu założycielskiego”, system, tak ekonomiczny, jak i polityczny, można reformować. Polska lewica mogłaby mieć w tych sprawach zasadniczy głos, przygotowując na przykład programy zmian i analizy. Dlaczego tak się nie dzieje? Dlaczego lewica bardziej niż wypracowaniem swojego etosu, interesuje się nieznośnie lekkimi sprawami obyczajowymi i kulturowymi?</strong></em></p>
<p>Brak legitymizacji z początku lat 90. jest jedną z przyczyn, dla których lewica w Polsce nigdy nie wyłoniła formacji przywódczej, zdolnej tworzyć wokół siebie politykę z prawdziwego zdarzenia. Brak legitymizacji czy też świadomość tego braku powstrzymywała lewicę przed podejmowaniem spraw społecznych, ekonomicznych, artykułowaniem nowych wizji intelektualnych. Bo przecież do tego trzeba ogromnej odwagi! Gdy zaczyna się robić coś takiego, ma się przeciwko sobie wszystkich – media, inne partie polityczne, nawet państwo. I SLD tej odwagi po prostu nie miało. Skutkiem tego było, że sprawy naprawdę społecznie ważne zostały zostawione populistom: Andrzejowi Lepperowi, radykalnym działaczom związkowym, Prawu i Sprawiedliwości. A tymczasem SLD i młoda lewica w rodzaju „Krytyki Politycznej” zajmowały się poszukiwaniem dla siebie bezpiecznego miejsca. Tym bezpiecznym miejscem w jakimś sensie okazały się właśnie kwestie obyczajowe i kulturowe.</p>
<p><strong><em>Lewica twierdzi jednak, że poruszanie tych kwestii jest w konserwatywnym, katolickim społeczeństwie polskim trudne. Że przyczynia się do naszej modernizacji, rozwoju cywilizacyjnego.</em></strong></p>
<p>Oczywiście, również te tematy budzą opór. Także wymagają odwagi artykulacji. Ale i tak są bezpieczne, i tak są unikiem. Szczególnie dobrze widać to w ostatnich miesiącach. Oto stajemy oko w oko z problemami o naturze fundamentalnej, z bezwładem państwa, z konstytucją, która kreuje zupełnie absurdalny, groteskowy system polityczny, z walką między prezydentem a premierem, z potężnym kryzysem gospodarczym. Niech pani zwróci uwagę, że na wszystkich tych płaszczyznach – państwo, system polityczny, gospodarka – lewica była i jest nieobecna! Ja nie wiem jakie jest w tej chwili stanowisko – czy to SLD, czy „Krytyki Politycznej” – w jakiejkolwiek sprawie podstawowej. Na przykład, jednym z najpoważniejszych problemów, jakie stoją dziś przed lewicą, jest, jak dyscyplinować finanse państwa. Lewica na świecie, tam, gdzie istnieje i działa, proponuje między innymi opodatkowanie operacji na rynkach finansowych. Co sekunda obraca się tam nieprawdopodobnymi sumami pieniędzy, miliardami dolarów. Propozycja jest ciekawa, bo z jakiej racji mamy ciągle szukać oszczędności na emerytach, jeśli istnieje takie źródło dodatkowych pieniędzy? Czy spotkała się pani z tego typu dyskusją w Polsce? Bo ja nie. Przecież w Niemczech, w twardym rdzeniu europejskiego kapitalizmu, rząd w Berlinie zdecydował się na wydanie zakazu spekulacji obligacjami rządowymi. I dziwię się, że Grzegorz Napieralski, po dobrym wyniku w kampanii prezydenckiej, nie wykorzystał tego i nie zrobił dużej konferencji z ekonomistami, którzy poddaliby spokojnej, ekonomicznej analizie propozycje rządu Donalda Tuska dotyczące sprawy podatków.</p>
<p><strong><em>Po zajęciu trzeciego miejsca w pierwszej turze wyborów prezydenckich rozmawiał pan jednak z Grzegorzem Napieralskim. Radził mu pan, by nie popierał żadnego z pozostałych w drugiej turze kandydatów. Czy doradzał pan mu również zwołanie takiej konferencji? Poza tym: w Polsce nie brakuje ekspertów, lewicowych intelektualistów lub po prostu ekspertów, których lewica mogłaby posłuchać. Tak się nie dzieje.</em></strong></p>
<p>Nie mam tego rodzaju relacji z Grzegorzem Napieralskim, by proponować mu zwoływanie takich konferencji. A dlaczego lewica nie słucha ekspertów? Wynika to z braku dobrego przywództwa i organizacji. Tadeusz Kowalik wydał ostatnio „Polską transformację”, świetną analizę, która pokazuje cały blichtr ekscytacji na temat reformy Balcerowicza. Istnieją również bardzo dobre analizy Stanisława Gomułki, który nie jest co prawda lewicowy, ale jest świetnym ekonomistą. Takich ekspertów można znaleźć więcej. Problem jednak w tym, że aby zaprosić takie osoby na konferencję, dobrze zorganizować debatę, skutecznie ją nagłośnić, a potem jeszcze wydać książkę z materiałami z niej, trzeba byłoby mieć w SLD wiarygodne przywództwo i dobrą organizację. Moim zdaniem Napieralski powinien iść w tym kierunku, wykorzystać swój sukces na poziomie elektoralnym i pokazać, że jest w stanie udźwignąć konstytuowanie się lewicy w Polsce.</p>
<p><strong><em>Dotykamy tu jednak problemu znacznie szerszego. Wszystko, co mówi pan o kryzysie przywództwa i organizacji na lewicy, można powiedzieć o innych polskich ugrupowaniach. Podobnie ze słuchaniem ekspertów. Platforma Obywatelska również w rzeczywistości nie chce tego robić. Nie mówiąc już o tym, że od kilku miesięcy mamy w Polsce sytuację, w której politycy wspólnie z częścią mediów korzystają ze sposobności, by stroszyć pióra w kłótniach o żałobę, krzyż i Pałac Prezydencki, zamiast dyskutować o podatkach, żłobkach i emeryturach. Wygląda na to, że żyjemy na politycznej pustyni… Maria Janion pisała kiedyś o słabości polskiej kultury. Tę diagnozę można odnieść również do polskiej polityki. Nie chcę, żebyśmy zbyt daleko odchodzili od tematu naszej rozmowy, ale wydaje mi się, że nie można zrozumieć ani słabości polskiej lewicy, ani innych ugrupowań politycznych, jeśli nie zastanowimy się nad tym szerszym kontekstem.</em></strong></p>
<p>Rozumiem co pani ma na myśli, to znaczy, że mamy do czynienia z pewnym pęknięciem czy słabością kultury narodowej. Można to uzasadnić w sposób dość schematyczny, mówiąc, że Polacy są narodem bez tradycji państwowej. Cały XIX wiek, gdy kształtowały się wielkie europejskie państwa narodowe, my ciągle nie mieliśmy państwa. Dlatego nie mamy wykształconej klasy politycznej, jak mówią Francuzi: nie tylko polityków, ale też całej sfery administratorów, mediów, intelektualistów, akademików. Być może można też pójść dalej i przypomnieć, że Gombrowicz pisał o kompletnym braku formy tego narodu. Nigdy nie przeżyliśmy rewolucji protestanckiej, ani właściwie rewolucji oświeceniowej. Narody w Europie Zachodniej, a także Czechy, które je przeszły, kształtowały się wokół pewnego konfliktu ideowego, będącego fundamentem nowoczesności. To przyniosło im formę i umiejętność definiowania i obrony swojego stanowiska. Być może z tego wynika, że mamy wszczepioną pewnego rodzaju obojętność wobec kwestii państwa i dobra wspólnego, wobec czasoprzestrzeni.</p>
<p><em><strong>Nie do końca się z panem zgadzam. Myślę, że brak tradycji państwowej jest mniej ważny, niż, wynikająca prawdopodobnie z tradycji powstań narodowych, bezustanna potrzeba skrajnych emocji. Te emocje sami wytwarzamy, jeśli nie ma ku nim żadnych realnych powodów, aż stają się ważniejsze od politycznej i kulturowej codzienności. W dodatku emocje te łączą się z brakiem poczucia zakorzenienia w rzeczywistości. Stąd nieumiejętność wzięcia na siebie odpowiedzialności. Wracając do lewicy w Polsce, takiego właśnie mechanizmu upatrywałabym w przyczynach jej słabości. Strach przed odpowiedzialnością przykrywany jest modą na Lenina i Żiżka…</strong></em></p>
<p>A ja myślę, że największym strachem lewicy w Polsce jest, że gdyby zaczęła zachowywać się poważnie, musiałaby stać się… lewicowa. Nie zgadzam się, jeśli chodzi o zakorzenienie. Myślę, że nie ma powodu, by takiego poczucia nie można było wypracować. Znów wracając do przykładu Napieralskiego, można powiedzieć tak. Napieralski zdobył jakieś zakorzenienie, dzięki poparciu w wyborach bezpośrednich. Mógłby zabrać się w takim razie za tematy społecznie ważne. Najpierw musiałby je jednak właściwie zdefiniować.</p>
<p><em><strong>Pytanie tylko, czy jest do tego zdolny. Nawiązując do tego, co mówił pan wcześniej o udźwignięciu przez Napieralskiego konstytuowania się lewicy w Polsce, muszę powiedzieć, że jestem bardzo sceptyczna. Jego sukces w ostatnich wyborach był podyktowany wyłącznie warunkami politycznymi, w których znaleźliśmy się po 10 kwietnia. Z kolei po wyborach nie dostrzegłam żadnego powodu, by zacząć myśleć, że szef SLD mógłby odegrać taką rolę.</strong></em></p>
<p>Ja także nie jestem pewien. To, czy Napieralski będzie w stanie skupić wokół swojego sukcesu formację, która podniesie na poważnie problem polskiej polityki, rozstrzygnie się w najbliższych miesiącach. Na razie z pewnością popełnił błąd, wchodząc w <em>mainstreamowy </em>temat krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Oczywiście, lewica powinna bronić świeckości państwa, nie bać się krytyki kościoła ale trzeba zastanowić się, jak to robić. Lewica w Polsce nie ma szans na, używając pani słów, na zakorzenienie, ani na rzetelne zorganizowanie, jeśli będzie propagować radykalny antyklerykalizm. Dlatego, że w Polsce nie było historycznie konfliktu państwo/społeczeństwo – Kościół. W dużym skrócie, w Hiszpanii konflikt pomiędzy konserwatywnym państwem, siłami feudalnymi z kościołem rzymsko-katolickim na czele a liberalizmem wypełnia cały XIX wiek. W dwudziestym stuleciu lewica przejmuje antyklerykalizm po liberalizmie. W Polsce było zupełnie inaczej. Mickiewicz czy Słowacki to byli radykalni lewicowi katolicy, często zderzający się z Kościołem instytucjonalnym, ale jednak katolicy, zresztą wyjątkowo oryginalni intelektualnie. Zrewoltowani, zderzający się z całym ówczesnym porządkiem międzynarodowym, niezależni od Kościoła, lewicowi, i otwarci na inne religie i kultury katolicy. Podobnie Giedroyć i zespół „Kultury”. Wreszcie podstawowa tradycja, która tworzy dzisiejszą politykę polską, to jest doświadczenie podziemnej „Solidarności”, parafii ukrywających działaczy robotniczych, strajków wspieranych przez Kościół, młodych, radykalnych kapłanów działających w duchu posoborowym, takich jak ksiądz Jerzy Popiełuszko. Nie widzę powodów, aby lewica w Polsce miała oddawać tą tradycję prawicy i dewotom. Przecież to jest także nasza, lewicowa tradycja.</p>
<p><em><strong>Mówi pan jednak o Polsce w czasach braku lub niepełnej suwerenności. Może dziś sytuacja nie uległa zbyt daleko idącej zmianie, by kontynuować tamto myślenie? Sam Kościół jest dziś przecież zupełnie inny, niż choćby 20 lat temu – zanalizujmy w tych kategoriach miesiące po katastrofie smoleńskiej, weźmy też pod uwagę ingerencję w sferę obyczajową…</strong></em></p>
<p>Rzecz jasna, po 1989 roku mamy do czynienia z nowymi problemami, w pewien sposób przypominającymi sytuację w II Rzeczpospolitej. Lewica nie może się bać Kościoła, musi bronić, w takim kraju jak Polska, wolności kobiet, godności ludzi, autonomii nauki, kultury i państwa przed zakusami państwa wyznaniowego. Ale w tym wszystkim trzeba zachować proporcje. Przedwojenna PPS był partią, która wspierała wielkie kampanie Boya czy Krzywickiej, nie bojąc się konfliktu z Kościołem, lecz trudno byłoby antyklerykalizm uznać za główny rys ideowy tej partii. Powiem tak, w pewnym uproszczeniu: w Hiszpanii Kościół jest stracony dla lewicy, bo odgrywał w okresie dyktatury podobną rolę, jak PZPR w PRL: kontrolera ideowego, w życiu publicznym, w cenzurze, czy szerzej w karierach zawodowych. Kościół dzisiaj, w demokratycznej Polsce uzyskał niewspółmierny wpływ na państwo, na prawo właśnie dlatego, że nie ma lewicy, która bez histerii i antyklerykalizmu nie bała by się w sejmie mówić własnym głosem i konsekwentnie działać na rzecz obrony świeckości państwa.</p>
<p><em>* Prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva.</em></p>
<p><em>** Józef Pinior pisał o tym problemie m.in. w tekście „Rozpaczliwa agonia lewicy”, opublikowanym przez Tygodnik „Europa” 28 marca 2009 roku.</em></p>
<p><em>*** Józef Pinior, polityk, prawnik, filozof. W PRL działacz „Solidarności”, aresztowany w 1983 roku i skazany na cztery lata więzienia. Od 1987 roku uczestniczył w próbach reaktywowania PPS. Od 2004 do 2009 poseł do Parlamentu Europejskiego.</em></p>
<p><em>**** Karolina Wigura, doktor socjologii, dziennikarz. Członkini redakcji „Kultury Liberalnej”, piątkowego dodatku „Kultura” do „Dziennika” i miesięcznika „Europa”.</em></p>
<p><em>***** Współpraca przy spisaniu wywiadu: Karolina Dec, Marta Kucharczuk, Agata Tomaszuk.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 84 (34/2010) z 17 sierpnia 2010 r.</em></strong><br />
Słowa kluczowe:<br />
Kultura Liberalna, liberalizm, Józef Pinior, Karolina Wigura, polityka, lewica, wywiad, historia, Polska</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/17/wielka-pustka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WALZER, SZAWIEL, MEYER: Czego boi się lewica? (I)</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Aug 2010 01:13:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Henning Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Meyer]]></category>
		<category><![CDATA[Michael Walzer]]></category>
		<category><![CDATA[nr 38]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tadeusz Szawiel]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Walzer]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6754</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, lewica w Polsce pogrążona jest w bardzo szczególnym kryzysie, który tylko do pewnego stopnia odzwierciedlają sondaże. Kryzys polega nie na braku obecności w polskiej debacie czy sferze publicznej, ale na sposobie tej obecności. Retoryka lewicy związana jest dziś przede wszystkim z liberalną obyczajowością (związki partnerskie, parytety itd). Jednak tematyka ta jest w dwojaki sposób problematyczna. Po pierwsze, nie jest ona niczym wyróżniającym dla lewicy. Również inne, nielewicowe partie, mogą z powodzeniem jej używać. Po drugie, retoryka ta zdaje się „przykrywać” problemy biedy, nierówności społecznych itd., czyli te, które znajdują się w samym centrum lewicowej tożsamości. O klęsce lewicy w obliczu kryzysu finansowego z 2008 roku napisano wiele, ale w Polsce być może nie zadano jeszcze najważniejszych pytań. Czyżby, z jakichś względów, lewica obawiała się poruszać te typowo lewicowe problemy? Czy to, czego boi się najbardziej, to brak własnej tożsamości, w szczególności w nadwiślańskich warunkach? Jak wygląda polityka historyczna lewicy w polskich warunkach?<br />
</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu WALZER, SZAWIEL, MEYER: Czego boi się lewica? (I)&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, lewica w Polsce pogrążona jest w bardzo szczególnym kryzysie, który tylko do pewnego stopnia odzwierciedlają sondaże. Kryzys polega nie na braku obecności w polskiej debacie czy sferze publicznej, ale na sposobie tej obecności. Retoryka lewicy związana jest dziś przede wszystkim z liberalną obyczajowością (związki partnerskie, parytety itd). Jednak tematyka ta jest w dwojaki sposób problematyczna. Po pierwsze, nie jest ona niczym wyróżniającym dla lewicy. Również inne, nielewicowe partie, mogą z powodzeniem jej używać. Po drugie, retoryka ta zdaje się „przykrywać” problemy biedy, nierówności społecznych itd., czyli te, które znajdują się w samym centrum lewicowej tożsamości. O klęsce lewicy w obliczu kryzysu finansowego z 2008 roku napisano wiele, ale w Polsce być może nie zadano jeszcze najważniejszych pytań. Czyżby, z jakichś względów, lewica obawiała się poruszać te typowo lewicowe problemy? Czy to, czego boi się najbardziej, to brak własnej tożsamości, w szczególności w nadwiślańskich warunkach? Jak wygląda polityka historyczna lewicy w polskich warunkach?<br />
</em></p>
<p><em>Zapraszamy do lektury pierwszej odsłony Tematu Tygodnia, poświęconego strachom współczesnej lewicy. Nad różnicami między amerykańską i europejską lewicą zastanawia się <strong>Michael Walzer</strong>, o polskiej lewicy kulturowej pisze <strong>Tadeusz Szawiel</strong>, a kryzys socjaldemokratów w Niemczech i Wielkiej Brytanii opisuje <strong>Henning Meyer</strong>. Wkrótce ciąg dalszy dyskusji, a także oczywiste pytanie o strachy polskiej prawicy. Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>Redakcja</strong></em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/z-głowy-czerwone.png"><img class="aligncenter size-medium wp-image-6755" title="z głowy czerwone" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/z-głowy-czerwone-249x300.png" alt="" width="249" height="300" /></a></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"></a></small></strong><br />
<small><a href="#1">1. WALZER: Milczenie mas i wypożyczona tożsamość</a><br />
<a href="#2">2. SZAWIEL: Problemy polityki różnicy kulturowej</a><br />
<a href="#3">3. MEYER: Zmęczenie, rozczarowanie, nowy początek</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Michael Walzer</em></a></p>
<p><strong>Milczenie mas i wypożyczona tożsamość</strong></p>
<p>Kryzys finansowy z roku 2008, oraz jego długotrwałe konsekwencje, nie wyglądały tak samo w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Różniły się także użyte wobec nich środki. I podobnie strach lewicy po obu stronach Oceanu Atlantyckiego ma odmienne oblicza.</p>
<p>Zacznijmy od kilku słów o terminologii. W Ameryce nie używamy europejskiego sformułowania „demokracja socjalna”, ale mówimy o liberalizmie (który nie kojarzy się ani z libertarianizmem, ani z ekonomią typu laissez-faire). To oczywiste, że Ameryka na wiele sposobów znajduje się w kryzysie. Dług publiczny jest ogromny, a rząd będzie w końcu musiał podjąć niepopularne decyzje dotyczące reformy służby zdrowia. Sytuacja ekologiczna po wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej jest dramatyczna. W dodatku konsekwencją koniecznych reform dotyczących emisji dwutlenku węgla będzie spowolnienie gospodarki. A jednak administracja Baracka Obamy, politycznie ucieleśniająca amerykańskie pojęcie liberalizmu, wciąż cieszy się sporym poparciem społecznym. Jest tak co najmniej z dwóch przyczyn. Po pierwsze, Partia Demokratyczna wciąż dysponuje 13 milionami adresów elektronicznych, które zebrano podczas kampanii prezydenckiej i czyni z nich użytek. Po drugie, każdy kryzys stanowi jednocześnie możliwość rozwoju. Amerykanie zdają sobie z tego sprawę, bo raz już to przeżyli, przy okazji wielkiej depresji z lat 30. XX wieku.</p>
<p>Istnieje jednak przynajmniej jedna zasadnicza różnica między sytuacją Ameryki dziś i sprzed 80 lat. Barack Obama, mimo poparcia w sondażach i nowoczesnych metod kontaktowania się z wyborcami, w przeciwieństwie do Roosevelta nie może pochwalić się zmobilizowanym elektoratem, który byłby gotów przeistoczyć się w masowy ruch społeczny i nadać impetu wychodzeniu z kryzysu. I niestety, przez ponad dwa lata Obama nie był w stanie takiej mobilizacji wytworzyć. Gdyby mu się to udało i gdyby reformy, które przed nim stoją, okazały się udane, amerykański liberalizm miałby szansę nie tylko na przetrwanie, ale i ulepszenie i wzmocnienie. Jeśli mu się nie uda, następne wybory prezydenckie może wygrać zapatrzona w neoliberalny rynek prawica. Tu właśnie upatruję największego wyzwania – ale i największego strachu – lewicy w USA.</p>
<p>Europejska lewica boryka się z zupełnie innymi problemami. W Stanach Zjednoczonych było ogromnym zaskoczeniem, jak słabe i niezdolne do odzyskania swojego kapitału politycznego okazały się europejskie partie socjaldemokratyczne i socjalistyczne w obliczu kryzysu finansowego. Brytyjska Labour, francuscy socjaliści, niemiecka SPD – zamiast dyskutować na temat dalszej strategii, pogrążyły się we frakcyjnych i osobistych walkach. Już to skutecznie uniemożliwiło im działanie w sposób adekwatny do sytuacji – reszty dokonała ich koncentracja na zagadnieniach błędnie uznanych za najważniejsze. Mam na myśli nadmiernie skoncentrowanie na zagadnieniach związanych z tolerancją społeczną. W Stanach Zjednoczonych lewicowość, mniej więcej od lat 60., tradycyjnie związana jest szacunkiem dla tego, co określamy autentycznością osobistą. Innymi słowy, kładziemy duży i coraz większy nacisk na tolerancję wobec tego, co dawniej określano dewiacjami społecznymi i seksualnymi, a co dziś uważamy za wyraz prawa do samodzielnego decydowania o kształcie swojego życia. Jednak w przeciwieństwie do europejskiej lewicy, Amerykanie nie uważają, by były to zagadnienia związane z polityką państwa jako całości. Przeciwnie, jesteśmy przekonani, że nie mają one związku z tym, co musi być społeczną bazą dla każdego rodzaju polityki lewicowej.</p>
<p>Wszystko to razem zadziałało w państwach europejskich na niekorzyść lewicy. Więcej – wzmocniło również wzrost partii centrowo-prawicowych. We Francji i w Niemczech ugrupowania Nicolasa Sarkozy’ego i Angeli Merkel zachowały się wbrew swoim neoliberalnym przekonaniom, pompując pieniądze w różnego rodzaju programy, godne niejednej partii lewicowej, i w ten sposób zyskując nowych zwolenników. Tymczasem lewica nie potrafiła – lub obawiała się – korzystać ze swojej pozycji ideologicznej, której, w przeciwieństwie do ugrupowań Merkel czy do Sarkozy’ego, w sytuacji kryzysu finansowego nie musiałaby od nikogo pożyczać.</p>
<p><em>* Michael Walzer, filozof i pisarz polityczny, redaktor naczelny „Dissent Magazine”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Tadeusz Szawiel</em></a></p>
<p><strong>Problemy polityki różnicy kulturowej</strong></p>
<p>Od jakiegoś czasu mówi się w Polsce o lewicy kulturowej. I zazwyczaj łączy się to określenie ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, które kieruje uwagę i animuje dyskurs w sferze szeroko rozumianej różnicy kulturowej, w przeciwieństwie do starej, socjaldemokratycznej lewicy kładącej nacisk przede wszystkim na sferę zróżnicowań ekonomicznych i społecznych. Można to określić mianem polityki różnicy kulturowej. Chodzi przy tym nie tylko o afirmację różnicy, ale także aktywne poszukiwanie i świadome konstruowanie różnicy. Logicznym następstwem różnicy kulturowej jest polityka tożsamości grupowych. Różnice stanowią podstawę do afirmacji, poszukiwania i budowania tożsamości. Z kolei afirmowane tożsamości grupowe domagają się społecznego uznania. Następnym krokiem jest domaganie się przez rozmaite mniejszości (grupy tożsamościowe) „równych praw” lub praw specyficznych. Jeżeli można użyć tu tradycyjnej pojęciowości, to po emancypacji politycznej (równe prawa polityczne), emancypacji ekonomicznej i społecznej (welfare state) współcześnie problemem stała się emancypacja kulturowa.</p>
<p>Poniższe uwagi nie wpisują się w dyskurs krytyki kultury, wskazują raczej na pewne wewnętrzne trudności, które mogą nastawiać sceptycznie do polityki różnicy kulturowej. Problem lewicy kulturowej to, po pierwsze, problem uzasadnienia, dlaczego jedne różnice są istotne, a inne nieistotne w sferze publicznej. Po drugie, to problem, jak uzasadnić przyznanie pewnym grupom „równych praw” bądź praw specyficznych. Na przykład grupie o tożsamości homoseksualnej. Nie wystarcza tu odwołanie się do ideału równości, bo oznacza ono jedynie odsunięcie problemu. Wiadomo przecież, że odmawiamy równych praw politycznych młodzieży. Młodzi ludzie (do 18 lat) są dyskryminowani, bo nie przysługuje im pełnia praw obywatelskich. Istnieje zgoda, że ideał równości nie stosuje się do tej różnicy (młodzież – starsi). Dla lewicy kulturowej ważna jest teoria prawomocności odwoływania się do ideału równości. I, konsekwentnie, do wszystkich innych ideałów. To ważne, ponieważ wyklucza ona w charakterze „uzasadnienia” odwołanie się do autorytetu bądź tradycji.</p>
<p>Po trzecie, to problem uzasadnienia granic przyznawania praw. Prosty przykład: dzieci uzyskują prawo do skarżenia rodziców w sytuacji stosowania np. przemocy fizycznej. Ale dlaczego nie pójść dalej: przecież wcale nie jest absurdalne domaganie się przyznania dzieciom prawa skarżenia rodziców i domagania się odszkodowania za błędy wychowawcze czy konkretne decyzje (np. przeprowadzkę do innego miasta ze względu na lepsze możliwości zarobkowania, ale gdzie szkoła i środowisko szkolne są dużo gorsze), jeżeli dziecko potrafi udowodnić przed sądem, że poniosło straty czy niepowodzenia, które nieodwracalnie wpłynęły na jego szanse życiowe i na to, kim jest. Ale i to nie koniec: dlaczego nie brać pod uwagę bardziej subtelnych „strat”, dlaczego współczesny Franz Kafka miałby się nie domagać od ojca zadośćuczynienia? I dlaczego miałoby brakować po temu odpowiednich podstaw prawnych?</p>
<p>Inna trudność wiąże się z kwestią emancypacji jednostkowej. Współczesną formą tego problemu jest ideał samorealizacji czy (rosnącej) indywidualizacji jednostki. Pomijam tu kłopoty związane z problem więzi społecznych, kooperacją społeczną czy też po prostu możliwościami komunikacji społecznej w sytuacji, kiedy samorealizacja staje się nie tylko ważną, ale i nadrzędną wartością. Warto zwrócić uwagę na inny problem: samorealizacja jest pojęciem refleksyjnym. Muszę wiedzieć, że się samorealizuję, bądź rozumieć taki wymóg, jeżeli jest kierowany pod moim adresem. Jeżeli samorealizacja staje się programem bądź zadaniem, to pociąga za sobą instrumentalny stosunek do samego siebie. Jeżeli samorealizacja jest autokonstrukcją, to im bardziej się konstruujemy, tym mniej wiemy i tym mniej rozumiemy tego, kto konstruuje – kto jest podmiotem, kim jest to „ja”, które konstruuje swoją samorealizację. W konsekwencji owo „ja” staje się pustym miejscem, które rodzi niepokój i w końcu poczucie nieautentyczności, których nie jest w stanie usunąć, a raczej pogłębia, jeszcze intensywniejsze konstruowanie. Ten konstruktywizm znajduje systematyczne wsparcie, czego przejawem jest kariera takich wyrażeń, jak „umiejętności interpersonalne”, „treningi wrażliwości”, „inteligencja emocjonalna” czy „planowanie kariery”. Odpowiedzią na permanentny deficyt autentyczności jest poszukiwanie relacji bez pośrednictwa konstrukcji, np. w związkach intymnych, co często kończy się niepowodzeniem w sytuacji obsesji autokonstrukcją. Innym wyjściem jest powrót do zrytualizowanych i dobrze zdefiniowanych relacji (religijnych i quasi-religijnych, zawodowych, korporacyjnych), ale to oznacza pewnego rodzaju porażkę ideału samorealizacji i indywidualizacji.</p>
<p>Bardziej lub mniej ambitnym postulatom zmiany kulturowej towarzyszą projekty nowych form życia, nowych instytucji. W pewnym sensie takie eksperymentowanie z formami społecznymi charakterystyczne jest dla nowoczesności (wystarczy z tego punktu widzenia spojrzeć na okres Rewolucji Francuskiej), ale albo są one krótkotrwałe, albo dotyczą niewielkich awangardowych środowisk. W demokracjach zachodnich takim okresem intensywnego eksperymentowania był okres rozkwitu kontrkultury po 1968 roku. Sami uczestnicy i praktycy, np. nowych form życia w komunach, które wyeliminowały pojęcie rodziny, a dzieci wychowywały kolektywnie, oceniali (pamiętniki) te radykalne projekty z perspektywy czasu negatywnie. To prowadzi do uwagi, że nie wszystkie formy życia postulowane czy praktykowane są równie dobre: są lepsze i gorsze. I z tym pewnie wszyscy mogliby się zgodzić. Problem jednak polega na tym, że ewentualnej lepszości (czy gorszości) nie da się okazać przez racjonalny dowód ani uzgodnić w drodze racjonalnego dyskursu. Niepowodzenia rozmaitych (kontr)kulturowych projektów są raczej związane z tym, że nie wszystkie były w stanie udźwignąć ciężar życia, owej, jak mówi filozof „mrocznej, dynamicznej, nienasycenie pożądającej samej siebie mocy”. Życie przekracza możliwości obiektywizacji umożliwiającej racjonalne wskazanie odpowiadających mu form kulturowych. W naukach społecznych po części ujawnia się to pod postacią „skutków ubocznych” lub „nieprzewidywanych konsekwencji”. Filtrem „lepszości” czy „gorszości” jest czas, który też jest źródłem siły argumentów „z tradycji”, co z kolei jest nie do przyjęcia dla kulturowej lewicy.</p>
<p>Na koniec warto rzucić okiem na rzeczywistość. Szukając odpowiedzi na pytanie o szanse zmiany kulturowej, skłonni jesteśmy kierować wzrok na młodzież. Jakie zatem są w Polsce oczekiwania i wartości młodzieży, 18-19-latków pozostających w systemie szkolnym? Młodzi ludzie (88 proc.) oczekują, że będą mieli pełną rodzinę (żonę/męża) i dzieci; 86 proc. oczekuje posiadania co najmniej dwójki dzieci (21 proc. trójki); 91 proc. uczęszcza na lekcje religii w szkole, 43 proc. ocenia, że te lekcje są ciekawe, a 35 proc., że nie różnią się pod tym względem od innych; 49 proc. praktykuje co najmniej raz w tygodniu; w grupie młodzieży 18-24 lata akceptacja prawa do aborcji bez ograniczeń („jeżeli kobieta tak sobie życzy”) spadła z 34 proc. w 1992 roku do 14 proc. w 2008 (źródło: CBOS 2008 i PGSS 1992-2008). Nie przytaczam tych danych po to, by powiedzieć, że lewica kulturowa ma trudno w Polsce. W końcu trudności często wzmacniają motywacje i skłonność do poświęceń, a poza tym z obecnej sytuacji trudno jest wyrokować o tym, co będzie za 10 czy 20 lat, jak pouczają przykłady Hiszpanii czy Irlandii. Ale na te skromne wskaźniki „rzeczywistości” można też spojrzeć jako na odpowiedź na pytanie o zaufanie do form, które są w stanie udźwignąć ciężar życia. Czemu młodzi ludzie byliby skłonni zaufać.</p>
<p><em>* Tadeusz Szawiel, doktor socjologii.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Henning Meyer</em></a></p>
<p><strong>Zmęczenie, rozczarowanie, nowy początek</strong></p>
<p>Lewicy w Niemczech i Wielkiej Brytanii nie dręczy strach. Jej problemy to zmęczenie i rozczarowanie po kilkunastu latach sprawowania rządów. Widoczny jest również kłopot ze zdefiniowaniem nowej sytuacji: wielu polityków zdążyło zapomnieć, że polityka rządowa i partyjna nie podlegają tym samym zasadom. Dlatego, zamiast budować własną siłę, partie lewicowe często koncentrują się na pustym programowo krytykowaniu innych.</p>
<p>Problemy, z którymi boryka się obecnie lewica w tych dwóch krajach, wpisują się w szerszy kryzys tej strony sceny politycznej w Europie. Jego pierwsze symptomy datują się na lata 90., gdy partie socjaldemokratyczne w całej Europie przechodziły proces dopasowania do politycznego <em>mainstreamu</em>. Konsekwencją tego procesu było zarzucenie pracy zarówno nad tworzeniem wyrazistego oblicza nowoczesnej lewicy, jak i choćby wypracowaniem tego politycznego <em>mainstreamu</em> lewicowej odmiany.</p>
<p>W dużej mierze właśnie w latach 90. należy szukać przyczyn, dla których lewica przegrała kryzys finansowy z 2008 roku. Dwa lata temu wielu ekspertów wyrażało nadzieje, że lewica stanie się naturalnym beneficjentem załamania na rynkach, jako siła, która wyznaczy ideologii neoliberalnej wyraźne granice. Nie stało się tak, z dwóch powodów. Po pierwsze, w konsekwencji zaniedbań sprzed kilkunastu lat, lewica nie dysponowała polityczną alternatywą, którą mogłaby wcielić w życie. Po drugie, w momencie nadejścia kryzysu, niemiecka SPD była członkiem Wielkiej Koalicji, zaś brytyjska Partia Pracy sprawowała władzę – w naturalny sposób przypisano jej zatem część winy za kryzys.</p>
<p>W Niemczech do ogólnego osłabienia socjaldemokratów dołączyło się również powstanie radykalnej partii lewicowej, „Die Linke”. Przyciągnęła ona najbardziej rozczarowanych, pozostawiając umiarkowanej SPD relatywnie niewielu zwolenników i prowadząc do rozbicia lewicowego elektoratu. Polityka niemieckich partii lewicowych od lat nie była też prowadzona demokratycznie. Gdy chodzi na przykład o SPD, sytuacja jest lepsza w landach, ponieważ w każdym z nich organizacje partyjne demokratycznie wyłaniają swoich przywódców. Ponieważ landy są bardzo zróżnicowane, SPD również ma wiele twarzy, które odpowiadają mieszkańcom konkretnych części Niemiec. Niestety, większość decyzji na poziomie federalnym oodejmowana jest przez wielkie osobowości. Właściwie zrezygnowano z masowych spotkań partyjnych. Najbardziej wyrazistym przykładem tej sytuacji był Gerhard Schröder, który po prostu uderzał pięścią w stół i krzyczał: „Albo to zrobicie, albo nie będę dłużej kanclerzem”, jednak patologia elitaryzacji decyzji partyjnych ma również swoje łagodniejsze, i przez to trudniejsze do zauważenia, oblicza. Ta kwestia, często niedoceniana, ma poważne negatywne konsekwencje nie tylko dla partii, ale również dla kultury demokratycznej społeczeństwa w ogóle.</p>
<p>Całe szczęście, zarówno niemiecka SPD, jak i brytyjska Partia Pracy, powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że czas stawić tym wyzwaniom czoła. Jasne stało się, że konieczna jest praca nad programem, która pociągnie za sobą wymianę partyjnych przywódców. Nie oznacza to jeszcze, że lewica w Niemczech i Anglii porzuciła strategię dopasowywania się do mainstreamu. Jednak widoczna jest już wola dalszego rozwoju, wypracowywania własnej tożsamości, niekoniecznie połączonego z porzuceniem wszystkiego, do czego socjaldemokraci doszli w latach 90.</p>
<p>Najlepszym materiałem dla nowej tożsamości są najbardziej palące dziś problemy społeczne. Zdefiniujmy je. W latach 90. w Niemczech borykano się przede wszystkim z bezrobociem, a także pytaniem, jak powinien wyglądać państwowy rynek pracy. Dziś zasadniczy problem społeczny Republiki Federalnej to wciąż bezrobocie, łączące się jednak z nowymi niedomaganiami systemu gospodarczego, zwłaszcza z nierównościami społecznymi, powstającymi na przykład w związku z różnicami w płaconych przez obywateli podatkach (w Niemczech, ale także w Wielkiej Brytanii zasadnicza dyskusja dotyczy dziś wysokości podatku dochodowego od osób najbogatszych – lewica proponuje podniesienie go do 50 procent). Zasadnicze pytanie brzmi tu oczywiście, w jaki sposób walka z nierównościami społecznymi ma się stać sednem nowej lewicowej tożsamości, w jaki sposób postulaty opakować w programowy produkt.</p>
<p>Jeśli wszystko to zostanie połączone z powrotem do bardziej demokratycznych organizacji partyjnych, socjaldemokracja będzie miała ponownie szansę na powrót tam, skąd pochodzi: do bliskości ze społeczeństwem, trzymania ręki na jego pulsie. Do tego konieczne jest stworzenie mechanizmów, które pozwolą na słuchanie wypowiedzi wyborców na temat ich potrzeb i następnie reagowanie. Pocieszające jest, że sekretarz generalna SPD stara się w tej chwili wytworzyć tego rodzaju system na poziomie lokalnym, i być może zaowocuje to odbudowaniem kultury politycznej wewnątrz samej partii. Bardzo podobne działania można zaobserwować w brytyjskiej Labour.</p>
<p><em>* Henning Meyer, politolog, ekspert LSE w Londynie, redaktor naczelny „Social Europe Journal”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Współpraca: <strong>Tomasz Jarząbek.</strong><br />
*** Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong>.</em></p>
<p><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 83 (33/2010) z 10 sierpnia 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/walzer-szawiel-meyer-czego-boi-sie-lewica-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>JASINA, KOZŁOWSKI: O braku Łotysza w polskiej duszy</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/03/jasina-kozlowski-o-braku-lotysza-w-polskiej-duszy/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/03/jasina-kozlowski-o-braku-lotysza-w-polskiej-duszy/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 03 Aug 2010 00:43:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Inflanty]]></category>
		<category><![CDATA[Jasina]]></category>
		<category><![CDATA[Kozłowski]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Litwa]]></category>
		<category><![CDATA[nr 82]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Łotwa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6631</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, </em><em>gdy pada hasło &#8222;wschodni sąsiedzi Polski&#8221;, najczęściej myślimy o trzech krajach: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/05/11/bialorus-zerkajac-na-sasiada/" target="_blank">Białorusi</a>, <a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/08/31/riabczuk-szporluk-jasina-wigura-szewczenko-polska-ukrainaukraina-polska-emocje-stereotypy-pojednanie/" target="_blank">Ukrainie</a> i <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/01/19/zakrzewski-jasina-kozlowski-litwa-polska-trudna-milosc/" target="_blank">Litwie</a>. W „Kulturze Liberalnej” omawialiśmy już stosunki, jakie nas z nimi łączą i problemy z tym związane. Kulturowych sąsiadów mamy na szczęście więcej. Nie można zapominać, jak złożona jest historia, która prowokuje do pytania, gdzie tak naprawdę przebiegają granice między narodami. </em><em>Dlatego zerkamy w stronę Łotwy. Co wiemy na temat tego kraju? Niestety, wszystko wskazuje na to, że Łotwa jest nieobecna w naszej świadomości. Autorzy tekstów w Temacie Tygodnia -<strong> Łukasz Jasina</strong> i <strong>Michał Kozłowski </strong>- ze smutkiem przyznają, że najlepszym dowodem może być brak jakichkolwiek, nawet negatywnych, stereotypów na temat Łotyszy w polskich duszach. </em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/03/jasina-kozlowski-o-braku-lotysza-w-polskiej-duszy/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu JASINA, KOZŁOWSKI: O braku Łotysza w polskiej duszy&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, </em><em>gdy pada hasło &#8222;wschodni sąsiedzi Polski&#8221;, najczęściej myślimy o trzech krajach: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/05/11/bialorus-zerkajac-na-sasiada/" target="_blank">Białorusi</a>, <a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/08/31/riabczuk-szporluk-jasina-wigura-szewczenko-polska-ukrainaukraina-polska-emocje-stereotypy-pojednanie/" target="_blank">Ukrainie</a> i <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/01/19/zakrzewski-jasina-kozlowski-litwa-polska-trudna-milosc/" target="_blank">Litwie</a>. W „Kulturze Liberalnej” omawialiśmy już stosunki, jakie nas z nimi łączą i problemy z tym związane. Kulturowych sąsiadów mamy na szczęście więcej. Nie można zapominać, jak złożona jest historia, która prowokuje do pytania, gdzie tak naprawdę przebiegają granice między narodami. </em><em>Dlatego zerkamy w stronę Łotwy. Co wiemy na temat tego kraju? Niestety, wszystko wskazuje na to, że Łotwa jest nieobecna w naszej świadomości. Autorzy tekstów w Temacie Tygodnia -<strong> Łukasz Jasina</strong> i <strong>Michał Kozłowski </strong>- ze smutkiem przyznają, że najlepszym dowodem może być brak jakichkolwiek, nawet negatywnych, stereotypów na temat Łotyszy w polskich duszach. </em></p>
<p><em>Łukasz Jasina pisze więc o trudnościach Polaków z tematem łotewskim, zaś Michał Kozłowski stara się dokładniej naszkicować historię Łotwy, pamiętając o polskich wątkach. Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>Redakcja</strong></em></p>
<p style="text-align: center;"><em><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/łotwa.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-6671" title="łotwa" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/08/łotwa.jpg" alt="" width="420" height="331" /></a><br />
</strong></em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"></a></small></strong><br />
<small><a href="#1">1. JASINA: Chwila z Łotwą, czyli czy mamy kolejnego sąsiada?</a><br />
<a href="#2">2. KOZŁOWSKI: Inflanty – zaginiona pamięć</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Łukasz Jasina</em></a></p>
<p><strong>Chwila z Łotwą, czyli czy mamy kolejnego sąsiada?</strong></p>
<p>Łotwa to kraj bardzo ciekawy („ciekawy” to zresztą słowo-wytrych: pokażmy kraj „nieciekawy”) i w Polsce nieznany. O Litwie mamy czasem pojęcie, na sprawach niemieckich „zna się” niemal każdy, Słowakom zazdrościmy Tatr, Czechom – wszystkiego, zaś Ukraińców i Białorusinów podejrzewamy o nienawiść do Polaków. Ale w stosunku do Łotyszy nie wytworzył się nawet porządny stereotyp.</p>
<p>A przecież stosunki polsko-łotewskie są złożone i opierają się na nieprzebranym bogactwie wspólnej historii. W relacji z innymi sąsiadami istnieje jednak pewna subtelna różnica: choć ziemie obecnej Łotwy istnieją w naszej świadomości od wieku XVI, to Łotysze – dopiero od niedawna.</p>
<p>Wszystko zaczęło się od wojny o Inflanty. Wtedy, rzecz jasna, dostrzegaliśmy tylko tamtejszych Niemców, a później Szwedów. Mieliśmy także własny kawał dzisiejszej Łotwy. W Polskich Inflantach rozkwitała zapomniana dziś kultura – dały one Polsce nie tylko Emilię Plater, ale i wielu innych ludzi, bez których nasza kultura byłaby uboższa. Później mieliśmy i studiujących w Inflantach Polaków autentycznych (Stanisław Wojciechowski), i fikcyjnych (Karol Borowiecki). Kurlandzkie korzenie dorabiał sobie Nikodem Dyzma&#8230; Zresztą do dziś okolice niegdysiejszego Dynaburga zamieszkuje wielu Polaków, a premier Łotwy – Valdis Dombrovskis nie unika pytań o „polskie korzenie”.</p>
<p>Inną Łotwę – zamieszkaną przez Łotyszy, Polska odkryła dopiero w roku 1918. Do tego nie mieliśmy w okresie międzywojennym żadnych konfliktów międzypaństwowych. Oczywiście to lekka mitologizacja, ale coś w tym jest (w tym sensie wśród sąsiadów II RP identyczny był jedynie casus Rumunii, podobny – Węgier). Polaków na Łotwie generalnie nie prześladowano, a Dynaburg zdobyli w 1920 roku Polacy, przekazując go następnie Łotwie. W Dynaburgu stanął pomnik polsko-łotewskiego braterstwa broni, zniszczony dopiero w czasach sowieckich. Na Łotwę uciekło wielu Polaków we wrześniu 1939 roku.</p>
<p>Później, po roku 1945, nie istniała już wspólna granica, a krajów naszych nie przybliżyły nawet przemiany systemowe. Hanzeatycka Ryga nie jest zalewana przez potoki polskich turystów.</p>
<p>W ten sposób, w gruncie rzeczy straciliśmy z oczu przemiany we współczesnej Łotwie. W ciągu ostatnich dwudziestu lat Ryga stała się ciekawym, kosmopolitycznym miastem, swoistym pomostem miedzy Unią Europejską i Rosją. Diaspora rosyjska wrosła nienajgorzej w krajobraz Łotwy. Ryga jest też chyba najciekawszym ze stolic nadbałtyckich. Nieprzypadkowo to właśnie tam odbył się szczyt NATO. Łotwa jest, jak się okazuje, dla innych krajów NATO partnerem ciekawszym niż Litwa i Estonia.</p>
<p>Z drugiej strony, znaczna część Łotwy, osobliwie położona przy granicy z Litwą i Białorusią Latgalia to w znacznej mierze rezerwat biedy i post-sowieckiej mentalności. Łotwa jest miejscem pełnym kontrastów. Obok pełnej klubów, hanzeatyckiej atmosfery i bogatych Rosjan Rygi, mamy tu Łatgalię (czyli dawne Polskie Inflanty) – miejsce pełne Polaków i Rosjan, momentami przypominające sąsiednią Białoruś. Łotwa to przedziwna mieszanka mentalności post-sowieckiej, post-niemieckiej i post-skandynawskiej. To autentyczny pomost miedzy dwiema Europami.</p>
<p>Sąsiad nie musi koniecznie mieć wspólnej granicy z nami. Sąsiad to także pojęcie mentalne – Łotwa zasłużyła sobie na miejsce takowe. Musimy odkryć ją ponownie.</p>
<p><em>* Łukasz Jasina, historyk, publicysta, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Michał Kozłowski</em></a></p>
<p><strong>Inflanty – zaginiona pamięć</strong></p>
<p style="text-align: right;"><em>[...] dzisiejsza polska czytająca publiczność mniej ma wyobrażenia [o przeszłości Inflant]<br />
niż o Sumatrze i Borneo.</em><br />
G. Manteuffel w liście do J.L. Kraszewskiego z 1877 r.</p>
<p>Dzisiejsza Łotwa składa się z czterech historycznych krain: Kurlandii i Semigalii, Liwonii oraz Łatgalii (flaga Łotwy nawiązuje do tych czterech regionów). Wszystkie one leżą na terenie dawnych Inflant. Wiadomości o Łotwie, podobnie jak kiedyś o Inflantach, praktycznie nie istnieją w świadomości społecznej Polaków. Dlaczego?</p>
<p>Inflanty należy rozumieć jako nowhereland – istnieją tylko geograficznie i historycznie. Nie istnieją w pamięci ludzkiej, choć czasami są reaktywowane przez badaczy. Tymczasem historia tego kraju zaczęła się – podobnie jak w całym regionie Bałtyku – wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa. Pierwszy etap dziejów Inflant w okresie od XII do XIII wieku to niemiecka „konkwista”. Podjęli ją mieszczanie niemieccy, tworząc w tym celu Zakon Kawalerów Mieczowych do ujarzmiania (i chrystianizacji) ludności bałtyckiej. Można tę misję uznać za regionalny wymiar krucjat, połączony z akcją osadniczą niemieckich mieszczan z północy Rzeszy. Mitem założycielskim tej kolonizacji było założenie Rygi. Należy dodać, że terytoria opanowane przez Zakon od razu stały się miejscem zainteresowania sąsiadów: Duńczyków (opanowali leżącą na północy Inflant Estonię) i książąt ruskich. Zakon Kawalerów Mieczowych został ostatecznie dość szybko przejęty przez sąsiednich Krzyżaków.</p>
<p>Po likwidacji państwa krzyżackiego w 1525 roku Kawalerowie Mieczowi ulegli regionalnym potęgom. Ze względu na swój strategiczny i geopolityczny charakter, Inflanty stały się miejscem konfrontacji: Polski i Litwy, Szwecji, Danii oraz Moskwy. Agresywna polityka tej ostatniej spowodowała, że niemieccy rycerze zakonni porzuciwszy katolicyzm, przeszli na luteranizm. Rok 1561 oznaczał koniec zakonu, którego ostatni wielki mistrz stał się lennym księciem Kurlandii i Semigalii, podległym Rzeczypospolitej. Resztę obszaru Inflant poddano Polsce i Litwie. Zmagania o ujście Dźwiny zakończyły się rozbiorem Inflant między Rzeczpospolitą, Danię i Szwecję, które wyeliminowały konkurencyjną Rosję.</p>
<p>Niemiecka szlachta inflancka, wywodząca się od dawnych rodów rycerskich, zachowała zarówno w Inflantach, jak i w Kurlandii własne prawa i zwyczaje. Ryga – główny ośrodek tej krainy – pełniła w tym regionie Bałtyku podobną rolę jak Gdańsk. Wiek XVII przyniósł kolejne wojny o te ziemie, które zakończyły się ostatecznie przejęciem większości kraju przez Szwedów. Rzeczpospolita zachowała tylko lenną Kurlandię i tak zwane Inflanty Polskie (do I rozbioru w 1772 roku) w południowo-wschodniej Łotwie (dzisiejsza Łatgalia). Szwedzi nie cieszyli się jednak długo ze swojej zdobyczy – na początku XVIII wieku Rosja przejęła ich własność. Niemiecka szlachta z tego terenu zainspirowała wiele reform oświeceniowych w kraju carów. Byli to dla imperium rosyjskiego najbardziej lojalni partnerzy, a także źródło kadry urzędniczej (Otto von Stackelberg, Michaił Barclay de Tolly, Piotr Wrangel, Roman Ungern von Sternberg i wielu innych). Sąsiednia szlachta w Inflantach Polskich i Kurlandii szybko się spolonizowała i była równie lojalna wobec Rzeczypospolitej (Denhoffowie, Manteufflowie, Rejtanowie, Romerowie, Platerowie, Studniccy, Tyzenhausowie).</p>
<p>Dzieje lennego księstwa Kurlandii w XVII i XVIII wieku to nieustanna walka o utrzymanie bytu tego kraju. Kurlandczycy byli inicjatorami krótkiej ekspansji kolonialnej w XVII wieku. Posiadali przez krótki czas Gambię w Afryce i wyspę Tobago u wybrzeży Ameryki Południowej (skłania to niektórych polskich badaczy do mocno przesadzonego stwierdzenia, że Rzeczpospolita miała swoje „kolonie”). Udział kurlandzkiej szlachty w insurekcji kościuszkowskiej spowodował wchłonięcie tego kraju w roku 1795 do Rosji.</p>
<p>W XIX wieku terytorium całej dzisiejszej Łotwy stało się częścią Rosji. Odtąd na tym terenie istniały dwie integralne kultury: niemiecka, integrująca się z imperium carskim, i polska. Spolonizowana szlachta inflancka często zasilała oddziały partyzanckie w powstaniach narodowych (Emila Plater). Powstanie styczniowe w Polskich Inflantach miało tragiczny epilog – ujawnił się konflikt pomiędzy polskim dworem a wsią zamieszkaną przez Łotyszy. Zmiany w strukturze społecznej i fala rusyfikacji spowodowały powstanie łotewskiego ruchu narodowego. Na jego ukształtowanie wpłynęli również miejscowi działacze polscy (Kazimierz Bujnicki, Gustaw Manteuffel). Ruch, zapoczątkowany w latach 50. XIX wieku wśród powstającej się inteligencji łotewskiej, był też wyrazem sprzeciwu wobec dominacji Niemców bałtyckich i szwedzkich baronów w Inflantach.</p>
<p>Pierwsza wojna światowa przyniosła okupację tego obszaru przez Niemców. W roku 1918 Łotwa ogłosiła niepodległość. Wojna w latach 1918 – 1920 doprowadziła do odparcia sowieckiej agresji. Nie na długo, bowiem już w 1940 roku kraj ten został włączony do ZSRR. Lata 1941 – 1945 to jednej strony Zagłada Żydowska, z drugiej aktywna kolaboracja Łotyszy po stronie III Rzeszy w walce przeciwko ZSRR. Obecnie na Łotwie można zaobserwować tendencję do usprawiedliwiania działań łotewskich jednostek Waffen SS – jako żołnierzy walczących o niepodległość Łotwy. Można to tłumaczyć jako element kształtowania własnej tożsamości, prawda jest jednak taka, że przy okazji przemilcza się zbrodnie wojenne łotewskich oddziałów kolaborujących z III Rzeszą.</p>
<p>Od 1944 roku Łotwa ponownie znalazła się jako Łotewska SRR w ramach państwa komunistycznego. Historia tego kraju jest więc częścią historii niemieckiej, polsko-litewskiej, szwedzkiej, rosyjskiej. Efektem jest wielonarodowy charakter kraju, z kosmopolityczną Rygą (uznawaną przez samych mieszkańców za mniej łotewską niż inne miasta kraju) i znacznie bardziej łotewską prowincją.</p>
<p>Część ludności niełotewskiej (zwłaszcza Rosjanie) ma status bezpaństwowców. Wywołuje to skargi o łamanie wobec nich praw człowieka (sytuacja jest jednak daleka od tego, co dzieje się w sąsiedniej Estonii). Ostatnio odżyły też spory w Łatgalii (pisanie dawne Inflanty Polskie nie jest poprawne politycznie). Ta wschodnia, katolicka część kraju również ma problemy z tożsamością. Trwają spory co do tego, czy dialekt łatgalski, używany w tej krainie przez niektórych miejscowych działaczy, może być uznany za odrębny język. Wreszcie, Łotwę zamieszkuje duża mniejszość rosyjska (27 proc.) oraz nieco mniejsze białoruska (3,5 proc.), polska (2,5 proc.) i liwska (grupa etniczna zamieszkująca w Kurlandii, językowo bliska ludom ugrofińskim). Religijnie mieszkańcy Łotwy są podzieleni luteranów, katolików i prawosławnych.</p>
<p>Podane przykłady tylko potwierdzają, że nie do utrzymania jest teza o „łotewskiej historii” Łotwy. Historia Niemieckich Bałtów skończyła się definitywnie w wyniku II wojny światowej (przesiedlenia i deportacje). Wielokulturowość tego kraju, która powinna być atrybutem, przeszkadza w tworzeniu jednostronnego wizerunku dawniejszej i dzisiejszej Łotwy. Dawniejsi badacze podkreślali tylko te elementy historii, które łączyły ją z daną kulturą (niemiecką, rosyjską czy polską). Nie można przecież pojąć historii Europy, biorąc za punkt odniesienia wyłącznie małe narody. Kraje z krótkim rodowodem nie tworzą własnego historycznego uniwersum. Ich historie, wyizolowane z kontekstu, tracą jakikolwiek sens. Stąd postulatem jest pisanie obejmujące element doświadczenia działalności szerszych wspólnot w długim procesie trwania. Przedstawienie ich historii w zrozumiałej postaci przyczyni się do likwidacji uprzedzeń Zachodu wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej.</p>
<p>Obecnie (w języku polskim nie ma nawet syntezy dziejów tego kraju!) trzeba na nowo napisać historię Łotwy, podkreślając związki tego kraju z sąsiadami. Wtedy Łotwę (tak jak niegdyś Zagłoba – Inflanty) będziemy mogli sprzedać szerszej publiczności.</p>
<p style="text-align: left;"><em>* Michał Kozłowski, historyk i publicysta.</em></p>
<p style="text-align: left;"><em> </em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 82 (32/2010) z 3 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Autor koncepcji numeru: <strong>Łukasz Jasina</strong>.<br />
*** Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong>.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/03/jasina-kozlowski-o-braku-lotysza-w-polskiej-duszy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>JAKÓBIEC, MIERZEJEWSKI, SAREK, PAWLAK, RICHARD: Podpatrując chińską enigmę</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/jakobiec-mierzejewski-sarek-pawlak-richard-podpatrujac-chinska-enigme/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/jakobiec-mierzejewski-sarek-pawlak-richard-podpatrujac-chinska-enigme/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 26 Jul 2010 23:52:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Alice Richard]]></category>
		<category><![CDATA[chinoseries]]></category>
		<category><![CDATA[Chiny]]></category>
		<category><![CDATA[Dominik Mierzejewski]]></category>
		<category><![CDATA[European Council on Foreign Relations]]></category>
		<category><![CDATA[Jakóbiec]]></category>
		<category><![CDATA[Jasina]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzyna Pawlak]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzyna Sarek]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Leonard]]></category>
		<category><![CDATA[Mark Leonard]]></category>
		<category><![CDATA[Mierzejewski]]></category>
		<category><![CDATA[nr 81]]></category>
		<category><![CDATA[Państwo Środka]]></category>
		<category><![CDATA[Pawlak]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Richard]]></category>
		<category><![CDATA[Sarek]]></category>
		<category><![CDATA[Wojciech Jakóbiec]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Jasina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6557</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, „Rosja to zagadka, owiana tajemnicą, ukryta we wnętrzu enigmy” – powiedział kiedyś Winston Churchill. Dziś to samo moglibyśmy powiedzieć o Chinach. Ze względu na jego potęgę i sprowadzenie świata do globalnej wioski, nasza uwaga jest skoncentrowana na Państwie Środka bodaj w równej mierze, w jakiej dawniej interesowaliśmy się Rosją. To ono jest dziś pozostałym biegunem dla Europy i Stanów Zjednoczonych, koniecznym dla równowagi globalnego układu sił. Pod ręką mamy zdanie z Wyspiańskiego i garść stereotypów. Ale czy – jako obywatele UE – potrafimy współczesne, Chiny choć trochę zrozumieć? Czy dysponujemy właściwymi kategoriami i schematami myślenia?</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/jakobiec-mierzejewski-sarek-pawlak-richard-podpatrujac-chinska-enigme/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu JAKÓBIEC, MIERZEJEWSKI, SAREK, PAWLAK, RICHARD: Podpatrując chińską enigmę&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, „Rosja to zagadka, owiana tajemnicą, ukryta we wnętrzu enigmy” – powiedział kiedyś Winston Churchill. Dziś to samo moglibyśmy powiedzieć o Chinach. Ze względu na jego potęgę i sprowadzenie świata do globalnej wioski, nasza uwaga jest skoncentrowana na Państwie Środka bodaj w równej mierze, w jakiej dawniej interesowaliśmy się Rosją. To ono jest dziś pozostałym biegunem dla Europy i Stanów Zjednoczonych, koniecznym dla równowagi globalnego układu sił. Pod ręką mamy zdanie z Wyspiańskiego i garść stereotypów. Ale czy – jako obywatele UE – potrafimy współczesne, Chiny choć trochę zrozumieć? Czy dysponujemy właściwymi kategoriami i schematami myślenia?</em></p>
<p><em>Z tymi pytaniami mierzą się autorzy tekstów w dzisiejszym Temacie Tygodnia. <strong>Wojciech Jakóbiec</strong> tłumaczy, skąd mogą brać się nasze problemy z rozszyfrowaniem chińskiej enigmy. <strong>Dominik Mierzejewski</strong> definiuje zasadnicze wyzwania modernizacyjne, przed jakimi stoją dziś chińskie władze, wyrażając jednocześnie nadzieję, że reformy mogą oznaczać w przyszłości także demokratyzację Chin. Z tym poglądem nie zgadza się <strong>Katarzyna Sarek</strong>, która tłumaczy w swojej analizie, że nawet gwałtowna, kojarzona z wolnością informacji internetyzacja Chin nie prowadzi do zmian w systemie politycznym, ponieważ nie są nimi zainteresowani sami Chińczycy. O internetyzacji pisze także <strong>Katarzyna Pawlak</strong>, która opisuje, w jaki sposób e-świat wpływa na wzorce socjalizacyjne i sposób myślenia mieszkańców Państwa Środka.</em></p>
<p><em><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/richard-zbyt-wygorowane-oczekiwania-zbyt-wiele-nieporozumien/" target="_blank">Natomiast w „Szybkim komentarzu” wypowiedź <strong>Alice Richard</strong>, koordynator Programu Chińskiego w założonym przez Marka Leonarda think tanku European Council on Foreign Relations</a>.</em></p>
<p><em>Gorąco zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"></a></small></strong><br />
<small><a href="#1">1. JAKÓBIEC: <em>Chinoiserie</em>, czyli dlaczego tak trudno nam zrozumieć Chiny</a><br />
<a href="#2">2. MIERZEJEWSKI: „To woda łódź unosi, to woda łódź przewraca”? Systemowe wyzwania modernizacji Chin</a><br />
<a href="#3">3. SAREK: Tłuste lata Chin</a><br />
<a href="#4">4. PAWLAK: China Wide Web – konteksty dla tożsamości</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/chiny-1.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-6577" title="chiny 1" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/chiny-1-218x300.jpg" alt="" width="218" height="300" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Wojciech Jakóbiec</em></a></p>
<p><strong><em>Chinoiserie</em>, czyli dlaczego tak trudno nam zrozumieć Chiny</strong></p>
<p>Na przełomie XVII i XVIII wieku w europejskiej sztuce pojawiła się moda na <em>chinoiseries</em>, czyli dzieła sztuki (szeroko pojętej, obejmującej architekturę i sztukę użytkową) inspirowane sztuką chińską. Oczywiście nie poznawaną bezpośrednio, z pełnym zrozumieniem jej historii, kodu, estetyki, ale zapośredniczoną przez relacje nielicznych odwiedzających wówczas Chiny Europejczyków. Jak karykaturalne były w istocie owe <em>chinoiseries</em>, wie każdy, kto oglądał choćby Zakazane Miasto w Pekinie i Dom Chiński w poczdamskim Sanssouci. Dziś, w dobie łatwej, szybkiej i dość powszechnej komunikacji, Chiny wydają się znacznie łatwiejsze do bezpośredniego (i, teoretycznie, głębszego) poznania. Niemniej jednak ich obraz, jaki mamy w Polsce (czy szerzej, w tzw. świecie zachodnim), nadal jest bardziej zbitką intelektualnych i mentalnych <em>chinoiseries</em> niż racjonalną wizją tego skomplikowanego zjawiska, które nazywamy Państwem Środka (na marginesie, wiele osób nie zdaje sobie nawet sprawy, że to „poetyckie” określenie jest po prostu dosłownym tłumaczeniem nazwy tego kraju z chińskiego oryginału). Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, więc mogę tu jedynie zasygnalizować kilka, moim zdaniem, najważniejszych.</p>
<p>Pierwszą z nich jest niewłaściwy aparat pojęciowy, za pomocą którego próbujemy jakoś „uchwycić” czy opisać Chiny. Myślimy o nich np. jako o państwie, którym Chiny (przynajmniej w naszym europejskim rozumieniu tego słowa) raczej nie są. Do opisu języka chińskiego staramy się stosować kategorie skonstruowane dla języków fundamentalnie się od niego różniących, gdy tymczasem w chińskim nie tylko nie da się rozróżnić części mowy, ale właściwie trudno nawet mówić o czymś takim jak słowo. Chińską głowę państwa (czy może „państwa”) nazywamy „prezydentem”, a to ani prezydent, ani głowa państwa w klasycznym rozumieniu tego słowa.</p>
<p>Drugi problem wiąże się ściśle z pierwszym. Nieprzystające do chińskiej rzeczywistości pojęcia sprawiają, że znane nam z rodzimego kręgu cywilizacyjnego mechanizmy i prawidła ekstrapolujemy na Chiny. Tymczasem państwo, które nie jest państwem w naszym rozumieniu tego słowa, wymyka się oczywiście teoriom skonstruowanym dla państw i ich działanie opisujących. Jeśli tego nie zrozumiemy, nasze próby zrozumienia zjawiska kryjącego się pod nazwą „Chiny” skazane są niestety na niepowodzenie.</p>
<p>Nie bez znaczenia pozostaje również zawężanie dyskusji o Chinach do wybranych jednostkowych kwestii, które – mimo że często są w istocie ważne – przesłaniają wszystkie inne. Najbardziej oczywistym tego przykładem jest problem Tybetu, który jawi się w Polsce niemal jako naturalny wątek rozmowy o Chinach. Nie kwestionując potrzeby mówienia o sytuacji Tybetańczyków, musimy jednak uświadomić sobie, że patrząc na Chiny jako na złośliwą narośl wokół Tybetu, widzimy jedynie chinoiserie i nie zobaczymy niczego więcej.</p>
<p>Chiny są zjawiskiem tak złożonym i odległym od wszystkiego, co nam znane i znajome, że próby ich poznania są nieodmiennie próbami niezwykle ciężkimi. Od najwybitniejszych znawców przedmiotu, mających za sobą dziesięciolecia rzetelnych studiów, usłyszymy na temat Chin więcej pytań niż odpowiedzi. Nie znaczy to, że powinniśmy po prostu porzucić nasz „próżny trud”. Co więcej, akurat teraz nie możemy sobie na to pozwolić. Tezy o Chinach jako „nowym supermocarstwie” brzmią już jak banały, ale to rzeczywistość współczesnego świata. Jego kurczące się wymiary i rosnące współzależności sprawiają, że wiedza na temat Chin jest nam potrzebna. Choćby ta niedoskonała, jaka jest realnie w naszym zasięgu. Wiedza jednak, nie współczesna wersja <em>chinoiseries</em>.</p>
<p><em>* Wojciech Jakóbiec, absolwent Sinologii i Euroepistyki UAM, doktorant UAM, członek Collegium Invisibile.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Dominik Mierzejewski</em></a></p>
<p><strong>„To woda łódź unosi, to woda łódź przewraca”? Systemowe wyzwania modernizacji Chin</strong></p>
<p>Zmiany zachodzące w Chinach po 1978 roku, prócz wielu sukcesów gospodarczych, przyniosły nowe wyzwania dla rządzących. Kiedy uwagę świata przykuwa wzrost gospodarczy i ekspansja Państwa Środka na rynkach międzynarodowych, chińskie elity, zarówno szczebla lokalnego, jak i centralnego, stanęły przed ogromem palących problemów, m.in.: wzrastającymi dysproporcjami między miastem a wsią, zanieczyszczeniem środowiska, rosnącą skalą migracji chłopów za pracą czy też wzrastającym zadłużeniem władz na szczeblu lokalnym.</p>
<p>Wyzwania te powodują, że władze muszą poważnie myśleć o reformach instytucjonalnych i wprowadzaniu demokratycznych mechanizmów kontroli. W tym celu prowadzi się zakrojone na szeroką skalę badania społeczne, a także usprawnia mechanizmy doboru kadr lokalnych, które spełniają kluczową rolę w rozwoju Chin.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Analizy i wzrost gospodarczy</em></p>
<p>W tym roku, w swoim dorocznym wystąpieniu na forum Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych premier Wen Jiabao powiedział, że podstawą egzystencji każdego rządu jest zadowolenie społeczne. W związku z tym na każdym szczeblu administracji analizuje się w Chinach nastroje społeczne. Powstałe na podstawie tych analiz opracowania, czego nie sposób ukryć, często w realny sposób wpływają na prowadzoną politykę. Z jednej strony prowadzone są badania ankietowe wśród elit szczebla lokalnego, z drugiej zaś monitoruje się percepcję reform w miastach i na wsi. W latach 2002 – 2007 kadry partyjne szczebla lokalnego wskazywały na brak sprawnego aparatu administracyjnego jako najbardziej istotny problem w zarządzaniu społeczeństwem.</p>
<p>Na drugim miejscu wskazywano konieczność wprowadzenia demokracji wewnątrzpartyjnej, na trzecim zaś relacje między partią a administracją państwową. Stabilność społeczna i rozwój Chin, w opinii kadr rządzących, w głównej mierze uzależnione są jednak od stabilnego wzrostu gospodarczego (w 2007 roku ponad 53 proc. wskazań), w drugiej kolejności wymieniano stabilność emocjonalną (21,4 proc.), dalej stabilność polityczną (ponad 13 proc.) i stabilność elit centralnych (2,6 proc.). Istotnym problemem dyskutowanym od lat 80. jest rozdział partii i państwa (<em>dangzheng fenkai</em>). Pomysły na takie rozwiązanie autorstwa Hu Yaobanga i Zhao Ziyanga zakończyły się usunięciem obu z partii oraz krwawym stłumieniem demonstracji studenckich na Placu Tiananmen w czerwcu 1989 roku. Oczywiście problem nie zniknął, a wiele publikacji, m.in. prof. Xie Qingkui’a, omawiających percepcję władz pod koniec lat 80., wskazuje na to, że kwestie te są żywo dyskutowane wśród chińskich elit.</p>
<p>Badania ankietowe, choćby te prowadzone wśród ludności kilku największych miast Chin, dostarczają konkretniejszych danych do analizy. Respondenci pytani w latach 1999 – 2006 o najważniejsze problemy wskazywali: bezrobocie (w 2006 roku ponad 30 proc.), ubezpieczenia społeczne (a w zasadzie ich brak), mieszkalnictwo, ochronę środowiska, służbę zdrowia, rozwój ekonomiczny oraz bezpieczeństwo publiczne. Warto zwrócić uwagę na to, że rząd centralny stara się reagować na zapotrzebowanie opinii publicznej, biorąc niewątpliwie pod uwagę stare chińskie powiedzenie „to woda łódź unosi, to woda łódź przewraca”.</p>
<p>Kolejnym problemem, który należy wymienić, jest postępujące rozwarstwienie społeczne. Jak kilka lat temu zauważył Lu Xueyi, były prezes Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, w Chinach prowadzi się politykę dwutorowo: oddzielnie dla obszarów miejskich i wiejskich (<em>chengxiang fenge, yi guo liang ce</em>). Taka sytuacja doprowadziła do wzrostu niezadowolenia społecznego i masowych protestów na wsi (władze notują ich około 200 dziennie). Rozwarstwienie widać na przykładzie dochodów gospodarstw domowych – dziś relację między wsią a miastem określa współczynnik 1:3,2. Skrajne przypadki pokazują jednak, że różnice sięgają nawet ponad 1200 procent. Do tego dochodzą problemy z inflacją, która chwilami przeradza się w hiperinflację. To wszystko wymusza zmiany i profesjonalizację elit.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Marksizm, leninizm, zarządzanie kryzysowe</em></p>
<p>Na szczeblu centralnym i lokalnym prowadzi się szeroko zakrojone dyskusje na temat metod doboru najzdolniejszych kadr. Dokonuje się on na kilka sposobów. Centralna Szkoła Partyjna prowadzi np. specjalne kursy zarządzania, a władze na szczeblu lokalnym wprowadzają egzaminy. Członkom chińskich elit rządzących proponuje się liczne wyjazdy stypendialne. Coraz częściej pojawiają się także głosy o konieczności wprowadzenia wyborów w ramach tzw. demokracji wewnątrzpartyjnej.</p>
<p>Z oferty dydaktycznej Centralnej Szkoły Partyjnej, oprócz klasyków marksizmu-leninizmu, studenci mogą wybrać m.in. kursy zarządzania kryzysowego. Jak zauważa Jin Wei, wykładowca tej uczelni, młodzi studenci są bardziej wymagający i nie tolerują nowomowy. Szkołę przez ostatnie 30 lat ukończyło ponad 50 tysięcy liderów szczebla centralnego i lokalnego.</p>
<p>Ponadto organizuje się obozy szkoleniowe, na których członkowie aparatu partyjno-państwowego omawiają nowe sposoby rozwiązywania obecnych problemów Chin. Szkolenia te podejmują problemy z zakresu implementacji decyzji władz centralnych na szczeblu lokalnym, rządów prawa czy walki z korupcją. Szczególny nacisk na morale kadr pojawił się po przejęciu władzy przez Hu Jintao. Podczas XVI Zjazdu w roku 2002 szeroko omawiano problem odideologizowania poczynań 70 milionów członków partii nastawionych praktycznie wyłącznie na korzyści materialne. Podkreślano konieczność odnowy moralnej, samodyscypliny i nadzoru nad działaniami wszystkich szczebli partyjnych.</p>
<p>Z drugiej strony władze prowadzą konkursy na stanowiska niższego szczebla. Pod koniec sierpnia 2009 roku w prowincji Guangdong przeprowadzono testy kwalifikacyjne przygotowane przez komórkę KC. Komitet prowincjonalny dysponował 38 wakatami, a chętnych przystępujących do testów było prawie 1800. Pytania dotyczyły między innymi e-administracji, modeli rozwoju gospodarczego czy wreszcie charakterystyki dobrego pracownika administracji publicznej.</p>
<p>Inną formą szkolenia przyszłych kadr są stypendia zagraniczne – takie ufundowano m.in. 400 liderom z Pekinu i 300 z prowincji Guangdong. Wielu przyszłych polityków pisze doktoraty, głównie w Stanach Zjednoczonych. Ich celem, jak deklarują, nie jest emigracja, ale powrót i „służba ojczyźnie”. Interesujące jest również zjawisko tworzenia różnego typu fundacji i stowarzyszeń mających przygotowywać przyszłe elity. Te przedsięwzięcia z pewnością służą wymianie intelektualnej i mogą świadczyć o otwartości przyszłych chińskich elit.</p>
<p>W różnych częściach Chin wdrażana jest ponadto tak zwana demokracja wewnątrzpartyjna (<em>dangnei minzhu</em>), która ma polegać na obsadzie stanowisk w procesie obejmującym publiczne zgłaszanie kandydatów, wybory i ich ewaluację. Taki system wprowadzono w ponad 611 tysiącach wiejskich okręgów wyborczych. Innym bardzo ciekawym eksperymentem politycznym jest zapowiedź wyłonienia burmistrza miasta Shenzhen i jego zastępcy w wyborach planowanych na rok 2011. Shenzhen, które było forpocztą reform gospodarczych (powstała tam jedna z pierwszych specjalnych stref ekonomicznych), ma szanse stać się pierwszą w Państwie Środka „specjalną strefą polityczną”.</p>
<p>Mimo że – zdaniem ekspertów – wybory takie nie przekładają się na dalsze kariery polityków, stanowią jednak istotny element chińskiego systemu politycznego. Przedstawiciele elit lokalnych ankietowani przez Chińską Akademię Nauk Społecznych wskazywali na konieczność usprawnienia aparatu administracyjnego władzy. Pytanie tylko, na ile skutecznie władze centralne w Pekinie mogą kontrolować lokalnych sekretarzy? Jest ono na tyle istotne, że chiński premier zapowiedział ostatnio, że władze centralne nie będą udzielały gwarancji dla kredytów zaciąganych przez władze niższych szczebli administracyjnych. Pekin obawia się najwyraźniej nadmiernego zadłużenia władz lokalnych, a w przyszłości nawet ich niewypłacalności. Szacuje się, że tylko w 2009 roku udzielone im kredyty miały wartość 600 mld USD. Jak podkreślił prezes chińskiego banku centralnego, nie wszystkie zostały spożytkowane we właściwy sposób. Często mówi się nieoficjalnie o korupcji i nadmiernym przepychu elit szczebla lokalnego. Jak się wydaje, bez demokratycznego nadzoru sytuacja może się tylko pogarszać.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Polityka i transformacja</em></p>
<p>Na obecnym etapie rozwoju, żeby podtrzymać rozwój gospodarczy, a tym samym stabilność w państwie, rządzący muszą reagować na wyzwania transformacji. Z jednej strony władze centralne kreują politykę przyjazną społeczeństwu (jak choćby <em>san nong</em> – polityka wielkich inwestycji na obszarach wiejskich), z drugiej, implementacja ich decyzji zakłócana jest przez brak odpowiednich mechanizmów nadzoru nad władzami niższych szczebli. Skłania to do coraz częstszego sięgania po demokratyczne mechanizmy kontroli. W referatach partyjnych już nie krytykuje się demokracji zachodniej <em>en bloc</em>, ale wskazuje w niej istotne elementy usprawniające rządzenie państwem. Mimo że retoryka partyjna pozostaje nadal „socjalistyczna” (czy raczej „socjalistyczna z chińską specyfiką”), działania władz odbiegają od standardów socjalistycznego ustroju. Partia, starając się odpowiadać na dążenia społeczne, jest utylitarna, co umożliwia jej łącznie różnych sprzeczności. Tak było w roku 2001, kiedy Komunistyczna Partia Chin, uznając przedsiębiorców za „klasę postępową”, umożliwiła im wejście w struktury partyjne. Biorąc pod uwagę owo utylitarne podejście, nie jest wykluczone, że jeśli decydenci w Pekinie uznają mechanizmy demokratyczne (np. po udanych próbach w Shenzhen) za spełniające pokładane w nich nadzieje, w całych Chinach wprowadzony zostanie jakiś sprawdzony już eksperyment polityczny, według modelu stosowanego wcześniej do reform gospodarczych.</p>
<p><em>* Dominik Mierzejewski &#8211; doktor sinologii, pracownik naukowy Uniwersytetu Łódzkiego.</em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p><a name="3"><em>Katarzyna Sarek</em></a></p>
<p><strong>Tłuste lata Chin</strong></p>
<p>Liczba internautów w Chinach w ostatnich dniach przekroczyła 420 milionów. I nic z tego nie wynika. Przeważająca większość Chińczyków wykorzystuje Internet głównie do gier online, czatowania i zakupów. Dostęp do informacji jest, ale tylko niewielu ma ochotę z niego korzystać. Chińskie społeczeństwo powoli staje się syte i zadowolone ze status quo. Zmiany? Ale po co, skoro jest tak dobrze?</p>
<p>Powieść Chan Koon-chung „Shengshi nianhua: Zhongguo 2013” (The Fat Years: China 2013) dopiero tłumaczona na angielski, ale już okrzyknięta chińskim „1984”, doskonale pokazuje kierunek, w jakim kroczą dumne z siebie Chiny. Oto gdy po kolejnym kryzysie ekonomicznym w 2011 roku cały świat pogrąża się w chaosie, jedynie one wychodzą z niego obronną ręką i stają się głównym mocarstwem. Starbucks został wykupiony przez koncern Wang Wang i serwuje na całym świecie latte na zielonej herbacie. Społeczeństwo chińskie, o wymazanej przez narkotyki pamięci, jest syte i szczęśliwe. Władza partii jest powszechnie akceptowana i wspierana, a wysoki urzędnik państwowy w epilogu konstatuje: „Gdybym był wierzący, to powiedziałbym, że to samo Niebo chce rządów Partii. Samo Niebo nam błogosławi!”.</p>
<p>Coś musi być na rzeczy, bo książka wzbudziła duże poruszenie wśród chińskich intelektualistów. Autor uderzył w słaby punkt. Pokazał, że dzięki sukcesowi reform gospodarczych społeczeństwo stało się apolityczne, a uwaga Chińczyków została skierowana na ekonomię (słynne hasło Deng Xiaopinga „bogaćcie się!”). Partii udało się przekonać rosnącą klasę średnia, że demokracja w zachodnim wydaniu byłaby dla kraju szkodliwa, bowiem nie gwarantowałaby stabilizacji i zachowania istniejącego ładu społecznego. KPCh, mimo gęby pełnej socjalistycznych frazesów, stała się przede wszystkim strażnikiem interesów klasy średniej, która najwięcej zyskała podczas 30 lat transformacji i stała się główną podporą autorytarnego systemu. Błąkający się na obrzeżu społeczeństwa dysydenci i zbuntowani artyści budzą większe zainteresowanie wśród zachodnich dziennikarzy niż własnych rodaków, zajętych zarabianiem pieniędzy na mieszkania, samochody i zagraniczne wojaże.</p>
<p>Po próbnych wycieczkach w stronę demokracji (w chińskim rozumieniu, czyli między innymi zagwarantowanie prawa do samodzielnego wyboru pracy czy małżonka) wdrożonych na początku lat 80. okazało się, że kolejne reformy nie są niezbędne. Okazało się, że możliwe jest bogacenie się społeczeństwa i kraju bez systemu demokratycznego. Partia skoncentrowała się na wewnętrznych reformach kadrowych oraz instytucjonalnych i reanimowała konfucjanizm, idealną podporę systemu autorytarnego. Dla obecnego rządu w Pekinie obecne priorytety to utrzymanie stabilności ekonomiczno-socjalnej i niwelowanie nierówności społecznych, a nowe hasło przewodnie partii to hexie shehui – harmonijne społeczeństwo. Koncentracja na nowych źródłach władzy, takich jak interes czy stabilizacja, a także coraz silniej promowany konfucjański system wartości, pokazują determinację partii i jej talent do utrzymywania się przy władzy. Mimo tych wszystkich starań o zdobycie przychylności społeczeństwa, bardzo zresztą skutecznych, nie można zapominać o gigantycznym aparacie inwigilacji i przymusu, jakim dysponuje państwo chińskie. Tak więc nawet osłabienie poparcia społecznego ani nie spowoduje utraty władzy przez obecny reżim, ani nie wymusi demokratycznych reform.</p>
<p>Oprócz ryżu dla ludu władza dba także o igrzyska. Olimpiada czy Expo pokazują Chińczykom siłę ich ojczyzny. Odbudowując pozycję Chin na arenie międzynarodowej, rząd wypełnia konfucjańską misję propagowania cywilizacji chińskiej i budowania chwały i potęgi Chin w oczach Zachodu, ale przede wszystkim własnych obywateli. Chińczycy stają się coraz bardziej dumni z własnego kraju, kultury i ustroju politycznego. I na co komu zmiany, skoro jest tak dobrze?</p>
<p>Gotowi na nowe smaki latte?</p>
<p><em>* Katarzyna Sarek, sinolog, tłumaczka, publicystka, współprowadzi blog <a href="http://skosnymokiem.wordpress.com/" target="_blank">www.skosnymokiem.wordpress.com</a>.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/chiny-2.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-6579" title="chiny 2" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/chiny-2.jpg" alt="" width="265" height="391" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="4"><em>Katarzyna Pawlak</em></a></p>
<p><strong>China Wide Web – konteksty dla tożsamości</strong></p>
<p>Internet, rozumiany jako z definicji znoszący granice, oraz dążące do cyfrowej rekonstrukcji tych granic chińskie władze często postrzegane są w Polsce jako dwie przeciwstawne siły. Chińskiej kontroli Internetu, przybierającej coraz bardziej zaawansowane formy, nie sposób lekceważyć, zaś pośród chińskich internautów są tacy, którzy znajdują sposoby przedostania się przez cyfrowe blokady. Jednak to nie konflikt tendencji do otwierania i zamykania sieci, ale chińska specyfika typowo nowoczesnej relacji tożsamości (jednostkowej, pokoleniowej, narodowej) i konsumpcji najtrafniej charakteryzuje stan, w którym znajduje się dziś Państwo Środka.</p>
<p>Chiński internauta to przeważnie przedstawiciel tzw. generacji lat 80. i 90., urodzonej w czasach „polityki jednego dziecka”. Polityka ta, wraz z innymi reformami końca lat 70. XX wieku, spowodowała gwałtowne przemiany socjalizacji oraz otworzyła obszar kultury konsumpcyjnej jako ważne miejsce dla realizacji nowych projektów tożsamości. Dla młodych użytkowników sieć jest przede wszystkim centrum rozrywki, kontaktu z rówieśnikami, konsumpcji, prezentowania wirtualnych oznak wymarzonego statusu i, co powiązane z powyższymi funkcjami, miejscem testowania rożnych alternatyw dotyczących „ja”. Próby te są refleksywne, wymagają komunikacji, prezentowania kolejnych odsłon projektu kompetentnej publiczności zdolnej dostarczyć wartościowej opinii. Taką możliwość w niespotykanym wcześniej stopniu oferuje Internet spod znaku Web 2.0, dominujący w chińskiej sieci. Kompetencja publiczności, poza wymiarem technologicznym (znajomość chińskich formatów), musi też obejmować wymiar kulturowy (znajomość specyfiki zmagań „systemowych jedynaków”, kodów np. chińskiej kultury popularnej) i językowy (problem wciąż słabej znajomości języka angielskiego wśród młodzieży Państwa Środka, wreszcie sam chiński stosowany w sieci różni się na tyle od standardowego języka chińskiego, że nazywany jest powszechnie „marsjańskim”). Takie wymagania odnośnie kompetencji są właściwie nie do spełnienia przez publiczność spoza kontekstu kulturowego ChRL.</p>
<p>Odpowiedzią na potrzeby tożsamościowe i komunikacyjne są rodzime serwisy, które są czymś więcej niż kopiami blokowanych globalnych gigantów (w rodzaju Facebooka czy YouTube). To śmiałe przedsięwzięcia oferujące zaawansowane technologicznie narzędzia (komunikator umożliwiający rozmowę dwóch awatarów, dowolnie kształtowana grafika blogu etc.) do wytwarzania/dopełniania wizji „ja”, konsultowania ich oraz związanej z tym konsumpcji i rozrywki. Te serwisy globalne, które wciąż są obecne na chińskim rynku (np. MySpace), nigdy nie zdobyły popularności porównywalnej z propozycjami chińskimi. Stało się tak nie tylko dlatego, że nie odnalazły się w zarządzaniu przedsięwzięciami internetowymi w niełatwych warunkach chińskich, ale także dlatego, że nie uchwyciły specyfiki chińskiego związku tożsamości z konsumpcją, nie dostarczyły atrakcyjnych środków do jego wyrażenia ani, w przeciwieństwie do chińskich potentatów, nie znalazły sposobu na obrócenie go we własny sukces finansowy. Wielka siła, jaką jest chiński nacjonalizm, dodatkowo przyczynia się do preferowania przez konsumentów, w tym i internautów, produktów rodzimych i nieufności względem tych z zagranicy.</p>
<p>Sieć jednak oddziałuje również zwrotnie na chiński nacjonalizm i tożsamość narodową. Internetowe kształtowanie narodowego „ja” realizuje się na różne sposoby: od gier – wariacji na temat narodowych mitów i symboli, przez fale narodowych uniesień online podczas trzęsienia ziemi czy olimpiady, aż po setki tysięcy postów potępiających w niewybrednych słowach Zachód przy okazji stracenia Brytyjczyka zatrzymanego za przemyt heroiny. Odgórne regulacje, wraz z oddolnymi poszukiwaniami kontekstów i punktów referencyjnych dla tożsamości w specyficznej chińskiej nowoczesności, choć biorą udział we wznoszeniu jednych granic, to jednocześnie demontują inne – podziały wewnętrzne, które tradycyjnie w Chinach traktowane są jako największe zagrożenie, a którym przeciwstawia się obecnie dyskurs władzy konstruowany wokół „jedności”, „harmonii społecznej” i „stabilności”. Choć w większości ten internetowy, oddolny demontaż nie dzieje się w opozycji do wysiłków władz, a wręcz potwierdza ich dzisiejszą legitymizację opartą na tworzeniu ram do nieskrępowanej konsumpcji, to jednak przynosi też nową jakość – procesów masowych nieinicjowanych bezpośrednio przez władze.</p>
<p><em>* Katarzyna Pawlak, sinolog i socjolog.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Koncepcja numeru: <strong>Łukasz Jasina</strong>.<br />
*** Współpraca: <strong>Wojciech Jakóbiec</strong>.<br />
**** Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong>.<br />
***** Redakcja: <strong>Karolina Wigura</strong>.<br />
<em>****** Korekta: <strong>Marta Budkowska</strong>.<br />
<em>******* W tekście Dominika Mierzejewskiego tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.</em></em></em></p>
<p style="text-align: left;"><em><em><em><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 81 (31/2010) z 27 lipca 2010 r.</em></strong></em></em></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/27/jakobiec-mierzejewski-sarek-pawlak-richard-podpatrujac-chinska-enigme/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>SZWED, SZULECKI, ZIEMIŃSKA, KUCHARCZUK: Czy zielone musi być czerwone?</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/szwed-szulecki-zieminska-kucharczuk-czy-zielone-musi-byc-czerwone/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/szwed-szulecki-zieminska-kucharczuk-czy-zielone-musi-byc-czerwone/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Jul 2010 00:31:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Dariusz Szwed]]></category>
		<category><![CDATA[ekologia]]></category>
		<category><![CDATA[Julia Ziemińska]]></category>
		<category><![CDATA[Kacper Szulecki]]></category>
		<category><![CDATA[Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[lewica]]></category>
		<category><![CDATA[Michał Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[nr 79]]></category>
		<category><![CDATA[prawica]]></category>
		<category><![CDATA[Przemysław Sadura]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Sadura]]></category>
		<category><![CDATA[Szulecki]]></category>
		<category><![CDATA[Szwed]]></category>
		<category><![CDATA[Ziemińska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6434</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, lato, lato i temat powinien być zielony!</em><em> Już od dłuższego czasu ekologia wędruje w lewą stronę sceny politycznej. Czy słusznie? Czy zielone naprawdę musi być czerwone? A może pozory mylą i warto zapytać, jakie de facto miejsce zajmuje ekologia w polskiej debacie publicznej? I czy Polacy mają w ogóle pojęcie o </em><em>„</em><em>zielonych problemach&#8221;, a może tematyka traktowana jest wyłącznie jako pretekst (lub niezamierzony skutek) dla rozmów o rozwoju turystyki i gospodarki? Czy ekologia to sprawa ponadpartyjna – dziedzina ze sfery post-politycznej – czy jednak została wciągnięta przez (polityczną) prawicę lub (kulturową) lewicę? </em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/szwed-szulecki-zieminska-kucharczuk-czy-zielone-musi-byc-czerwone/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu SZWED, SZULECKI, ZIEMIŃSKA, KUCHARCZUK: Czy zielone musi być czerwone?&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, lato, lato i temat powinien być zielony!</em><em> Już od dłuższego czasu ekologia wędruje w lewą stronę sceny politycznej. Czy słusznie? Czy zielone naprawdę musi być czerwone? A może pozory mylą i warto zapytać, jakie de facto miejsce zajmuje ekologia w polskiej debacie publicznej? I czy Polacy mają w ogóle pojęcie o </em><em>„</em><em>zielonych problemach&#8221;, a może tematyka traktowana jest wyłącznie jako pretekst (lub niezamierzony skutek) dla rozmów o rozwoju turystyki i gospodarki? Czy ekologia to sprawa ponadpartyjna – dziedzina ze sfery post-politycznej – czy jednak została wciągnięta przez (polityczną) prawicę lub (kulturową) lewicę? </em></p>
<p><em>Tak czy inaczej, nie możemy czekać aż otrzymamy jeden sposób widzenia i opisywania zielonych problemów.</em><em> Do zabrania głosu zaprosiliśmy w tym tygodniu: <strong>Dariusza Szweda, Kacpra Szuleckiego</strong> oraz <strong>Julię Ziemińską</strong>. Rysunkowy komentarz do tematu tygodnia stworzył <strong>Rafał Kucharczuk </strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/kucharczuk-wynies-go-wynies-nie-zabijaj-komentarz-do-tematu-tygodnia/" target="_blank">["Patrząc"]</a>.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"><strong>W temacie tygodnia:</strong></a></small></strong></p>
<p><small><a href="#1">1. DARIUSZ SZWED: Zielona polityka to nie eko-kwiatek do politycznego kożucha</a><br />
<a href="#2">2. KACPER SZULECKI: Konsensus jest możliwy. Do pewnego stopnia </a><br />
<a href="#3">3. JULIA ZIEMIŃSKA: Bujać to nas, ale nie las. Czyli jak biurokratyczny ping-pong powoduje, że nie można chronić w Polsce przyrody, mimo że wszyscy chcą</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/człowiek.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-6435" title="człowiek" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/człowiek-614x1024.jpg" alt="" width="344" height="574" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Dariusz Szwed</em></a></p>
<p><strong>Zielona polityka to nie eko-kwiatek do politycznego kożucha</strong></p>
<p>Zieloni nie są czerwoni. Podobnie, jak nie są czarni czy żółci. Traktowanie ich w ten sposób, a także redukowanie ich przekonań politycznych do „ekologicznego oszołomstwa”, jest efektem karłowacenia polskiej debaty publicznej do niezniuansowanych albo wręcz zbrutalizowanych haseł. Przypomnijmy zatem. Zieloni stanowią jeden z najmłodszych, ale też i najciekawszych międzynarodowych nurtów politycznych i społecznych. Swoją tożsamość budują nie wokół hasłowo pojętej „ekologii”, ale koncepcji zielonej polityki (<em>green politics</em>), której filarami są m.in. zrównoważony rozwój, sprawiedliwość społeczna, demokracja partycypacyjna, działania bez przemocy czy poszanowanie różnorodności. Oczywiście najbardziej kojarzeni jesteśmy z ochroną środowiska, ale Zieloni nie zajmują się ekologią w oderwaniu od kwestii społecznych czy gospodarczych. I w tym sensie nie mam wrażenia, że lewica (czy prawica – skoro w polskim parlamencie lewica ma praktycznie zerową siłę polityczną) „przejmuje” dziś w Polsce ekologię. Co najwyżej zakłada sobie eko-kwiatek do swojego politycznego kożucha.</p>
<p>Trudno zresztą na serio mówić o przejmowaniu, bo w Polsce politycy parlamentarni bardzo słabo, albo w ogóle, nie rozumieją, że środowisko (oraz jego ochrona dla obecnego i przyszłych pokoleń) stanowi podstawę trwałego funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Gdy przyjrzymy się dominującym dziś w Parlamencie partiom – PiS i PO, zobaczymy, że ich nastawienie jest bardzo podobne. Istnieje, rzecz jasna, pewna różnica; najkrócej można powiedzieć, że PiS epatuje w swojej retoryce głównie konfliktem środowisko-społeczeństwo, zaś a PO – konfliktem środowisko-gospodarka. Wynika to z innej „klienteli” tych partii. Najważniejsze jest jednak, że obie odwołują się do konfliktu ze środowiskiem, podczas gdy Zieloni wskazują na potrzebę integracji środowiska, społeczeństwa i gospodarki w dążeniu do zrównoważonego rozwoju (<em>sustainable development</em>). Przecież to właśnie środowisko „żywi i broni”: daje nam czystą wodę, czyste powietrze, wysokiej jakości żywność, możliwość odpoczynku i bardzo wiele innych „usług publicznych”, których wartość można liczyć w dziesiątkach miliardów złotych. Miliardów tych jednak, niestety, minister Rostowski nie pokazuje w swoich słupkach PKB, chwaląc się Polską jako – nomen omen – „zieloną wyspą”.</p>
<p>Są oczywiście próby „ekologizacji” dużych partii, ale nie są to projekty wiarygodne. Przyjrzyjmy się kilku konkretnym „eko-projektom” czy raczej „eko-epizodom” dwóch największych partii prawicowych: PO i PiS.</p>
<p>W 2007 roku Donald Tusk ściskał dłoń Jarosława Kaczyńskiego, popierając rząd PiS w walce z „eko-oszołomami” broniącymi Doliny Rospudy. Sprawa zakończyła się przyjęciem przez rząd, pod presją Komisji Europejskiej, wariantu przebiegu drogi… proponowanego przez organizacje ekologiczne i Zielonych 2004. Inny przykład to zajęcie się przez rząd PiS problemem torebek foliowych w sobie właściwy sposób: zakazać plastikowych i nakazać papierowe, choć jednorazowe papierowe są znacznie bardziej szkodliwe dla środowiska niż foliowe. Na złą propozycję PiS przedstawiłem alternatywną: wprowadzenie tzw. opłaty produktowej (nie bylibyśmy pierwszym krajem w Europie taką opłatę stosującym) – czyli koniec z darmowymi „foliówkami”, które wszędzie fruwają. Na tę propozycję, tym razem „ekominister” rządu PO Michał Boni odpowiedział (w charakterystyczny dla neoliberałów sposób): nie można foliówek obłożyć opłatą produktową, bo te… świetnie się spalają w spalarniach. Czyli gospodarka absurdu: twórzmy odpady, żeby je następnie jak najdrożej utylizować – i żeby PKB nam szybciej rosło.</p>
<p>I cóż, że spalarnie budzą uzasadnione protesty – Michał Boni i jego koledzy z PO nie będą przecież mieszkali w pobliżu żadnej z nich. W społeczeństwie rosnącego rozwarstwienia, szkodliwe inwestycje (spalarnie, autostrady czy elektrownie atomowe) buduje się przecież pod oknami grup biedniejszych. Bezpieczeństwo ekologiczne staje się dobrem dostępnym tylko dla (naj)bogatszych. Notabene, w dyskusji o foliówkach oczywiście pojawił się też argument Ministerstwa Gospodarki o zagrożeniu dla producentów torebek jednorazowych. Ale minister zapomniał, że ograniczenie ilości odpadów po prostu przynosi korzyść wszystkim: lepszej jakości środowisko oraz lepszej jakości życie. Tylko że kto by się zajmował takimi egalitarnymi „bzdetami” Zielonych, skoro „po pierwsze gospodarka, rozsądny Polaku”.</p>
<p>Najczęściej podczas debat w Sejmie słyszę jednak, że wszyscy parlamentarzyści są za ochroną środowiska. Niestety, okazuje się, że w praktyce jest nieco inaczej. Kilkanaście dni temu byłem na posiedzeniu wspólnym trzech komisji sejmowych, dotyczącym powodzi w Polsce. Posłowie rozmawiali głównie o tym, w których miejscowościach trzeba kupić pompy, gdzie dostarczyć środki chemiczne do oczyszczania zalanych domów itd. Niestety bez szerszego spojrzenia na całą złożoność ekosystemów i naszego w nich miejsca oraz bez uwzględnienia potrzeb przyszłych pokoleń. Takie zachowanie można byłoby zrozumieć w chwili samej tragedii, gdyby zaraz potem politycy zaczęli działać na rzecz dobra wspólnego – bezpieczeństwa ekologicznego i społecznego wszystkich przed następną katastrofalną powodzią. Bezpieczeństwa, zapewnionego w wypadku powodzi, których siła i częstotliwość zwiększy się w związku ze zmianami klimatycznymi, na przykład przez zalesianie terenów górskich, ochronę terenów podmokłych, renaturyzację potoków i rzek, zapewnianie rzekom przestrzeni do bezpiecznego rozlewania się na polderach. Niestety, tak się nie dzieje. Zamiast tego, posłuch parlamentarnych polityków znajdują po powodzi lobbyści, którzy mówią o „ekologii” polegającej na betonowaniu i prostowaniu biegu rzek, budowaniu coraz wyższych i droższych wałów oraz tam. Słowem – hydrotechnicznym „ujarzmianiu natury” rodem z XIX wieku, od którego kraje Europy Zachodniej współcześnie odchodzą, oddając rzekom przestrzeń.</p>
<p>Dlatego uważam, że aby na przykład zapobiec kolejnej katastrofalnej powodzi, Zieloni są bardzo potrzebni jako odrębna siła polityczna w parlamencie. Nie tylko zresztą do tego. Prosta świadomość potrzeby segregacji śmieci czy oszczędzania energii zaczyna już docierać do rosnącej grupy mieszkanek i mieszkańców Polski. Można to nazwać ekologią własnego interesu. Ludzie po prostu zaczynają zauważać, że dzięki energooszczędnej lodówce będą płacić mniejsze rachunki za prąd, a segregując śmieci, obniżą swoje opłaty za ich wywóz. Ale to dopiero pierwszy krok na drodze do „zielonego społeczeństwa”, w którym wszyscy zrozumiemy, że w naszym indywidualnym i wspólnym interesie jest ochrona wielorybów czy zapobieganie zmianom klimatycznym. Zieloni mogą w dotarciu do tego społeczeństwa pomóc.</p>
<p><em>* Dariusz Szwed, przewodniczący partii „Zieloni 2004”.<br />
<a href="http://www.zieloni2004.pl/Dariusz-Szwed-82.htm" target="_blank">www.szwed.zieloni2004.pl</a></em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Kacper Szulecki</em></a></p>
<p><strong>Konsensus jest możliwy. Do pewnego stopnia</strong></p>
<p>Problemy ekologiczne dotyczą naszego życia na każdej niemal płaszczyźnie, więc logicznie rzecz biorąc, powinny być jednym z podstawowych tematów debaty politycznej. A jednak nie są. „Zrównoważony rozwój” pozostaje retoryczną zapchajdziurą, o której wiadomo tyle, że dobrze by było, żeby była. Próżno szukać szerszych o niej wzmianek w <em>exposé</em> kolejnych premierów i manifestach partii. Jeśli już sprawy ekologiczne się pojawiają, często są kojarzone z rolnictwem lub leśnictwem – sektorami, które faktycznie operują na pograniczu najprościej rozumianego środowiska naturalnego i świata społecznego. To jednak pewnego rodzaju anachronizm. O ekologii więcej i często z sensem mówią sami ekolodzy – jakkolwiek rozmyte jest znaczenie tego terminu. Znacznie gorzej jest z politykami i dziennikarzami, co zauważył niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego” Michał Olszewski – skądinąd jeden z wyjątków potwierdzających regułę.</p>
<p>Ochrona środowiska postrzegana jest przede wszystkim jako kula u nogi gospodarki. Dzieli – choć przecież na dobrą sprawę powinna łączyć. Tak było jeszcze w drugiej połowie lat 80., kiedy w całej Europie Środkowej i Wschodniej (w tym w Polsce), stała się platformą masowego protestu – nie tyle postpolityczną, co apolityczną. Wszystko to działo się jednak w zupełnie innych niż dzisiejsze okolicznościach. Szok Czarnobyla, koszmarne skażenie środowiska – choćby na polskim i czeskim Śląsku oraz w NRD; wreszcie zupełny brak instytucjonalnych kanałów komunikacji z władzą. Wszystko to doprowadziło do wytworzenia się szerokiego obywatelskiego ruchu, z którego mogła wykiełkować po 1989 partia zielonych. Wykiełkowała, ale szybko zwiędła.</p>
<p>Dotychczasowe przymiarki do zielonej polityki w polskim wydaniu wypadają dość groteskowo. Etykietkę zielonych nalepiały sobie dotąd ugrupowania reprezentujące scenę polityczną od prawego do lewego ekstremum. Względnie największy sukces odnieśli Zieloni 2004, którzy jednak traktują postulaty „ochroniarskie” jako tylko jeden z wielu elementów nowolewicowego portfolio. Partia Zielonych Rzeczypospolitej Polskiej określa się sama jako „centroprawicowa”. Z kolei najstarsze ugrupowanie – powołana w 1991 roku Polska Partia Ekologiczna – Zielonych (lub po prostu Partia Zielonych) przebyło długą drogę od afiliacji z KPN, przez AWS, Ruch Patriotyczny Ojczyzna, aby od 2005 roku związać się z PPS, Komunistyczną Partią Polski i Antyklerykalną Partią Postępu „Racja”.</p>
<p>Samodzielnej zielonej siły politycznej nie ma i nie było. Inne partie zaś – unikają tematu. Co i rusz się jednak na niego natykają, choćby niechcący. W ostatnich latach najwięcej mówiło się rzecz jasna o Rospudzie i o globalnym ociepleniu. Rospuda to jedynie hasło, za którym kryje się głębszy spór o priorytety i charakter modernizacji. To w tej kategorii mieszczą się i świdnickie susły przeciw lotnisku (infrastruktura), i tatrzańskie świstaki przeciw narciarzom (turystyka). „Globalne ocieplenie” może lepiej by było zacząć wreszcie zastępować określeniem „zmiany klimatyczne”, bo przecież chodzi o ogólne nasilenie nietypowych zjawisk atmosferycznych – a tezy o ociepleniu niektórzy komentatorzy starają się zdyskredytować tyleż łopatologicznym, co chybionym „no a zimę mamy przecież mroźną”. Rozrzut obu tych kwestii pokazuje, jak szeroka jest gama zagadnień określanych jako „ekologiczne”. Od dyskusji na poziomie gminy dla poszerzenia Białowieskiego Parku Narodowego po szczyty klimatyczne z udziałem przywódców światowych mocarstw. Mimo to unaocznienie społeczeństwu i elitom politycznym powagi ekologii jest trudne. Czyżby szwankowała edukacja? Na pewno.</p>
<p>Szeroki eko-konsensus lat 80. dotyczył przede wszystkim powstrzymania kompletnej zagłady środowiska i ograniczenia jego zanieczyszczeń z uwagi na zdrowie ludzi. Dzisiejsze debaty trudniej przekalkulować na zyski i straty swoje i bliskich. Chyba że rachunkiem ekonomicznym. Tu jednak ekologia często przegrywa, bo nie zawsze umie się bronić.</p>
<p>Poszerzenie parków narodowych albo obszarów Natura 2000 wymaga pójścia dużo dalej w myśleniu o naturze – nie tyle chronienia jej dla siebie, co dla niej samej. Jak wynika z badań prasy przeprowadzonych przez Julię Ziemińską, przy okazji sporu o Rospudę w mediach toczyła się prawdziwa wojna o zdefiniowanie dla kogo i czym jest środowisko. Na krótki czas w 2007 roku dość radykalna – prawdziwie „zielona” – wizja natury jako skarbu samego w sobie zdominowała debatę publiczną, głównie w związku z kampanią „Gazety Wyborczej”. Nie było jednak komu pójść za ciosem, choć zdawało się, że prawdziwym eko-niem trojańskim w zainteresowanym raczej szybkim niż zrównoważonym rozwojem rządzie Donalda Tuska będzie minister Maciej Nowicki. Ten ostatni nie wytrzymał – co tłumaczono prosto: brak politycznego zaplecza. Czy tego zaplecza faktycznie nie ma?</p>
<p>Zmiany klimatyczne to w polskich warunkach temat jeszcze mniej nośny. Korzyści z ograniczania emisji są mgliste i dla wielu bardzo niepewne, zaś straty ekonomiczne bliskie, a przynajmniej łatwe do wyobrażenia. Jednak uciekanie przy okazji od tematu szybkiego i planowego przechodzenia na energię ze źródeł odnawialnych to zwyczajna krótkowzroczność.</p>
<p>Nowy eko-konsensus jest osiągalny i może być dość pragmatyczny (czego nie należy rozumieć pejoratywnie). Polacy deklarują, że środowisko jest dla nich ważne. Problemem jest jednak przekucie tych deklaracji w konkretne działania polityczne i codzienne zachowania konsumenckie. Istnieje ogromny obszar problematyki ekologicznej, gdzie, jak w krajach skandynawskich, w Europie Zachodniej, ale też we Włoszech, postrzeganych jako mniej zamożne i uporządkowane, mogą spotkać się partie prawicowe, centrowe i lewicowe. Decydujący wydaje się brak naprawdę zainteresowanych tym polityków-działaczy. To, że teraz ekologię na sztandarach najwyżej niosą niszowi Zieloni 2004, nie świadczy o zarezerwowaniu większości eko-problemów dla lewicy. Świadczy raczej o tym, że ta partia  (podobnie jak dość bogate i aktywne środowisko ekologicznych organizacji pozarządowych) przyciąga ludzi, którym jeszcze „coś się chce” i są gotowi działać na rzecz spraw, jakie uznają za ważne, nie przeliczając ich na pieniądze.</p>
<p>Ten konsensus jest też w interesie większych partii, a ta, która pierwsza zda sobie z tego sprawę i opracuje szerszy i solidniejszy plan działania dla ochrony środowiska (na początek w Polsce), może przyciągnąć spory odsetek wyborców, których od lustracji albo hazardowego lobbingu bardziej interesuje recykling.</p>
<p>Poza konsensusem pozostanie wiele kwestii wynikających ze sprzeczności dzisiejszego systemu gospodarczego i modelu konsumpcji z całościową ochroną środowiska. To pole zostanie na pewno w gestii NGO-sów i (częściej jednak lewicowych) radykalnych ekologów. I tu teoretycznie powinno być kiedyś miejsce dla Partii Zielonych z prawdziwego zdarzenia, ale wiele jeszcze (niezdatnej do picia bez filtrowania) wody upłynie w Wiśle nim tego doczekamy.</p>
<p><em>* Kacper Szulecki, doktorant na Uniwersytecie w Konstancji w Niemczech. Współtworzy Instytut Badań nad Środowiskiem i Polityką ESPRi we Wrocławiu. Współpracuje z &#8222;Kulturą Liberalną&#8221;.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><a href="#0"><small>Do góry</small></a></em></p>
<p><em> </em></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Julia Ziemińska</em></a></p>
<p><strong>Bujać to nas, ale nie las. Czyli jak biurokratyczny ping-pong powoduje, że nie można chronić w Polsce przyrody, mimo że wszyscy chcą</strong></p>
<p>Oto krótka opowieść o tym, jak wyglądają realia działań ekologicznych (w tym wypadku ochrony zagrożonych gatunków, a więc bio-różnorodności) we współczesnej Polsce. A przede wszystkim – opowieść o obezwładniającej biurokracji, dzięki której nawet kiedy wszystkim zależy, nikt nic nie może zrobić.</p>
<p>W pewnej przygranicznej gminie G coraz więcej osób niepokoi się o napotykane czasem w lesie małe, urokliwe, ale przede wszystkim rzadkie płazy – salamandry plamiste. Coraz więcej turystów, brak odpowiedniej informacji i edukacji, warczące i wszędobylskie quady, wycinka okolicznych drzew, regulacja strumienia, zaburzenia retencji przez pozyskiwanie wody pitnej to tylko kilka z wciąż rosnącej listy zagrożeń antropogenicznych, jakby tych innych (erozja, obniżenie wód gruntowych) było mało. A to wszystko jest jak wyrok wydany na populację tych przepięknych płazów o fantastycznych, żółto-pomarańczowych plam na grzbietach. Salamandry mają przy tym niemałe znaczenie przyrodnicze i olbrzymie wymagania siedliskowe. I raczej się nie przeprowadzą. Ich exodus miałby spektakularne tempo kilkunastu metrów na dobę.</p>
<p>Całe szczęście gmina G nie odstaje w niczym od cywilizowanej Europy. Wszyscy razem i każdy z osobna chcą pomóc „małym smokom”. Wszystkie lokalne siły deklarują cichą przychylność do powołania zinstytucjonalizowanej ochrony salamander na sporym obszarze. Mimo z pozoru sprzecznych interesów, mimo różnic światopoglądowych, mimo odmiennego postrzegania roli przyrody – wszyscy mówią: trzeba chronić. W tej kwestii wyjątkowo zgodni są i burmistrz, i przewodniczący Rady Miejskiej, i nadleśniczy. Pewnie i proboszcz nie ma nic przeciwko. Całe szczęście, lokalna prasa szybko podchwytuje temat i zgodnie wspiera inicjatywę na rzecz ochrony salamander, tłumacząc laikom, jakie skarby natury mieszkają w lasach gminy G. Całe szczęście, nie brakuje również aktywistów skłonnych przygotować odpowiednią dokumentację, pisać wnioski i koordynować całą procedurę – w końcu prawna ochrona gatunków to nie przelewki i sama się nie stworzy. Włączając się w działania tej ostatniej grupy, staję się świadkiem beznadziejnej gry.</p>
<p>Ruszamy z szersza kampanią, pełni animuszu. Piszemy m.in. do ogólnopolskiego stowarzyszenia specjalistów związanych z ekologią o poparcie dla inicjatywy. Piszemy do specjalizującego się w podobnych akcjach NGO-sa i do kolorowego magazynu o tytule łudząco podobnym do nazwy naszego zagrożonego płaza z prośbą o podnoszącą świadomość publikację na ten temat, oferując gotowy artykuł bądź wszystkie materiały potrzebne do stworzenia własnego. Podobną propozycję składamy regionalnemu miesięcznikowi, który zgodnie ze swoim statutem takimi sprawami najchętniej się zajmuje. Sporządzamy wniosek do Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska o korektę obszaru ochronnego Natura 2000 na terenie gminy G – w końcu od tego są konsultacje społeczne, prawda? I co najważniejsze – piszemy formalny wniosek o powołanie tzw. użytku ekologicznego do gminy i do wojewody.</p>
<p>Kiedy wszystko zdaje się być na najlepszej drodze, nad sprawą zapanowuje cisza. Gmina i wojewoda są bezbronne. Stowarzyszenie specjalistów ma ważniejsze sprawy na głowie. Piszemy najpierw do członka zarządu, potem do samego prezesa. Nie wiedzą, nie są pewni, ale czują, że coś tu nie gra. Wszyscy się zgadzają? Niemożliwe – pewnie jest jakiś haczyk. W końcu mówią: wniosek powinni ocenić inni specjaliści, bo nie można narażać dobrego imienia organizacji najbliższej ówczesnemu Ministrowi Środowiska. Dodatkowo sprawa salamandry jest nie-wiadomo-dlaczego ryzykowna politycznie i zrozumiale mało priorytetowa przy, dyskutowanym przez cały czas na forum stowarzyszenia, handlu emisjami. Stowarzyszenie odmawia podpisu pod wnioskiem o ustanowienie użytku ekologicznego. Kolorowy magazyn o dobrze wróżącym tytule odmawia współpracy. Albo może inaczej – redakcja nigdy nie odpowiada na maile. Podobnie sprawa ma się z regionalnym miesięcznikiem. Widać to, co jest oczywiste na poziomie gminy czy powiatu, na poziomie wojewódzkim już nie jest.</p>
<p>Mimo ogłoszenia formalnych konsultacji w sprawie powołania obszaru Natura 2000 na terenie gminy G, Generalny Dyrektor OŚ nie spieszy się z odpowiedzią na sugerowaną korektę (tak, żeby Dyrektyw Siedliskowa faktycznie chroniła siedliska zagrożonego gatunku). Po pól roku od wysłania wniosku do Generalnego Dyrektora przestajemy nawet czekać na odpowiedź. Wniosek z identycznymi jak nasze postulatami, ale z innej pozycji, wysyłają władze gminy G. Z tego co wiemy – także z marnym skutkiem.</p>
<p>Całe szczęście gmina G i wojewoda W odpowiadają na wszystkie pisma w terminie. Cóż jednak z tego, skoro gmina odsyła do wojewody i vice versa. Wszystko z uśmiechem i poklepywaniem po ramieniu – szczytny cel, słuszna inicjatywa. Na biurku rośnie stos urzędowych pism. Wszystkie według tego samego schematu. Każde popiera inicjatywę, po czym w różny sposób wyjaśnia brak swoich kompetencji i odsyła dalej. Wojewoda, którego tym razem podeszliśmy od strony obszaru Natura 2000, tym razem odsyła nas w górę – do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. Ustanowienie użytku ekologicznego to w tym wypadku niekończąca się gra w biurokratycznego ping-ponga. Gmina sama nie ma „warunków”, województwo nie ma „możliwości”. Gmina nie ma osoby, województwo czasu. Nikt nie ma pieniędzy. Gmina uważa, że od tego jest województwo, województwo – że gmina. W dalszym ciągu wszyscy życzą powodzenia inicjatywie, której osobiście bardzo kibicują. Wskazane przez ustawę instytucje do ustanowienia użytku to niestety tylko, lub w tym wypadku aż, gmina i wojewoda. To stwarza możliwość odbijania piłeczki w nieskończoność i rzeczywistego braku odpowiedzialności za niepodjęcie właściwych działań.</p>
<p>Po ponad roku od obiecującej passy dobrych słów, deklaracji, lawiny artykułów, opracowań i wielkich chęci, sprawa odchodzi w niepamięć. Nawet trudno powiedzieć, co właściwie się stało, bądź się nie stało, że mimo świetnie wróżącej sytuacji wyjściowej nie udało się ustanowić najbardziej podstawowej formy ochrony prawnej siedliska salamandry plamistej – gatunku wpisanego do „Czerwonej Księgi”, a wiec cennego i absolutnie wymagającego ochrony. Tymczasem jak co roku, w marcu, salamandry przebudziły się z zimowego snu. Te, które nie utopiły się składając jaja w uregulowanym betonem strumieniu, muszą dziś nie tylko przygotowywać się do kolejnej zimy, ale i stawić czoło innemu zagrożeniu: bezsilności i rozmyciu odpowiedzialności w polskiej eko-biurokracji.</p>
<p><em>* Julia Ziemińska, doktorantka na Technicznym Uniwersytecie w Dreźnie. Współtworzy Instytut ESPRI we Wrocławiu. </em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: right;"><em>** Autor koncepcji numeru: <strong>Kacper Szulecki</strong></em><em> </em><br />
<em>*** Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em><br />
<em>**** Autor tytułu tematu tygodnia: </em><strong><em>Michał Krasicki</em><br />
</strong></p>
<p><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 79 (29/2010) z 13 lipca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/szwed-szulecki-zieminska-kucharczuk-czy-zielone-musi-byc-czerwone/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUCHARCZUK: Wynieś go, wynieś, nie zabijaj! Komentarz do Tematu Tygodnia</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/kucharczuk-wynies-go-wynies-nie-zabijaj-komentarz-do-tematu-tygodnia/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/kucharczuk-wynies-go-wynies-nie-zabijaj-komentarz-do-tematu-tygodnia/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Jul 2010 00:26:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[ekologia]]></category>
		<category><![CDATA[nr 79]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6443</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: left;"><em>Rafał Kucharczuk</em></p>
<p style="text-align: left;"><strong>Wynieś go, wynieś, nie zabijaj!</strong><em><br />
</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/pająk.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-6436" title="pająk" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/pająk-811x1024.jpg" alt="" width="409" height="517" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 79 (29/2010) z 13 lipca 2010 r.</em></strong></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><em>Rafał Kucharczuk</em></p>
<p style="text-align: left;"><strong>Wynieś go, wynieś, nie zabijaj!</strong><em><br />
</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/pająk.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-6436" title="pająk" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/pająk-811x1024.jpg" alt="" width="409" height="517" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 79 (29/2010) z 13 lipca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/13/kucharczuk-wynies-go-wynies-nie-zabijaj-komentarz-do-tematu-tygodnia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ŚWIDA-ZIEMBA, FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA, KRASICKI, WYSOCKA: I co teraz…?</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/swida-ziemba-fedyszak-radziejowska-krasicki-wysocka-i-co-teraz%e2%80%a6/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/swida-ziemba-fedyszak-radziejowska-krasicki-wysocka-i-co-teraz%e2%80%a6/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Jul 2010 00:40:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Barbara Fedyszak-Radziejowska]]></category>
		<category><![CDATA[Fedyszak-Radziejowska]]></category>
		<category><![CDATA[Hanna Świda-Ziemba]]></category>
		<category><![CDATA[Kaczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Komorowski]]></category>
		<category><![CDATA[Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Michał Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[nr 78]]></category>
		<category><![CDATA[Olga Wysocka]]></category>
		<category><![CDATA[PiS]]></category>
		<category><![CDATA[Platforma]]></category>
		<category><![CDATA[PO]]></category>
		<category><![CDATA[PSL]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[SLD]]></category>
		<category><![CDATA[Świda-Ziemba]]></category>
		<category><![CDATA[Wysocka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6340</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, słuchając pierwszych powyborczych komentarzy, można było odnieść wrażenie, że… Nie wiadomo, kto wygrał! Przegrani okazali się zwycięzcami, zwycięzcy w istocie przegrali, a &#8211; wedle innych analiz &#8211; najważniejsi gracze to ci, którzy w ogóle nie weszli do II tury wyborów prezydenckich. Wybory nie były nudne: prawica okazała się lewicą, a przy okazji ogłoszony został koniec podziału postkomunistycznego. Gloria victis czy zwykły zamęt? A może czegoś ważnego &#8211; przy okazji tych wyborów prezydenckich &#8211; </em><em>dowiedzieliśmy się o sobie</em><em>? Na te oraz wiele innych pytań odpowiadają w tym tygodniu: <strong>Hanna Świda-Ziemba, Barbara Fedyszak-Radziejowska, Michał Krasicki </strong>oraz<strong> Olga Wysocka</strong>. Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/swida-ziemba-fedyszak-radziejowska-krasicki-wysocka-i-co-teraz%e2%80%a6/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu ŚWIDA-ZIEMBA, FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA, KRASICKI, WYSOCKA: I co teraz…?&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, słuchając pierwszych powyborczych komentarzy, można było odnieść wrażenie, że… Nie wiadomo, kto wygrał! Przegrani okazali się zwycięzcami, zwycięzcy w istocie przegrali, a &#8211; wedle innych analiz &#8211; najważniejsi gracze to ci, którzy w ogóle nie weszli do II tury wyborów prezydenckich. Wybory nie były nudne: prawica okazała się lewicą, a przy okazji ogłoszony został koniec podziału postkomunistycznego. Gloria victis czy zwykły zamęt? A może czegoś ważnego &#8211; przy okazji tych wyborów prezydenckich &#8211; </em><em>dowiedzieliśmy się o sobie</em><em>? Na te oraz wiele innych pytań odpowiadają w tym tygodniu: <strong>Hanna Świda-Ziemba, Barbara Fedyszak-Radziejowska, Michał Krasicki </strong>oraz<strong> Olga Wysocka</strong>. Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"><strong>W temacie tygodnia:</strong></a></small></strong></p>
<p><small><a href="#1">1. HANNA ŚWIDA-ZIEMBA: Największy podział</a><br />
<a href="#2">2. BARBARA FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA: Opozycja to nie dinozaury</a><br />
<a href="#3">3. MICHAŁ KRASICKI: Pyrrusowe zwycięstwa Jarosława K.</a><br />
<a href="#4">4. OLGA WYSOCKA: Zwycięstwo bez zwycięzcy</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/po-wyborach.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-6341" title="po wyborach" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/07/po-wyborach-688x1024.jpg" alt="" width="247" height="367" /></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="1"><em>Hanna Świda-Ziemba</em></a></p>
<p><strong>Największy podział</strong></p>
<p>Kiepska praca sztabu Komorowskiego, krótka społeczna pamięć, powódź, a do tego polskie umiłowanie do spisków i skandali, widoczne szczególnie po katastrofie smoleńskiej. Powodów, dla których te wybory powinien był wygrać Jarosław Kaczyński, a nie Bronisław Komorowski, jest tak wiele, że aż sama się dziwię, że tak się nie stało.</p>
<p>Po pierwsze, choć Bronisław Komorowski jest o wiele bardziej wartościowym kandydatem niż prezes PiS, w ogóle nie wynikało to z jego medialnego wizerunku. Miał bardzo złą kampanię wyborczą. Jej wady wyliczali już w mediach i politycy, i spece od marketingu politycznego, nie będę zatem powtarzać ich słów. Inną sprawą jest, że dla wielu ludzi, jak się wydaje, nie istniała w ogóle alternatywa w tych wyborach. Dla osób jak ja, nastawionych na liberalizm raczej nie gospodarczy, ale polityczny, Komorowski jest zbyt konserwatywny. To mogło wiele osób zniechęcić do głosowania.</p>
<p>Po drugie, na niekorzyść Komorowskiego działały nie tylko hasła, ale – być może przede wszystkim – atmosfera i okoliczności. Niestety, ludzie mają krótką pamięć. Zapomnieli, co się działo w latach 2005 – 2007, i że PiS wcale o nich tak wówczas nie dbało, jak dziś chętne byłoby przyznać. W zupełności wystarczyło im, że Jarosław Kaczyński obiecywał jasną przyszłość, miał bardzo dobrą kampanię wyborczą i relatywnie mało komukolwiek wymyślał. Do tego doszła powódź, która zawsze szkodzi tym, którzy są przy władzy. Nie bez znaczenia było również, że rząd Tuska ma już prawie trzy lata. Jak wiemy z historii ostatniego dwudziestolecia, rządy przeważnie po kilku latach tracą w Polsce poparcie. Tak było w wypadku SLD, AWS i zaledwie po dwóch latach – PiS. W ogóle to, że Platforma ostała się i ma jeszcze coś do powiedzenia po tak długim czasie, uważam za sytuację wyjątkową.</p>
<p>Po drugie, Kaczyńskiemu sprzyjała atmosfera związana z katastrofą smoleńską. Prezydencki samolot był przez cały czas w tle tej kampanii, a wraz z nim atmosfera podejrzliwości i teorie spiskowe. My – nie wiem, czy szczególnie Polacy, czy po prostu ludzie – lubimy tego rodzaju skandale. W tej całej histerii, z prawdziwej tragedii, w której zginęły osoby z bardzo różnych środowisk, zrobił się dramat przywłaszczony przez PiS. Było to śmieszne, jednak nikt nie miał odwagi tej śmieszności rozbroić.</p>
<p>Dlatego dziś, gdy patrzymy na wyniki obu kandydatów, którzy właściwie wygrali w cuglach, być może najważniejsze jest, co oznaczają efektowne mapy Polski, podzielone na błękitną i złotą połowę. W tym rozkładzie wyborów Polaków najchętniej widzielibyśmy historyczny pozaborowy podział. Zwolennicy Kaczyńskiego to tereny dawnego zaboru rosyjskiego i Galicji, Komorowskiego zaś – tereny dawnego zaboru pruskiego. Ta interpretacja jednak wydaje się błędna, gdy weźmiemy pod uwagę znaczącą przewagę Komorowskiego na tak zwanych Ziemiach Zachodnich, gdzie mieszkają potomkowie dawnych mieszkańców Wileńszczyzny, Polesia i Podola, przynależnych niegdyś do rosyjskiego lub austriackiego zaboru. Wobec tego przewagę głosujących na określonego kandydata w danym okręgu należałoby tłumaczyć z pomocą wielu czynników, a nie po prostu wpływem zaborów. Należałyby do nich między innymi: rozwój infrastruktury, charakter aktualnie utrwalonych obyczajów, a w wypadku mieszkańców Ziem Zachodnich – bliskość granicy z Niemcami i z tego wynikające częstsze wizyty u naszych zachodnich sąsiadów itd. Na jeszcze jedno warto zwrócić uwagę. Na terenach, gdzie wygrywał jeden z kandydatów, drugi otrzymywał również dość pokaźną liczbę głosów: od 34 do 45 procent. A więc zależność między miejscem zamieszkania a preferencjami wyborczymi nie jest zależnością bezwzględną.</p>
<p>Wydaje się zatem, że to nie geograficzny, ale mentalny podział polskiego społeczeństwa jest rzeczywiście ważny i, jak się wydaje, ogromny. Wszyscy chyba nieraz odczuwamy towarzyskie, wewnątrzśrodowiskowe naciski na to, żeby nie spotykać się ze zwolennikami albo przeciwnikami określonej opcji. Owe podziały towarzyskie wskazują, że w tych wyborach głosowały w istocie dwa rodzaje ludzi. Jeden – to osobowości autorytarne, pragnące silnego przywódcy, który poprowadzi i zniszczy wszystkich podłych kombinatorów. Drugi – to ludzie o osobowości demokratyczno-liberalnej. Im chodzi o tolerancję, spokój, o decentralizację władzy, bez silnej pozycji rządu. To właśnie podział, nakładając się na regiony o gorszej sytuacji materialnej czy rozwojowej, w tych okolicznościach, kiedy te bodźce w postaci katastrofy czy powodzi wzmacniają osobowości o skłonnościach autorytarnych, daje w danym miejscu wygraną jednemu bądź drugiemu kandydatowi.</p>
<p><em>* Hanna Świda-Ziemba, profesor socjologii.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Barbara Fedyszak-Radziejowska</em></a></p>
<p><strong>Opozycja to nie dinozaury</strong></p>
<p>Sukces rozumiany jako skala poparcia społecznego dla Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, to nie jest &#8222;ciekawe zjawisko&#8221;, lecz sytuacja w demokracji normalna. To prawda, że była ona nieosiągalna przez ostatnie, powiedzmy, trzy lata. Zwolennikom i politykom Platformy udało się bowiem wytworzyć przekonanie, że istnieje tylko jedna partia, licząca się w kraju i za granicą, która jest zdolna do prowadzenie polityki w zgodzie z UE, Rosją, Niemcami i&#8230;. Tu stawiam kropkę. Odnoszę wrażenie, że PO lekceważy nasze relacje z NATO, z Wielką Brytanią oraz ze Stanami Zjednoczonymi. Ale na pewno naszych największych sąsiadów ma po swojej stronie.</p>
<p>Ten swoisty, sprzeczny z zasadami demokracji sukces udało się osiągnąć metodą, której symbolem jest dla mnie Janusz Palikot. Nie uważam go za polityka, który &#8222;łamie&#8221; dobre obyczaje, lecz sprawnego socjotechnicznie wykonawcę zadania, które najkrócej rzecz ujmując polega na systematycznym i ciągłym  deprecjonowaniu ludzi, którzy ośmielają się myśleć, że jest rzeczą słuszną głosować na PiS. Ta metoda była &#8211; w wielu wymiarach &#8211; na tyle skuteczna, że PiS zdawał się być skazany na poparcie nie wyższe, niż 20 punktów procentowych.</p>
<p>Było to, moim zdaniem, testowanie możliwości wprowadzenia w Polsce wariantu demokracji skutecznie zainstalowanej w Rosji przez Władimira Putina, czyli demokracji fasadowej. Można o niej mówić, że jest demokracją, bo istnieją partie opozycyjne, ale przecież żadna z nich nie ma realnych szans na zdobycie władzy. Rządzi &#8222;Jedna Rosja&#8221; i nawet nie jest ważne w gruncie rzeczy, jak się nazywa. Ważne, że popiera Władimira Putina, i w drugiej kolejności &#8211; Dmitrija Miedwiediewa.</p>
<p>Demokracja fasadowa ma w III RP własne także korzenie, które sięgają &#8222;historycznego kompromisu&#8221; zawartego przy Okrągłym Stole. To wtedy zrodziła się koncepcja demokracji wprowadzanej bardzo ostrożnie, wolno i w sposób kontrolowany  &#8211; na 35%, potem tylko w gminach, i dopiero po 2 latach i 4 miesiącach w sejmie (rok później, niż w Czechosłowacji i na Węgrzech). Elita Okrągłostołowa zdaje się do dzisiaj sądzić, że prawdziwa rywalizacja między partiami politycznymi i programami nie jest konieczna. To taka swoista ustrojowa mutacja PRL. Poprzednio jedną słuszną wizją świata był marksizm &#8211; leninizm- dzisiaj wiemy, jak prostacka była to wizja. Nowa wersja jest mniej jednoznaczna, nieco liberalna, na pewno dobrze dostosowana do &#8222;głównego nurtu&#8221; Unii Europejskiej, ale też jedyna, nie potrzebuje ani korekty, ani opozycji, ani sporu. Ma za sobą liczne grono ekspertów, instytucji i organizacji pozarządowych, które bardzo efektywnie pełnią rolę opiniotwórczą.</p>
<p>Waldemar Kuczyński szczerze kiedyś napisał w Rzeczpospolitej, że nie wolno naruszać &#8222;ustroju&#8221; III RP. Nie &#8211; demokracji &#8211; lecz właśnie &#8222;ustroju&#8221;, zupełnie jak w czasach PRL. Wtedy też mieliśmy ustrój najlepszy na świecie, broniony zresztą przez gen Jaruzelskiego bardziej, niż &#8222;niepodległość&#8221;.</p>
<p>Zwracam przy tym uwagę, że o ile &#8222;ustrój&#8221; III RP budowano przy Okrągłym Stole, to demokrację &#8211;  4 czerwca 1989 roku. Frekwencja w I turze pokazała, że Polaków interesuje tylko demokracja, bo tłumnie pojawili się wtedy, gdy naprawdę mogli wybierać, tylko na 35% , ale jednak. Gdy żadnego wyboru nie było miedzy kandydatami partyjno-rządowymi &#8211; w drugiej turze &#8211; pojawiło się tylko 25% uprawnionych do głosowania. To było symboliczne wywrócenie okrągłego stołu. Ale nasz establishment wciąż tęskni za &#8222;ustrojem&#8221; i denerwuje go rywalizacja z niemalowaną opozycją.</p>
<p>PO miała wielką szansę na takie rządzenie krajem. Ma solidne, solidarnościowe korzenie, dobrze dobrane wizerunkowo twarze (nie lekceważyłabym ani słusznego wzrostu, ani ponadprzeciętnej urody),  poparcie elit opiniotwórczych i miłość komercyjnych mediów. Jej liderzy zdołali przekonać Polaków, że opozycja i demokratyczne mechanizmy kontroli nie są potrzebne, przy tak doskonałej partii i światłych przywódcach. Wszystko to bardzo  osłabiło i tak kruchą demokrację. I z tego punktu widzenia, wynik wyborów prezydenckich przywraca ją do życia.</p>
<p>Po raz kolejny, jak w 1989 roku, obywatele powiedzieli: &#8222;chcemy demokracji naprawdę, a nie na niby!&#8221;. Powiedzieli tym samym, że widzą głęboki sens w rywalizacji partii politycznych i w przywróceniu wzajemnych mechanizmów kontroli.</p>
<p>Tu, jedna uwaga. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież SLD, mając kiedyś prezydenta i rząd, podobnie jak PiS, gdy miało prezydenta i rząd, znajdowało się w identycznej sytuacji. Otóż, niezupełnie. SLD liczyło się z opozycją solidarnościową i jej programem. Nie zakwestionowało planu wejścia do NATO i UE, a nawet to wejście sfinalizowało. Mało tego, proszę pamiętać, jak &#8211; wg reguł demokratycznych &#8211; skonstruowano komisję sejmową ds. afery Rywina, oraz to, że premier Leszek Miller zrehabilitował pułkownika Kuklińskiego. SLD, mając świadomość własnych korzeni, nie było aż tak pełne pychy, jak PO. Musiało się z opozycją postsolidarnościową liczyć.</p>
<p>Natomiast PiS w czasie swoich rządów nie miał innego wyjścia i musiał(!) liczyć z opozycją, bo za nią stały mass media. Takiej medialnej kontroli nie miały żadne wcześniejsze rządy. Żadna, nawet tylko wymyślona przez media lub PO afera nie uszła ich uwagi. Nic nie umknęło &#8222;niezależnym&#8221; dziennikarzom. Mariusz Kamiński będzie ścigany za &#8222;prowokację&#8221; w niebyłej aferze rolnej, co oznacza, (przez analogię do prowokacji wobec posłanki Sawickiej, czy do afery hazardowej, której przecież też nie było), że rząd J.Kaczyńskiego nie miał żadnego powodu, by rozpisywać wybory. A mimo to wybory się odbyły. Oto skuteczność działania establishmentu.</p>
<p>PO od 3 lat jest w praktyce wolna od kontroli opinii publicznej, czy od presji opozycji. Dziesiątki tematów jawi się jako nietykalne, bo to liderzy i sympatycy PO decydują, o czym wolno debatować. Jeśli ktoś podejmuje &#8222;nie zatwierdzone&#8221; tematy, to rychło okaże się, że posługuje się  &#8222;mową nienawiści&#8221;. Genialne.</p>
<p>Paradoksalnie więc, wybory skończyły się zwycięstwem demokracji. Powiedział to zresztą sam Bronisław Komorowski i w tym się z nim zgadzam. Społeczeństwo pokazało, że nie widzi nic złego w podziale politycznym. Jesteśmy wspólnotą, ale różnimy się poglądami na państwo, patriotyzm, politykę gospodarczą naprawdę, a nie na niby. A opozycja to nie są dinozaury, które mają obowiązek współpracować z PO pod groźbą wyginięcia. Opozycja ma prawo mieć inne zdanie, niż rządzący, może też współpracować, gdy zostanie przekonana. Ale ma prawo odmówić tej współpracy, gdy rządowy projekt uważa za skrajnie zły. Poparcie udzielone 4 lipca  J. Kaczyńskiemu wyrównuje równowagę sił. W tym sensie wybory wygrał Br. Komorowski oraz przede wszystkim demokracja. A więc także PiS.</p>
<p><em>* Barbara Fedyszak-Radziejowska, doktor socjologii.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Michał Krasicki</em></a></p>
<p><strong>Pyrrusowe zwycięstwa Jarosława K.</strong></p>
<p>Wedle tego, co się w mediach opowiada, Jarosław Kaczyński odniósł w wyborach prezydenckich nie porażkę, lecz zwycięstwo. Dobrze, skoro już trzeba, niech będzie to zwycięstwo&#8230;. ale pyrrusowe. Najpierw, dla odprężenia, rys historyczny.</p>
<p>Żyjący na przełomie IV i III wieku p.n.e. król Epiru, Pyrrus, wybitny strateg i przeciwnik rosnącej w siłę republiki rzymskiej, nigdy nie składał broni, toczył wojny przez całe życie. Mimo to jego główny cel, czyli stworzenie wielkiego mocarstwa na zachodzie, na wzór imperium Aleksandra Macedońskiego, nigdy się nie ziścił. „Pyrrusowe zwycięstwo” to zwycięstwo odniesione na terenie wroga, okupione wielkimi stratami, nie rozstrzygające wojny i zwiastujące w przyszłości porażkę. Pyrrus zginął podczas oblężenia w obcym mieście siedem lat po swoim słynnym „zwycięstwie” nad Rzymianami pod Ausculum.</p>
<p>Pierwsze, to właściwe, „pyrrusowe zwycięstwo” prezesa PiS miało miejsce w roku 2005, kiedy w wyborach parlamentarnych zdobył dla swojej partii około dwudziestu mandatów sejmowych więcej niż PO i wydźwignął brata na stanowisko prezydenta Polski. Podobno w bitwie pod Ausculum zwycięstwo Pyrrusowi zapewniła szarża dwudziestu słoni bojowych… Jak wiadomo, Kaczyński zaprzepaścił swój triumf niemal w całości.</p>
<p>Zrządzeniem losu prezesowi PiS została dana jeszcze jedna szansa, by zmierzyć się z przeważającymi siłami PO, tym razem dowodzonymi przez Tuska i Komorowskiego. Pyrrusowi przydarzyło się coś podobnego, w cztery lata po pierwszym „zwycięstwie”. Jak donoszą historyczne sondaże w bitwie pod Benewentem broniący swego kraju Rzymianie wystawili pod wodzą dwóch konsulów czterdziestotysięczną armię, a armia Pyrrusa liczyła wtedy trzydzieści tysięcy. Rzymianie odnieśli ponoć tylko nieznaczne zwycięstwo (historycy nie są co do tego zgodni), lecz w praktyce Pyrrus przestał być zagrożeniem dla republiki.</p>
<p>Dlaczego prezes Kaczyński pełen wojowniczego wigoru, z optymizmem szykujący się do kolejnych bitew, miałby być faktycznym przegranym niedzielnych wyborów? Porzućmy zabawne, historyczne analogie.</p>
<p>Od jutra przez pięć lat będziemy mieli na szczycie państwa rozsądnego, spokojnego, kulturalnego i porządnego polityka. Już za kilka miesięcy, jeżeli Komorowski nie popełni jakiegoś karygodnego błędu, siedemdziesiąt procent społeczeństwa będzie uważać go za swojego prezydenta. Wystarczy, że będzie kontynuował to, co zaczął robić w czasie kampanii. Kiedy PiS będzie atakował Platformę za wszystko, co tylko się da, po raz kolejny zmieniając swoją twarz i tracąc wiarygodność, na firmamencie polskiej polityki świecić będą dwie wizerunkowe, stabilne gwiazdy: premier i prezydent. Platforma może sobie niestety pozwolić na błędy i niedociągnięcia, a nawet na przegraną w przyszłych wyborach parlamentarnych, mając pewność, że trzydzieści pięć procent wyborców, bez jakiegoś wielkiego blamażu czy afery, nigdy ich nie opuści, a ci, co odejdą, wrócą w kolejnych wyborach.</p>
<p>Jarosław Kaczyński jest słaby, coraz słabszy. Nie udało mu się odzyskać elektoratu, który głosował niegdyś na jego brata. Jego czterdzieści siedem procent to wynik jednorazowy, który już się nie powtórzy. Dobry wynik wymusiła nieunikniona polaryzacja drugiej tury wyborów. Faktyczny elektorat PiS może wynosić co najwyżej trzydzieści sześć procent głosujących, tyle, ile uzyskał Kaczyński w Warszawie.</p>
<p>Prezes PiS otwarcie zrezygnował ze strategii wzbudzania antykomunistycznej histerii i autorytarnych projektów IV RP. Powrót do dawnych kolein jest już właściwie niemożliwy, chociaż miedzy wierszami Kaczyński wciąż pije do tej części swoich wyborców, których zżera resentyment. Prezes znalazł się w kleszczach własnej strategii. Albo zacznie tracić swoich dotychczasowych wyborców albo tych świeżo zdobytych i potencjalnych. Można być słodko-kwaśnym, ale słodko-gorzkim już nie.</p>
<p>Kaczyński postawił w partii na ludzi młodych, a młodzi to poważny problem. Mają mniejsze doświadczenie. Nie umieją tak dobrze kłamać jak starzy. Widać to po nich, oni nie nienawidzą już tak mocno swoich przeciwników lub zgoła wcale. Nie chcą być ciągle w mediach przysłowiowymi chłopcami (dziewczętami) do bicia. Pragną pokazać się z dobrej strony wszystkim Polakom, a nie tylko zamkniętej i pełnej frustracji części społeczeństwa. Ich ambicje rosną. Duża część starej gwardii zginęła w smoleńskiej tragedii i Kaczyński nie bardzo ma na kogo postawić. Pomyślmy o Ziobrze, o Kluzik-Rostkowskiej, o Poncyliuszu, o Bielanie i wielu innych. Ci ludzie mają już swoją polityczną markę i są głodni sukcesu.</p>
<p>Najbliższe wybory parlamentarne w najlepszym wypadku dadzą PiS czterdziestoprocentowe poparcie (co jednak mało prawdopodobne). Z takim poparciem nic nie można zrobić, bo trzeba wejść w koalicję z dawnymi wrogami. Co gorsza nad tą ewentualną koalicją czuwać będzie prezydent Komorowski. Jak tu być starym PiS w koalicji z SLD i przy takim prezydencie?! PiS będzie mógło obronić się tylko dzięki powolnej eliminacji Kaczyńskiego z gry, czyli konsekwentnemu przeobrażaniu swojej linii politycznej. Nie będzie łatwo, bo prezes będzie walczył do końca&#8230;</p>
<p><em>* Michał Krasicki, sekretarz redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="4"><em>Olga Wysocka</em></a></p>
<p><strong>Zwycięstwo bez zwycięzcy</strong></p>
<p>Cała kampania prezydencka nie przyniosła mi tylu emocji, co ostatni wieczór wyborczy. A zatem, co się wydarzyło?</p>
<p>Trudno było o radość w sztabie wyborczym Bronisława Komorowskiego, gdy krótko po godzinie dwudziestej różnica między kandydatami okazała się niebezpiecznie mała. Obecny na sali premier przyznał całkiem szczerze, że tylko głupiec się nie boi i że czeka na ostateczne wyniki. Sam kandydat nie popisał się natomiast w pierwszym wystąpieniu powyborczym. Dowiedzieliśmy się, że oto zwyciężyła polska demokracja, że Polska prawie podzielona na pół jest jednak Polską wspólną, że w takiej oto Polsce zgoda powinna budować, zaś podziały nie mogą przeszkadzać we współpracy. Do tego wszystkiego, że warto wspólnym wysiłkiem razem budować, tak aby zgodnie z piękną tradycją solidarnościową nikt nie był wyłączony ze wspólnoty, a prezydentura była łącząca, a nie konfliktowa. Tak pustego wystąpienia dawno nie słyszałam. Będziemy zatem mieli bezbarwnego prezydenta „zgody” narodowej.</p>
<p>Krótko po północy scena polityczna zatrzęsła się, gdy Państwowa Komisja Wyborcza podała, że kandydat PiS ma minimalną przewagę. Zdezorientowani dziennikarze w studiach radiowych i telewizyjnych stracili pewność siebie.</p>
<p>W sztabie wyborczym kandydata PiS – radość. Poseł Kurski, którego przez cały czas nie opuszczało poczucie humoru, proponował zakończenie liczenia głosów na tym właśnie etapie.</p>
<p>Kilkadziesiąt minut później, podczas kolejnej konferencji PKW, szala zwycięstwa przechyliła się ponownie na stronę PO. Dziś wiemy, że sześcioma punktami procentowymi wygrał Komorowski.</p>
<p>Wystąpienie powyborcze kandydata PiS było lepsze. Zawierało prawdziwe emocje. Długo będą brzmieć w moich uszach przywołane przez Jarosława Kaczyńskiego słowa Józefa Piłsudskiego, że zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, ale być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo. Stanie się to zapewne nową dewizą prezesa PiS. Tego wieczoru narodził się ruch. Można nazwać go posmoleńskim, ale można też nazwać ruchem zmęczonych polityką PO.</p>
<p>Arytmetyka w tych wyborach wielu sprawiała kłopoty. Nie chodzi tylko o wyniki, ale i o podziały. Jak się okazało i w tych wyborach, Polska jest podzielona na pół. Ta jedna czwarta, jeżeli mamy być precyzyjni, opowiedziała się za wizją Polski nieakceptowaną dla drugiej tak samo licznej grupy. W rzeczywistości, jak przyznają sami socjologowie, różnice te rozkładają się podobnie w grupie osób niegłosujących. Nie ważne jak będziemy podchodzić do arytmetyki. Dla mnie niezwykle ważne jest uświadomienie sobie, że mamy dwa oblicza, niekoniecznie wzajemnie się wykluczające, ale na pewno zwalczające się nawzajem.</p>
<p>Dowodem na to ostatnie była rozmowa posłanki Jakubiak (PiS) z posłem Niesiołowskim (PO) podczas wieczoru wyborczego. Miałam nieodparte wrażenie, że rozmówcom chodziło przede wszystkim o wzajemne obrażanie. Następnego dnia nurt ten kontynuował Janusz Palikot, w swoim tylko znanym stylu. Czy będzie to formuła politycznej debaty na następne miesiące? Panie Bronisławie, chyba zgoda nieco szwankuje.</p>
<p>PO czeka teraz wielkie wyzwanie. Jej kandydat na prezydenta obiecał w czasie kampanii między innymi tysiąc kilometrów autostrad, wycofanie polskich wojsk z Afganistanu, 50 procentowe zniżki dla studentów na komunikacje kolejową, refundacje zapłodnień in vitro i bezpłatne kształcenie na jednym kierunku, 30 procentowe podwyżki dla nauczycieli, oraz utrzymanie KRUS. Teraz należy zmierzyć się z obietnicami, jeśli nie chce się być posądzonym o populizm. PO ma pełną władzę. Co dalej? Nie ma już żadnych wykrętów. Kto jest prawdziwym zwycięzcą tej kampanii – pokażą dopiero kolejne wybory.</p>
<p><em>* Olga Wysocka, doktor nauk politycznych, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;">* Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong><br />
** Współpraca: <strong>Ewa Serzysko</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/swida-ziemba-fedyszak-radziejowska-krasicki-wysocka-i-co-teraz%e2%80%a6/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>HOLLAND, CHMIEL, MAZGAL, KATARYNA: Płeć podczas wyborów&#8230; Czy naprawdę ma znaczenie?</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/holland-chmiel-mazgal-kataryna-plec-podczas-wyborow-czy-naprawde-ma-znaczenie/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/holland-chmiel-mazgal-kataryna-plec-podczas-wyborow-czy-naprawde-ma-znaczenie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 29 Jun 2010 00:16:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Agnieszka Holland]]></category>
		<category><![CDATA[Anna Mazgal]]></category>
		<category><![CDATA[Beata Chmiel]]></category>
		<category><![CDATA[Ewa Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Ireneusz Krzemiński]]></category>
		<category><![CDATA[Kataryna]]></category>
		<category><![CDATA[Marceli Sommer]]></category>
		<category><![CDATA[Michał Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[nr 77]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Śpiewak]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Jasina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6215</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, parytety, <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/serzysko-%E2%80%9Eo-wladze-sie-nie-prosi-wladze-sie-bierze%E2%80%9D-czyli-czego-pragna-kobiety-wnioski-z-ii-kongresu-kobiet/" target="_blank">kongresy</a>, uprzejmości&#8230; Miło, sympatycznie, ale czy rzeczywiście płeć ma znaczenie podczas wyborów? </em><em>Oczywiście, kandydaci na wyścigi przypominają, że kobiety to bardzo ważny elektorat. Co wcale nie oznacza to, że zagadnienia związane z parytetami, równouprawnieniem płci, są czymś więcej niż tylko powierzchownym motywem w kampanii. Warto tu jednak uważnie obejrzeć nie tylko polityczną podaż, ale i popyt. Pytamy dziś zatem zaangażowane w debatę publiczną Kobiety: jeśli nie mają możliwości głosowania na kobietę, ale mogą głosować na mężczyznę, to którego poprą i z jakich powodów? Co liczy się w ich wyborze najbardziej? </em><em>Krótko mówiąc, czy płeć to temat drugorzędny czy może raczej papierek lakmusowy  promodernizacyjnych postaw kandydatów? Ostatnio o gorączce wyborów wypowiadali się Panowie: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/spiewak-krzeminski-marczewski-sommer-krasicki-jasina-kiezun-kuisz-miedzy-turami/" target="_blank">Paweł Śpiewak, Ireneusz Krzemiński, Paweł Marczewski, Marceli Sommer, Michał Krasicki, Łukasz Jasina</a>. </em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/holland-chmiel-mazgal-kataryna-plec-podczas-wyborow-czy-naprawde-ma-znaczenie/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu HOLLAND, CHMIEL, MAZGAL, KATARYNA: Płeć podczas wyborów&#8230; Czy naprawdę ma znaczenie?&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, parytety, <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/serzysko-%E2%80%9Eo-wladze-sie-nie-prosi-wladze-sie-bierze%E2%80%9D-czyli-czego-pragna-kobiety-wnioski-z-ii-kongresu-kobiet/" target="_blank">kongresy</a>, uprzejmości&#8230; Miło, sympatycznie, ale czy rzeczywiście płeć ma znaczenie podczas wyborów? </em><em>Oczywiście, kandydaci na wyścigi przypominają, że kobiety to bardzo ważny elektorat. Co wcale nie oznacza to, że zagadnienia związane z parytetami, równouprawnieniem płci, są czymś więcej niż tylko powierzchownym motywem w kampanii. Warto tu jednak uważnie obejrzeć nie tylko polityczną podaż, ale i popyt. Pytamy dziś zatem zaangażowane w debatę publiczną Kobiety: jeśli nie mają możliwości głosowania na kobietę, ale mogą głosować na mężczyznę, to którego poprą i z jakich powodów? Co liczy się w ich wyborze najbardziej? </em><em>Krótko mówiąc, czy płeć to temat drugorzędny czy może raczej papierek lakmusowy  promodernizacyjnych postaw kandydatów? Ostatnio o gorączce wyborów wypowiadali się Panowie: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/spiewak-krzeminski-marczewski-sommer-krasicki-jasina-kiezun-kuisz-miedzy-turami/" target="_blank">Paweł Śpiewak, Ireneusz Krzemiński, Paweł Marczewski, Marceli Sommer, Michał Krasicki, Łukasz Jasina</a>. </em></p>
<p><em>Dziś na nasze pytania odpowiadają Panie: <strong>Agnieszka Holland, Beata Chmiel, Anna Mazgal i Kataryna</strong>. Zapraszamy do lektury!</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"><strong>W temacie tygodnia:</strong></a></small></strong></p>
<p><small><a href="#1">1. AGNIESZKA HOLLAND: Władza, gra i dreszcze</a><br />
<a href="#2">2. BEATA CHMIEL: PiS straszy po nocach</a><br />
<a href="#3">3. ANNA MAZGAL: W towarzystwie Pań</a><br />
<a href="#4">4. KATARYNA: Nie lubię koszarowych żartów</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/grirls.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-6216" title="grirls" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/grirls.jpg" alt="" width="377" height="268" /></a></p>
<p><a name="1"><em>Agnieszka Holland </em></a></p>
<p><strong>Władza, gra i dreszcze</strong></p>
<p>Obaj kandydaci pod względem stosunku do sprawy kobiecej są konserwatywni i paternalistyczni. Kobiety są w tej kompanii niby ważne i obecne, ale jednak grają paprotkowato: służą wiernie tym średnio interesującym panom, nie widać ich podmiotowości, autonomii.</p>
<p>Jeśli chodzi o Bronisława Komorowskiego, wierzę, że można na niego wpłynąć, że otwarcie na nową rolę otworzy również jego nowe widzenie spraw społecznych. Natomiast potencjalnym zwycięstwem Kaczyńskiego byłabym przerażona: jego kręci tylko gra i władza. U niego wszystko jest cynicznie instrumentalne: zadręczy nam życie ciągłym puszczaniem dreszczy, szczuciem jednych na drugich, kreowaniem konfliktu. Nic nie będzie konstruktywne, wszystko zatrzyma się w klinczu wzajemnych nienawiści i agresji, jak to było za rządów PiS.</p>
<p>Jeśliby Jarosław Kaczyński wygrał w nadchodzącą niedzielę, nie byłoby można stawiać żadnych normalnych spraw, dyskurs byłby dyktowany interesami jednej porąbanej partii I narastającego zwalczania się nawzajem.</p>
<p><em>* Agnieszka Holland, reżyser.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Beata Chmiel</em></a></p>
<p><strong>PiS straszy po nocach</strong></p>
<p>Kwestia kobieca jest dla mnie – zaraz obok kultury i jakości państwa – najważniejszym nieobecnym zagadnieniem, o którym w obecnej kampanii prezydenckiej powinna być mowa. Od zeszłorocznego Kongresu Kobiet toczy się w Polsce głęboka debata o parytecie. Tymczasem – paradoksalnie – w trwającej kampanii temat ten po prostu nie istnieje. Znakomicie było to widać (czy raczej nie widać) w trakcie niedzielnej debaty między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim, prowadzonej notabene przez trzy dziennikarki. Na temat równouprawnienia kobiet nikt się w niej nawet nie zająknął. Chyba że za kwestię kobiecą będziemy uważać problem finansowania zapłodnienia in vitro, co oczywiście jest niesłuszne, gdyż dotyczy polityki rodzinnej, społecznej i stosunków państwo – Kościół.</p>
<p>Co prawda przed pierwsza turą wyborów kilku kandydatów wzięło udział w Kongresie Kobiet. Czyli uznało wagę kobiecego elektoratu. Ale dopóki politycy traktują obywateli i obywatelki jako elektorat, a nie partnerów, żadnej zmiany i tak nie będzie. Bronisław Komorowski wprawdzie zadeklarował, że jeśli parlament uchwali odpowiednią ustawę, on nie odmówi jej podpisania. Mowa wciąż jednak przede wszystkim nie o 50, ale 35 procentach czyli proponowanej przez PO kwocie bezpiecznej dla dotychczasowych zasad konstruowania list. Bo choć na szczeblu krajowym parytety zaczynają być oczywistością, w tzw. dołach partyjnych wciąż toczy się prawdziwa walka o to, by nie zaburzać układów lokalnych. Nieobecny na Kongresie Kobiet Jarosław Kaczyński snuje może i odważniejsze deklaracje. Cóż z tego skoro równocześnie mówi o prawach „kobiet” i „ludzi”.</p>
<p>To, że kwestie parytetu i równouprawnienia nie stały ważkim tematem w kampanii wyborczej, świadczy o jakości debaty publicznej i samych kandydatów. Zarówno Kaczyński, jak i Komorowski są typowymi dla swoich formacji białymi konserwatywnymi mężczyznami, a ich programy w tych kwestiach – czy w ogóle w kwestiach związanych z prawami i wolnościami – w gruncie rzeczy niewiele się różnią (z pewną przewagą ostatnio zademonstrowaną przez Komorowskiego). Odmienne są ich umiejętności i zaplecze. To ostatnie jest tym ważniejsze, że tegoroczne wybory prezydenckie są w zasadzie plebiscytem. Głosujemy raczej przeciwko niż za reprezentowanym przez danego polityka ugrupowaniem. Gdybym miała zatem powiedzieć, kogo ostatecznie poprę w zbliżającym się głosowaniu, powiem tak: mimo różnych deklaracji ze strony Jarosława Kaczyńskiego, nie utraciłam pamięci. Oparta na osobistej przemianie kampania wyborcza prezesa PiS jest zbyt mało przekonująca, bym uwierzyła w przemianę całej partii, która dyszy mu za plecami i naprawdę straszy po nocach. I nie pomogą pacyfistyczne happeningi z gitarą i kwiatami we włosach.</p>
<p>Wracając do kwestii kobiecej. Ważne jest, że przez najbliższe półtora roku będziemy świadkami i uczestnikami kolejnych kampanii wyborczych. Wybory prezydenckie podporządkowane są logice zabetonowanej sceny politycznej, ale w zbliżających się wyborach samorządowych, a później parlamentarnych będzie – jak sądzę – możliwość znacznie konkretniejszej i mocniejszej dyskusji. I rozliczenia z dotychczasowej praktyki. A w międzyczasie – jako obywatelki i obywatele – powinniśmy zmuszać polityków do realizowania zobowiązań i poważnego traktowania istotnych kwestii społecznych. Zarówno jeśli chodzi o kwestie kobiece, jak i inne publiczne wyzwania, o których lubią zapominać na co dzień. Społeczeństwo obywatelskie nie jest bez szans na odzyskanie państwa od polityków. Wystarczy tylko skorzystać ze swoich praw.</p>
<p><em>* Beata Chmiel, menedżer kultury, animatorka ruchu społecznego Obywatele Kultury <a href="http://obywatelekultury.pl/" target="_blank">www.obywatelekultury.pl </a></em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Anna Mazgal</em></a></p>
<p><strong>W towarzystwie Pań</strong></p>
<p>Niewielki postęp polega na tym, że kobiety rzeczywiście jakoś są w kampanii prezydenckiej widoczne. Paradoksalnie, brak potencjalnej pierwszej damy u jednego z kandydatów powoduje dyskusje, dlaczego taka osoba jest ważna. I jednocześnie uzmysławia, że kobiety ważne są z innych powodów niż mężczyźni. Zauważyłyście, jak często nie używa się w dyskursie słowa „kobiety”? Zastępuje się je słowem „Panie”. Tytuł „Pani” otrzymuje ta szczególna kobieta, która się przebiła i ma własny patent na rozdania partyjno-sejmowego pokera. Panie, choć ważne, przywódcami raczej nie są. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie jest przecież żadną Panią, tylko Prezydentem.</p>
<p>Z kobietami jest więcej problemów, bo chcą różnych rzeczy. Czasem takich, które mogą zatrząść odwiecznym porządkiem, jak np. mniej stadionów czy system suwakowy na parytetowych listach wyborczych. Pani niczego nie chce, ona raczej wnosi jakąś ulotną wartość dodaną. Na przykład łagodzi męskie obyczaje albo ociepla wizerunek. W imię utrzymania tego kosmicznego porządku mężczyźni godzą się pełnić rolę niepełnosprawnych emocjonalnie, o obyczajach surowych jak sushi. Innymi słowy, stają się Panami. Także kobiecego losu.</p>
<p>Nie inaczej sprawa ma się z kandydatami, którzy zawodowo obracają się w towarzystwie Pań. Może dlatego jeden jest kawalerem, drugi dojrzale oświadcza, że jest mężczyzną i nie będzie za to przepraszać, a żaden nie rozumie idei parytetów? W relacji do tego, co nazwać możemy sprawami kobiecymi, obaj są na innych planetach: jeden na Marsie, a drugi na Wenus. Z perspektywy planety Ziemia zaś, sprawy kobiet to nie hermetyczne problemy połowy społeczeństwa. To są sprawy publiczne i ogólnospołeczne.</p>
<p>Wielka szkoda, że konstrukcja obu kandydatów, która jest wypadkową poziomu debaty publicznej, wyklucza korzystniejszą dla nas koniunkcję osobowości. Na to kandydat musiałby być co najmniej Kopernikiem, który, jak wiadomo, był kobietą. Pewną pociechą jest, że mamy pięć lat na to, by wśród chętnych Panów i Pań znalazła się kandydatka – kobieta. I naprawdę obojętne, jakiej będzie płci.</p>
<p><em>* Anna Mazgal jest kobietą płci żeńskiej, c</em><em>złonkinią redakcji &#8222;Kultury Liberalnej&#8221; </em><em>oraz ekspertką <a href="http://www.ofop.eu/" target="_blank">Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych</a>. Reprezentuje OFOP w Obywatelskim Forum Legislacji.<br />
</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Kataryna</em></a></p>
<p><strong>Nie lubię koszarowych żartów</strong></p>
<p>Im dłużej obserwuję polską politykę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że płeć – poza krótkim okresem intensywnej walki w kampanii wyborczej – nie ma w niej żadnego znaczenia. W sejmowej pracy wszyscy sprawdzają się mniej więcej tak samo. Nie dostrzegam jakiejś jakościowej różnicy między paniami-polityczkami a panami-politykami, choć nie wykluczam, że z uwagi na zachwiane proporcje panie-polityczki upodobniają się do panów-polityków, aby w polityce przetrwać, stanowiąc w niej mniejszość. I że gdyby było ich więcej, to nie polityka zmieniałaby je, ale one politykę. Ale nie ma przecież takiej pewności, a eksperymenty na żywym ciele demokracji niespecjalnie mi się podobają.</p>
<p>Nie jestem więc zwolenniczką parytetów i nie uważam, żeby to był ważny problem. Nie jestem w tym chyba odosobniona, bo sądząc po śladowym poparciu, jakie w ostatnich wyborach prezydenckich otrzymała Henryka Bochniarz, większość polskich kobiet wcale nie uważa, że aby były dobrze reprezentowane, muszą być reprezentowane przez kobietę. Okazuje się, że przy urnie na płeć nie bardzo zwracamy uwagę. I nie ma powodu, żeby to na nas wymuszać, narzucając partiom płciowe kwoty. Stosunek kandydatów do parytetów czy kwot nie jest więc dla mnie czymś, co biorę pod uwagę w swoich własnych wyborach.</p>
<p>Biorę natomiast pod uwagę stosunek do kobiet w ogóle i pod tym względem Kaczyński wypada o niebo lepiej od Komorowskiego, bo niewiele o kobietach mówi i nie stara się im na siłę podlizać. Jednocześnie otacza się kobietami, które są dla niego partnerami. Dość wymienić Zytę Gilowską, czy nieżyjące już Aleksandrę Natalii-Świat i Grażynę Gęsicką. W jego kampanii wyborczej też współrządzi kobieta, Joanna Kluzik-Rostkowska, której rola nie sprowadza się do zamieszczania infantylnych komentarzy na Twitterze. Bardzo mi się podoba stosunek Kaczyńskiego do kobiet, doskonałe połączenie nie udawanego, uroczo staroświeckiego szacunku, z prawdziwym partnerstwem. Nie obserwuję kampanii zbyt uważnie, ale wydaje mi się, że w tym temacie Kaczyński nie zaliczył żadnej wpadki. Zupełnie inaczej niż jego rywal.</p>
<p>Komorowski zalicza bowiem wpadkę za wpadką. Polityk, który jeszcze w lutym „bawił” publikę protekcjonalnym wierszykiem o parytetach:</p>
<p style="text-align: center;"><em>Nie mogę zrozumieć, po co wam kobiety<br />
Jakieś nowomodne, płciowe parytety<br />
Skoro w Polsce zawsze nie my kobietami<br />
Rządzimy na co dzień – lecz kobiety nami<br />
Ale jeśli chcecie władzy, to ją bierzcie<br />
Zdobądźcie Sejm polski wyzwolone wreszcie&#8230;<br />
Wypędźcie stąd mężczyzn bez prawa do łaski<br />
Pozbawcie Marszałka władzy oraz laski<br />
Niech tu laska rządzi, bądź co bądź kobieta<br />
Wyrwana z rąk męskich wskutek paryteta</em></p>
<p>Kilka miesięcy później zjawia się na Kongresie Kobiet, żeby zadeklarować, że on to właściwie walczy w Platformie o parytety: „Namawiam swoje własne środowisko, aby przyjąć parytet 35-procentowy na listach wyborczych. Ale jeśli Sejm uchwali 50 procent, to też podpiszę tę ustawę”. Tyle że obywatelski projekt ustawy jak leżał w Sejmie, tak leży i jakoś nie może doczekać się poważnego potraktowania.</p>
<p>Nie podoba mi się przypominanie sobie o nas w czasie kampanii. Nie zależy mi na parytetach, ale zależy mi na poważnym traktowaniu. Z rubasznością marszałka w ogóle mam problem, nie lubię obleśności w polityce, bo jest ona tym, co wiele kobiet od niej odstręcza. Nie podobały mi się SLD-owskie żarty o „lufach czołgów prężących się na widok Aleksandry Jakubowskiej” i uwagi o jej „kształtnej piersi”, nie podobają mi się też żarty Komorowskiego o całowaniu w rękę „bo od czegoś trzeba zacząć” czy wierszyki o tym, co ma na myśli, gdy widzi koło siebie koleżanki klubowe. Nie lubię tego rodzaju żartów w sytuacjach publicznych i mam nadzieję, że gdy już marszałek zostanie prezydentem, będzie się od nich powstrzymywał. Należę do tej pozbawionej poczucia humoru mniejszości, która nie umie docenić koszarowych żartów, takich choćby jak ten o duńskich kaszalotach.</p>
<p><em>* Kataryna, autorka jednego z popularnych polskich blogów na temat polityki <a href="http://kataryna.blox.pl/html" target="_blank">http://kataryna.blox.pl/html</a></em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;"><em>* Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk.</strong><br />
** Współpraca: <strong>Ewa Serzysko</strong>. </em></p>
<p style="text-align: left;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 77 (27/2010) z 29 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/holland-chmiel-mazgal-kataryna-plec-podczas-wyborow-czy-naprawde-ma-znaczenie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>14</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ŚPIEWAK, KRZEMIŃSKI, MARCZEWSKI, SOMMER, KRASICKI, JASINA, KIEŻUN, KUISZ: Między turami</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/spiewak-krzeminski-marczewski-sommer-krasicki-jasina-kiezun-kuisz-miedzy-turami/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/spiewak-krzeminski-marczewski-sommer-krasicki-jasina-kiezun-kuisz-miedzy-turami/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 21 Jun 2010 23:16:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Agnieszka Rothert]]></category>
		<category><![CDATA[Ewa Serzysko]]></category>
		<category><![CDATA[Godzic]]></category>
		<category><![CDATA[Ireneusz Krzemiński]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kuisz. Kazimierz Kik]]></category>
		<category><![CDATA[Jasina]]></category>
		<category><![CDATA[Kaczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Kik]]></category>
		<category><![CDATA[Komorowski]]></category>
		<category><![CDATA[Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[Krzemiński]]></category>
		<category><![CDATA[Kuisz]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Marceli Sommer]]></category>
		<category><![CDATA[Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Michał Krasicki]]></category>
		<category><![CDATA[nr 76]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Marczewski]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Śpiewak]]></category>
		<category><![CDATA[Pełczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Rafał Kucharczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Rothert]]></category>
		<category><![CDATA[Sommer]]></category>
		<category><![CDATA[Śpiewak]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Jarząbek]]></category>
		<category><![CDATA[Wiesław Godzic]]></category>
		<category><![CDATA[wybory]]></category>
		<category><![CDATA[Zbigniew Pełczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Łukasz Jasina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6127</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, a jednak ponad 50 % uprawnionych udało się do urn wyborczych. Emocje jednak nie opadły, wprost przeciwnie! Rezultat niepewny, walka polityczna trwa, i nie można nie zapytać, jakie wnioski można wyciągnąć z wyborów prezydenckich 20 czerwca – w sensie społecznym, politycznym i medialnym? Ilu było przegranych, kto naprawdę wygrał? Czy to prawda, że Bronisław Komorowski &#8211; jak powiedziała Jadwiga Staniszkis &#8211; w pewnym sensie przegrał pierwszą turę wyborów? </em><em>Czego możemy spodziewać się w drugiej turze wyborów? </em><em>A może od niezręcznej i źle przygotowanej kampanii prezydenckiej naprawdę znacznie ciekawszy jest&#8230; Mundial? </em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/spiewak-krzeminski-marczewski-sommer-krasicki-jasina-kiezun-kuisz-miedzy-turami/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu ŚPIEWAK, KRZEMIŃSKI, MARCZEWSKI, SOMMER, KRASICKI, JASINA, KIEŻUN, KUISZ: Między turami&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, a jednak ponad 50 % uprawnionych udało się do urn wyborczych. Emocje jednak nie opadły, wprost przeciwnie! Rezultat niepewny, walka polityczna trwa, i nie można nie zapytać, jakie wnioski można wyciągnąć z wyborów prezydenckich 20 czerwca – w sensie społecznym, politycznym i medialnym? Ilu było przegranych, kto naprawdę wygrał? Czy to prawda, że Bronisław Komorowski &#8211; jak powiedziała Jadwiga Staniszkis &#8211; w pewnym sensie przegrał pierwszą turę wyborów? </em><em>Czego możemy spodziewać się w drugiej turze wyborów? </em><em>A może od niezręcznej i źle przygotowanej kampanii prezydenckiej naprawdę znacznie ciekawszy jest&#8230; Mundial? </em></p>
<p><em>Odpowiedzi znajdą Państwo w tekstach, które napisali dla nas: <strong>Paweł Śpiewak, Ireneusz Krzemiński, Paweł Marczewski, Marceli Sommer, Michał Krasicki,</strong><strong> Łukasz Jasina</strong> oraz <strong>Jarosław Kuisz</strong>.</em><em> </em><em>W zeszłym tygodniu o przedziwnym wyobrażeniu idealnego, polskiego  wyborcy wypowiedzieli się: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/15/godzic-rothert-kik-polski-frankenstein-przy-urnie-wyborczej/" target="_blank">Wiesław Godzic, Agnieszka Rothert i Kazimierz Kik</a>. </em></p>
<p><em>Zapraszamy do lektury i komentowania tekstów! </em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>Redakcja</em></strong></p>
<hr size="1" noshade="noshade" /><strong><small><a name="0"><strong>W temacie tygodnia:</strong></a></small></strong></p>
<p><small><a href="#1">1. PAWEŁ ŚPIEWAK: Zwycięzców jest wielu</a><br />
<a href="#2">2. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Niebezpieczny wynik I tury</a><br />
<a href="#3">3. PAWEŁ MARCZEWSKI: Z myśliwego – liberał?</a><br />
<a href="#4">4. MARCELI SOMMER: Kompromitacje, sukcesy i przyszłość lewicy</a><br />
<a href="#5">5. MICHAŁ KRASICKI: Rosnący pesymizm i polska krótka pamięć</a><br />
<a href="#6">6. ŁUKASZ JASINA: Narzekanie jest boskie, czyli impresje powyborcze&#8230;</a><br />
<a href="#7">7. PIOTR KIEŻUN: Nowy prezydent osłabi swoją partię</a><br />
<a href="#8">8. JAROSŁAW KUISZ: Bez absurdalnych kompromisów</a></small></p>
<hr size="1" noshade="noshade" />
<p style="text-align: center;"><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/golubek2.jpg"><img class="aligncenter size-large wp-image-6132" title="golubek2" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/golubek2-1024x561.jpg" alt="" width="540" height="297" /></a></p>
<p><a name="1"><em>Paweł Śpiewak</em></a></p>
<p><strong>Zwycięzców jest wielu</strong></p>
<p>W tych wyborach nie ma przegranych poważnych kandydatów.</p>
<p>Platforma i Bronisław Komorowski mogą być słusznie zadowoleni, choć nie mogą być szczególnie dumni ze swojego wyniku. Marszałek otrzymał solidne poparcie nie dlatego, że miał coś zastanawiającego lub poważnego do powiedzenia, nie dlatego, że Sławomir Nowak miał pomysł na kampanię (wprost przeciwnie), ale dlatego, że zyskał pewne wsparcie, bo jest z PO &#8211; a ta ma od 2007 roku mniej więcej 42-procentowy elektorat. Głosowano wszak nie tyle na Komorowskiego, co na formację Donalda Tuska. Wyborców, jak się dowiadujemy, PO ani nie ubyło, ani nie przybyło.</p>
<p>Jarosław Kaczyński może być bardzo zadowolony, bo przekroczył 33-procentowy poziom poparcia z 2007 roku i okazało się, że jest w Polsce miejsce na centrowo-prawicową formację. Centrowy zwrot się opłacił i wart jest podtrzymania. Zwycięzcą jest też pan Napieralski, który w jeden dzień stał się liderem lewicy, choć nadal ani on, ani SLD nie mają nic do zaproponowania. Głosy na Napieralskiego to zapewne również głosy tych, którzy mają dość konfliktowego i dwubiegunowego podziału w naszej polityce.</p>
<p>Można rzec, że Polska była i jest podzielona wedle granic zaborowych i etnicznych, podobnie jak to miało miejsce w referendum unijnym czy w poprzednich wyborach parlamentarnych. Białoruskie regiony i Ślązacy opolscy nigdy nie głosują na prawicę narodową, a szlachta zaściankowa z Kaszub zawsze skłania się do kandydatów tradycjonalnych. Podobnie jest z podziałem na część wschodnią i centralną oraz na ziemie odzyskane. Polska geografia polityczna jest dość trwale ustalona.</p>
<p>Można przewidywać, że za dwa tygodnie Komorowski z pewnym trudem zostanie wybrany prezydentem, ale tak czy inaczej ta komfortowa dla PO sytuacja polityczna potrwa jeszcze rok. Teraz ani Schetyna, ani Tusk nie będą mogli znajdować w osobie prezydenta usprawiedliwienia dla swej bierności i braku poważnych projektów zmian w ważnych instytucjach państwowych. Ludzie Platformy po trzech latach rządów nauczyli się państwa i można od nich wymagać, by do tej znajomości rzeczy dorośli.</p>
<p>Ale mimo że PO łatwej będzie swoje ustawy przeprowadzać i swoich ludzi wpychać na stanowiska, to warunki rządzenia będą dość trudne. Przyjdzie ponieść znaczne koszta powodzi. Możliwa jest druga fala globalnej recesji. Polska gospodarka jest równie zacofania, jak była, a wzrost gospodarczy osiągamy tylko dzięki funduszom unijnym. Słabości PO wykorzysta konkurencja. Tym bardziej, że stosunkowo skromny wynik PO daje się też tłumaczyć pewnym i chyba narastającym rozczarowaniem obecnym rządem (choć nie samym Donaldem Tuskiem).</p>
<p>Kaczyńskiemu zależy, ale nie tak bardzo, na urzędzie prezydenckim. Bardziej na zwycięstwie wyborczym w wyborach parlamentarnych. Ma na to pewną szansę i dużo zależy od zdolności koalicyjnych jego partii. Z całą pewnością PiS pod wodzą Kaczyńskiego jest w stanie zawalczyć o dobry wynik za rok. Bez niego, gdyby trafił do Pałacu Namiestnikowskiego, ta partia może się niebezpiecznie dzielić. Walka o wpływy wybuchłaby tam z dużą siłą i do głosu wróciliby wtedy osobnicy pokroju Suskiego i Karskiego. Szansa PiS jest w centrum. Wywołuje to zresztą przerażenie warszawskiej inteligencji (co widać na Facebooku). Im bardziej cywilizuje się  prawica, tym ona bardziej jej nienawidzi. Naród nadal nie dorasta do szczytnych wymagań elit, bo nie głosuje hurmem na jedynego słusznego kandydata.</p>
<p>Szansą dla nas wszystkich jest również polityka centrowa, o mniejszym natężeniu konfliktu. Więc wszystko, co czyni Polską politykę mniej agresywną, należy wspierać. Tym razem nagrody imienia Jacka Kurskiego za niegodziwość w mowie i czynach należą się wyłącznie sztabowcom Komorowskiego, Nowakowi, Niesiołowskiemu, Palikotowi. Siła spokoju znowu wygrywa, a spokój zdołali zachować szefowa sztabu PiS i Paweł Poncyliusz.</p>
<p>Od wyborów oczywiście ciekawszy jest mundial. Brazylia i któraś z latynoskich drużyn mają szansę dojść do finału. Dawne potęgi europejskie uległy dziwnej epidemii. To jest też wielkie wydarzenie.</p>
<p><em>* Paweł Śpiewak, profesor socjologii.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="2"><em>Ireneusz Krzemiński</em></a></p>
<p><strong>Niebezpieczny wynik pierwszej tury</strong></p>
<p>Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich po raz kolejny dowodzą, że przewidywanie w polityce nie jest łatwą sprawą, nie wiadomo, czy nawet nie bardziej zwodniczą niż prognozy meteorologów! Co więcej, pewność siebie i z góry powzięte przekonania na temat ewentualnych motywów wyborców są doprawdy wielką zmorą w politycznych rachubach. Sądzę bowiem, że politycy, sympatycy i działacze Platformy Obywatelskiej byli przekonani, iż pamięć o grozie, jaką wywołały rządy Jarosława Kaczyńskiego, zapewni zwycięstwo jego rywalowi, czyli przedstawicielowi PO, marszałkowi Sejmu RP, Bronisławowi Komorowskiemu. Ale, jak widać, pamięć ludzi, zwłaszcza – hmm – pamięć wyborcza jest dość krótka. Tym bardziej, że wydarzyło się tak wiele w Polsce, poczynając od katastrofy prezydenckiego samolotu, przez którą całe to wyborcze zamieszanie.</p>
<p>Jak wiadomo, nijak nie można mi przypisać sympatii politycznej ani do Jarosława Kaczyńskiego, ani do jego partii i politycznego obozu. Lecz nie mam wątpliwości, że kampania wyborcza prezesa PiS była naprawdę doskonałym dziełem. Można nawet chyba powiedzieć, że w paru punktach była zgoła majstersztykiem.</p>
<p>Po pierwsze, tak naprawdę zaczęła się niemal natychmiast po katastrofie, gdy rząd zajmował się niezwykle zresztą odpowiedzialnie obsługą tego niezwykłego wydarzenia społecznego, jaką była żałoba narodowa. Wszyscy zresztą byli dość skonfundowani tym tragicznym wydarzeniem – jednak grupka twórców kampanii PiS już wtedy zaczęła działać, niesłychanie umiejętnie wykorzystując społeczne nastroje i ową konfuzję polityków oraz zastępu dziennikarzy.</p>
<p>Być może, gdyby poziom polskiego dziennikarstwa i mediów był wyższy, nie poszłoby tak gładko, ale trudno nie pamiętać szlochającej z byłą prezydentową Moniki Olejnik i powtarzanego wciąż hasła zgody i jedności narodowej przez dziesiątki innych dziennikarzy. Kryło się pod tym nie do końca uświadamiane poczucie winy, że oto wyśmiewany i nie szanowany prezydent, nagle, nie wiadomo jak, wyrósł na… bohatera narodowego, pochowany na Wawelu i to tak, że przesłonił samego, tak czczonego w III RP, Józefa Piłsudskiego…</p>
<p>To niejasne poczucie winy – na co wskazała już w kilka dni po katastrofie moja przyjaciółka, znana psychoanalityczna terapeutka Olga Pilinow – dominowała także w przypadku tysięcy polskich obywateli, którzy gromadzili się przed prezydenckim pałacem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, bądź w innych miastach wyrażali swe uczucia. Wszak ogół polskich obywateli nie bardzo szanuje polityków, nie bardzo skłonny jest szanować własne państwo. Ale w obliczu takiej katastrofy, w której obok prezydenta zginęła ważna elitarna reprezentacja całej Polski – otóż trudno było sobie ludziom nie uświadomić, że to jednak dla nich ważne. Ważne, a przecież na co dzień niedoceniane i nie szanowane należycie. Świetny materiał na wyrzuty sumienia, które skłaniać muszą do innego i oczywiście lepszego spojrzenia na tych, którzy zostali jako najbardziej poszkodowani przez śmierć swych bliskich i swych partyjnych towarzyszy.</p>
<p>Ten element posłużył twórcom kampanii za podstawę zabiegu zmiany oblicza, wyobrażenia o Jarosławie Kaczyńskim. Ba, zapewne sytuacja obiektywnie temu sprzyjała, bo i dziś, po dwóch miesiącach od tragicznej śmierci jego brata bliźniaka widać na twarzy prezesa PiS ślad bólu i cierpienia. Zapewne ryzykowny, ale jakże świetnie zrealizowany pomysł, aby zamiast głównego kandydata pokazywali się jego partyjni, ideowi przedstawiciele – był właśnie jednym z majstersztyków kampanii.</p>
<p>Z kolei sytuacja przeciwnego obozu była bardzo trudna, bo, po pierwsze, niełatwo było pokonać swego rodzaju emocjonalny szantaż, wymuszający bardzo koncyliacyjne zachowania. Wszelkie „walenie prosto z mostu” – słynne wypowiedzi czy to Andrzeja Wajdy, czy jeszcze bardziej Władysława Bartoszewskiego – budziły niesłychanie negatywny oddźwięk, szczególnie wśród ogarniętych poczuciem winy dziennikarzy. Po drugie, gdy tylko minęło nieco czasu i rozwinąć się mogła prawdziwa kampania, na Polskę przyszła plaga powodzi. I bez względu na to, jak się w końcu podliczy straty, wydarzenie to wymagało bardzo stanowczej reakcji rządu, premiera i rządzącej partii. Wszak pretensje spaść mogły tylko na obóz rządzący. To znacznie spowolniło kampanię Komorowskiego.</p>
<p>Ba, to jednak nie końca usprawiedliwia prostą prawdę: że była to kampania po prostu kiepska. Zarozumiałe przekonanie, że przecież ludzie pamiętają, jakim to premierem był Jarosław Kaczyński, zapewne sprzyjało niedostatkom kampanii. Przypomina to nieco klęski wyborcze dawnej Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności, przekonanej o swej moralnej wyższości… Dobór osób, które reprezentowały Komorowskiego i – zatem – PO był co najmniej nieudany i można tylko błagać, żeby różne panie z podwójnymi nazwiskami przestały się ukazywać na ekranach telewizyjnych… Słynne gafy kandydata PO też wskazują, że sztab był słabo zorganizowany i kiepsko pracował: po pierwszych wpadkach grupka wykształconej młodzieży powinna przygotowywać materiały i pilnować wystąpień kandydata. Nic podobnego się nie stało i z tego trzeba wyciągnąć natychmiast naukę. Sztab wymaga natychmiastowej zmiany, a ci, którzy odpowiadali za dotychczasową kampanię powinni być natychmiast zwolnieni.</p>
<p>Jednak można i trzeba dodać jeszcze jedną, ważną uwagę. Być może, przekonanie o społecznej pamięci zagrożeń, jakie niosły ze sobą rządy PiS i osobiście Jarosława Kaczyńskiego wcale takie nietrafne nie było. Ale musimy uwzględnić element niezmiernie ważny: działanie tzw. publicznych mediów. Określenie „tzw.” jest tutaj na miejscu i nie jest przesadą. Sposób, w jaki działała telewizja publiczna, zwłaszcza telewizyjna „Jedynka”, przypominał doprawdy czasy peerelowskiej propagandy. A przecież – zwłaszcza w sytuacji powodzi, ulew itp. – właśnie program pierwszy telewizji był najpowszechniej odbierany. Publiczność wiejska, małomiasteczkowa, a nawet znaczne rzesze Polaków żyjące w miastach średniej wielkości w prywatnych domach – nie mają kablówki, nie wszyscy mają „satelity”, ale wszyscy oglądać mogą TVP. Miało to, jak sądzę, ogromne znaczenie w tej kampanii. Także fakt, że tak naprawdę, a wbrew znanym oskarżeniom ze strony PiS, obóz rządzący i Komorowski nie mieli żadnego, własnego ośrodka medialnego. Nie mają „swojej” gazety i tego fatalne skutki dają o sobie i w tym przypadku znać.</p>
<p>Oczywiście, trudno nie wspomnieć o tym, który okazał się wielkim zwycięzcą kampanii prezydenckiej i być może najwięcej na niej politycznie zarobił. Rzecz jasna, chodzi o przedstawiciela SLD, Grzegorza Napieralskiego. Istotnie, jego kampania odbiegała od pozostałych, wniosła dużo energii i przede wszystkim zmusiła obu dostojnych kandydatów PiS i PO także do wyruszenia w teren, do spotkań bezpośrednio z ludźmi, bez pośrednictwa telewizyjnego ekranu. Na tym kandydat SLD bardzo zyskał, chociaż wydawał mi się dość schematyczny, z lekka marionetkowy, z przyklejonym do twarzy uśmiechem i z góry zaplanowanymi, bynajmniej nie kontrowersyjnymi czy problemowymi wypowiedziami. Ale – jak widać – na tle innych, a zwłaszcza nijakiej kampanii Komorowskiego – zdobył duże uznanie.</p>
<p>Gdy to piszę, nie mamy dobrego rozpoznania, kto i jak na kogo głosował, więc trudno o jednoznaczne opinie. Sądzę jednak, że na kandydata SLD niekoniecznie głosował elektorat tej partii. Raczej byłbym skłonny uważać, że dużą część jego zwycięskich procentów „nabili” młodzi i młodsi wyborcy, którzy na pewno nie byli skłonni głosować na Jarosława Kaczyńskiego, ale których też bardzo rozczarował marszałek Komorowski. I tutaj sprawa jest niełatwa: bo zwycięstwo Napieralskiego na pewno daje mu istotny kapitał polityczny i osobisty. Ale nie wiadomo, czy może nie mieć też negatywnego wpływu na część przynajmniej SLD-owskiego elektoratu. Zapewne, znacząca jego część poprze Komorowskiego w drugiej turze, ale być może sporo obecnych wyborców Napieralskiego – w ogóle nie pójdzie na wybory w drugiej turze. Jedno nie ulega wątpliwości: obóz rządzącej partii, obóz PO i wszyscy jego sojusznicy muszą natychmiast zmobilizować się i przystąpić do pracy. Być może, obecna sytuacja: Kaczyński – Komorowski pobudzi i wyborców, i polityków do wysiłku i zmobilizuje do działania. Trudno sobie wyobrazić bowiem, z jak problematyczną sytuacją mielibyśmy do czynienia, gdyby, nie daj Bóg! – zwyciężył w tych wyborach następca Lecha, Jarosław!</p>
<p><em>* Ireneusz Krzemiński, profesor socjologii. </em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="3"><em>Paweł Marczewski</em></a></p>
<p><strong>Z myśliwego – liberał?</strong></p>
<p>Ogłoszenie pierwszych, szacunkowych wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich oglądałem w warszawskim klubie Chłodna 25. TVN pokazuje wyniki sondażu przeprowadzonego przez Millward Brown SMG/KRC – 45,7 proc. dla Komorowskiego, 33,2 proc. dla Kaczyńskiego. Zaskoczeń nie ma. W końcu ktoś proponuje, żeby zmienić na TVP 1. „Na »Jedynce« na pewno wygrywa Kaczyński” – rzuca ktoś inny z przekąsem. Ogólna wesołość. Tymczasem „na Jedynce” wprawdzie nie wygrywa Kaczyński, ale za to przegranym pierwszej tury, wedle komentarza profesor Jadwigi Staniszkis, okazuje się – mimo najlepszego wyniku – Komorowski. Znowu ogólna wesołość.</p>
<p>Szkoda, że wieczór wyborczy na Chłodnej nie potrwał do rana, a zgromadzeni w klubie szybko znudzili się kolejnymi doniesieniami ze sztabów. Gdyby usłyszeli wyniki podane przez PKW o piątej nad ranem, wesołość ustąpiłaby miejsca zaskoczeniu, być może również niedowierzaniu. Komorowski 41,22 proc., Kaczyński 36,74 proc. Przewaga kandydata Platformy okazuje się niemal trzykrotnie mniejsza, niż przewidywał sondaż dla TVN.</p>
<p>Komorowski nie tyle przegrał z którymkolwiek z konkurentów, co ze swoimi własnymi nadziejami – na zwycięstwo w pierwszej turze i na to, że aby je odnieść wystarczy hasło „Zgoda buduje”, które należałoby zapewne przetłumaczyć na mniej enigmatyczne „Niczego nie zepsuję”. Wypada zatem przyznać rację cytowanej dziś z ochotą przez niemal wszystkie media Jadwidze Staniszkis – Komorowski jest faktycznie przegranym pierwszej tury.</p>
<p>Sądzę jednak, że profesor Staniszkis myli się co do charakteru tej porażki. Przegrana Komorowskiego nie wynika ze „zwrotu na lewo i rozmycia liberalnego wizerunku”, bo Komorowski nigdy wyrazistego, liberalnego wizerunku nie stworzył. Grał na pragnieniu stabilizacji, dość powierzchownie pojętych tradycyjnych wartościach (flinta, kapelusz z piórkiem i rodzinny obiad), dorzucając do nich opozycyjną kartę. Przykładem odwrotu od liberalizmu nie jest też, wbrew temu co twierdzi profesor Staniszkis, odejście od prywatyzacji w służbie zdrowia wbrew głosom środowisk lekarskich. Pozew sztabu pragnącego wykazać, że Komorowski nie jest zwolennikiem prywatyzacji służby zdrowia, jest oczywiście zrozumiały z punktu widzenia dynamiki kampanii, ale brakowało mu nieco substancji, bo doprawdy trudno jednoznacznie stwierdzić, jakie sam kandydat Platformy – niezależnie od linii przyjmowanej przez jego partię podczas prac parlamentarnych – ma poglądy w tej kwestii. W jego ogólnikowym dokumencie-manifeście „Wizja Polski” nie ma na ten temat ani jednego zdania.</p>
<p>Walka toczyła się będzie w drugiej turze nie tylko o głosy tych wyborców, którzy w minioną niedzielę poparli Grzegorza Napieralskiego, dając mu nadspodziewanie dobry wynik. Na tych wyborców grał będzie z pewnością Jarosław Kaczyński, bo nie wydaje się, aby mógł liczyć na jakąkolwiek „rezerwę” głosów w swoim własnym elektoracie. Wyborcy głęboko przejęci katastrofą pod Smoleńskiem i szczerze przekonani o tym, że to właśnie brat tragicznie zmarłego prezydenta będzie jego najlepszym następcą, na pewno nie zostali w domach podczas pierwszej tury. Inaczej wygląda sytuacja Bronisława Komorowskiego – ma on do wygrania nie tylko głosy zwolenników Napieralskiego, ale i niemałej grupy tych, którzy byli gotowi go poprzeć, ale nie zrobili tego zrażeni jego tradycyjną i mało konkretną retoryką. Ile było osób, które chciały głosować na progresywnego, proeuropejskiego liberała o nowoczesnych, dalekich od neoliberalnego dogmatyzmu poglądach na miejsce państwa w gospodarce, ale nie na myśliwego, który wdzięczy się do wyborców czekając, aż żona poda mu zupę? Ile spośród tych osób celowo oddało głos nieważny albo z rozmysłem nie poszło głosować?</p>
<p>Oczywiście Bronisław Komorowski nie będzie polskim Obamą. Rzecz w tym, by nie był polskim Vaclavem Klausem.</p>
<p><em>* Paweł Marczewski, historyk idei, socjolog, eseista. Doktorant w Instytucie Socjologii UW. Członek redakcji „Przeglądu Politycznego” i redakcji „Kultury Liberalnej”. Dziennikarz „Europy – miesięcznika idei”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em> </em><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;">
<p><a name="4"><em>Marceli Sommer</em></a></p>
<p><strong>Kompromitacje, sukcesy i przyszłość lewicy</strong></p>
<p style="text-align: center;"><em>„Afera sondażowa”</em></p>
<p>Już, już, wydawało się, że wyniki niedzielnego głosowania okażą się – jeśli chodzi o czołówkę stawki – do bólu przewidywalne. Jedyną niespodziankę sprawić miał, nadspodziewanie wysokim trzecim miejscem, Grzegorz Napieralski. Dysonans pomiędzy sondażami OBOP-u dla TVP a tymi przeprowadzanymi na zlecenie telewizji TVN i Polsat mógł zaskakiwać, ale większość przyjęła jako pewnik, że faktyczny wynik będzie gdzieś pomiędzy sprzecznymi prognozami. W blogosferze pojawiła się plotka, że OBOP „doszacował” wyniki swoich <em>exit polls</em> tzw. efektem poprawności politycznej, co byłoby praktyką niespotykaną i raz na zawsze dowiodłoby nierzetelności „upolitycznionych mediów publicznych”. Niepokój pojawił się nawet w szeregach zwolenników Jarosława Kaczyńskiego (czy aby na pewno TVP nie zmanipulowała wyników sondaży na korzyść ich kandydata).</p>
<p>Metoda badawcza stosowana przez OBOP (<em>exit polls</em>, na próbie ok. 50 000 Polaków) powinna wprawdzie dać wyniki dokładniejsze od zwykłych sondaży telefonicznych przeprowadzonych przez konkurencję, żadna różnica metodologiczna nie wyjaśnia jednak aż tak dużej różnicy. Niewielu zauważyło, że dysonans pomiędzy sondażami OBOP-u i pozostałych pracowni pojawił się już na ponad tydzień przed wyborami, kiedy to wyraźny wzrost poparcia w badaniu OBOP-u zarejestrowali Jarosław Kaczyński (o 8 proc. w ciągu około trzech tygodni) i Grzegorz Napieralski (też o 8 proc.), na łeb na szyję spadło natomiast poparcie dla Bronisława Komorowskiego (aż o 15 proc.). W tym samym czasie sondaże SMG/KRC stały w miejscu lub odnotowywały tendencje przeciwne (wzrost poparcia dla Komorowskiego o 6 proc.). Internetowa plotka (kaczka blogerska?) o manipulacji TVP i OBOP-u wydawała się tym trudniejsza do wykluczenia, że przecież nie jedna, lecz dwie pracownie otrzymały wyniki z kilkunastoprocentową przewagą Komorowskiego nad Kaczyńskim. I obie zapewniały o tym, że ich metoda dawała jak do tej pory znakomite wyniki.</p>
<p>Kolejne liczby, podawane już przez Państwową Komisję Wyborczą, powinny przyczynić się – z jednej strony – do obniżenia wiarygodności dwóch telewizji i współpracujących z nimi pracowni badawczych (warto podkreślić, że najprawdopodobniej to zleceniodawcy zadecydowali o „niskobudżetowej” – telefonicznej, opartej na niewielkiej próbie – formule badania). Z drugiej strony, powinny przynieść refleksję, czy aby na pewno tylko media publiczne winny być rozliczane z rzetelności i apolityczności (zgodnie z argumentem, że w wypadku mediów prywatnych decydują właściciel, reklamodawcy i niewidzialna ręka rynku), czy doprawdy prawo własności jest ponad wszelkimi standardami etyki i profesjonalizmu. Szczególnie w kraju, gdzie rynek telewizji komercyjnych jest tak zamknięty (w zasadzie można mówić o duopolu), warto patrzeć medialnym bonzom na ręce, zwracać uwagę na ich polityczne, biznesowe i środowiskowe powiązania w równym stopniu, jak robi się to z kolejnymi władzami TVP.</p>
<p>Po trzecie wreszcie, „afera sondażowa” powinna wnieść otrzeźwienie do mediów, wprowadzić sporą dozę sceptycyzmu i krytycyzmu do instytucji sondażu, a przynajmniej nauczyć dziennikarzy przykładania jakiejkolwiek wagi do metodologii stosowanej w danym badaniu. Obawiam się jednak, że nadzieja na rezultaty w tych trzech podstawowych kwestiach okaże się płonna.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Schyłek „antykaczyzmu”</em></p>
<p>Wyniki pierwszej tury wyborów mówią nam sporo na temat dotychczasowego przebiegu kampanii wyborczej. Starania sztabu marszałka Komorowskiego, by głosowanie uczynić plebiscytem w sprawie „przemiany” Jarosława Kaczyńskiego poniosły porażkę. Mimo zakulisowej gry politycznej wymierzonej w Grzegorza Napieralskiego, mimo nominacji Marka Belki na szefa NBP, otwartego poparcia uzyskanego od jednego z najpopularniejszych polityków formacji postkomunistycznej, Włodzimierza Cimoszewicza, i gestów cichego poparcia ze strony niemal całej „wewnątrzpartyjnej opozycji” w SLD (od Olejniczaka, przez Kalisza, aż po samego Kwaśniewskiego, który z ciepłymi słowami dla Napieralskiego odczekał do upublicznienia wyników pierwszej tury), Napieralski zdobył więcej głosów, niż ktokolwiek się po nim spodziewał.</p>
<p>Z tego zaskakującego wyniku, jak również z ponad 35 proc. poparcia, jakie zdobył Jarosław Kaczyński, można wnioskować, że mimo starań autorów kampanii Komorowskiego, jak też wielu innych polityków i osób publicznych, nie udało się przywrócić dawnego natężenia namiętnościom antypisowskim. Jeszcze niedawno lider wszystkich bodaj sondaży nieufności i posiadacz największego negatywnego elektoratu w polskiej polityce (w lutym, według OBOP-u, 49 proc. Polaków było zdania, że powinien wycofać się z polityki), zdołał osiągnąć – uwaga – więcej głosów, zarówno liczbowo, jak i procentowo, niż jego śp. Brat w pierwszej turze wyborów 2005 roku! Można tę zmianę nastroju w społeczeństwie przypisywać do pewnego stopnia tragedii z 10 kwietnia, ale gdyby nie spokojny profesjonalizm kampanii Jarosława Kaczyńskiego, który napotkał na nieudolność i błędy po stronie głównego konkurenta, „antykaczyzm” mógł powrócić ze zdwojoną siłą. Utrzymanie bądź zmiana tego trendu będzie kluczowe dla ostatecznego wyniku wyborów.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Wyborcy Napieralskiego, czyli kto?</em></p>
<p>Walka między Kaczyńskim a Komorowskim toczyć się będzie teraz o mobilizację swojego elektoratu i pozyskanie wyborców reszty kandydatów, w tym zwłaszcza Grzegorza Napieralskiego. Wbrew powszechnym przewidywaniom nie sądzę, aby to deklaracja Grzegorza Napieralskiego o poparciu jednego z dwóch pretendentów do prezydentury (lub nie popieraniu żadnego), była kwestią kluczową (ci wyborcy pokazali już raz, że kierują się własnym rozeznaniem, a nie głosem tego czy innego autorytetu). Istotniejszy może się ostatecznie okazać bezpośredni kontakt Komorowskiego i Kaczyńskiego z tymi wyborcami oraz podejmowanie dyskusji na bliskie im tematy.</p>
<p>Możemy się więc spodziewać po stronie Jarosława Kaczyńskiego akcentowania kwestii służby zdrowia, polityki społecznej i regionalnej, zniuansowanych wypowiedzi dotyczących polityki zagranicznej, podkreślających przekonanie prezesa PiS o ścisłym powiązaniu polskiego losu z losem Unii Europejskiej, wreszcie, chęć działania na rzecz „Europy solidarnej”. Marszałek Komorowski natomiast będzie prawdopodobnie podkreślał swój liberalizm obyczajowy (in vitro, parytety – warto zauważyć, że w tych sprawach Kaczyński nie opowiedział się nigdy jednoznacznie po stronie prawicy obyczajowej) i atakował swojego przeciwnika za konfrontacyjność wobec Rosji i europejskich partnerów. Kaczyński będzie musiał przekonać wyborców, że jego postawa wobec Zachodu jest bezkompleksowa i czyni go bardziej „europejskim” od kierujących się tym, „jak wypadną”, stawiających „dobre relacje” ponad „polski interes” Platformersów.</p>
<p>Decyzja, jaką podejmą wyborcy Napieralskiego, będzie ważna nie tylko dlatego, że może zadecydować o zwycięstwie jednego lub drugiego kandydata, nie tylko dlatego nawet, że wpłynie na przyszłą strategię koalicyjną Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To będzie wielka próba dla elektoratu lewicy postkomunistycznej – okaże się bowiem, czy po ponad dwudziestu latach jest on bardziej „lewicowy społecznie” czy „postkomunistyczny” (czy decydujące będą realnie lewicowe społecznie aspekty programu PiS, czy nadal podziały na tle historycznym), czy Napieralski był kandydatem „wygranych” czy „przegranych” polskiego kapitalizmu. To może być znak na lata: pokaże, jaka lewica będzie w Polsce możliwa. Możliwe też, że znaczna część wyborców Napieralskiego, postawiona przed tym dylematem, nie zagłosuje wcale.</p>
<p><em>* Marceli Sommer, publicysta-amator. Studiuje politologię i studia wschodnioeuropejskie na University College London</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="5"><em>Michał Krasicki</em></a></p>
<p><strong>Rosnący pesymizm i polska krótka pamięć</strong></p>
<p>Mogę tylko podzielić się własnym – rosnącym od wczoraj przekonaniem – że wybory wygra Jarosław Kaczyński. Bronisław Komorowski nie ma już żadnego większego zapasu wyborców. Może dostać około 5 proc. głosów więcej niż w pierwszej turze – od młodych ludzi z miast, którzy bardzo nie lubią Kaczyńskiego, a głosowali na Napieralskiego.</p>
<p>Niewiele pomoże Aleksander Kwaśniewski, który wskaże pewnie na Komorowskiego. Kaczyński może liczyć z grubsza na tych, którzy głosowali na jego brata. Dostanie głosy Marka Jurka, Kornela Morawieckiego, Andrzeja Leppera, Bogusława Ziętka, a i wyborcy Waldemara Pawlaka nie wiadomo, czy nie zagłosują na niego ze względów strategicznych.</p>
<p>Co najmniej 5 proc. głosów dostanie Kaczyński od wyborców Grzegorza Napieralskiego. Podobno ekolodzy już namawiają, by nie głosować na Komorowskiego. Wystarczy policzyć&#8230; Kaczyński bardzo urósł po tej pierwszej turze i będzie rósł dalej. Wie, gdzie atakować Komorowskiego (sfera socjalna, opieka zdrowotna, alternatywa bogaci, wykształceni vs. biedni, pozbawieni szans na awans społeczny). Jest spokojny, uśmiechnięty, jak dobry ojciec narodu, a przeszłość już się nie liczy. Polacy mają krótką pamięć, ale co ważniejsze nie zaryzykują, by oddać całą władzę w ręce PO, i Kaczyński dobrze o tym wie. A zatem powtórka z rozrywki.</p>
<p><em>* Michał Krasicki, sekretarz redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="6"><em>Łukasz Jasina</em></a></p>
<p><strong>Narzekanie jest boskie, czyli impresje powyborcze&#8230;</strong></p>
<p>Nie jestem może Matuzalemem, ale parę lat żyję na tym świecie i równie denerwującej kampanii wyborczej – jak do tej pory – nie widziałem. Spróbuję jednak nie dać ponieść się nerwom i opisać to, co zobaczyłem.</p>
<p>Po pierwsze: Platformo! Żółta kartka! Jak można popierać kandydata i jednocześnie sprawiać wrażenie, jakby robiło się to pod przymusem? Kampania Twoja pozbawiona była jakiejkolwiek głębszej koncepcji i idei. Kampania Twoja była nudna. Jej makiawelizm sprawiał wrażenie gier i zabaw, i nawet wspaniała rozgrywka lewicowością zbladła przy jednej, wczorajszej deklaracji posła Kaczyńskiego. Platformo! Czy naprawdę nie miałaś innego kandydata na szefa sztabu? Ten, którego wytypowałaś, denerwował każdego i sprawiał wrażenie nadzorcy kandydata ze strony Władcy Właściwego. Platformo! Nie miałaś żadnego pomysłu na tę kampanię.</p>
<p>Po drugie: PiS póki co gra dobrze. Brak zastrzeżeń.</p>
<p>Po trzecie: nasz naród chyba się sprawdza. Nie nawaliliśmy i z frekwencją było nienajgorzej.</p>
<p>A teraz na poważnie. Czerwcowe wybory prezydenckie z samej zasady nie mogły być zupełnie normalne. U ich podstaw legła smoleńska katastrofa i całkowita improwizacja. Co więcej, przydarzyła się nam majowa powódź. Media były zaskoczone i musiały wypracować nową politykę wobec kandydatów.</p>
<p>Bez względu  na wynik drugiej tury, wybory te znalazły już swoje miejsce w historii. Przede wszystkim stanowią ostateczny kres prezydenckich marzeń Andrzeja Olechowskiego, który swoją „buławę w plecaku” nosił już od połowy lat 90. Nie wiadomo, co stanie się z Waldemarem Pawlakiem, którego pozycja w PSL jest dość słaba, i chyba tylko Janusz Korwin-Mikke, wytrwale walczący od dwóch dekad, ma powody do radości.</p>
<p>Po za tym, co opisałem powyżej, wybory nie wniosły nic. Nawet pogoda się nie zmieniła na lepsze.</p>
<p><em>* Łukasz Jasina, historyk, publicysta, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="7"><em>Piotr Kieżun</em></a></p>
<p><strong>Nowy prezydent osłabi swoją partię</strong></p>
<p>Pierwsza tura wyborów prezydenckich wiele osób wprawiła w zaskoczenie. Zdumiał wynik wyborczy kandydata SLD, który niespodziewanie zdobył ponad trzynaście procent głosów, choć jeszcze niedawno nikt nie dawał mu szans na przekroczenie pięcioprocentowego progu. Ale chyba największą niespodzianką, zważywszy na sondaże przedwyborcze, jest mała różnica pomiędzy dwoma liderami tych wyborów, Bronisławem Komorowskim i Jarosławem Kaczyńskim.</p>
<p>Zwolennicy obu kandydatów przygotowują się teraz do drugiej tury, ogłaszając wzmożoną mobilizację. Najlepiej widać to na przykładzie dwóch opiniotwórczych dzienników. W „Gazecie Wyborczej” króluje ton gorączkowego ożywienia przed ostateczną batalią o Polskę bez Kaczyńskiego i idei IV RP, w „Rzeczpospolitej” – zadowolenie i satysfakcja, że badania opinii publicznej były chybione i że naprawdę nic nie wskazuje jednoznacznie na wygraną Komorowskiego.</p>
<p>Zwieranie szeregów wydaje się zrozumiałe. Jednak może być i tak, że stronnicy Komorowskiego i Kaczyńskiego, a więc stronnicy PO i PiS, tak naprawdę powinni głosować zupełnie odwrotnie, niż obecnie deklarują. Dlaczego? Otóż całkiem prawdopodobny jest scenariusz, w którym wygrana kandydata osłabi znacząco szanse jego partii w przyszłych wyborach parlamentarnych.</p>
<p>Jeśli wygra Komorowski i całą władzę przejmie PO, będzie to moment, w którym łatwo będzie powiedzieć „sprawdzam”. Jeżeli PO nie zdobędzie się na niezbędne, trudne reformy lub niezdarne ich przeprowadzenie, mogą sprawić, że ucierpi na tym jej wiarygodność. Nie będzie można się wówczas usprawiedliwić prezydenckim wetem. Poza tym Komorowski może być po prostu słabym prezydentem, co niestety zapowiada jego kampania. Dużo zależy tu od najbliższego otoczenia, a te w jego przypadku jest wielką niewiadomą. Wątpliwe jest, żeby Tusk wypuścił do pałacu prezydenckiego swoich najlepszych ludzi. Pytaniem zasadniczym jest więc, kto będzie wspierał prezydenta PO w jego kancelarii.</p>
<p>Z drugiej strony konsekwencją wygrania Kaczyńskiego może być znaczne osłabienie PiS. Obecnie prezes jest podstawowym gwarantem spójności swojej partii. Bez jego przewodnictwa w PiS może dojść do wewnętrznych walk o schedę, a jest to wielce prawdopodobne, gdyż wbrew pozorom partia ta nie jest monolitem i również tam liczą się osobiste ambicje bardziej znaczących polityków. Odwrotnie, jeśli Kaczyński nieznacznie przegra drugą turę. Będzie wówczas w pewnym sensie wygranym, bo wyjdzie z tych wyborów wzmocniony wysokim, niespodziewanym wynikiem. Będzie to dla niego i dla jego wyborców sygnał, że jest o co walczyć w wyborach parlamentarnych.</p>
<p>Czy nie jest to zbyt przewrotna intelektualna konstrukcja? Głosowanie na kandydata, z którym się nie zgadzamy tylko z taktycznych pobudek jest zapewne zbyt daleko idącym i zbyt ryzykownym eksperymentem. Jednak powyższe przewidywania mogą okazać się prawdziwe. Byliśmy już przecież świadkami niejednej niespodzianki.</p>
<p><em>* Piotr Kieżun, członek redakcji „Kultury Liberalnej”, doktorant w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p><a name="8"><em>Jarosław Kuisz</em></a></p>
<p><strong>Bez absurdalnych kompromisów</strong></p>
<p>Jeśli ktoś lubi uporządkowaną rzeczywistość, równo ułożone ubrania w szafie czy opłacone w terminie rachunki, nie powinien zajmować się polską sceną polityczną. Lewicowy rząd podjął decyzję o wysłaniu wojska do Iraku. Wywodząca się ze środowiska gdańskich liberałów PO wstydzi się słowa „prywatyzacja”. Prawicowy program PiS bez skrępowania zagarnia kolejne lewicowe postulaty. Od lewicy do prawicy rozciąga się kraina politycznego cynizmu. To „problem” wszystkich demokracji Zachodu: polityka sprowadza się o wiele bardziej do wizerunku niż do merytorycznej debaty. A zatem można powiedzieć: Polska „normalnieje”.</p>
<p>Nic dziwnego, że kampania wyborcza nie tyle upłynęła pod znakiem żałoby (a II tura z pewnością upłynie jeszcze mniej), co pod znakiem dowodzenia, kto jest najbardziej elastycznym kandydatem. Paradoksalnie konserwatywny Jarosław Kaczyński wygrywa i tę konkurencję. Kilka lat temu okazał się politykiem godnym miana polskiego Bismarcka, wchodząc w egzotyczne sojusze i nie tracąc przy tym elektoratu, który dziś go poparł. Z kolei Bronisław Komorowski, który – po kilku lapsusach skoncentrował się na tym, by nie powiedzieć za dużo i zbyt szczerze – przegrywa wizerunkowo. Grzegorz Napieralski miał również zadanie ułatwione i – stawiając na wizerunek – poszedł w ślady Jarosława Kaczyńskiego. Od ponad 24 godzin jest dyndającym języczkiem u wagi. Pozornie nieodzownym.</p>
<p>Jeśli Bronisław Komorowski chciałby mimo wszystko wygrać w II turze, to nie powinien wdawać się w nazbyt ostentacyjne licytacje z lewicą. Nie tylko w ogóle nie jest powiedziane, że wyborcy zastosują się do zaleceń Napieralskiego (jeśli takowe w ogóle się pojawią), ale rozdymając licytację socjalną, może zniechęcić aktualnych wyborców. Motywacje do głosowania na „tego trzeciego” mogły być najróżniejsze, wraz ze szczerą niechęcią do Komorowskiego i PO na czele. Mało kto nie zauważa, że wyborcy SLD – oddając głos na Napieralskiego – pośrednio zaakceptowali nieformalny sojusz między PiS a SLD w polskich mediach. A i pamięć o sprawie Barbary Blidy nie spowodowała drżenia lewicowych rąk nad urną wyborczą.</p>
<p>W istocie, złakniony sukcesu Komorowski powinien raczej przygotować pakiet propozycji – które przez samo porzucenie ich przez PO – stałby się częścią oferty uznanej za lewicową. Na przykład hasła liberalizmu obyczajowego czy nacisku na korzystanie przez obywateli z ich wolności (prawo do in vitro etc.) są do przełknięcia przez elektorat PO (grunt przygotował Janusz Palikot, znacznie lepiej widoczny podczas kampanii niż Jarosław Gowin) oraz SLD, ale już nie do zaakceptowania dla elektoratu PiS. Zdobywanie punktów musi odbywać się bez utraty twarzy.</p>
<p>Spory o szpitale – w tym kontekście – z góry należy uznać za przegrane. Gdy Komorowski będzie tłumaczył różnice między prywatyzacją a komercjalizacją, Kaczyński powtarzając to samo, co zawsze, już wygra samym tonem głosu (i to nawet nie wspominając o niuansach planów reform Zbigniewa Religi).</p>
<p>Nazwanie PiS-u partią lewicową to majstersztyk zmiany języka politycznego – bez utraty elektoratu. Kaczyński ogłosił definitywne zakończenie podziału postkomunistycznego w polityce dokładnie tak, jak przed laty Joanna Szczepkowska stwierdziła, że w Polsce skończył się komunizm. Nieoczekiwanie i spektakularnie.</p>
<p>O dziwo, Komorowski w tej sytuacji powinien zdać sobie sprawę, że przegrywa na odcinku wiarygodności. Kaczyński może teraz mówić, co zechce: że jest lewicą lub prawicą. Przy pomieszaniu języków i licytacji na elastyczność to nie ma znaczenia.</p>
<p>Komorowski, zamiast gonić przeciwników narzucających język debaty i zamiast mówić o sobie, że np. jest jakąś jeszcze lepszą lewicą niż PiS (bo popiera go Olejniczak), powinien przejrzeć uczciwie własny program i licytować konkretnymi postulatami. W przeciwnym razie przegra wybory. Nawet jeśli, jak to określił Zbigniew Pełczyński w tekście „Wybory prezydenckie – dylematy obywatelskie”, walka toczy się o „pewnego rodzaju hybrydę”, czyli wadliwie skonstruowaną polską prezydenturę.</p>
<p>W tym sensie – niezależnie od tego, czy będziemy rozczarowani wynikami co do osoby, czy też nie – ważniejsze jest może to, ile zostanie nam z liberalnych postulatów po wyborach. I ze zdrowego rozsądku.</p>
<p><em>* Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><a href="#0"><small>Do góry</small></a></p>
<p style="text-align: center;">* * *</p>
<p style="text-align: right;"><em>* Autor ilustracji: <strong>Rafał Kucharczuk</strong></em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 76 (26/2010) z 22 czerwca 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/22/spiewak-krzeminski-marczewski-sommer-krasicki-jasina-kiezun-kuisz-miedzy-turami/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>29</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
