﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kultura Liberalna &#187; Warszawa</title>
	<atom:link href="http://kulturaliberalna.pl/tag/warszawa/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kulturaliberalna.pl</link>
	<description>liberalnie o kulturze</description>
	<lastBuildDate>Sun, 05 Sep 2010 11:17:35 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>WĄDOŁOWSKA: Smak włoskiej niefrasobliwości</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/wadolowska-smak-wloskiej-niefrasobliwosci/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/wadolowska-smak-wloskiej-niefrasobliwosci/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 23:13:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Smakując]]></category>
		<category><![CDATA[Agnieszka Wądołowska]]></category>
		<category><![CDATA[Kuchnia włoska]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[makaron]]></category>
		<category><![CDATA[nr 85]]></category>
		<category><![CDATA[osteria]]></category>
		<category><![CDATA[pasta]]></category>
		<category><![CDATA[ristorante]]></category>
		<category><![CDATA[Stary Mokotów]]></category>
		<category><![CDATA[trattoria]]></category>
		<category><![CDATA[Trattoria da Fabio]]></category>
		<category><![CDATA[Wądołowska]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[X–APARTMENTS]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6931</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Agnieszka Wądołowska </em></p>
<p><strong>Smak włoskiej niefrasobliwości</strong></p>
<p>W czerwcu tego roku w ramach projektu teatralnego X–APARTMENTS uczestnicy/widzowie mieli możliwość zajrzeć do najróżniejszych mieszkań prywatnych na Bródnie, Mirowie i Mokotowie<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/" target="_blank">*</a>. Jedne były muzealnie wręcz wysprzątane, inne pełne bibelotów z podróży powtykanych w każdy kąt. Przemieszanie przestrzeni. Prywatnej – mieszkańców – z publicznością teatralną. Publicznej – projektu artystycznego – z prywatnością przestrzeni mieszkań. <em>Trattoria da Fabio</em>, przy ul. Rejtana 17, wciśnięta między parking i kawałek budowy, tak, że ledwo można ją znaleźć, wydaje się być taką właśnie przestrzenią prywatną na Starym Mokotowie, której teatr zapomniał włączyć do swojego projektu. To prześmieszne przemieszanie prywatności wystroju i przestrzeni restauracji, która (ponieważ znajduje się tuż przy małym biurowcu) gości głównie panów pod krawatami. Takie połączenie różnorodnych przestrzeni to właśnie kwintesencja włoskiego lokalu o nazwie <em>trattoria</em>. To nie ekskluzywna <em>ristorante </em>z nienaganną obsługą i kojącą muzyką, ale też niezupełnie nieformalna <em>osteria</em>, której nazwa po włosku znaczy tyle, co „gościć kogoś u siebie”. <em>Trattoria </em>to właśnie coś pomiędzy, przemieszanie. Ma swoich stałych bywalców i rozluźnioną atmosferę, a jednocześnie serwuje niepospolite jedzenie w rozsądnych cenach.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/wadolowska-smak-wloskiej-niefrasobliwosci/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu WĄDOŁOWSKA: Smak włoskiej niefrasobliwości&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Agnieszka Wądołowska </em></p>
<p><strong>Smak włoskiej niefrasobliwości</strong></p>
<p>W czerwcu tego roku w ramach projektu teatralnego X–APARTMENTS uczestnicy/widzowie mieli możliwość zajrzeć do najróżniejszych mieszkań prywatnych na Bródnie, Mirowie i Mokotowie<a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/" target="_blank">*</a>. Jedne były muzealnie wręcz wysprzątane, inne pełne bibelotów z podróży powtykanych w każdy kąt. Przemieszanie przestrzeni. Prywatnej – mieszkańców – z publicznością teatralną. Publicznej – projektu artystycznego – z prywatnością przestrzeni mieszkań. <em>Trattoria da Fabio</em>, przy ul. Rejtana 17, wciśnięta między parking i kawałek budowy, tak, że ledwo można ją znaleźć, wydaje się być taką właśnie przestrzenią prywatną na Starym Mokotowie, której teatr zapomniał włączyć do swojego projektu. To prześmieszne przemieszanie prywatności wystroju i przestrzeni restauracji, która (ponieważ znajduje się tuż przy małym biurowcu) gości głównie panów pod krawatami. Takie połączenie różnorodnych przestrzeni to właśnie kwintesencja włoskiego lokalu o nazwie <em>trattoria</em>. To nie ekskluzywna <em>ristorante </em>z nienaganną obsługą i kojącą muzyką, ale też niezupełnie nieformalna <em>osteria</em>, której nazwa po włosku znaczy tyle, co „gościć kogoś u siebie”. <em>Trattoria </em>to właśnie coś pomiędzy, przemieszanie. Ma swoich stałych bywalców i rozluźnioną atmosferę, a jednocześnie serwuje niepospolite jedzenie w rozsądnych cenach.</p>
<p>Ciężko mówić tu o zaplanowanym wnętrzu. Ściana powyklejana zdjęciami właścicieli i klientów oraz pocztówkami z placu świętego Piotra, Montmartre czy Hurghady. Obok wycinki z prasy, w których Fabio – włoski właściciel i szef kuchni o odpowiedniej tuszy – tłumaczy, czym różni się <em>americano </em>od <em>espresso</em>. W wewnętrzną stronę ramy wielkiego secesyjnego lustra powtykane są zdjęcia najlepszych past zakładu i dwóch uroczych wnuczek właściciela. Zabawne połączenie tak stereotypowego przywiązania Włochów do makaronów i rodziny. Jak we włoskim komediodramacie „Miłość i makarony”, który pod koniec lipca 2010 wszedł na (niektóre) polskie ekrany, gdzie najważniejsze kwestie rodzinne rozgrywają się wokół pasty. Obok tej domowo-biznesowej galerii zdjęć na ścianie znajdziemy najprzeróżniejsze ozdoby: porcelanowe kafle z warzywami i szkice tajemniczych uliczek oraz dyplom od Piotra Adamczewskiego. Nad tym wszystkim roztaczają światło secesyjne lampy, oczywiście każda inna. Totalny eklektyzm, który składa się na ewidentnie kiczowato-domowe, ale i przytulne wnętrze.</p>
<p>Niestety w tej miłej jadłodajni jest za mało i kart i kelnerek. Ani jedne ani drugie za nic się nie chcą sklonować i wystarczyć dla wszystkich gości. Te pierwsze w dodatku występują w zafoliowanej, wysłużonej formie. Jednak na szczycie dwustronnej włosko-polskiej karty znajdziemy dumną nazwę lokalu zapisaną nobliwą czcionką, a nad nią rodowy herb. Wszystko za tą tanią folią. Niestety obsługa, mimo że stara się jak może, nie bardzo ogarnia przestrzeń lokalu, a cztery palniki, które wścibskie oko zaglądające do kuchni z łatwością zauważy, nie są w stanie nagotować od razu dla wszystkich. Bardzo włoski rozgardiasz. Wielu młodych yuppie w garniakach irytuje się, że czegoś nie ma, że dłużej trzeba poczekać, ale wychodząc wychwalają kuchnię. Bo poczekać zdecydowanie warto.</p>
<p>Gdy na stole pojawia się coś na kształt pucharu na lody wypełnionego parmezanem, można oczekiwać, że gdzieś za przepierzeniem kuchni pasta właśnie wydobywa się z wody niczym afrodyta z morskiej piany i są jakiś szanse, że objawi się i na stole. <em>Nero di Seppia</em>. Czarny makaron, jak czarny piasek, mimo świadomości jego istnienia, budzi dysonans poznawczy. U Fabia można skosztować makaronu <em>linguine </em>barwionego atramentem z kałamarnicy podawanego z owocami morza. I tu znowu niespodzianka. Fakt – porcja jest duża i intryguje kolorem, ale na widok czarnej góry z wetkniętymi kilkoma potężnymi krewetkami można mieć wątpliwości. Jednak makaron okazuje się genialnie przygotowany: odrobinki ostrej papryczki oraz mieszanka ziół i oliwy sprawiają, że nawet bez skorupiaków pasta byłaby pyszna.</p>
<p>U Fabia ceny są zabawnie zestandaryzowane. Praktycznie wszystkie pasty kosztują 25 zł, a wina są po 10 zł za kieliszek. Zamówić możemy jednak i inne tradycyjne śródziemnomorskie przysmaki: półmisek szynki parmeńskiej, carpaccio z ośmiornicy czy z dojrzewającej wołowiny. Wybór uroczych małych <em>bruchette </em>i <em>tramezzini </em>oraz dań z <em>gamberi</em>, czyli krewetkami. W karcie znajdziemy najbardziej znane włoskie aperitify, takie jak bezalkoholowe <em>Sanbitter </em>czy <em>Crodino</em>. No i oczywiście wybór kaw. Nawet zielono-żółto-czerwone serwetki nawiązują do narodowej kolorystki włoskiej.</p>
<p>To przemieszanie pysznego jedzenia, niezorganizowania, życzliwości, ale i braku pośpiechu, stanowi o bardzo włoskim nastroju lokalu. Trattoria – ani nazwa lokalu, ani kuchnia nie dały się spolonizować. I dobrze. Tyle że nie jest to miejsce na szybki lunch, raczej warto się tam wybrać w jakieś niespieszne popołudnie. Raczej nie w niedzielę, bo wtedy nieczynne. A szkoda.</p>
<p>* <em>O projekcie szerzej: <a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/" target="_blank">K. Kazimierowska, Równanie z mnóstwem niewiadomych, „Kultura Liberalna” nr 77 (27/2010) z 29 czerwca 2010 r.</a></em><br />
<em>** Agnieszka Wądołowska, absolwentka filologii angielskiej UW.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 85 (35/2010) z 24 sierpnia 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/24/wadolowska-smak-wloskiej-niefrasobliwosci/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ERBEL: Warszawskie śniadania</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/erbel-warszawskie-sniadania/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/erbel-warszawskie-sniadania/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Aug 2010 01:04:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Smakując]]></category>
		<category><![CDATA[Berlin]]></category>
		<category><![CDATA[brunch]]></category>
		<category><![CDATA[duopolis]]></category>
		<category><![CDATA[Erbel]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Erbel]]></category>
		<category><![CDATA[KNOT]]></category>
		<category><![CDATA[nr 83]]></category>
		<category><![CDATA[śniadanie]]></category>
		<category><![CDATA[Szczotki Pędzle]]></category>
		<category><![CDATA[Tev-Aviv Cafe+Deli]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6719</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Joanna Erbel </em></p>
<p><strong>Warszawskie śniadania</strong></p>
<p>Wyprawa do innego miasta zawsze wiąże się z nowymi doznaniami kulinarnymi. Poznajemy nowe smaki, nowe sposoby spożywania dobrze znanych potraw, inny miejski styl życia. Okazuje się, że kawę można pić na znacznie więcej sposobów, niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić. Jednak posiłkiem, który przybiera najwięcej różniących się od siebie form, jest śniadanie. Śniadanie je się – w zależności od dnia i stylu życia – między 6 rano a 16. Przez 15 minut albo 5 godzin. To, co w jednym miejscu jest jego typowym składnikiem, gdzie indziej mogłoby być obiadem lub deserem (albo na odwrót). Śniadanie jest testem na naszą tolerancję i poznawczą otwartość, bo jak wiadomo jest to najważniejszy posiłek i nie warto ryzykować. Trzeba dobrze zjeść, by móc w pełni korzystać z uroków dnia.  Włoskie ciastka, angielska fasolka w sosie czy hinduskie idli często przegrywają z tradycyjną kanapką z żółtym serem czy jajecznicą. Śniadanie wiąże się z miejscem i określa jego tożsamość. Jednak jeśli chcielibyśmy spojrzeć na Warszawę przez pryzmat porannych posiłków, okazałoby się, że jest to tożsamość niespójna, z tygodnia na tydzień coraz bardziej złożona. Warszawa, jak zagraniczne wycieczki, dostarcza nam coraz bardziej różnorodnych doznań smakowych i zaprasza miłośniczki i miłośników nowych smaków na kulinarne wyprawy już od wczesnego ranka.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/erbel-warszawskie-sniadania/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu ERBEL: Warszawskie śniadania&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Joanna Erbel </em></p>
<p><strong>Warszawskie śniadania</strong></p>
<p>Wyprawa do innego miasta zawsze wiąże się z nowymi doznaniami kulinarnymi. Poznajemy nowe smaki, nowe sposoby spożywania dobrze znanych potraw, inny miejski styl życia. Okazuje się, że kawę można pić na znacznie więcej sposobów, niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić. Jednak posiłkiem, który przybiera najwięcej różniących się od siebie form, jest śniadanie. Śniadanie je się – w zależności od dnia i stylu życia – między 6 rano a 16. Przez 15 minut albo 5 godzin. To, co w jednym miejscu jest jego typowym składnikiem, gdzie indziej mogłoby być obiadem lub deserem (albo na odwrót). Śniadanie jest testem na naszą tolerancję i poznawczą otwartość, bo jak wiadomo jest to najważniejszy posiłek i nie warto ryzykować. Trzeba dobrze zjeść, by móc w pełni korzystać z uroków dnia.  Włoskie ciastka, angielska fasolka w sosie czy hinduskie idli często przegrywają z tradycyjną kanapką z żółtym serem czy jajecznicą. Śniadanie wiąże się z miejscem i określa jego tożsamość. Jednak jeśli chcielibyśmy spojrzeć na Warszawę przez pryzmat porannych posiłków, okazałoby się, że jest to tożsamość niespójna, z tygodnia na tydzień coraz bardziej złożona. Warszawa, jak zagraniczne wycieczki, dostarcza nam coraz bardziej różnorodnych doznań smakowych i zaprasza miłośniczki i miłośników nowych smaków na kulinarne wyprawy już od wczesnego ranka.</p>
<p>Warszawskie śniadanie jest posiłkiem bardzo młodym. Znacznie młodszym niż przeżywająca od ośmiu lat renesans kultura kawiarniana. Warszawskie śniadanie jako dostępny w każdej kawiarni spójny zestaw składników nie istnieje. Tworzy się na styku codziennej oferty i konsumenckich wyborów. Przez ostatnie kilka miesięcy coraz intensywniej, w różnych kolorach, smakach i reżimach kulinarnych. Zielone-wegetariańskie na Solcu (ul. Solec 44), wegańskie lub wegetariańskie w Szczotkach Pędzlach (ul. Tamka 45b), dodatkowo makrobiotyczne i koszerne w Tel-Avivie (ul. Poznańska 11) lub indyjskie na rogu Poznańskiej i Wilczej, oraz wiele innych, dopasowanych do gustu i środka transportu. Śniadanie na mieście w postaci brunchu może być wielogodzinnym niedzielnym spotkaniem, pretekstem do tego, żeby poranne maile sprawdzić w towarzystwie przypadkowych osób, albo krótkim przestojem w drodze z jednego miejsca do drugiego. Ostatnio wraz z 5,29 (róg ulic Kruczej i Widok) pojawiło się rozwiązanie dla tych, którzy nie mają czasu czekać na zamówienie ani ochoty siadać. 5,29 to pierwsze miejsce, gdzie można wypić dobrą kawę, nie schodząc z roweru. Jesienią mają się pojawić również pieczone kasztany.</p>
<p>Dostęp do szerokiej i zróżnicowanej oferty gastronomicznej jest jednym z przywilejów mieszkania w metropolii. Warszawa, która coraz silniej wchłania nowe smaki, powoli się nią staje. Jednak wielość kuchni i stylów życia, która w wielu innych miastach pojawia dzięki obecności emigrantów, którzy chcą kultywować swoje tradycyjne style życia, w Warszawie pojawia się dwutorowo. Z jednej strony to coraz większa popularność kuchni wietnamskiej, dostępnej dzięki obecności mniejszości wietnamskiej, i coraz liczniejsze restauracje gruzińskie, indyjskie i jedna lankijska. Z drugiej zaś to potrzeba klasy średniej, żeby po smaczne, zdrowe jedzenie nie musieć jeździć do Berlina, Londynu, Tel Awiwu czy Rzymu, ale mieć je tu, na miejscu. Zakładanie lokalnej knajpy zastępuje chęć emigracji podyktowanej poszukiwaniem innego stylu życia. Kolejnym krokiem byłoby wywalczenie takiej polityki czynszowej, żeby śniadania na mieście i brunche mogły być tańsze i dostępne nie tylko dla nielicznych, ale także dla szerszego grona osób.</p>
<p><em>* Joanna Erbel, socjolożka, fotografka, współzałożycielka Stowarzyszenia Duopolis, członkini zespołu „Krytyki Politycznej&#8221;. Pisze doktorat o roli aktorów nie-ludzkich w przemianie przestrzeni miejskiej w Instytucie Socjologii UW. Po Warszawie jeździ na rowerze.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 83 (33/2010) z 10 sierpnia 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/erbel-warszawskie-sniadania/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUSIAK: Nad ziemią nie musi znaczyć nad miastem. Miasta i bezpieczeństwo</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kusiak-nad-ziemia-nie-musi-znaczyc-nad-miastem-miasta-i-bezpieczenstwo/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kusiak-nad-ziemia-nie-musi-znaczyc-nad-miastem-miasta-i-bezpieczenstwo/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 10 Aug 2010 00:57:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Spacerując]]></category>
		<category><![CDATA[Berlin]]></category>
		<category><![CDATA[dachy]]></category>
		<category><![CDATA[flaneurie]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[nr 83]]></category>
		<category><![CDATA[skyline]]></category>
		<category><![CDATA[street art]]></category>
		<category><![CDATA[voyeryzm]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6715</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Nad ziemią nie musi znaczyć nad miastem. Miasta i bezpieczeństwo</strong></p>
<p>Miasta są nieskończone. Zazwyczaj wydaje nam się, że poznaliśmy miasto, jeżeli wystarczająco długo krążyliśmy jego ulicami, zaglądając w podwórka złych i dobrych dzielnic. Uprzywilejowanie poziomu zero, czyli perspektywy przechodnia albo przejezdnego (tramwajem/samochodem/rowerem), a czasem wręcz utożsamienie miasta z perspektywą ulic, jest wynikiem jej dominacji w sferze praktycznej miejskiej egzystencji. Ulica wydaje się pierwotna nie tylko dla doświadczenia miasta, ale – tym bardziej – dla doświadczenia miasta na sposób dynamiczny. Oczywiście znamy widoki miast z okien samolotów i z tarasów widokowych, spojrzenie ma jednak wtedy charakter zewnętrzny, ogarniający miasto niczym nieruchomy obrazek, mandalę albo <em>skyline</em>. O tym, że to nieprawda, wiedzą i wiedzieli zarówno <em>parkourowcy</em>, jak i warszawscy powstańcy oraz dysydenci z NRD, uciekający kanałami albo tunelami metra. Ekstremalne sporty, jak i ekstrema historii politycznej miast nie powinny prowadzić nas do błędnego przekonania, że udanie się na miejski spacer, pod lub nad regularną ulicą, musi mieć w sobie cokolwiek ekstremalnego.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kusiak-nad-ziemia-nie-musi-znaczyc-nad-miastem-miasta-i-bezpieczenstwo/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KUSIAK: Nad ziemią nie musi znaczyć nad miastem. Miasta i bezpieczeństwo&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Nad ziemią nie musi znaczyć nad miastem. Miasta i bezpieczeństwo</strong></p>
<p>Miasta są nieskończone. Zazwyczaj wydaje nam się, że poznaliśmy miasto, jeżeli wystarczająco długo krążyliśmy jego ulicami, zaglądając w podwórka złych i dobrych dzielnic. Uprzywilejowanie poziomu zero, czyli perspektywy przechodnia albo przejezdnego (tramwajem/samochodem/rowerem), a czasem wręcz utożsamienie miasta z perspektywą ulic, jest wynikiem jej dominacji w sferze praktycznej miejskiej egzystencji. Ulica wydaje się pierwotna nie tylko dla doświadczenia miasta, ale – tym bardziej – dla doświadczenia miasta na sposób dynamiczny. Oczywiście znamy widoki miast z okien samolotów i z tarasów widokowych, spojrzenie ma jednak wtedy charakter zewnętrzny, ogarniający miasto niczym nieruchomy obrazek, mandalę albo <em>skyline</em>. O tym, że to nieprawda, wiedzą i wiedzieli zarówno <em>parkourowcy</em>, jak i warszawscy powstańcy oraz dysydenci z NRD, uciekający kanałami albo tunelami metra. Ekstremalne sporty, jak i ekstrema historii politycznej miast nie powinny prowadzić nas do błędnego przekonania, że udanie się na miejski spacer, pod lub nad regularną ulicą, musi mieć w sobie cokolwiek ekstremalnego.</p>
<p>W Berlinie prawie wszystkie dachy są otwarte. Jeśli uda nam się przekonać głos w domofonie, żeby wpuścił nas do budynku, wystarczy tylko wspiąć się po schodach na górę i wypróbować kolejno wszystkie dostępne drzwi i drabiny. Dachy berlińskie nie tworzą „alternatywnego miasta”, „innego Berlina” ani „ukrytych światów”. Dachy berlińskie są częścią Berlina codziennego. W dzielnicach klasycznych kamienic na wschodzie i na zachodzie miasta można spacerować dachami wzdłuż całych pierzei ulic, płynnie przechodząc z domu na dom, mijając kominy, a na kominach <em>street art </em>(właśnie <em>street art</em>., a nie <em>roof art.</em> – poziom dachów też może być miejską aleją), sąsiadów, którzy wynieśli na dach domową kolację i butelkę wina. Po drugiej stronie ulicy ktoś może akurat kręcić film, przebierać się (znów za kominem) przed sesją zdjęciową albo pielęgnować ogródek (ogrody na dachach, poprawiające miejskie powietrze i izolację cieplną budynku, są szczególnie popularne w zachodniej części miasta). Z kolei przestronne dachy wielkopłytowych bloków zwykle oferują dużo więcej przestrzeni, zarówno na opalanie się, jak i na solidną imprezę urodzinową. Nie mówiąc już o widokach, jakie roztaczają się z dziesiątego albo i szesnastego piętra. Z góry dużo lepiej widać geometryczną lub chaotyczną siatkę ulic, regularności ruchu samochodowego, trajektorie pieszych i rowerzystów. Miasto nie jest statycznym obrazkiem, a i my pozostajemy aktywni, biorąc udział w ruchu, który odbywa się ponad ulicą, ale ciągle w mieście – wcale nie ponad miastem. Tak jak z chodnika zaglądamy czasem w okna mieszkańców parteru, tak i dachy mają swój odpowiednik miejskiego <em>voyeryzmu</em>, miejskiej <em>flâneurie</em>i miejskiej rozrywki. Dachy mogą być przestrzenią publiczną, tak samo jak ulica. Dlaczego w Polsce nie są?</p>
<p>Z góry należy zastrzec, że w Berlinie – mieście otwartych dachów – wcale nie ma większej liczby wypadków albo samobójców, wybierających skok z łatwo dostępnego dachu. I zdecydowanie nie jest tak, że mieszkańcy Berlina są bardziej rozsądni od mieszkańców Warszawy czy Wrocławia – być może jest nawet odwrotnie. Zamknięte dachy są wyrazem tej samej polityki, co zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych: konserwatywnej polityki braku zaufania, opierającej się na założeniu, że jeżeli obywatel – zarówno dosłownie, jak i w przenośni – może spaść lub się stoczyć, to niechybnie to uczyni. Tymczasem regulacje społeczne opierają się na logice podobnej do zakazów rodzicielskich – wiadomo, że nikt nie upija się na szkolnych imprezach tak doszczętnie, jak Ci, którzy w domu nie dostali nigdy kieliszka wina. Tysiące barierek, znaków zakazu i kłódek paradoksalnie powodują zmniejszenie czujności i zrzeczenie się odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo. Bo „zakaz wstępu” jest czymś jakościowo innym niż „wstęp na własną odpowiedzialność”. Mieszkańcom polskich miast odbiera się w dużej mierze możliwość bycia odpowiedzialnymi za przestrzeń i za samych siebie w przestrzeni.</p>
<p>Od niedawna mamy okazję się przekonać, że zniesienie zakazu siadania na trawie w miejscach publicznych nie przyczyniło się do masowego zadeptywania zieleni miejskiej. Problem bezpieczeństwa w mieście jest nie tylko problemem materialnym, ale i mentalnym. Wiadomo skądinąd, że odkąd wolne media w latach 90. zaczęły podawać informacje o przestępstwach, zwiększyło się poczucie zagrożenia, choć nie zwiększyła się liczba przestępstw. I odwrotnie – bo czy ktokolwiek jeszcze wierzy, że zakaz picia alkoholu zmniejszył liczbę pijących? Często to, co wydaje się ekstremalne, wydaje się takie tylko z poziomu zero, z poziomu status quo, który na mocy przyzwyczajenia uznajemy za jedyny. Tym, co nas omija, jest zarówno pewna forma społecznej dojrzałości, jak i widok zachodzącego słońca wśród anten na Mokotowskiej.</p>
<p><em>* Joanna Kusiak, doktorantka Instytutu Socjologii UW, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>„Kultura Liberalna” nr 83 (33/2010) z 10 sierpnia 2010 r.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/08/10/kusiak-nad-ziemia-nie-musi-znaczyc-nad-miastem-miasta-i-bezpieczenstwo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>SIENIUĆ: Kilka momentów z parady. EuroPride</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/sieniuc-kilka-momentow-z-parady-europride/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/sieniuc-kilka-momentow-z-parady-europride/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 Jul 2010 02:05:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[EuroPride]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Paulina Sieniuć]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6511</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Paulina Sieniuć</em></p>
<p><strong>Kilka momentów z parady</strong></p>
<p>Miałam nie iść na EuroPride. Nie przepadam za akcjami masowymi, właściwie nigdy w żadnych pochodach nie biorę udziału, unikam też wernisaży, ogromnych koncertów i galerii handlowych, a gdy kluczę stołecznym Śródmieściem i przedzieram się przez gromady ludzi, mam ochotę walić przechodniów torebką po głowie. Antropofobka czy socjopatka? Nie wiem, faktem jest, że czuję się mało pewnie w sytuacjach tłumnych.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/sieniuc-kilka-momentow-z-parady-europride/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu SIENIUĆ: Kilka momentów z parady. EuroPride&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Paulina Sieniuć</em></p>
<p><strong>Kilka momentów z parady</strong></p>
<p>Miałam nie iść na EuroPride. Nie przepadam za akcjami masowymi, właściwie nigdy w żadnych pochodach nie biorę udziału, unikam też wernisaży, ogromnych koncertów i galerii handlowych, a gdy kluczę stołecznym Śródmieściem i przedzieram się przez gromady ludzi, mam ochotę walić przechodniów torebką po głowie. Antropofobka czy socjopatka? Nie wiem, faktem jest, że czuję się mało pewnie w sytuacjach tłumnych.</p>
<p>Esemes od koleżanki: „Idziesz poparadować?”. Nie wiem, co mnie tknęło – ale pomyślałam: „czemu nie”. Być może wpływ na to miała wizja pracującej soboty spędzonej przed monitorem komputera. Tak czy owak, postanowiłam iść. Słuszna sprawa, więc co mi tam.</p>
<p>Gdy wysiadałam z metra Ratusz Arsenał, zaczęłam odczuwać niepokój. Ludzie, mnóstwo ludzi, kordony policji, jakiś staruszek wciskający mi kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu, inni wręczali mi ulotki klubów, czasopisma, naklejki. Nim dotarłam pod pomnik Słowackiego, byłam już porządnie zestrachana tą masą, z naręczem druków wszelakich w jednej ręce, drugą ocierając pot zalewający czoło, gdyż słońce grzało niemiłosiernie.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Moment pierwszy</em></p>
<p>Upał był przeraźliwy, więc ze znajomymi postanowiliśmy się odświeżyć wodą tryskającą z hydrantu. Cudowny pomysł, na który wpadli też inni, ale jakoś mi to nie przeszkadzało, ba, śmiałam się ze wszystkimi i było mi wesoło. Dawno nie miałam takiej uciechy – stać w środku miasta i cała ociekać wodą. Wokół przeważali uśmiechnięci, kolorowi ludzie, a z głośników dobiegała skoczna muzyka. Atmosfera zdecydowanie przyjemna. Czułam się dobrze.</p>
<p style="text-align: center;"><em> Moment drugi</em></p>
<p>Mimo iż nadszedł czas wymarszu, a plac wypełnił się tysiącami osób, nie wyruszaliśmy. Przy pierwszej platformie coś się działo. Widzieliśmy jakieś przedmioty lecące w kierunku wozu, poprzez rytm dyskotekowych przebojów słychać było mało przyjemne okrzyki. Dotarli do nas zaprzyjaźnieni Szwedzi, którzy przyjechali do Polski specjalnie na EuroPride. Byli zdenerwowani, okazało się, że wpadli na grupę obrońców Wielkiej Polski Katolickiej i zostali przez nich poturbowani. Byli w szoku, bali się wziąć udział w paradzie. Mówili, że widzieli, jak podejrzani osobnicy mieszają się z kolorowym tłumem i w każdej chwili mogą zaatakować. Bałam się. W pierwszym odruchu pomyślałam, jakie to będzie durne, jeśli mnie ktoś zrani tylko za to, że idę w paradzie, a ja przecież nie opłaciłam ubezpieczenia i do tego zablokowano mi rozmowy wychodzące, więc jak wezwę pomoc? Potem poczułam wściekłość na ten swój strach, na tych, co go wywołują. W jednej chwili zrozumiałam choć w części, jakie to upiorne czuć strach, bo się chce coś zamanifestować. Pojęłam, że to jest realne ryzyko. To już była kwestia zasad. Nie ma mowy – nie dam się zastraszyć! Wciąż staliśmy w skwarze, rozległo się wycie karetek, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Ale chyba nic poważnego, bo w końcu ruszyliśmy. Część Szwedów zrezygnowała z parady, poszły z nami tylko dwie dziewczyny. Szły blisko policjantów.</p>
<p style="text-align: center;"><em> Moment trzeci</em></p>
<p>Gdy opuszczaliśmy plac Bankowy, witały nas grupki ludzi wymachujących transparentami „Stop homo”. Ja rozglądałam się uważnie, pomna opowieści o agresywnych homofobach przenikających w szeregi wroga – czyli nas – i atakujących znienacka. Powoli zaczęłam się uspokajać, dużo policji, ludzie wokół zrelaksowani, chyba nie ma się czego obawiać. Na Marszałkowskiej jedna dziewczyna wywiesiła z okna prześcieradło z ogromnym napisem: „Natury nie oszukacie”, po drugiej stronie ulicy machali do nas środkowym palcem jacyś panowie z wykrzywionymi złością twarzami. Pozdrawialiśmy ich tęczowymi chorągiewkami, naśmiewając się z ich tępej agresji. Ale w sumie były to poszczególne jednostki, więcej osób tańczyło na balkonach, powiewało kolorowymi szalami w geście aprobaty. Wspaniale było iść środkiem miasta i patrzeć na wszystko z innej perspektywy.</p>
<p>Na Kruczej rozczulił nas młody mężczyzna, który gorączkowo próbował otworzyć lufcik, a gdy to uczynił, wystawił maleńką tęczową chorągiewkę i zaczął nią równie gorączkowo wywijać. Było potwornie gorąco, ale czułam się coraz bardziej swobodnie, wokół poza ludźmi poprzebieranymi, niosącymi flagi i transparenty, pełno było tak zwanych zwykłych obywateli: par heteroseksualnych, rowerzystów, mam z dziećmi, staruszków, osób na wózkach inwalidzkich – wszyscy jednak mieli tęczowe ozdoby. I nikogo z uczestników nie miałam ochoty walić torebką po głowie.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Moment czwarty</em></p>
<p>Doszliśmy na plac Konstytucji, znów hydrant i radosne tańce w strugach wody. Niesamowite uczucie. Zadowoleni (no i cali oraz zdrowi!) wracaliśmy do domów. W drodze na plac Zbawiciela podziwialiśmy napisy na murach obwieszczające „zakaz pedałowania”, pod Planem B spotkaliśmy grupkę chłopaków z tablicami „Stop homo”, ale mimo tęczowych nalepek na naszych ubraniach nie zostaliśmy w żaden sposób zaatakowani. Udało się.</p>
<p><em>* Paulina Sieniuć, redaktorka, recenzentka.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong>„Kultura Liberalna” nr 80 (30/2010) z 20 lipca 2010 r.</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/20/sieniuc-kilka-momentow-z-parady-europride/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUSIAK: Warszawa: Peryferie nagrzanego miasta</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/kusiak-warszawa-peryferie-nagrzanego-miasta/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/kusiak-warszawa-peryferie-nagrzanego-miasta/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Jul 2010 00:31:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Spacerując]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[Lewicpol]]></category>
		<category><![CDATA[nr 78]]></category>
		<category><![CDATA[peryferie]]></category>
		<category><![CDATA[Tyrmand]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Zacisze]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6329</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Warszawa: Peryferie nagrzanego miasta</strong></p>
<p>Dopiero niedawno miasto rozgrzało się na tyle, by w powietrzu czuć było charakterystyczny zapach lata w Warszawie. Trudno powiedzieć, czym dokładnie pachnie letnia Warszawa – oczywiście, można rozpoznać tu nuty topniejącego asfaltu, świeżo skoszonej trawy, spalin, kwitnących lip i spoconych w środku i na zewnątrz autobusów przegubowych. Jako całość kompozycja ta nie daje się jednak zredukować do swoich składników i pozostaje specyficznie warszawska, tak jakby rozgrzane miasto wydzielało swoje własne feromony, którymi jednych odstrasza, a innych przyciąga. I gdy pierwsi pospiesznie opuszczają Warszawę i jadą na urlop, inni, idąc przerzedzonymi ulicami Śródmieścia, raz po raz unoszą nieco nos, by wciągnąć letnie warszawskie powietrze pachnące, jak to zwykle w Warszawie bywa, nie pięknie, ale obiecująco.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/kusiak-warszawa-peryferie-nagrzanego-miasta/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KUSIAK: Warszawa: Peryferie nagrzanego miasta&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Warszawa: Peryferie nagrzanego miasta</strong></p>
<p>Dopiero niedawno miasto rozgrzało się na tyle, by w powietrzu czuć było charakterystyczny zapach lata w Warszawie. Trudno powiedzieć, czym dokładnie pachnie letnia Warszawa – oczywiście, można rozpoznać tu nuty topniejącego asfaltu, świeżo skoszonej trawy, spalin, kwitnących lip i spoconych w środku i na zewnątrz autobusów przegubowych. Jako całość kompozycja ta nie daje się jednak zredukować do swoich składników i pozostaje specyficznie warszawska, tak jakby rozgrzane miasto wydzielało swoje własne feromony, którymi jednych odstrasza, a innych przyciąga. I gdy pierwsi pospiesznie opuszczają Warszawę i jadą na urlop, inni, idąc przerzedzonymi ulicami Śródmieścia, raz po raz unoszą nieco nos, by wciągnąć letnie warszawskie powietrze pachnące, jak to zwykle w Warszawie bywa, nie pięknie, ale obiecująco.</p>
<p>W upalnej, lipcowej Warszawie, w przedpołudnia wolne od pracy ciała zalegające w kawiarnianych ogródkach i na (nowych! świeżo usypanych!) nadwiślańskich plażach nabierają leniwego ciężaru. Lżejsze od ciał myśli zaczynają nad nimi krążyć niczym brzęczące muchy pod żyrandolem. Nuda. Miejska nuda jest, jak pisał Benjamin, szarym kocem na kolorowej podszewce, w który spowijamy się marząc. Z zewnątrz nijaka, wewnątrz nieporównywalnie barwniejsza od wszystkiego, co na zewnątrz uchodzi za interesujące. Latem ogląda się miasto, jak wzór na dywanie, analizowany podczas nudnego rodzinnego obiadu. Latem zaczynamy nie tylko widzieć, ale i kontemplować miasto. Odkrywamy urok przypadkowych szczegółów, poezję miejskich nazw, przykurzony romantyzm zmaterializowanych, choć niezrealizowanych aspiracji.</p>
<p>Nie ma lepszego momentu, by wziąć rower i pojechać tam, gdzie – jak się powszechnie a niesłusznie uważa – nie ma nic. Na przykład na Zacisze. Trudno się na początku zdecydować, czy zacząć zwiedzanie raczej od strony zachodniej (na przykład na rogu ulic Seledynowej i Samarytanka), czy może pojechać od razu na Lewicpol, do ruin XIX-wiecznego carskiego fortu. W czasach wojny rosyjsko-pruskiej Warszawa miała być twierdzą. Pierścień fortyfikacyjny składał się z osiemnastu budowli po obu stronach Wisły. Ciekawe, że niemal w tym samym rozmieszczeniu co carskie forty powstawały warszawskie hipermarkety. Na mapie niemal przy każdej ruinie fortu widać Media Markt czy Auchan (Fort Wola nawiązał nawet bezpośrednio do nazwy). Także zgubiwszy się na w bródnowskim lesie w poszukiwaniu ruin (być może na przedłużeniu ulicy Malborskiej, próżno jednak szukać tabliczek), można dojść nad mały kanał z (wystarczająco odległym) widokiem na tyły wielkiego marketu budowlanego albo do ogródków działkowych. Wraca się potem na Zacisze przez nowe apartamentowce i tereny dawnych wykopalisk przerobione na ścieżkę edukacyjną.</p>
<p>W letnim upale dobrze jest porównywać tynki i dekoracje na fasadach szeregowców na ulicy Mroźnej. Nieco dalej, w okolicach ulicy Rolanda rządzi niestety plastikowy sajding (myślę o Saracenach stacjonujących w domach, w których pelargonie kwitną na tle białego sajdingu i o niewiarygodnie długiej śmierci hrabiego Bretanii). Na rogu Penelopy i Antygony króluje gigantyczny skalniak otoczony lekką białą siatką, prawdopodobnie ze wspomnianego marketu. Na Blokowej, gdzie nie ma ani jednego bloku, można zrobić przerwę w weneckiej pizzerii, reklamowanej gigantycznym zdjęciem z gondolą, by potem znów zanurzyć się w poezję peryferyjną.</p>
<p>„O – pisał Tyrmand – peryferie warszawskie! Jakże kocham waszą pełną groźnego wdzięku brzydotę. Tylko wielkie metropolie posiadają peryferie, zwykłe miasta mają przedmieścia”. Krążąc po warszawskich peryferiach, przestajemy mieć głupie wątpliwości, czy to Warszawa, czy nie Warszawa, chociaż z Lewicpolu nawet nie widać Pałacu Kultury. Specyfika wielkomiejskich peryferii polega zarówno na ich materialnej powtarzalności, jak i na specyficznej poetyce detalu. Na oko wydaje się, że dane peryferie mogłyby być peryferiami innego centrum. Może. Jasne jest jednak, że centrum Warszawy nie istniałoby bez warszawskich peryferii i że nie da się zrozumieć miasta, poruszając się wyłącznie między Mokotowem a Żoliborzem. Dopiero wróciwszy z Lewicpolu, śpiesząc na wieczorny koncert albo letnie kino w parku, kiedy Warszawa stygnie w zapadającym zmierzchu, zaczynamy wyodrębniać z jej zapachu całkiem nowe nuty, które wcześniej uchodziły naszej uwadze jako coś niezrozumiałego. I, kto wie, może lipcową nocą, wracając po pijaku z Placu Zbawiciela albo z Chłodnej, tym razem nie oprzemy się powracającej pokusie, by wsiąść do nocnego autobusu jadącego i zobaczyć wschód słońca na pętli Skarbka z gór.</p>
<p><em>* Joanna Kusiak, doktorantka Instytutu Socjologii UW, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 78 (28/2010) z 6 lipca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/07/06/kusiak-warszawa-peryferie-nagrzanego-miasta/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KAZIMIEROWSKA: Równanie z mnóstwem niewiadomych</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 29 Jun 2010 00:07:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[historia]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Warsza]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzyna Kazimierowska]]></category>
		<category><![CDATA[Kazimierowska]]></category>
		<category><![CDATA[mieszkania]]></category>
		<category><![CDATA[nr 77]]></category>
		<category><![CDATA[spacer]]></category>
		<category><![CDATA[Warsza]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[X-Apartments]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=6211</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Katarzyna Kazimierowska</em></p>
<p><strong>Równanie z mnóstwem niewiadomych. Mieszkania do zwiedzania albo Warszawa jako palimpsest – o projekcie X-Apartments</strong></p>
<p>Projektem X-Apartments Joanna Warsza, jego kuratorka, po raz kolejny udowadnia, że Warszawa to wielowarstwowa zdrapka – wystarczy lekko potrzeć, a spod tynku przykrytego cienką warstwą świeżej jeszcze farby czy politury, wyłania się kalejdoskop światów nie do ogarnięcia.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KAZIMIEROWSKA: Równanie z mnóstwem niewiadomych&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Katarzyna Kazimierowska</em></p>
<p><strong>Równanie z mnóstwem niewiadomych. Mieszkania do zwiedzania albo Warszawa jako palimpsest – o projekcie X-Apartments</strong></p>
<p>Projektem X-Apartments Joanna Warsza, jego kuratorka, po raz kolejny udowadnia, że Warszawa to wielowarstwowa zdrapka – wystarczy lekko potrzeć, a spod tynku przykrytego cienką warstwą świeżej jeszcze farby czy politury, wyłania się kalejdoskop światów nie do ogarnięcia.</p>
<p>Jednak zamiast nudnego wykładu, który sprzeda nam tę oczywistą prawdę, zostajemy zabrani na wyprawę po mieście, które – choć pozornie nam znane – nagle urasta do mitycznej krainy jak z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, gdzie na każdym kroku czekają na nas drzewa wiadomości dobrego i złego. Uzbrojony w instrukcję obsługi widz ma za zadanie podążać niby utartymi szlakami, by po chwili wejść do świata zupełnie nieznanego. Brzmi to jak opis elitarnej wycieczki dla wybranego grona wtajemniczonych. I trochę tak jest. W ciągu trzech godzin spaceru miałam okazję po raz pierwszy zajrzeć do mieszkania w jednym z 19 słynnych bloków osiedla Za Żelazną Bramą, wybudowanych w duchu modernizmu Le Corbusiera, wdrapać się na piąte piętro pięknie odrestaurowanej z zewnątrz kamienicy przy Chmielnej 20 i podziwiać stolicę z okna pokoju hotelowego w Hiltonie.</p>
<p>Każde z tych miejsc pokazuje Warszawę z innego punktu widzenia, ale to czas jest tu słowem kluczowym. Kolejne mieszkania odsłaniają przed widzem historię innej epoki. Mamy więc salę sekcji bokserskiej mieszczącą się w Hali Mirowskiej z początku XX wieku i hotel wybudowany sto lat później. Powojenną kamienicę i przedwojenny budynek. A w każdym z tych miejsc, na naszych oczach odgrywana jest jedna 10-minutowa scena; specjalnie dla nas: teatr jednego widza, wyreżyserowany na potrzeby sztuki, której jakość my sami musimy ocenić. W krótkich scenkach, które widz współaranżuje, prezentowana jest sztuka dialogu i manipulacji, sztuka kulinarna i sztuka życia. Mamy też trudną sztukę milczenia nad niezapisanymi kartami historii. W opuszczonym mieszkaniu przy Chłodnej 20, zostawiona sama sobie musiałam zmierzyć się z bólem niezaistniałego życia pewnej żydowskiej rodziny, wymazanych zdjęć i niewypitej kawy, która wystygła w pozostawionej filiżance w sterylnie białej kuchni. To sztuka radzenia sobie z brakiem, z dziurą w czasoprzestrzeni, której żadne słowa nie są w stanie zakleić.</p>
<p>Pozostaje pytanie: dla kogo cały ten teatr? Zgodnie z manifestem sytuacjonistów lat sześćdziesiątych (do którego odwołuje się X-Apartments) głoszącym: „Żyjmy bez czasu martwego” – celem projektu jest niezgoda na niewykorzystaną przestrzeń i czasową pustkę. Mieszkania prywatne, do których zapraszającym gestem wprowadza nas niewidzialna ręka, to przecież przestrzenie pełne przez lata kumulowanych historii, emocji, bezcennych dla pamięci chwil. To nie tylko wydzielone ścianami działowymi pudełka do spania i poczekalnie, w których modlimy się o wydarzenia i ludzi, którzy nadadzą naszemu życiu sens. To właśnie przestrzenie, które współtworzą nas samych, i w ich pamięci pozostajemy na zawsze, nieważne, ile warstw farby przykryje ich ściany i ile razy zostanie wymieniona w nich podłoga.</p>
<p>Historia, do jakiej zapraszają nas nasze własne mieszkania – oraz ta, którą sami w nich tworzymy – składa się na obraz Warszawy. Kto dziś pamięta, że w mieszkaniu przy ulicy Saskiej 101 przez ostatnich 20 lat działał najbardziej niepowtarzalny salon towarzysko-kulturalny stolicy? Przewinęli się przez niego najważniejsi ludzie dzisiejszego życia politycznego, ekonomicznego i kulturalnego kraju. Mieszkanie to, do czasu wyprowadzki właścicielki, kryło pod podłogą 1400 książek.</p>
<p>X–Apartments pokazuje, że nasze mieszkania to wielkie niewiadome, często także dla nas samych, a podróż w poszukiwaniu rozwiązania tego równania może być równie fascynująca, co sama odpowiedź. Sztukę można tworzyć wszędzie, ale najcenniejsza okazuje się sztuka życia samego w sobie.</p>
<p><em>* Katarzyna Kazimierowska, redaktorka kwartalnika „Res Publica Nowa”. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.</em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 77 (27/2010) z 29 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/29/kazimierowska-rownanie-z-mnostwem-niewiadomych/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>PAWLAK: Filmowa Warszawa</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/pawlak-filmowa-warszawa/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/pawlak-filmowa-warszawa/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 01 Jun 2010 01:08:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Aleksander Ford]]></category>
		<category><![CDATA[bąbelki]]></category>
		<category><![CDATA[Chmielna]]></category>
		<category><![CDATA[Chopin]]></category>
		<category><![CDATA[Demakijaż]]></category>
		<category><![CDATA[Galerianki]]></category>
		<category><![CDATA[Gocha Pawlak]]></category>
		<category><![CDATA[Gomulicki]]></category>
		<category><![CDATA[Grzegorz Sołtysik]]></category>
		<category><![CDATA[Jadzia]]></category>
		<category><![CDATA[Judeł gra na skrzypcach]]></category>
		<category><![CDATA[kępa potocka]]></category>
		<category><![CDATA[klub jazzowy]]></category>
		<category><![CDATA[Komeda]]></category>
		<category><![CDATA[Koty to dranie]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura Liberalna]]></category>
		<category><![CDATA[liberalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Maurycy Gomulicki]]></category>
		<category><![CDATA[most Kierbedzia]]></category>
		<category><![CDATA[Most Świętokrzyski]]></category>
		<category><![CDATA[Niewinni czarodzieje]]></category>
		<category><![CDATA[Novika]]></category>
		<category><![CDATA[nr 73]]></category>
		<category><![CDATA[Nwaman]]></category>
		<category><![CDATA[Ósmy dzień tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[Pałac Kultury i Nauki]]></category>
		<category><![CDATA[Piątek]]></category>
		<category><![CDATA[Polański]]></category>
		<category><![CDATA[Rewers]]></category>
		<category><![CDATA[Róg Brzeskiej i Capri]]></category>
		<category><![CDATA[Rosłaniec]]></category>
		<category><![CDATA[Saska Kępa]]></category>
		<category><![CDATA[Stadion. Diabelskie igrzyska]]></category>
		<category><![CDATA[Stare Miasto]]></category>
		<category><![CDATA[Światłotrysk]]></category>
		<category><![CDATA[Tomasz Piątek]]></category>
		<category><![CDATA[Torwar]]></category>
		<category><![CDATA[Wajda]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[wielka płyta]]></category>
		<category><![CDATA[Zakazane piosenki]]></category>
		<category><![CDATA[Zbrodniarz który ukradł zbrodnię]]></category>
		<category><![CDATA[Żuchowska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5799</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Gocha Pawlak </em></p>
<p><strong>Filmowa Warszawa – zamknięta w kadrze, otwarta na nowości</strong></p>
<p>Ciągłe zmiany w tkance miejskiej Warszawy mobilizują do poznawania miejsc, które za kilka lat mogą zniknąć na zawsze. Co jednak z tymi, których nie da się już zobaczyć na żywo? Wciąż istnieją, jak się okazuje, na taśmach filmowych sprzed lat. Co więcej, najistotniejsze motywy znane z kinowych przebojów łączy z teraźniejszością gęsta sieć powiązań, która niemal każdego może zainspirować do spojrzenia na miasto z zupełnie innej perspektywy, do odkrycia szczegółów i odniesień, na które wcześniej nie zwracało się uwagi.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/pawlak-filmowa-warszawa/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu PAWLAK: Filmowa Warszawa&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Gocha Pawlak </em></p>
<p><strong>Filmowa Warszawa – zamknięta w kadrze, otwarta na nowości</strong></p>
<p>Ciągłe zmiany w tkance miejskiej Warszawy mobilizują do poznawania miejsc, które za kilka lat mogą zniknąć na zawsze. Co jednak z tymi, których nie da się już zobaczyć na żywo? Wciąż istnieją, jak się okazuje, na taśmach filmowych sprzed lat. Co więcej, najistotniejsze motywy znane z kinowych przebojów łączy z teraźniejszością gęsta sieć powiązań, która niemal każdego może zainspirować do spojrzenia na miasto z zupełnie innej perspektywy, do odkrycia szczegółów i odniesień, na które wcześniej nie zwracało się uwagi.</p>
<p>W wielu filmach, których akcja osadzona jest w stolicy, Warszawę rozpoznać możemy dzięki najbardziej charakterystycznym elementom. Bez wątpienia należą do nich Pałac Kultury i Nauki, Most Świętokrzyski i nowoczesne biurowce zlokalizowane w centrum. Ten pierwszy istotną rolę odgrywa w „Rewersie”, choć przez większość czasu widzimy zamiast niego gigantyczny plac budowy, na którym rozegra się jedna z najistotniejszych scen filmu. Uchodzi również za jeden z najbardziej charakterystycznych budynków Warszawy – nie bez przyczyny możemy odnaleźć go więc na okładkach większości varsavianistycznych publikacji czy przewodników turystycznych.</p>
<p>Warszawa – pełna kontrastów jak sam „zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz” Muńka Staszczyka – doskonale wypada w roli nowoczesnej metropolii. I świadczą o tym nie tylko seriale, dla których bywa efektownym tłem, ale także pełnometrażowe komercyjne produkcje w rodzaju „Tylko mnie kochaj”. Jak słusznie zauważa Grzegorz Sołtysik, autor „Filmowego przewodnika po Warszawie”, pojawiająca się w tym filmie scena zakupów ojca i córki w Metropolitanie stanowi humorystyczną aluzję do podobnej sytuacji znanej z filmu „Pretty Woman” – różnica polega jednak na charakterze więzi łączącej osoby pochłonięte buszowaniem po sklepach. O ile w amerykańskiej wersji mamy do czynienia z elegancką damą do towarzystwa, o tyle współczesna polska zakupoholiczka to mała dziewczynka, córka głównego bohatera.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Przyciąganie – odpychanie</em></p>
<p>Prezentowany w filmach wielkomiejski blichtr może nużyć swoją powierzchownością – stolica nie sprowadza się przecież jedynie do lśniących sklepowych wystaw i smukłych wieżowców – przecież warszawskie plenery w „Pestce” Krystyny Jandy urzekają niekonwencjonalnym spojrzeniem na to różnorodne miasto. Jak wspomina sama artystka w wywiadzie zawartym w książce „Warszawa. W poszukiwaniu centrum. Miejski przewodnik”: „Gdy robiłam »Pestkę«, film, którego akcja się tu rozgrywa, pomyślałam, że niezależnie od tego, czy ktoś kocha to miasto, czy nie, to gdy się zakocha, to choćby nawet było najbrzydsze, jemu wyda się piękne. I oczami moich bohaterów postanowiłam sfotografować Warszawę ładną”. Fascynujące może być jednak nie tylko piękno – filmowców urzeka również brzydota. Widać to wyraźnie w teledysku do utworu Travis „Love will come through”, którego akcja toczy się na tle najdłuższego praskiego bloku. O tym, jaką legendą obrósł ten mrówkowiec, świadczy fakt, iż mowa o nim nawet w wydanej przez Fundację Bęc Zmiana mapie „Use-it-Warsaw” – publikacji przeznaczonej dla młodych turystów.</p>
<p>Jeśli natomiast chodzi o inne praskie miejsca, nie sposób nie wspomnieć o Stadionie Narodowym. Jedna z rysunkowych opowiastek zawartych w „Komiksowym przewodniku po Warszawie” najlepiej obrazuje cykl jego przemian – od Stadionu X-lecia przez Jarmark Europa aż po… Jarmark Euroazja. Faktycznie, coś w tym jest: kilka lat temu zwrócono uwagę na tę wielokulturowość przy okazji akcji „Radio Stadion”, polegającej na stworzeniu rozgłośni nadającej komunikaty we wszystkich językach, jakimi posługiwali się pracujący w okolicach stadionu kupcy. „Wtedy, kiedy stadion dudni, to jestem ja zadowolony” – mówi jeden z kupców, których pracę rejestruje młoda dokumentalistka, Basia Żuchowska, w filmie pt. „Stadion Narodowy”. Ta etiuda, powstała w ramach Przedszkola Filmowego Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” i Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, to zapis codziennych zmagań sprzedawców. Oglądamy kiczowate zabawki, stragany z ubraniami, śmieci porozrzucane wzdłuż ciasnych alejek i mamy świadomość tego, że widzimy to najprawdopodobniej po raz ostatni – w końcu już niebawem całe targowisko będzie musiało ustąpić miejsca zabudowaniom Stadionu Narodowego.  A przecież mało już kto pamięta te lata, kiedy stadion rzeczywiście kojarzył się ze sportem i właśnie dlatego warto sięgnąć po film Stanisława Barei „Mąż swojej żony”. Jego bohaterka, Jadwiga Fołtasiówna-Karcz, przyćmiewa męża-kompozytora blaskiem swoich sportowych sukcesów. Odnosi je, rzecz jasna, właśnie na Stadionie X-lecia, który, jak nietrudno zauważyć, od czasu powstania filmu zmienił się nie do poznania.</p>
<p>Lewy brzeg to jednak również egzotyka praska, niewiążąca się bezpośrednio z imigrantami z Azji czy też z Afryki (tych ostatnich świetnie opisuje zresztą Ify Nwamana w książce „Stadion. Diabelskie igrzyska”). Chcąc przenieść się nieco w przeszłość, wystarczy sięgnąć po film Romana Polańskiego „Pianista” – Warszawa sprzed kilkudziesięciu lat wyda nam się łudząco podobna do tego, co zastaniemy w okolicy modnych dziś klubów Sen Pszczoły czy Saturator, leżących wewnątrz „Trójkąta bermudzkiego” – nazwanego tak z powodu często znikających w tej okolicy telefonów. Obecnie jednak trudno nie przyznać, że poza – mocno zresztą przereklamowanym – dreszczykiem emocji Praga na gruncie kulturalnym i turystycznym ofertuje znacznie więcej. Chcąc jednak zanurzyć się w łotrzykowskiej atmosferze tych rejonów, koniecznie trzeba przypomnieć sobie filmy z czasów PRL, zwłaszcza „Róg Brzeskiej i Capri”, „Koty to dranie” czy „Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię”. Warto zawrócić szczególną uwagę na pierwszą spośród tych trzech produkcji – wzięli w niej bowiem udział autentyczni mieszkańcy tych okolic, którzy wcielili się w role Prażan przeprowadzających się do mieszkań na nowym osiedlu. „Chciałem podjąć próbę nobilitacji świata ludzi, którzy są – mówiąc potocznie – degradowani”, wspomina Krzysztof Wojciechowski, reżyser filmu.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Pożegnanie widoku</em></p>
<p>Nie wszyscy wiedzą, że korona Stadionu X-lecia została usypana z gruzów przywiezionych z lewobrzeżnej Warszawy. Ten fakt obrazuje nie tylko rozmiary powojennych zniszczeń, ale tempo przemian stolicy. Gdzie można wciąż natknąć się na miejsca, których już nie ma? Oczywiście w kinie. Wystarczy pod innym kątem spojrzeć choćby na „Zakazane piosenki” i zwrócić uwagę na zupełnie odmienne od współczesnego zagospodarowanie okolic Mostu Poniatowskiego. Ówczesna szerokość deptaków wzbudza tęsknotę za czasami, kiedy wszędzie nie roiło się jeszcze od samochodów. Podobną nostalgię wywołać może przedwojenna komedia „Jadzia”. Ta historia dwóch rywalizujących rodzin, które zajmują się produkcją rakiet tenisowych, zawiera między innymi scenę nad Wisłą (czy raczej: na Wiśle) – nie dość, że wybrzeże prezentuje się znacznie lepiej niż obecnie, to jeszcze istnieje możliwość pływania po rzece w kajaku! Obecnie sformułowanie „łodzią po Wiśle” kojarzy się nie tyle z uprawianiem sportu, co z przeglądem filmów studenckich z łódzkiej filmówki.</p>
<p>Przedwojenne kino obfituje zresztą w wizerunki innych warszawskich budowli – w żydowskim filmie „Judeł gra na skrzypcach” oglądać możemy chociażby most Kierbedzia czy Stare Miasto. Historia dziewczyny, która w męskim przebraniu wędruje wraz z ojcem i gra na wspomnianym instrumencie, zdobyła sporą popularność. Szczególne zainteresowanie wzbudził wątek miłosny: Judeł zakochuje się w innym grajku, ten jednak – do czasu! – nie zwraca na nią uwagi. Jeśli chodzi o przedwojenne kino dokumentalne, warto polecić część cyklu o polskich miastach i żyjących w nich Żydach – jej tytuł brzmi po prostu „Warszawa”.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Komu w drogę, temu lans </em></p>
<p>Poimprezowa pobudka na pomniku Chopina. Tak, to właśnie przytrafia się Muzie, jednej z bohaterek filmu „Demakijaż”, w którym możemy zetknąć się ze zjawiskiem warszawskiego clubbingu. Co charakteryzuje warszawskie imprezowanie? Sporo mówi o tym Novika na łamach książki „Warszawa. W poszukiwaniu centrum. Miejski przewodnik”: „…w Warszawie chodzi o to, aby się porządnie znieczulić i aby didżej dobrze grał do zabawy”. To imprezowe oblicze Warszawy wyłania się właśnie ze stołecznej noweli w „Demakijażu”. Jego bohaterka, pozbawiona kluczy do ursynowskiego mieszkania, zmęczona, zagubiona, nie pamięta, w jaki sposób znalazła się na wspomnianym pomniku. Clubbingowe szaleństwo minionej nocy już wkrótce jednak da o sobie znać.</p>
<p>Jego współczesny wymiar nie różni się znacznie od świata młodzieńczych wyskoków, świata utrwalonego w „Niewinnych czarodziejach” Wajdy, filmie sprzed pięćdziesięciu lat. Tam również cynizm i nonszalancja stanowią jedynie maski, pod którymi kryje się głód uczuć. Główni bohaterowie – Pelagia i lekarz sportowy Bazyli – pojawiają się w modnych wówczas stołecznych miejscach (Torwar, klub jazzowy, ulica Chmielna), aby wreszcie spędzić noc na rozmowach w zagraconej kawalerce mężczyzny. Co ciekawe, choć na podstawie tego czarno-białego filmu wiele można powiedzieć o ówczesnych warszawskich trendach, sam Wajda nie miał wcześniej pojęcia, gdzie wypada bywać – przed powstaniem filmu mieszkał bowiem we Wrocławiu. Na co szczególnie warto zwrócić uwagę? Na ówczesny wygląd ulicy Chmielnej (która, jak się okazało, wcale nie przestała być modna) oraz Krzysztofa Komedę i Romana Polańskiego. Pojawiają się oni w tym filmie jako drugoplanowi bohaterowie!</p>
<p>Nieodłącznym elementem wielkomiejskiego pejzażu stały się także centra handlowe. O ile zlokalizowane przy Dworcu Centralnym Złote Tarasy wzbudzają kontrowersje wśród architektów, o tyle CH Reduta stanowi tło dla filmu fabularnego, który całkiem niedawno wywołał bardzo dużo emocji. Chodzi oczywiście o „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec – opowieść o nastoletnich bywalczyniach galerii handlowych, które gotowe są zarabiać ciałem na wymarzone markowe ubrania. Zaskakującym PRL-owskim odpowiednikiem konsumpcyjnego szału jest natomiast eskapada, którą urządzają sobie bohaterowie filmu Aleksandra Forda „Ósmy dzień tygodnia”. Zakochani spędzają noc, włócząc się po „Smyku”. Nie sposób przeoczyć tego, że dla podkreślenia cudowności tych słodkich godzin sceny w domu handlowym nakręcone zostały – w przeciwieństwie do reszty materiału – na kolorowej taśmie filmowej.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Dyskretny urok wielkiej płyty</em></p>
<p>Jaka jest współczesna Warszawa? Z całą pewnością zupełnie inna, niż ta, którą możemy zobaczyć w przedwojennych filmach. Również od wizerunku rodem z kina PR-u dzieli ją już długa droga. Zmieniło się wiele. Niekoniecznie jednak na gorsze. Miasto oferuje przecież znacznie więcej, niż zakłada plan jednodniowych wycieczek obejmujący Zamek Królewski i Pałac Kultury. I coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę – o zainteresowaniu alternatywną turystyką świadczy choćby prężny rozwój portalu <em>WarsawSun.pl</em>, na którym można znaleźć propozycje miejsc nieznanych, a z całą pewnością wartych odwiedzenia.</p>
<p>Dla mnie Warszawa współczesna to przede wszystkim ta, o której mowa w dokumentalnych etiudach nastolatków biorących udział w projekcie „Przedszkole Filmowe”. Dwaj bracia, którzy w ogródku podmiejskiego domu udają policjantów, ponad osiemdziesięcioletni maratończyk chwalący się świetną formą, ploty na pstrokatym bazarku, nauczyciel prowadzący kółko matematyczne dla gimnazjalistów… Na niedawnym pokazie owoców tegorocznej edycji „Przedszkola Filmowego” nie zabrakło spotu reklamującego Warszawę. Stolica przedstawiona została jako miasto (nie)znane, miasto anonimowych ludzi, z których każdy jest godzien uwagi – trzeba tylko dobrze się im przyjrzeć.</p>
<p>Terra incognita to zresztą nie tylko bazary, szkoły czy warsztaty – to także blokowiska Jak wspomina Tomasz Piątek w książce „W poszukiwaniu centrum…”, Ursynów jest bardziej prawdziwy niż Starówka. Bardziej prawdziwe są też inne miejsca, które dopiero czekają na swoje pięć minut. Wystarczy wspomnieć choćby <em>Światłotrysk </em>Maurycego Gomulickiego na Kępie Potockiej. Ten różowy neon przedstawiający oranżadę z bąbelkami – wciąż czeka na tego, kto uwieczni go w którymś z filmów fabularnych. Jak pisze o instalacji jej pomysłodawca: „Czy gdybyśmy więcej uwagi poświęcali urodzie życia w różnych jej przejawach, analizowali i tworzyli więcej »różowych« potencjałów świat nie byłby lepszy?”. Właśnie! Różowy potencjał, sztuka dla przyjemności, architektura dla ludzi. Takich miejsc – a nie zabytkowych kamieniczek, nie szaroburych mrówkowców, nie hałaśliwych tras szybkiego ruchu – właśnie ich najbardziej potrzeba w Warszawie.</p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 73 (23/2010) z 1 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/pawlak-filmowa-warszawa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUSIAK: Berlin-Warszawa-Express</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/kusiak-berlin-warszawa-express/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/kusiak-berlin-warszawa-express/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 01 Jun 2010 01:07:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Spacerując]]></category>
		<category><![CDATA[Berlin]]></category>
		<category><![CDATA[duopolis]]></category>
		<category><![CDATA[Express]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[M jak Miłość]]></category>
		<category><![CDATA[nr 73]]></category>
		<category><![CDATA[Steffen Möller]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=5804</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Berlin-Warszawa-Express</strong></p>
<p style="text-align: center;"><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/spacerujac.jpg"><br />
</a><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/spacerujac.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-5870" title="spacerujac" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/spacerujac.jpg" alt="" width="448" height="299" /></a><br />
</strong></p>
<p>Pytanie, gdzie są właściwie (jadące) pociągi – miejsca podróży – ma w sobie coś ze starożytnych paradoksów ruchu. Tylko w niewielu przypadkach – najczęściej w pociągach regionalnych, zatrzymujących się często w miejscowościach o plastycznie brzmiących nazwach, o które zahacza wyobraźnia jadącego – stacje przemykające za oknem naprawdę mają znaczenie. Fakt, że InterCity z samej swojej istoty opiera się na pewnym społeczno-przestrzennym wykluczeniu, ilustruje niegdyś politycznie głośny przypadek Włoszczowej. Żeby InterCity w ogóle spełniało swoje funkcje, trzeba zawiesić istnienie całego „pomiędzy”. Z perspektywy Włoszczowej, Kórnika czy Kostrzyna Wielkopolskiego InterCity jest niczym pociąg widmo, który – choć materialny, głośny i powodujący korki na przejazdach – jest czystą negatywnością, czymś, co na chwilę pożera lokalną przestrzeń, nie stając się jednym z jej miejsc. W pociągu, odbierając komórkę, mówi się „jestem w pociągu” albo „jadę do Warszawy” zamiast „jestem w Mszczonowie”. Często istotne znaczenie dla charakteru „między-miejsca” pociągu mają stacje końcowe: miasta, których własny charakter pasażerowie wnoszą jakby „na butach”, i których ślady można zaobserwować w strzępkach barowych rozmów w WARS-ie. Ale nie zawsze.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/kusiak-berlin-warszawa-express/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KUSIAK: Berlin-Warszawa-Express&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Berlin-Warszawa-Express</strong></p>
<p style="text-align: center;"><strong><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/spacerujac.jpg"><br />
</a><a href="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/spacerujac.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-5870" title="spacerujac" src="http://kulturaliberalna.pl/wp-content/uploads/2010/06/spacerujac.jpg" alt="" width="448" height="299" /></a><br />
</strong></p>
<p>Pytanie, gdzie są właściwie (jadące) pociągi – miejsca podróży – ma w sobie coś ze starożytnych paradoksów ruchu. Tylko w niewielu przypadkach – najczęściej w pociągach regionalnych, zatrzymujących się często w miejscowościach o plastycznie brzmiących nazwach, o które zahacza wyobraźnia jadącego – stacje przemykające za oknem naprawdę mają znaczenie. Fakt, że InterCity z samej swojej istoty opiera się na pewnym społeczno-przestrzennym wykluczeniu, ilustruje niegdyś politycznie głośny przypadek Włoszczowej. Żeby InterCity w ogóle spełniało swoje funkcje, trzeba zawiesić istnienie całego „pomiędzy”. Z perspektywy Włoszczowej, Kórnika czy Kostrzyna Wielkopolskiego InterCity jest niczym pociąg widmo, który – choć materialny, głośny i powodujący korki na przejazdach – jest czystą negatywnością, czymś, co na chwilę pożera lokalną przestrzeń, nie stając się jednym z jej miejsc. W pociągu, odbierając komórkę, mówi się „jestem w pociągu” albo „jadę do Warszawy” zamiast „jestem w Mszczonowie”. Często istotne znaczenie dla charakteru „między-miejsca” pociągu mają stacje końcowe: miasta, których własny charakter pasażerowie wnoszą jakby „na butach”, i których ślady można zaobserwować w strzępkach barowych rozmów w WARS-ie. Ale nie zawsze.</p>
<p>Pytanie, gdzie jest Berlin-Warszawa-Express, jest pytaniem tym bardziej zwodniczym. Na pewno nie w Poznaniu, chociaż tu część ludzi wsiada lub wysiada – BWE nie ma w sobie nic z poznańskiego charakteru. Może być w Rzepinie, gdzie przez pół godziny, zawsze z opóźnieniem, przepina się lokomotywę, dostosowując ją do polskiego/niemieckiego napięcia. W BWE mieści się tym samym rzepiński kiosk z gazetami i tory, na które rzuca się niedopałki. Ale to raczej peron w Rzepinie jest w BWE, niż BWE jest w Rzepinie. Berlin-Warszawa-Express jest bowiem pociągiem z całej swojej duszy warszawskim, który z Berlina ma tylko i aż tyle, ile swoistej berlińskości jest w Warszawie. Tak czy inaczej, nawet już za Odrą, kiedy wysiada polska obsługa i pojawiają się konduktorzy niemieckiej Deutsche Bahn, pociąg nie traci nic z owej swoistej warszawskiej, metropolitalnej małomiasteczkowości, w której wszyscy są trochę obcy, ale część osób zna się osobiście. BWE jest macką Warszawy wyciągniętą w stronę Berlina, mieszczącą w sobie ambicje, nadzieję i specyficzną energię jedynej polskiej metropolii, charakteryzującej się z jednej strony pewnym strukturalnym podobieństwem do Berlina, z drugiej zaś zupełnie innym rodzajem społecznej intensywności. WARS tym samym staje się jeszcze jedną warszawską kawiarnią (a raczej starowarszawskim bistro rodem z późnych lat 60.), w którym obok siebie siedzą biznesmeni z lat 90. (z dużym piwem, w garniturze raczej aspirującym niż eleganckim), zapracowani single z zawsze otwartym laptopem, Wietnamczycy, mało znana grupa muzyczna z Prenzlauer Berg i Steffen Möller, gwiazda serialu „M jak Miłość”, który w WARS-ie okazuje się błyskotliwym absolwentem filozofii i teologii, doskonale wiedzącym, jak zamówić spod lady, zabronione w wagonach barowych Unii Europejskiej, jajka sadzone.</p>
<p>BWE nie pasuje do postmodernistycznych opisów pozostających nigdzie „międzymiejsc”. Nie przypomina lotnisk i terminali, ani nawet zwykłych InterCity. Do ostatniego momentu, zanim postawimy stopę na peronie Ost- albo Hauptbahnof, toczący się po wiaduktach Friedrichstrasse czy Alexanderplatz niebieski, a nie czerwony, jak w Deutsche Bahn, głośniejszy niż wszystkie koleje niemieckie, Berlin-Warszawa-Express jest zawsze w Warszawie.</p>
<p><em>* Joanna Kusiak, doktorantka Instytutu Socjologii UW, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.</em></p>
<p>** <em>Fot. Lion Hirth, <a href="http://www.berlion.li/" target="_blank">www.berlion.li</a></em></p>
<p style="text-align: right;"><strong><em>„Kultura Liberalna” nr 73 (23/2010) z 1 czerwca 2010 r.</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2010/06/01/kusiak-berlin-warszawa-express/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KUSIAK: Warszawski Volver. „Rewers” Borysa Lankosza</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/16/kusiak-warszawski-volver-%e2%80%9erewers%e2%80%9d-borysa-lankosza/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/16/kusiak-warszawski-volver-%e2%80%9erewers%e2%80%9d-borysa-lankosza/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Nov 2009 00:30:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Agata Buzek]]></category>
		<category><![CDATA[Anna Polony]]></category>
		<category><![CDATA[Borys Lankosz]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Kusiak]]></category>
		<category><![CDATA[Krystyna Janda]]></category>
		<category><![CDATA[Pedro Almodovar]]></category>
		<category><![CDATA[Rewers]]></category>
		<category><![CDATA[Volver]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=3174</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Warszawski Volver. „Rewers” Borysa Lankosza</strong></p>
<p>Kiedy po wszystkim uświadomimy sobie, że „volver” znaczy po hiszpańsku „odwrócić”, analogia ta staje się wręcz dowcipna. Od razu wiadomo, że nie ma mowy o żadnym tanim plagiacie. „Rewers” Lankosza nie jest kopią, ale dziełem równoległym, opartym na określonym toposie. Tak jak Mickiewicz nie jest tylko epigonem Goethego, tak Lankosz, mimo uderzającego podobieństwa wątków, pisze opowieść od początku sam. W realiach nie tyle polskich, co warszawskich.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/11/16/kusiak-warszawski-volver-%e2%80%9erewers%e2%80%9d-borysa-lankosza/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KUSIAK: Warszawski Volver. „Rewers” Borysa Lankosza&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Joanna Kusiak</em></p>
<p><strong>Warszawski Volver. „Rewers” Borysa Lankosza</strong></p>
<p>Kiedy po wszystkim uświadomimy sobie, że „volver” znaczy po hiszpańsku „odwrócić”, analogia ta staje się wręcz dowcipna. Od razu wiadomo, że nie ma mowy o żadnym tanim plagiacie. „Rewers” Lankosza nie jest kopią, ale dziełem równoległym, opartym na określonym toposie. Tak jak Mickiewicz nie jest tylko epigonem Goethego, tak Lankosz, mimo uderzającego podobieństwa wątków, pisze opowieść od początku sam. W realiach nie tyle polskich, co warszawskich.</p>
<p>Są trzy kobiety i trup do usunięcia. Kobiety – babcia, matka i córka – niejedno już przeżyły i doskonale wiedzą, że muszą sobie radzić same. Mężczyzn albo nie ma wcale, albo – jeśli są zbyt blisko – zamiast rozwiązania stanowią dodatkowy problem. Tak skonstruowany motyw stanowi główną oś podobieństwa między filmami Lankosza i Almodóvara, resztę stanowią znaczące różnice.</p>
<p>Po pierwsze – historia. „Volver” Almodóvara rozgrywa się nie wiadomo kiedy i gdzie na hiszpańskiej prowincji. „Rewers” jest mocno osadzony w Warszawie lat 50. I tu już wyjaśnia się, dlaczego właściwie mężczyzn nie ma, chociaż w filmie nigdzie nie jest to explicite powiedziane.</p>
<p>Po drugie – gra kolorów. To, że film jest w całości czarno-biały, jest nie mniej znaczące niż czerwienie Almodóvara. Mieszając fabułę z kronikami filmowymi, Lankosz buduje obraz Warszawy minionej, nie jako przeszłej, lecz namacalnie obecnej. Wchodzimy w tę Warszawę, jakbyśmy sami szli dzisiaj tamtą Marszałkowską. I nie ma w tym ani nostalgii (która zawsze rodzi się z dystansu historycznego), ani sztuczności. Dużą rolę odgrywa muzyka – Lankosz uzupełnia stare obrazy muzyką współczesną, dzięki czemu unika efektu kroniki filmowej.</p>
<p>Po trzecie wreszcie – wątek zabójstwa. Zamiast molestowania seksualnego – ubecja. Tutaj dochodzimy do najbardziej niebezpiecznego wątku fabuły, ze względu na który należy się Lankoszowi okrzyk: <em>chapeau bas!</em> Nic nie byłoby bowiem prostsze, niż w tym momencie zepsuć film, nadmiernie go polityzując, wchodząc w rozliczenia i dylematy etyczne. Film Lankosza nie opiera się jednak ani na rozważaniach moralnych, ani problemach filozoficznych. Od wielu polskich filmów z motywem ubeka różni się tym, czym różni się mądra kobieta od złego publicysty. Niepewna siebie, zakompleksiona Sabina w kluczowym momencie jest jak Antygona – wie dokładnie, co ma zrobić i robi to zarówno spokojnie, jak i skutecznie. Nie traci przy tym ani zimnej krwi, ani współczucia (przeprasza konającego, że trucizna potrzebuje tak dużo czasu). Usuwanie trupa odbywa się z tą samą naturalnością i niefilozoficzną troską, z jaką kobiety ucierają sernik.</p>
<p>Agata Buzek, Krystyna Janda i Anna Polony grają brawurowo, tworząc postaci wyraziste, ale nie przerysowane. Film umiejętnie gra z nawiązaniami, mieszcząc w sobie i Tyrmanda, i „Człowieka z marmuru”. A dyskretny symbol – rewers boleśnie i na nic połykanej monety – mieści w sobie więcej niż tomiszcza z IPN.</p>
<p><strong><em>Filmy:</em></strong></p>
<p>„Rewers”, reżyseria: Borys Lankosz, 2009.<br />
„Volver”, reżyseria: Pedro Almodóvar, 2006.</p>
<p><em>* Joanna Kusiak, doktorantka Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, pisze rozprawę doktorską nt. „Druga rewolucja postsocjalistycznej metropolii. Materialistyczna analiza przemian tożsamości miast Europy Środkowo-Wschodniej na przykładzie Tirany, Warszawy i Berlina”. Współzałożycielka i prezes Stowarzyszenia DuoPolis, członkini zespołu „Kultury Liberalnej”.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/11/16/kusiak-warszawski-volver-%e2%80%9erewers%e2%80%9d-borysa-lankosza/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KRASTEV, SMOLAR, MARCINIAK, KURCZAB-REDLICH, MEMCHES: czy Polska jest podmiotem czy przedmiotem rosyjskiej polityki?</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-smolar-marciniak-kurczab-redlich-memches-czy-polska-jest-podmiotem-czy-przedmiotem-rosyjskiej-polityki/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-smolar-marciniak-kurczab-redlich-memches-czy-polska-jest-podmiotem-czy-przedmiotem-rosyjskiej-polityki/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 07 Sep 2009 00:13:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat tygodnia]]></category>
		<category><![CDATA[1 września 1939]]></category>
		<category><![CDATA[1939]]></category>
		<category><![CDATA[2009]]></category>
		<category><![CDATA[70 rocznica wybuchu II wojny światowej]]></category>
		<category><![CDATA[Aleksander Smolar]]></category>
		<category><![CDATA[Filip Memches]]></category>
		<category><![CDATA[Ivan Krastev]]></category>
		<category><![CDATA[Krystyna Kurczab-Redlich]]></category>
		<category><![CDATA[Moskwa]]></category>
		<category><![CDATA[Obchody 70. rocznicy Wybuchu II Wojny Światowej]]></category>
		<category><![CDATA[the Centre for Liberal Strategies]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Westerplatte]]></category>
		<category><![CDATA[Władimir Putin]]></category>
		<category><![CDATA[Włodzimierz Marciniak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=2251</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, uroczystości z okazji 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte cały czas budzą olbrzymie emocje. Słusznie. To kluczowe wydarzenia dla zrozumienia polskiej pozycji w świecie. Dla ewentualnych zagrożeń i nadziei na poprawę. W polskich i rosyjskich mediach pojawiają się kolejne komentarze. Ale czy napięcia na linii Moskwa – Warszawa są rzeczywiste? Czy naprawdę o Polskę tutaj chodzi? Warto zatem zapytać wprost: czy Polska jest podmiotem czy przedmiotem rosyjskiej polityki? Na pytanie starają się odpowiedzieć znakomici Autorzy: <strong>Ivan Krastev, Aleksander Smolar, Włodzimierz Marciniak, Krystyna Kurczab-Redlich, Filip Memches</strong>. Temperatura opinii &#8211; wysoka! Zapraszamy do lektury i komentarzy! </em></p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-smolar-marciniak-kurczab-redlich-memches-czy-polska-jest-podmiotem-czy-przedmiotem-rosyjskiej-polityki/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KRASTEV, SMOLAR, MARCINIAK, KURCZAB-REDLICH, MEMCHES: czy Polska jest podmiotem czy przedmiotem rosyjskiej polityki?&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Szanowni Państwo, uroczystości z okazji 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte cały czas budzą olbrzymie emocje. Słusznie. To kluczowe wydarzenia dla zrozumienia polskiej pozycji w świecie. Dla ewentualnych zagrożeń i nadziei na poprawę. W polskich i rosyjskich mediach pojawiają się kolejne komentarze. Ale czy napięcia na linii Moskwa – Warszawa są rzeczywiste? Czy naprawdę o Polskę tutaj chodzi? Warto zatem zapytać wprost: czy Polska jest podmiotem czy przedmiotem rosyjskiej polityki? Na pytanie starają się odpowiedzieć znakomici Autorzy: <strong>Ivan Krastev, Aleksander Smolar, Włodzimierz Marciniak, Krystyna Kurczab-Redlich, Filip Memches</strong>. Temperatura opinii &#8211; wysoka! Zapraszamy do lektury i komentarzy! </em></p>
<p style="text-align: right;"><em><strong>Redakcja</strong></em></p>
<p><em>Ivan Krastev</em></p>
<p><strong>Przed nami pierwsze dni post-amerykańskiej Europy<a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-the-first-days-of-post-american-europe-are-ahead/" target="_blank"><em> [read in English]</em></a><br />
</strong></p>
<p>Aktem założycielskim powojennej Europy Zachodniej było zbliżenie francusko-niemieckie. Nie będzie zatem przesadą, jeśli założymy, że ponowne zbliżenie rosyjsko-polskie położy podwaliny pod Europę postzimnowojenną.</p>
<p>To, że Putin przyjechał do Polski nie w 20. rocznicę upadku komunizmu, ale w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej, jest symptomatyczne. W ubiegłym tygodniu w Gdańsku byliśmy świadkami powstania postamerykańskiej Europy. Stany Zjednoczone przestały być potęgą zatrudnioną w Europie w pełnym wymiarze godzin. Wycofały się na pozycję zdystansowanego gracza. Rosja dostrzegła w tym możliwość swojej własnej reintegracji – z Europą, choć nie z Unią Europejską. By ta strategia się udała, Rosja musi zbudować partnerskie stosunki z Niemcami i Polską.</p>
<p>Istnieje wszakże kilka czynników, które mogą uczynić zbliżenie między Rosją a Polską wyjątkowo trudnym. Rosja i Polska mają wspólne interesy, ale brakuje im wspólnego projektu. Rosyjska polityka tożsamościowa stoi w sprzeczności z podstawami polityki polskiej. Rosyjskie podręczniki do historii nie są czymś, co Polacy mogliby ze spokojem czytać. Niewiele mają również ze sobą wspólnego elity obu krajów.</p>
<p>Łatwo byłoby zatem przepowiedzieć owemu zbliżeniu klęskę. A jednak – paradoksalnie – to właśnie te problemy czynią Rosję tak interesującą dla Polaków, a Polskę tak zajmującą dla Rosjan. Być może nowe obopólne zobowiązania są już za horyzontem. Nic w końcu nie jest tak fascynujące, jak coś, co jeszcze wczoraj było zabronione i nie do pomyślenia. Do tego nie wolno zapominać, że Moskwa jest w Europie jedynym miejscem, gdzie Polska uważana jest jeśli nie za imperium, to przynajmniej za byłe imperium.</p>
<p><em>* Ivan Krastev, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii</em>.</p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p><em>Aleksander Smolar</em></p>
<p><strong>Interesy i instrumenty polityczne</strong></p>
<p>Odróżnienie podmiotowości od przedmiotowości w stosunkach międzynarodowych nie jest sprawą prostą. Polityka zawsze opiera się na nieuchronnie instrumentalnym traktowaniu innych podmiotów zarówno w relacjach wewnętrznych, jak w stosunkach międzynarodowych. Za przykład niech posłużą Stany Zjednoczone, które podczas wojny w Iraku komplementowały Polskę i mówiły o „nowej Europie”. W rzeczywistości nasz kraj był instrumentem w rozgrywce Stanów Zjednoczonych z opozycyjnymi wówczas Niemcami i Francją. Oczywiście, Polska realizowała wtedy również swoje interesy, a zatem oba te wymiary nie muszą być ze sobą sprzeczne.</p>
<p>W tym kontekście należy się zastanowić, jaki był cel przyjazdu Władimira Putina do Polski. Pytanie jest ważne, ponieważ wizyta ta nie należała do łatwych: rosyjski premier doskonale wiedział, że znajdzie się w otoczeniu nieprzychylnym jemu i – delikatnie mówiąc – nieufnym w stosunku do Rosji. Na dodatek przyjechał na obchody rocznicy, która stawia Rosję w bardzo trudnej sytuacji ze względu na dziedzictwo Związku Radzieckiego oraz rolę, jaką odegrał pakt Ribbentrop-Mołotow i jego tajne klauzule w podziale Europy Wschodniej.</p>
<p>W mojej ocenie, Putin zdecydował się na przyjazd z dwóch powodów, ściśle ze sobą zresztą powiązanych.</p>
<p>Po pierwsze ze względu na relacje z Niemcami. Rosyjski premier oraz jego doradcy doskonale wiedzą, że niemiecko-rosyjskie zbliżenie ma swoje granice. Wyznacza je niepokój państw europejskich, zwłaszcza tych, które w przeszłości padały ofiarą nadmiernie bliskich – określając to eufemistycznie – stosunków między Berlinem a Moskwą. Z punktu widzenia ewentualnego zbliżenia między tymi krajami, Polska jest elementem istotnym. Skojarzenia z Rapallo i z Paktem Ribbentrop-Mołotow mogłyby mobilizować opinię publiczną przeciwko niemiecko-rosyjskiemu zbliżeniu. Innymi słowy Putin przyjechał, aby dać dowód dobrej woli i nieco uspokoić opinię publiczną w Polsce i w innych państwach Europy.</p>
<p>Drugi powód jest być może ważniejszy i dotyczy całego ładu europejskiego. Przypomnijmy, że przed ponad rokiem prezydent Miedwiediew wysunął projekt zbudowania systemu bezpieczeństwa europejskiego obejmującego nie tylko kraje Unii Europejskiej, lecz także te nie wchodzące w jej skład, przede wszystkim Rosję. Był to dość mglisty projekt, którego intencją było kontynuowanie umowy helsińskiej z lat 70. Plan ten zawiera niebezpieczne elementy. Choć strona rosyjska nie powiedziała tego wprost, nie ulega wątpliwości, że chce ona gwarancji uznania rosyjskiej strefy wpływów w byłych krajach Związku Radzieckiego (warto dodać, że ten fakt podważa tezę Iwana Krastewa o świecie postamerykańskim, związanym z objęciem fotela prezydenta USA przez Baracka Obamę i wycofywaniem się USA z Europy. Ten pomysł pojawił się bowiem już za rządów George’a W. Busha).</p>
<p>A zatem czy podczas wizyty Putina zostaliśmy traktowani podmiotowo, czy przedmiotowo? Nie da się tego moim zdaniem oddzielić. Sam przyjazd Putina i ton jego wystąpień mają charakter znaczący i w żadnym wypadku nie świadczą o przedmiotowym stosunku do Polski. To dlatego strona rosyjska zdecydowała się wykazać dobrą wolę i uznać negatywny charakter paktu Ribbentrop-Mołotow, nawet jeśli został on zrelatywizowany przez przywołanie układu monachijskiego (i słusznie, bo był to haniebny akt, który rzeczywiście przyczynił się do wybuchu II wojny światowej) i polską wyprawę na Zaolzie. Faktem pozytywnym było również uznanie zbrodni katyńskiej, choć i ona została zrelatywizowana przez przywołanie losów żołnierzy Armii Czerwonej, którzy dostali się do niewoli polskiej w 1920 roku. Nie oznacza to jednak, że Rosja uważa Polskę za jednego z ważniejszych partnerów. Uznaje jednak, że Polska jest wystarczająco mocna, aby utrudnić rosyjskie plany w Europie.</p>
<p><em>* Aleksander Smolar, politolog, publicysta, prezes Fundacji im. Stefana Batorego.</em></p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p><em>Włodzimierz Marciniak</em></p>
<p><strong>Już wkrótce czeka nas kryzys gazowy</strong></p>
<p>Rzecz jasna Polska nie jest, i być nie może, podmiotem rosyjskiej polityki. Pytanie o podmiot rosyjskiej polityki jest jednak uzasadnione, gdyż tym podmiotem nie jest zapewne państwo – niezależnie od tego, czy definiować je jako władzę suwerenną, czy też jako polityczną wspólnotę narodową. Najprawdopodobniej tym podmiotem jest syndykat, czyli grupa osób kierująca się instynktem osobistej korzyści realizowanym przy pomocy zasobów państwa. W sferze realizacji interesów ekonomicznych syndykatu najistotniejsze znaczenie ma utrwalenie stanu, który można określić jako „pat Tuska-Putina”. Polska nadal nie ma zagwarantowanych dodatkowych dostaw gazu, a podziemne zbiorniki powinny być zapełnione na około trzy miesiące przed rozpoczęciem sezonu zimowego. Warunek postawiony przez Putina – renegocjacja umowy międzyrządowej – czyni w zasadzie nieuchronnym „kryzys gazowy” już najbliższej zimy. Kryzysowi temu mogą zapobiec interwencyjne dostawy gazu z Niemiec lub ustępstwa rządu polskiego w dziedzinie kontroli linii przesyłowych gazu przez Polskę.</p>
<p>W tej sytuacji należy zapytać o polityczne interesy syndykatu w stosunku do Polski. Przyjazd Putina na uroczystości rocznicowe na Westerplatte świadczy o zamiarze prowadzenia gry politycznej z rządem polskim, której możliwości powiększą się w roku wyborczym. Ewentualny kryzys gazowy nie musi w sposób bezpośredni wpływać na wynik wyborczy, ale zapobieżenie mu może mieć pewne znacznie. Tym bardziej, że zademonstrowana w ostatnich miesiącach putinomania większości środków masowego przekazu w Polsce oraz rusyfikacja obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej mogą wskazywać na podatność polskiej opinii publicznej na czynnik rosyjski. Dodatkowo stan napięcia w stosunkach polsko-ukraińskich, wyraźnie zademonstrowany przez premier Tymoszenko, zawęża pole polskiej polityki wschodniej prawie wyłącznie do kierunku rosyjskiego, co potwierdził minister Sikorski w swoim artykule dla „Gazety Wyborczej”.</p>
<p>Na poziomie celów deklarowanych ważne są dwa pomysły przedstawione przez premiera Putina w tej samej gazecie. Po pierwsze genezę II wojny światowej zaczął on wyprowadzać z upokorzenia Niemiec po klęsce wojennej, przemilczając jednocześnie układ w Rapallo i współdziałanie Niemiec i Związku Sowieckiego w ramach ligi upokorzonych. Po drugie powołał się on na „mądrość i wspaniałomyślność narodów rosyjskiego i niemieckiego”, które „pozwoliły uczynić zdecydowany krok w kierunku budowy Wielkiej Europy”. Być może to tylko okolicznościowe deklaracje, za którymi nie kryją się rzeczywiste plany i rachuby. Problem nie polega na tym, czego chce syndykat, gdyż działania jednostronne nie mają większego znaczenia. Prawdziwy problem pojawi się wtedy, gdy strona niemiecka, wychodząc z własnych założeń, zechce te plany wykorzystać do realizacji zamierzeń związanych chociażby z dostępem do zasobów gospodarczych, ale nie tylko surowcowych, lub do zasobów rosyjskiej kultury politycznej.</p>
<p><em>* Włodzimierz Marciniak, politolog, filozof, dyplomata. Zajmuje się analizą procesów politycznych i dyskursu politycznego we współczesnej Rosji.</em></p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p><em>Krystyna Kurczab-Redlich</em></p>
<p><strong>Żarty się skończyły</strong></p>
<p>Najpierw rozpruto wór z historycznymi kłamstwami i rozsypano je w rosyjskich mediach. Że Polska pierwsza paktowała z Hitlerem w 1934 roku i z nim zamierzała zawojować Związek Radziecki. Że Beck to agent niemiecki, a Mikołajczyk – angielski. Że Polacy wymordowali 100 tysięcy rosyjskich jeńców wojennych.</p>
<p>Wściekłość Polaków sięgnęła zenitu.</p>
<p>Potem ukazał się list od samego Władimira Władimirowicza jakby tamten wór zaszywający: kłamstwa były, owszem, ale w strawniejszym sosie. Nie pluto nam już w twarz wprost, ale z boku. Mistrzostwo! Byli tacy, którzy z ulgą westchnęli: a jednak on nie jest taki zły. Ileż przy tym mądrych rzeczy powiedział! Na przykład.: „Spekulowanie na temat pamięci oraz próby preparowana historii, wyszukiwanie w niej powodów do wzajemnych roszczeń i krzywd jest nadzwyczaj szkodliwe i nieodpowiedzialne”.</p>
<p>Do kogo on to mówi?</p>
<p>Czy nie do własnego ministra oświaty, który przypuścił śmiercionośną nagonkę na Aleksandra Kredera, historyka, członka RAN, autora podręcznika historii „Najnowsza historia powszechna 1917 – 1997”, który właśnie „nie preparował historii”? Miał on czelność uprzytomnić Rosjanom wkład innych narodów w zwycięstwo. Pisał, że bitwa o Midway czy pod El-Alemein była równie ważna, jak ta pod Kurskiem czy nawet pod Stalingradem. I że bez lend-lease Armia Czerwona niewiele by zdziałała. A – co najgorsze – oswobodzenie państw Europy Środkowej nazwał „rozprzestrzenieniem komunistycznego totalitaryzmu”. Tak zaszczuto biedaka, że zmarł po drugim zawale. Nagonka powtórzyła się w 2003 roku, kiedy podobny podręcznik napisał Igor Dołucki. Wtedy Puin ogłosił: „Fakty, o których mowa w podręcznikach, powinny budować uczucie dumy z historii naszego kraju”. A wszystko inne to „szumowiny”.</p>
<p>Napisał nam Władimir Władimirowicz, że „półprawda zawsze jest podstępna”, po czym w jednym zdaniu ubolewał nad losem poległych w Katyniu oraz losem „żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli w 1920 roku”. A w przeddzień tegoż posłania do nas, niewdzięcznych Polaków, niejaka Natalia Narocznickaja, członek Prezydenckiej Komisji do spraw przeciwdziałania fałszowaniu Historii na szkodę Rosji, mówiła o 100 tysiącach Rosjan zamordowanych w Polsce! Tak jakby nie istniał – i to w języku rosyjskim – wspólny raport profesorów Uniwersytetu imienia Łomonosowa w Moskwie, Giennadija Matwijewa, i polskich profesorów, Reznera i Karpusa, zawierający 338 dokumentów, z których wynika, że wszystkich jeńców było około 85 tysięcy, z czego od tyfusu i cholery zmarło około 17 tysięcy, i to wtedy, gdy umierała od chorób i polska ludność cywilna. Nikogo nie zabito strzałem ani w pierś, ani w tył głowy.</p>
<p>Dzisiejsze kłamstwa Kremla skierowane są nie tylko do nas, by nas „nauczyć rozumu”. Ma to być próba neutralizacji na arenie politycznej państw wobec Rosji krytycznych (Polska i kraje nadbałtyckie) oraz lekcja dla współczesnej Europy, że pomijający Rosję Układ Wersalski był totalnym błędem, ergo: w nowym układzie bezpieczeństwa europejskiego Rosji ignorować nie wolno. A wszystko to – wobec „resetowania” stosunków Waszyngton-Moskwa – ma nas zepchnąć do swoistej izolacji na obszarze Euroatlatyckim i zdyskredytować jako państwa dławiące się historyczną rusofobią. W tym samym dniu (1 września) rosyjski minister spraw zagranicznych Ławrow na wykładzie w „kuźni kadr dyplomatycznych”, czyli MGIMO (Państwowy Instytut Spraw Międzynarodowych), ganił list intelektualistów Europy Środkowo-Wschodniej do prezydenta Obamy, oskarżając ich o próbę skłonienia USA do polityki konfrontacji z Rosją.</p>
<p>Obama do Gdańska nie przyjechał. Ani pani Hillary Clinton. Wygląda na to, że wierzą Putinowi. Atak na historię Polski jest więc grą nie w naszą bramkę nawet, lecz ponad naszymi głowami. Grą bardzo niebezpieczną. Żarty się skończyły.</p>
<p><em>* Krystyna Kurczab-Redlich, polska dziennikarka i reportażystka, wieloletnia korespondentka polskich mediów w Rosji, autorka filmów dokumentalnych o Czeczenii.</em></p>
<p style="text-align: center;">***</p>
<p><em>Filip Memches</em></p>
<p><strong><em>Romantyzm</em> versus <em>realizm</em></strong></p>
<p>Pytanie o podmiotowość Polski w polityce rosyjskiej musi pozostawać bez odpowiedzi. W ciągu minionych 20 lat stosunki między Warszawą a Moskwą zmieniały się i trudno dostrzec w nich jakąś trwałą tendencję. Szczególnym momentem były lata 2005 – 2007, kiedy rząd Prawa i Sprawiedliwości zdobył się na generalnie asertywną politykę międzynarodową, jakiej wcześniej w III RP brakowało. Był to przejaw dążenia do podmiotowości w stosunkach nie tylko z Rosją. Natomiast strategia „miłości”, jaką przyjęła – także w polityce zagranicznej – Platforma Obywatelska, oznacza raczej ruch w przeciwnym kierunku.</p>
<p>PiS i PO wydają się (czy są – to inna sprawa) spadkobiercami dwóch przeciwstawnych nurtów polskiej polityki wschodniej: PiS piłsudczykowskiego romantyzmu, PO – endeckiego realizmu. Romantyzm kojarzy się z jałowym awanturnictwem, realizm zaś z przynoszącą pożądane efekty rozwagą. Tyle że takie skojarzenia opierają się na pewnych mitach, utwierdzanych w przestrzeni publicznej przez dominującą liberalną kulturę polityczną.</p>
<p>Tymczasem życie niesie rozmaite niespodzianki. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z mężem stanu o usposobieniu gitowca bądź dresiarza. Romantyzm może się wówczas dla wspomnianej asertywności okazać duchowym paliwem, realizm natomiast – naiwnym podejściem wobec elity państwa, do której nie wystarczy dobrotliwie się uśmiechać, żeby osiągnąć w stosunkach z nią podmiotową pozycję.</p>
<p><em>* Filip Memches, publicysta, dziennikarz, scenarzysta, redaktor „44/Czterdzieści i Cztery”, współpracownik „Europy”, autor książki „Słudzy i wrogowie imperium. Rosyjskie rozmowy o końcu historii”.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-smolar-marciniak-kurczab-redlich-memches-czy-polska-jest-podmiotem-czy-przedmiotem-rosyjskiej-polityki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KRASTEV: The First Days of Post-American Europe are ahead</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-the-first-days-of-post-american-europe-are-ahead/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-the-first-days-of-post-american-europe-are-ahead/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 06 Sep 2009 23:55:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytając]]></category>
		<category><![CDATA[1 września 1939]]></category>
		<category><![CDATA[1939]]></category>
		<category><![CDATA[2009]]></category>
		<category><![CDATA[70 rocznica wybuchu II wojny światowej]]></category>
		<category><![CDATA[Ivan Krastev]]></category>
		<category><![CDATA[Moskwa]]></category>
		<category><![CDATA[Obchody 70. rocznicy Wybuchu II Wojny Światowej]]></category>
		<category><![CDATA[the Centre for Liberal Strategies]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Westerplatte]]></category>
		<category><![CDATA[Władimir Putin]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=2237</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Ivan Krastev</em></p>
<p><strong>The First Days of Post-American Europe are ahead</strong></p>
<p>It was the French-German rapprochement that made the post-war Western Europe. It will not be an exaggeration to assert that Russian-Polish reapproach will make or unmake post-Cold war Europe.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-the-first-days-of-post-american-europe-are-ahead/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KRASTEV: The First Days of Post-American Europe are ahead&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Ivan Krastev</em></p>
<p><strong>The First Days of Post-American Europe are ahead</strong></p>
<p>It was the French-German rapprochement that made the post-war Western Europe. It will not be an exaggeration to assert that Russian-Polish reapproach will make or unmake post-Cold war Europe.</p>
<p>It is symptomatic that Putin came to Poland for celebrating not the 20th anniversary of the fall of communism but for the 70th anniversary of the beginning of the World War II. What we witnessed in Gdansk is the emergence of post-American Europe. The US is not anymore a full-time European power, it retreats in a position of off-shore balancer in Europe. Russia views this as an opportunity for its own re-integration in Europe but not in the EU. In achieving this strategy Moscow should succeed in developing partnership with Germany and Poland.</p>
<p>But there are several factors that will make the rapprochement between Russia and Poland a tough reality. Russia and Poland have common interests but they do not have common project. Russia&#8217;s politics of identity building clashes with the priorities of Poland’s realpolitik. Russia&#8217;s history textbooks are not something that Poles should read. The elites in the two countries do not have much in common.</p>
<p>So, it is easy to bet on failure. But strangely enough it is exactly those problems that make Russia interesting for the Poles and Poland interesting for the Russians, so I will not be surprise if a new engagement between Warsaw and Moscow is on the horizon. Nothing excites as much as what was forbidden or unthinkable yesterday. And never forget that Moscow is the only place in Europe where Poland is perceived as an empire or at least as a former empire.</p>
<p><em>* Ivan Krastev, political scientist, international relations analyst, Chairman of Board of the Centre for Liberal Strategies</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/09/07/krastev-the-first-days-of-post-american-europe-are-ahead/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>KAZIMIEROWSKA: Cała prawda o Warszawie w 36 godzin. Polemizując z „The New York Times”</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/08/24/kazimierowska-cala-prawda-o-warszawie-w-36-godzin-polemizujac-z-%e2%80%9ethe-new-york-times%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/08/24/kazimierowska-cala-prawda-o-warszawie-w-36-godzin-polemizujac-z-%e2%80%9ethe-new-york-times%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 23 Aug 2009 23:07:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[bar mleczny]]></category>
		<category><![CDATA[CSW]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzyna Kazimierowska]]></category>
		<category><![CDATA[Stare Miasto]]></category>
		<category><![CDATA[The New York Times]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Zachęta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=2123</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Katarzyna Kazimierowska</em></p>
<p><strong>Cała prawda o Warszawie w 36 godzin</strong></p>
<p>36 godzin. Tyle wystarczyło dziennikarzom z „The New York Times”, by dowiedzieć się, co i gdzie się w naszej stolicy jada, jakie miejsca są najmodniejsze, a potem w formule krótkiego artykułu ująć fenomen Warszawy: <a href="http://travel.nytimes.com/2009/08/16/travel/16hours.html?hpw" target="_blank">http://travel.nytimes.com/2009/08/16/travel/16hours.html?hpw</a>.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/08/24/kazimierowska-cala-prawda-o-warszawie-w-36-godzin-polemizujac-z-%e2%80%9ethe-new-york-times%e2%80%9d/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu KAZIMIEROWSKA: Cała prawda o Warszawie w 36 godzin. Polemizując z „The New York Times”&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Katarzyna Kazimierowska</em></p>
<p><strong>Cała prawda o Warszawie w 36 godzin</strong></p>
<p>36 godzin. Tyle wystarczyło dziennikarzom z „The New York Times”, by dowiedzieć się, co i gdzie się w naszej stolicy jada, jakie miejsca są najmodniejsze, a potem w formule krótkiego artykułu ująć fenomen Warszawy: <a href="http://travel.nytimes.com/2009/08/16/travel/16hours.html?hpw" target="_blank">http://travel.nytimes.com/2009/08/16/travel/16hours.html?hpw</a>.</p>
<p>Nie zamierzam zżymać się tu na zagranicznych dziennikarzy. Tak się złożyło, że przynajmniej raz do roku jakiś opiniotwórczy magazyn wysyła swoich dziennikarskich Marco Polo na zwiady do tajemniczej i półdzikiej krainy, gdzie przez środek miasta płynie nieujarzmiona cywilizacją rzeka, której brzegi porośnięte są zielenią, a mieszkańcy prawie nie mówią w żadnym cywilizowanym języku (czytaj: angielski) i nawet we własnym niezbyt dobrze. Europejska kurtuazja lub amerykańska ignorancja nakazuje od czasu do czasu odkrywać Warszawę, umieszczać ją w rankingach popularności, czystości, taniości czy brzydoty. Bardzo dobrze, mamy promocję za darmo, dobrą czy złą, nieważne jak o nas mówią, byle mówili. Ale to, co mnie irytuje, to brak oryginalności. Czy zagraniczni dziennikarze, za każdym razem muszą wyławiać te same, wielokrotnie już zdechłe warszawskie ryby?</p>
<p><em>1. Disneyowskie Stare Miasto</em></p>
<p>Choć wpisane na listę dziedzictwa kulturowego oraz okupione potem i trudem mieszkańców, odbudowujących swoją stolicę, Stare Miasto nosi w sobie piętno bycia makietą – w końcu oryginał zburzono. Już nie tylko polska, ale i zagraniczna prasa wytyka nam kolorowe fasady i doszukiwanie się wartości w zaledwie 60-letnich murach. No tak, posypmy głowę popiołem i zburzmy Starówkę, w końcu to nie Disneyland. Ale jakoś nikomu z przewodników zagranicznych dziennikarzy nie przyszło do głowy, by zawieźć ich na XIX wieczną Nową Pragę lub pokazać choćby fragmenty trochę starszej, Starej Pragi, by zrozumieli, co straciliśmy i jak bardzo potrzebowaliśmy substytutu. Że starówka jest jak smoczek po warszawskiej piersi. Że XIII- i XIV-wieczny rdzeń miasta musiał powstać na nowo, by przypominać, że tu było jego serce, zamienione w skansen w momencie jego odbudowy. Czekam na odważnych z NYT, którzy zaczną pisać peany na widok pałacyku Konopackiego przy ulicy Środkowej i zrozumieją, że miasto przed II wojną światową miało nie jedno, ale kilka centrów.</p>
<p><em>2. O co chodzi z pierogami? </em></p>
<p>Tak, warszawiacy lubią pierogi, tak jak lubią bigos, kluski leniwe, placki ziemniaczane i żurek. Dlaczego właśnie pierogi zrobiły taką furorę? Dlaczego nie był to schabowy albo niepowtarzalny chłodnik? I dlaczego to restauracja „KOM” staje się miarą jakości, a nie na przykład lokale rodzeństwa Kręglickich, którzy mają już swoje miejsce w biblii restauratorów, Michelin? Dlaczego nie docenia się polskiego slow ford, który leży ukryty w tajemnicy dochodzenia ogórków do siebie czy słodzenia żurawiny, w dojrzewaniu bryndzy czy oscypka lub kiszenia kapusty, a promuje się kuchnię typu fusion, takiej, jakich wiele na świecie? W artykule pojawia się też restauracja „U Kucharzy”. Szkoda, że w drodze do kolejnej knajpy należącej do rodziny Gesslerów, NYT nie zahaczył o kultowe już miejsce nocnych rozmów warszawiaków, czyli do „Przekąsek Zakąsek”. Czyżby z powodu naszej podejrzanej miłości do Tatara?</p>
<p><em>3. Taksówką do klubu</em></p>
<p>Nie ma sensu komentować wyboru klubów warszawskich Dziś te, jutro inne. Kto jest regularnym bywalcem miejsc takich, jak „Cinnamon” i „Platinium”, niech czuje się doceniony. Kto spędza wieczory w mokotowskich fortach, gdzie taksówka z przedstawicielami NYT już nie dotarła, ten nie ma czego żałować.</p>
<p><em>4. Gdzie bywa warszawska bohema artystyczna? </em></p>
<p>Podobno w Fabryce Trzciny. Obawiam się, że bliższe prawdy jest klubowo – artystyczne zagłębie na ulicy 11 Listopada, „Powiększenie” na tyłach Nowego Światu czy też niedawno otwarty kiosk z wódką i kulturą, „Warszawa– Powiśle”.</p>
<p><em>5. Bary mleczne </em></p>
<p>To już standardowy zachwyt dziennikarskich wycieczek. Efekt – przygnębiający. Bary mleczne robią dziś zawrotną karierę. W moim ulubionym „Barze Familijnym” jedzą wszyscy, od ogłupiających błyskiem flesza japońskich turystów po panów w garniturach wartych więcej niż średnia krajowa. Na szczęście, od czasu do czasu, pojawia się jakiś bezdomny lub zawiany staruszek, co przywraca sens istnienia temu miejscu.</p>
<p><em>6. Kopiowanie Berlina i Amsterdamu</em></p>
<p>Czy stworzenie księgarni na wzór berlińskiej „Pr qm” jest powodem by nazywać nas drugim Berlinem? Nikt nie nazywa nas drugim Londynem z powodu księgarni „Jak wam się podoba”, ani drugim Amsterdamem, bo na Saskiej Kępie działa kawiarnia „Kępa Cafe”. Czy porównywanie nas do innego europejskiego miasta ma podnieść naszą atrakcyjność? Ile razy jeszcze ktoś będzie doszukiwał się warszawskiej atrakcyjności poprzez nazywanie nas kopią oryginału? Czy w tym nasza wartość?</p>
<p><em>7. Panoramy, panoramy</em></p>
<p>Jeśli podziwiać panoramę Warszawy, to, według NYT, tylko z wieżowca nieśmiertelnego Pałacu Kultury czy Hotelu InterContinental. Ale można też wybrać się na kładkę mostu Siekierkowskiego, wdrapać na najwyższe piętro bloku przy Inżynierskiej albo kopiec przy Czerniakowskiej.</p>
<p><em>8. O czym nie wspomniano</em></p>
<p>W większości zagranicznych artykułów, wychwalających uroki Warszawy pojawia się kultura wysoka (CSW wychwalane na przemian z Galerią Zachęta) przenika się z kulturą niską (te same kluby i obowiązkowa wizyta na Bazarze na Kole). Ale są tego i dobre strony. Zaczynam gratulować sobie w duchu, że dziennikarze z zagranicy mają tak mało czasu, że nie udaje imię dotrzeć na Saską Kępę ani Grochów. Co by to było gdyby wspomnieli, nie daj Boże, o Parku Skaryszewskim albo kebabie na Wiatraku?</p>
<p>Może jednak warto cenić stolicę za rzeczy, których dziennikarskie oko nigdy nie dostrzeże. Nawołuję do stworzenia przewodnika rzeczy prywatnych po Warszawie, osobistego, subiektywnego i nigdy nie publikowanego, naszego własnego, do szuflady naszego serca. Zacznę od magnolii rosnących przy ulicy Wąchockiej i garaży wzdłuż Paryskiej. Dodam kładkę łączącą CSW z domkami fińskimi i jelenia na tyłach Nowego Światu. Dorzucę jeszcze wieloryba patrzącego tęsknie na Wisłę. Kto następny?</p>
<p><em>* Katarzyna Kazimierowska, sekretarz redakcji kwartalnika „Res Publica Nowa”.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/08/24/kazimierowska-cala-prawda-o-warszawie-w-36-godzin-polemizujac-z-%e2%80%9ethe-new-york-times%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>SPISS: Panienka z Saskiej Kępy</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/06/15/spiss-panienka-z-saskiej-kepy/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/06/15/spiss-panienka-z-saskiej-kepy/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 14 Jun 2009 23:12:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Maria Spiss]]></category>
		<category><![CDATA[Saska Kępa]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=1415</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Maria Spiss</em></p>
<p><strong>Panienka z Saskiej Kępy</strong></p>
<p>Był taki dzień. Szłam Mostem Poniatowskiego w stronę Pragi. Po prawej widziałam kominy elektrociepłowni, dziki i opuszczony brzeg Wisły, bloki z lat 70., otwartą, biegnącą przestrzeń miasta. Wtedy właśnie poczułam bezwarunkowe szczęście. Poczucie pełni, które odczuwa się wtedy, kiedy wiadomo, że wszystkie elementy teraźniejszego doświadczenia zostały skorelowane w doskonały sposób. Wędrowałam więc mostem, nie zatrzymując się, chłonąc pejzaż, który znaczył dla mnie w tamtej chwili wszystko. Może nawet świeciło nawet słońce, nie pamiętam. Na pewno wiał bardzo silny wiatr, jak zwykle na warszawskich mostach. Przeciwstawiałam się jego sile, nie trudno zostać zmiecionym na jezdnię, pod rozpędzone samochody. Jazgot silników, oszalali kierowcy – też piękne. Długo i uciążliwie idzie się mostem, kiedy walczy się z wiatrem. Zwłaszcza, kiedy chodzi się nim codziennie. Nigdy jednak nie wsiadłam do tramwaju. Każdego przedpołudnia, idąc do Śródmieścia, robiłam z mostu dwa zdjęcia – Pałacowi Kultury i Starówce obstawionej dźwigami budowlanymi. Różnic nie może być wiele. Inny kształt chmur, pogodny albo pochmurny dzień. Na Pałacu Kultury pewnego dnia zawieszono flagę Unii Europejskiej. Później flagę zdjęto. Fotografie są moim codziennym patrzeniem na miasto, zapisem trasy. Dążą do tego, żeby być nierozróżnialne.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/06/15/spiss-panienka-z-saskiej-kepy/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu SPISS: Panienka z Saskiej Kępy&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Maria Spiss</em></p>
<p><strong>Panienka z Saskiej Kępy</strong></p>
<p>Był taki dzień. Szłam Mostem Poniatowskiego w stronę Pragi. Po prawej widziałam kominy elektrociepłowni, dziki i opuszczony brzeg Wisły, bloki z lat 70., otwartą, biegnącą przestrzeń miasta. Wtedy właśnie poczułam bezwarunkowe szczęście. Poczucie pełni, które odczuwa się wtedy, kiedy wiadomo, że wszystkie elementy teraźniejszego doświadczenia zostały skorelowane w doskonały sposób. Wędrowałam więc mostem, nie zatrzymując się, chłonąc pejzaż, który znaczył dla mnie w tamtej chwili wszystko. Może nawet świeciło nawet słońce, nie pamiętam. Na pewno wiał bardzo silny wiatr, jak zwykle na warszawskich mostach. Przeciwstawiałam się jego sile, nie trudno zostać zmiecionym na jezdnię, pod rozpędzone samochody. Jazgot silników, oszalali kierowcy – też piękne. Długo i uciążliwie idzie się mostem, kiedy walczy się z wiatrem. Zwłaszcza, kiedy chodzi się nim codziennie. Nigdy jednak nie wsiadłam do tramwaju. Każdego przedpołudnia, idąc do Śródmieścia, robiłam z mostu dwa zdjęcia – Pałacowi Kultury i Starówce obstawionej dźwigami budowlanymi. Różnic nie może być wiele. Inny kształt chmur, pogodny albo pochmurny dzień. Na Pałacu Kultury pewnego dnia zawieszono flagę Unii Europejskiej. Później flagę zdjęto. Fotografie są moim codziennym patrzeniem na miasto, zapisem trasy. Dążą do tego, żeby być nierozróżnialne.</p>
<p>Wchodzę we Francuską. Ulica, którą z przykrością się opuszcza. Znowu samochody, wszystkie jadą szybko, zagłuszają rozmowy. W kawiarni <em>Rue de Paris</em> ludzie siedzą na zewnątrz, jedząc naleśniki z mąki gryczanej, przyglądają się tym samochodom własnym i obcym jak pięknym, nieszkodliwym zwierzętom. Ponieważ wszystko na Saskiej Kępie jest nieszkodliwe, nieingerujące, ciągle zabawne. Mieszkając tam kilka tygodni, miałam poczucie, że przebywam nieustannie na letnisku. Nieustające wakacje. Wszystko było lekkie, smaczne i kruche. Przechodnie w sandałach w kolejce po kebab, sklepiki, kawiarnie, rozmowy ciepłe, krótkie. W okno mojego pokoju zaglądał kościół przy Nobla. O szóstej rano i wieczorem bicie w dzwony, agresywne i długie. Polubiliśmy też i ten jazgot. W niedzielę od rana nabożeństwa dla dzieci. Przewlekłe śpiewy, pootwierane okna. Ludzie uśmiechnięci, nieśmiali wynurzają się z drzew, zieleń, dużo zieleni. Nie chcę wracać do domu. Piję kawę u senegalskich czarnoskórych panów. Podają w białych filiżankach, imitujących zgnieciony plastikowy kubek. Rozpoznajemy ten projekt, jest nam jeszcze wygodniej. Idę jeszcze do księgarni, drogerii, piekarni, warzywniaka, do banku. Nie wracać jeszcze do domu, jeszcze pobujać się wśród ulic.</p>
<p>I nie chcę ciągle uwierzyć, że ja, krakowianka z krwi i kości, i jeszcze raz krwi, zapisuję takie doświadczenie. Nie przyłapałam się na podobnym afekcie, odkąd jako szesnastolatka sama przyjechałam pewnego sierpniowego popołudnia do Warszawy. A przecież przyjeżdżałam od tamtej pory wielokrotnie, do rodziny, na spotkanie, na próby. Zawsze jednak była mi przyjemnie obojętna, wracałam z ulgą do domu, do siebie. Zarejestrowałam jednak zmianę. Kiedy 17 maja po miesięcznym pobycie w Warszawie weszłam do mojego krakowskiego mieszkania, nie odczułam radości, ulgi, zadowolenia. Niczego nie odczułam, a kiedy wyszłam na Rynek, odczułam irytację. Chodzę po Krakowie, moim mieście, gdzie w wielu miejscach zapisana jest pamięć o mojej rodzinie, i czuję się jak gość, czuję, że jestem tu na chwilę. Zrobić pranie, przepakować walizkę i ponownie wyruszyć. Tak czuję.</p>
<p>Nie wiem, co w Warszawie daje mi takie poczucie harmonii. Może to, że wszystkie ulice, w które wchodzę, wydają mi się w porównaniu z krakowskimi szerokie. Może dlatego, że wiele budynków tworzy zestawienia całkowicie bez sensu, które mogą bronić się jedynie tym, że są. Palma Rajkowskiej jest właśnie znakiem takich nonsensownych zestawień. Chłonę je, ale niczego im nie ujmuję. Może dlatego, że niczego od tego miasta nie oczekuję, a ono mnie traktuje serdecznie, bo jest miastem przybyszów, których życzliwie przyjmuje, a później niektórych dyskretnie wypluwa. Może dlatego, że Warszawa nic dla mnie nie znaczy, poza tym, czym jest obecnie, czym staje się każdego dnia, który w niej przeżywam. Pewnie dlatego możemy sobie bezinteresownie uścisnąć dłonie, bo niczego po sobie się nie spodziewamy.</p>
<p>Zachwycam się warszawskimi parkami, które odwiedzam codziennie. Z Łazienek dzwonię do domu. Rzucam w słuchawkę, że jestem zachwycona Warszawą. W odpowiedzi słyszę tylko: „O kurde, niedobrze.” Dzwonię do znajomych warszawiaków, mówię to samo. Wierzą mi od razu, są również zachwyceni. Uniesiona tym obopólnym zachwytem gorączkowo planuję, kiedy znowu przyjadę, z kim się spotkam, gdzie wypiję kawę, gdzie znowu będę.</p>
<p>W Warszawie fotografuję, w Krakowie nigdy. Niemal wszystko jest obiektem, jest inspiracją, staje się elementem jakiegoś dopiero myślanego projektu. Mam wrażenie, że wszystkie działania, zdarzenia, których jestem świadkiem, są przetworzone, są poddającym się materiałem. To nie jest poczucie realności doświadczane w Krakowie. Chcę więc wracać do Warszawy, bo tam się lepiej udaje myśleć, pomysły nie wymykają się, ich przyswajalność jest większa.</p>
<p>To nie jest tęsknota, podsycana podejrzaną chęcią życiowej zmiany. To jest raczej projektowanie samej siebie w tym całkowicie nowym, giętkim otoczeniu. Projekt nie posiada wpisanego czasu realizacji, ma otwarte zakończenie, złożone z absurdalnych zestawień, które dzisiaj wydają mi się nie do pomyślenia. Jak kiedyś palma.</p>
<p><em>* Maria Spiss, reżyserka teatralna.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/06/15/spiss-panienka-z-saskiej-kepy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>POPKURKA: KuRka przeżywa… (2) performatywne perturbacje</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/06/01/popkurka-kurka-przezywa%e2%80%a6-2-performatywne-perturbacje/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/06/01/popkurka-kurka-przezywa%e2%80%a6-2-performatywne-perturbacje/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 01 Jun 2009 16:43:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Patrząc]]></category>
		<category><![CDATA[Fuzja Sztuk]]></category>
		<category><![CDATA[Justyna Kowalska]]></category>
		<category><![CDATA[KuRka przeżywa]]></category>
		<category><![CDATA[PopKurKa]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawskie Spotkania Teatralnie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=1313</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>PopKuRka </em></p>
<p><strong>KuRka przeżywa… (2)</strong></p>
<p><strong>&#8230;performatywne perturbacje.</strong></p>
<p><em>Fuzja Sztuk</em>, Warszawa, <em>Warszawskie Spotkania Teatralnie</em> – brzmi dumnie. I właśnie na coś wielkiego, wartego mej partycypacji, liczyłam. Ale okazuje się, że słaba jestem z matematyki. Przyjechałam z prowincji, artystycznej, krakowskiej, ale prowincji, do WARSZAWY. Spodziewać by się mogło, że to miejsce jest przygotowane na przyjmowanie GWIAZD, że umie obchodzić się ze sztuką i jej twórcami.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/06/01/popkurka-kurka-przezywa%e2%80%a6-2-performatywne-perturbacje/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu POPKURKA: KuRka przeżywa… (2) performatywne perturbacje&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>PopKuRka </em></p>
<p><strong>KuRka przeżywa… (2)</strong></p>
<p><strong>&#8230;performatywne perturbacje.</strong></p>
<p><em>Fuzja Sztuk</em>, Warszawa, <em>Warszawskie Spotkania Teatralnie</em> – brzmi dumnie. I właśnie na coś wielkiego, wartego mej partycypacji, liczyłam. Ale okazuje się, że słaba jestem z matematyki. Przyjechałam z prowincji, artystycznej, krakowskiej, ale prowincji, do WARSZAWY. Spodziewać by się mogło, że to miejsce jest przygotowane na przyjmowanie GWIAZD, że umie obchodzić się ze sztuką i jej twórcami.</p>
<p>Tymczasem zostałam potraktowana nieadekwatnie!</p>
<p>Już od rana (mówię o dniu mojego występu) lawina nieprofesjonalizmu. Kłoda za kłodą rzucana pod stopy artystki. Gdzie porządna obsługa techniczna, ba!, gdzie garderoba?! Wyobraźcie sobie &#8211; musiałam przebierać się w damskiej toalecie!</p>
<p>Już gotowa, po przyswojeniu skomplikowanej receptury performance`u, przebrana, umalowana, wyszłam pełna weny z toalety. I co?! Skandal!</p>
<p>KuRki nie będzie!</p>
<p>Jak to?</p>
<p>1. Umówionej przestrzeni mi nie dadzą – w kuchni wystają kable – widzowie mogą się poparzyć. No i co? Mam udawać, że gotuję?! Przecież wtedy nic się nie przeniesie.</p>
<p>2. Jest mało widzów! No, ja przepraszam, mało widzów w Warszawie? To jakaś utajniona impreza? Czy nikt tutaj nie interesuje się Sztuką?</p>
<p>3. Redukcja czasu przeznaczonego na prezentacje artystyczne. Koniec imprezy na pół godziny przed moim występem, więc się nie zmieszczę.</p>
<p>(Mam podejrzenie, że to spisek. Komuś wyraźnie podpadłam i postarał się, abym nie zaistniała. No, bo jak wytłumaczyć, że <em>Festiwal</em> ma się zakończyć akurat przed moim wejściem na scenę! I kto mnie tak nienawidzi? Może moi antyfani z <em>youtube</em>? Nie ważne. Ważne, że serce mi rozdarli. To miał być mój wielki debiut performerski. )</p>
<p>Nie tylko ja, ale cała <em>Kultura</em> była skonfundowana zaistniała sytuacją.</p>
<p>Ale jeśli myślicie, że się poddałam – to się grubo mylicie. Ja, jestem prawdziwą artystką i mimo że nikt się nie liczył z moimi uczuciami ani z całym sztabem ludzi zaangażowanych do mojego performance`u – nie trzasnęłam drzwiami!<br />
Zrobiłam, ile mogłam, i nawet nie starałam się ukryć mej irytacji:</p>
<p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=dC7wdPWEElU" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=dC7wdPWEElU</a></p>
<p>P.S.</p>
<p>Już się zdecydowałam. Drzewko pokolenia (<a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/05/24/kurka-przezywa/">patrz poprzedni felieton</a>) sadzimy w sobotę w południe w Krakowie przy Rondzie Grunwaldzkim.</p>
<p><em>* </em><a href="http://popkurka.pl/" target="_blank"><em><span style="color: #661111;">PopKuRka</span></em></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/06/01/popkurka-kurka-przezywa%e2%80%a6-2-performatywne-perturbacje/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Inspiracja i adaptacja</title>
		<link>http://kulturaliberalna.pl/2009/04/13/inspiracja-i-adaptacja/</link>
		<comments>http://kulturaliberalna.pl/2009/04/13/inspiracja-i-adaptacja/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 13 Apr 2009 01:34:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Słysząc]]></category>
		<category><![CDATA[Aleksander Laskowski]]></category>
		<category><![CDATA[Beethoven]]></category>
		<category><![CDATA[Kraków]]></category>
		<category><![CDATA[Ludwig van Beethoveen]]></category>
		<category><![CDATA[Misteria Paschalia]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kulturaliberalna.pl/?p=613</guid>
		<description><![CDATA[<p><em>Aleksander Laskowski</em></p>
<p><strong>Inspiracja i adaptacja</strong></p>
<p>Kraków. Spacer po Plantach można zacząć w dowolnym miejscu. Okrążając centrum dawnej stolicy, jest się niewątpliwie narażonym na ową szczególną monotonię, jaką jest obcowanie ze spójną estetycznie, zabytkową tkanką miasta. Planty można opuścić w dowolnym miejscu i ruszyć w stronę Rynku. Spójność trwa. Nienagannie.</p>
<p><a href="http://kulturaliberalna.pl/2009/04/13/inspiracja-i-adaptacja/" class="more-link">Przeczytaj resztę artykułu Inspiracja i adaptacja&#8230;</a></p>
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Aleksander Laskowski</em></p>
<p><strong>Inspiracja i adaptacja</strong></p>
<p>Kraków. Spacer po Plantach można zacząć w dowolnym miejscu. Okrążając centrum dawnej stolicy, jest się niewątpliwie narażonym na ową szczególną monotonię, jaką jest obcowanie ze spójną estetycznie, zabytkową tkanką miasta. Planty można opuścić w dowolnym miejscu i ruszyć w stronę Rynku. Spójność trwa. Nienagannie.</p>
<p>Warszawa. Wędrując wokół centrum jednocześnie wytycza się jego granice. Z pewnością po drodze raz po raz trafia się na prawdziwe perły. Z pewnością trafia się też na koszmarną ich oprawę. Często ładne budowle nie sumują się w piękne ulice, bo ich poszczególne smaki łączą się jak śledź z kajmakiem. Tu i ówdzie intryguje nowoczesna pisanka, rzucona na szary obrus socrealu. Niesłychane bogactwo najróżniejszych bodźców. Przyprawia o zawrót głowy.</p>
<p>Festiwale. Ciekawa rzecz, jak dalece dostosowują się do kształtów miejskich przestrzeni.</p>
<p><strong><em>Festiwale:</em></strong></p>
<p>Kraków. Misteria Paschalia.<br />
Warszawa. 13. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena.</p>
<p><em>* Aleksander Laskowski, kierownik Wydziału Terytorialnego Instytutu Adama<br />
Mickiewicza, współpracuje z programem II PR.</em></p>
<p><em></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kulturaliberalna.pl/2009/04/13/inspiracja-i-adaptacja/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
