Dla katolików za bardzo antykatolicki, dla ateistów zbyt… katolicki

Miguel de Unamuno, 1921. Fot. Agence de presse Meurisse. Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna)

Krzysztof Katkowski: Szykując się do tej rozmowy, odszukałem fragment z mojego ulubionego tekstu Unamuno, powieści „Mgła”. Jeden z przyjaciół głównego bohatera tej książki, Paparriqopoulus, młody pisarz i księgarz, większość czasu wolnego spędza, czytając dawne dzieła europejskich i hiszpańskich mistrzów. Planuje napisać książkę o „pisarzach, znanych nam tylko z imienia”, aby oddać im dziejową sprawiedliwość, ocalić ich od zapomnienia. Tłumacząc Unamuno w Polsce, w XXI wieku, nie czujesz się trochę jak Paparriqopoulus? Przecież w Polsce mało kto kojarzy hiszpańskiego autora. A na dodatek ty jesteś pisarzem i księgarzem.

Kacper Szpyrka: To prawda, że w pewnym sensie Unamuno w Polsce jest zapomniany, zwłaszcza w szerszych kręgach czytelników. Niby raz na jakiś czas pojawiają się jakieś kolejne tłumaczenia, ale zwykle publikacje te mijają bez echa. Tak było chociażby z „Żywotem Don Kichota i Sancza” opublikowanym w Polsce kilka lat temu. A przecież jest to niezwykle interesujący komentarz do dzieła Cervantesa, a w dodatku figuruje w słynnym kanonie Harolda Blooma! I do tego jest świetnie przetłumaczony.

W tym sensie czuję się trochę jak wspomniany bohater „Mgły”. Do samego Unamuno dotarłem dzięki mojemu zafascynowaniu chrześcijańskim egzystencjalizmem. Napisałem o tym hiszpańskim myślicielu magisterkę, miałem nawet pisać doktorat… Poczułem bliskość z tą postacią. Szedł przez życie, zmagając się z wieloma sprzecznościami, dotyczącymi rozumu i wiary, życia i idei. Po rzuceniu doktoratu chciałem spłacić wobec niego pewien dług. Miałem z nim tyle intelektualnych „rozmów” i „sporów” – sam rozumiesz, że nie mogłem go tak po prostu zostawić.

Czemu akurat zabrałeś się za tłumaczenie tej książki? Nie jest to chyba najbardziej popularny tekst jego autorstwa.

Myślałem początkowo nad „Monodialogami”, które w zamyśle autora miały być czymś na kształt „Solilokwiów” Augustyna z Hippony – krótkimi rozmowami, w których Unamuno dyskutuje raz ze sobą, raz z bohaterami swoich książek (także „Mgły”, którą tak lubisz). Wybrałem jednak dzieło bardziej enigmatyczne, szkatułkowe – czyli właśnie „Jak się tworzy powieść”. Z powodów politycznych Unamuno musiał udać się poza granice swojego kraju. Przebywając w Paryżu, nie potrafił przezwyciężyć obezwładniającej melancholii i niemocy twórczej. Skoro nie mógł napisać powieści, stworzył dzieło balansujące gatunkowo między esejem, wspomnieniami i powieścią, które na pierwszy rzut oka może wydać się chaotyczne i rozwarstwione.

To jednak, co wydaje się być wadą, przeobraża się w największą wartość, ponieważ w tym zamęcie można dostrzec samego Unamuno, można doświadczyć obcowania z człowiekiem z krwi i kości, z hiszpańskim filozofem, poetą i pisarzem, który był jednym z najciekawszych umysłów swoich czasów. A ja, jak już ustaliliśmy, jestem trochę jak ten Paparriqopoulus – moim celem było przybliżenie tej niepokornej postaci polskiemu czytelnikowi.

No tak, ale ty chyba go nie tylko popularyzujesz. Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że Unamuno jest twoim mentorem?

Nie, to już chyba trochę przesada. W głowie dyskutuję sobie z różnymi myślicielami, z różnych obszarów kulturowych…

Z kim?

Ostatnio czytam japońskich pisarzy – Tanizakiego, Dazaia… Kartkowałem też Liwiusza, bo zawsze staram się mieć pod ręką jakiegoś autora antycznego. Czytając, buduję sobie taki kafkowski mur chiński, w czym nie kieruję się żadną metodą. Zresztą sam Unamuno wspomina o kluczowej roli „lektur z przypadku”. Przez długi czas autor „Mgły” stanowił dla mnie bardzo istotny punkt odniesienia, choć nie da się ukryć, że trochę mnie już sobą wymęczył podczas zmagań translatorskich [śmiech].

Unamuno był postacią bardzo nieoczywistą, czasem wręcz groteskowo tajemniczą. „Jak się tworzy powieść” napisał po hiszpańsku, potem przetłumaczono ją na francuski, potem on sam znów przetłumaczył ją na hiszpański…

A teraz ja ją przetłumaczyłem na polski. Skądinąd w tym jego tłumaczeniu było niesamowite to, że dodał nawet wstęp w postaci zajawki z czasopisma, gdzie opublikowano francuski przekład tego tekstu. Robiąc to, przyklasnął temu, że jest tam opisywany jako genialny hiszpański pisarz, poeta i filozof, a z drugiej strony nie omieszkał wypunktować tych interpretacji własnych poglądów dokonanych we francuskim wstępie, z którymi się nie zgadzał.

Tekst podczas pierwszej lektury bardzo mnie zaintrygował. To z kolei stało się bezpośrednim bodźcem dla podjęcia decyzji o tłumaczeniu, które pozwoliłoby ukazać polskiemu czytelnikowi jedną z kluczowych wartości tej książki, czyli… samego Miguela de Unamuno: profesora filologii klasycznej, rozpaczającego nad swoim ziemskim wygnaniem z Hiszpanii i niebiańskim wygnaniem z wiary (czyli wy-niebieniem, oryg. des-cielo, jeden z neologizmów wymyślonych przez autora), erudytę błąkającego się z po intelektualnych bezdrożach, przekraczającego gatunki literackie, toczącego ze wszystkimi – z samym sobą przede wszystkim – niekończący się spór.

Mnie się ta chaotyczność Unamuno skojarzyła ze Stanisławem Brzozowskim.

Warto byłoby się bliżej przyjrzeć temu skojarzeniu. Mnie podczas lektury esejów Unamuno często przypominały się dzieła Mariana Zdziechowskiego. „Pesymizm, romantyzm i podstawy chrześcijaństwa” ma bardzo podobny klimat intelektualny, co „Agonia chrystianizmu” – jeden z najsłynniejszych tekstów Unamuno. Z Brzozowskim łączyłbym go na innej płaszczyźnie. Obydwaj byli genialni, bezczelni i egzaltowani. Nawet dziś trudno ich jednoznacznie przyporządkować do jednego nurtu myślenia.

Unamuno to jeden z przedstawicieli Pokolenia ‘98, grupy hiszpańskich artystów i myślicieli, którzy dorastali, obserwując upadek imperium – w 1898 roku Hiszpania utraciła ostatnią ze swoich kolonii. Stąd szok, stąd nostalgia za dawną potęgą. Może trochę podobna do naszych tęsknot za epoką Jagiellonów i Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Z tym że Hiszpanie, na czele z Unamuno, przemyśleli upadek swojego państwa intelektualnie i dzięki temu znaleźli swoje miejsce w nowoczesności. A Polacy – nie.

Tak, Unamuno wypełnia pewną lukę między tradycją a przemianą, zresztą podobnie jak Brzozowski. Mnie bardzo interesuje jego stosunek do wiary. Dla wielu katolików w Polsce będzie za bardzo antykatolicki, dla ateistów zbyt… katolicki. Balansuje na granicy ortodoksji i herezji. Nie da się go wykorzystać politycznie. Unamuno ciągle sobie przeczy, często nawet w tym samym akapicie.

To postać bardzo potrzebna, zwłaszcza w okresie wojen kulturowych. Jego myśl znajduje się gdzieś pomiędzy walczącymi ze sobą biegunami, zasypując przepaść oddzielającą od siebie odległe idee. Jego podejście nie jest idealne, bo przecież mimo wszystko pozostaje on w konflikcie ze wszystkimi dookoła – ale współistnienie tak wielu skrajności w jednym umyśle jest niezwykle inspirujące.

Czy Hiszpanii pomógł taki Unamuno?

Nie, tam też aż tak się nie przyjął, głównie przez tę swoją nieoczywistość. Część Pokolenia ‘98 została intelektualnie zawłaszczona przez frankistów – podobnie jak Nietzsche przez III Rzeszę. Właśnie za czasów Franco opublikowano pierwszą edycję dzieł zebranych Unamuno, choć oczywiście ocenzurowano wszystkie niewygodne passusy. Zwolenników Franco fascynował jego irracjonalizm, woluntaryzm, apologia donkiszotyzmu, a także postulat duchowej i kulturowej hiszpanizacji Europy.

Mówiłeś o jego stosunku do chrześcijaństwa. Co jest w nim tak interesującego? Czy to samo, co może nas interesować u polskich myślicieli, których przytaczaliśmy – wychowanie w rodzinie katolickiej, a potem próba intelektualnego przepracowania słynnego „Bóg umarł”?

Unamuno rzeczywiście wychował się w głęboko wierzącej, tradycyjnej, baskijskiej rodzinie i lektura pism Nietzschego czy Schopenhauera była dla niego ogromnym szokiem intelektualnym. Unamuno nazwał ich w jednym ze swoich wierszy „niemieckimi diabłami”. Choć nie zawsze wymienia ich z nazwiska, myśli Schopenhauera i Nietzschego co rusz pojawiają się na kartach jego książek. Unamuno wciąż z nimi polemizuje, nie może się podnieść z tego intelektualnego szoku, którego musiał doznać podczas lektur jako młody student.

Warto tu dorzucić znamienną anegdotę: Unamuno miał się ponoć nauczyć niemieckiego na „Nauce logiki” Hegla. To był właśnie taki człowiek: pobojowisko różnych idei, osoba, która nigdy nie skrystalizowała swoich rozważań… jest to antropologia pełna sprzeczności – tak jak pełne sprzeczności jest nasze życie. Stąd niektórzy określają Unamuno mianem pre-egzystencjalisty, wyznającego zasadę, że egzystencja poprzedza esencję. Też uważam, że człowiek to kłębowisko absurdów, którego nie sposób pojąć za pomocą rozumu.

O tych sprzecznościach mówi też fragment z przetłumaczonej przez ciebie książki: „Co do mnie, kroczę drogami wsi i miast, natury i historii, próbując przeczytać (oczywiście po to, by następnie skomentować) to, co Bóg nagim i niewidzialnym palcem napisał na piasku, który uniósł ze sobą wiatr rewolucji naturalnych i tych historycznych”. Unamuno to rewolucjonista i żarliwy katolik. W latach trzydziestych był to przepis na zostanie faszystą.

Zacznę od powtórzenia tego, że Unamuno nie da się jednoznacznie zaklasyfikować. Trudno go nazwać „żarliwym katolikiem”. Sądzę, że nawet letni katolik miałby problemy ze skokiem ciśnienia podczas lektury eseju Unamuno pt. „Moja religia”. A jednak od kontekstu kulturowego katolicyzmu hiszpańskiego nie sposób go oderwać. Jednocześnie w pewnym okresie twórczości regularnie pisywał do komunistycznej gazety „Lucha de clases” [Walka klas]. Choć mimo to nikt go z komunizmem nie kojarzy. Zresztą słusznie, bo prawdopodobnie nigdy nie czytał Marksa. Jego socjalistyczna deklaracja polityczna była więc bardziej deklaracją w sensie społecznym niż ideologicznym. Wędrował więc po różnych opcjach politycznych, często rzeczywiście ze sobą sprzecznych. Kiedy w 1936 roku stwierdził, że rząd republikanów nie podźwignie Hiszpanii z kryzysu, poparł charyzmatycznego caudillo, generała Franco.

Kiedy Unamuno zorientował się, że Franco w gruncie rzeczy odrzuca jednostkową odrębność i różnorodność, przeciwstawiając jej jednolitą masę, głoszącą unisono te same slogany, wystąpił z krytyką dyktatora. Cudem uniknął śmierci. Zmarł w areszcie domowym kilka miesięcy później.

O jego „rozstaniu” z Franco powstał nawet film „Póki trwa wojna”.

Jest dostępny w jednym z popularnych serwisów streamingowych, więc bardzo polecam jego obejrzenie. Wracając do stosunku Unamuno do Franco, warto przypomnieć jeden epizod. To niesamowita historia! Unamuno, z dopiero co przywróconym tytułem rektorskim, uczestniczył w obchodach święta rasy. Przed nim przemawiał generał Millán Astray, jeden z czołowych dowódców generała Franco, uwielbiany przez żołnierzy. Na koniec swojego przemówienia krzyknął: „Viva la muerte!”, czyli „Niech żyje śmierć!”. Niespodziewanie przemówił Unamuno, który, zniesmaczony, nazwał okrzyk Astraya „nekrofilskim”… a potem przystąpił do krytyki całego reżimu. Miał wypowiedzieć wtedy słynne zdanie: „Venceréis, pero no convenceréis”, „Możecie mnie pokonać, ale nie przekonać”. Od linczu uratowała go obecna na wydarzeniu żona Franco.

Chyba powinno być, zamiast „Jak się tworzy powieść”, „Jak się tworzy legendę”. Unamuno, może nie zawsze świadomie, wydaje się mistrzem autokreacji – jak już rozstaje się z reżimem, to patetycznym przemówieniem (przynajmniej tak to przedstawiono w filmie). Kiedy musiał emigrować z Hiszpanii w czasach dyktatury Primo de Rivery, co wieczór miał podchodzić pod granicę hiszpańsko-francuską i wykrzykiwać różne przekleństwa.

Legendę w tym przypadku stworzył być może Luis Portillo Pérez, hiszpański dziennikarz, który w artykule „Ostatni wykład Unamuno” (tłumaczenie na polski można znaleźć w jednym z numerów „Literatury na świecie”) zreferował ten konflikt, choć nie był bezpośrednim świadkiem wydarzenia i ponoć nieco ubarwił tę historię. Ale to prawda, że dla Unamuno tworzenie legendy i pisanie powieści było po prostu… życiem. W 1936 roku w Salamance sprowokowała go wulgarność, z jaką Millán Astray wyraził swoje uwielbienie dla śmierci. Dla Unamuno wszystko było wyzwaniem intelektualnym, a więc i taka banalizacja samego pojęcia śmierci, która była z jego punktu widzenia odrażająca, być może przelała czarę goryczy.

Jedno jest pewne, „Jak się tworzy powieść” jest przewodnikiem egzystencjalnym, który można porównać z „Listami do młodego poety” Rilkego. Jeżeli podczas lektury nauczymy się żyć, powieść wypłynie z nas sama.

 

Książka:

Miguel de Unamuno, „Jak się tworzy powieść”, przeł. Kacper Szpyrka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

 

Reportaż z Usnarza Górnego: Jak wprowadzono stan wyjątkowy

Do Usnarza Górnego przyjechałem w czwartek wczesnym popołudniem, na kilkanaście godzin przed stanem wyjątkowym, wprowadzonym w powiatach graniczących z Białorusią. Wioska, której nazwa od kilku tygodni widnieje w nagłówkach ogólnopolskich mediów, to zaledwie kilka chat, dlatego większość dziennikarzy i aktywistów zamieszkała w pobliskich miejscowościach. Za budynkiem lokalnej remizy znajduje się łagodne zejście w kierunku zbożowych pól. Później otwiera się polana, która sięga aż do linii drzew, gdzie przebiega granica państwa. Krajobraz jest niemal idylliczny. Tym bardziej odczuwalne jest wrażenie niepokoju, który unosi się w powietrzu.

Fot. Usnarz Górny.

Widok jak z pocztówki zaburza kilkanaście samochodów osobowych, głównie na warszawskich rejestracjach, które zajmują cały plac pod remizą. Idąc w stronę granicy, stopniowo tracę zasięg telefoniczny polskiego operatora. Telefon łapie sygnał z Białorusi. Mijam kilka wozów transmisyjnych największych stacji telewizyjnych. Już z oddali widzę kolorowe namioty aktywistów, szpaler policyjnych samochodów oraz funkcjonariuszy, którzy blokują dojście do granicy. Około 200 metrów dalej można dostrzec wojskową ciężarówkę, jest kilka dużych namiotów policyjnych, oddziały funkcjonariuszy Straży Granicznej (SG) i wojska.

Fot. Funkcjonariusze policji oddzielają aktywistów od osób koczujących na granicy.

Bezpośrednio za nimi przebywa grupka 32 Afganek i Afgańczyków – tak identyfikuje ich Fundacja Ocalenie, która jest na miejscu od kilku tygodni. Ich obozowisko, w tym postrzępione namioty, widać wyraźnie przez lornetkę, jednak od czasu do czasu polskie służby celowo zasłaniają widok. W szkłach lornetki można dostrzec również białoruskich funkcjonariuszy, którzy stoją po przeciwnej stronie, zaledwie kilka metrów od uwięzionych ludzi. Całość wygląda surrealistycznie – uwięzieni ludzie i malownicze tło przyrody.

Fot. W tle widać policyjne namioty, obozowisko Afgańczyków i wojskowe ciężarówki.

Fot. Aktywiści obserwują sytuację uchodźców.

Zakaz patrzenia

W obozowisku Fundacji Ocalenie panuje poruszenie. Zgodnie ze słowami szefa MSW Mariusza Kamińskiego, do północy mają stąd zniknąć wszystkie osoby, które nie są zameldowane w powiecie. Zakazane będzie również utrwalanie obiektów i obszarów obejmujących infrastrukturę graniczną, w tym również wizerunków funkcjonariusz Straży Granicznej, policji i żołnierzy Wojska Polskiego. W praktyce oznacza to blokadę medialną.

Przy namiotach aktywistów spotykam posła Macieja Koniecznego z Razem, który przygotowuje się do wyjazdu do Warszawy. Na dzień później zaplanowana jest konferencja przed Sejmem na temat sytuacji na granicy. „Załapałeś się na wielki finał”, rzuca mi w krótkiej rozmowie. Aktywiści z Fundacji Ocalenie i wspierające ją na miejscu osoby nie mają pewności, czy stan wyjątkowy naprawdę zacznie obowiązywać. Przygotowują się do ewakuacji, ale jednocześnie chcą kontynuować normalną pracę.

Jej elementem jest kontakt z uwięzioną grupą. Tłumacz za pomocą megafonu pyta koczujące przy granicy osoby o stan zdrowia. Próbuje dowiedzieć się, czy otrzymali w ciągu ostatniej doby leki, wodę i jedzenie. Pytania formułowane są w taki sposób, żeby można było odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Czasem odpowiedzi docierają w postaci okrzyków, ale częściej przez podniesienie ręki („tak” – prawa, „nie” – lewa). Polskie służby zagłuszają niektóre z prób porozumiewania się poprzez włączenie syren lub silników.

Fot. Rozmowa przez megafon.

Dzień wcześniej na granicy byli przedstawiciele białoruskiego Czerwonego Krzyża, którzy dostarczyli niewielką ilość żywności i koce termiczne. Robi się coraz zimniej, brakuje leków, a kolejne osoby mają objawy przeziębienia. Z pozyskanych informacji wynika, że dwie osoby mają być w stanie ciężkim, w tym pani Gul, 52-latka, która od dłuższego czasu czuje się najgorzej. Wczoraj zemdlał chłopak, był nieprzytomny przez 20 minut. Brakuje suchych ubrań, jedzenia, a wszystkie namioty są uszkodzone. Do tego dochodzą problemy z dostępem do wody. Grupa musi ją pozyskiwać z pobliskiego strumienia, do którego eskortują ich białoruscy pogranicznicy. Informacje zapisuje w dzienniku przedstawicielka Fundacji Ocalenie.

Fot. Atif Khan, jeden z tłumaczy współpracujący z Fundacją Ocalenie.

W reakcji na raport dotyczący stanu zdrowia Afgańczyków i Afganek aktywiści decydują się na (kolejną) próbę udzielenia im pomocy medycznej. Sonia, lekarka z Warszawy, bierze swoją torbę medyczną i udaje się w kierunku drogi prowadzącej do obozowiska. Rozmawia z przedstawicielką SG, za którą stoi kilku innych funkcjonariuszy. Szybko gęstnieje za nimi oddział policji – wszyscy bez naszywek i z zasłoniętymi twarzami. Konwersacja przebiega w bardzo uprzejmym tonie, ale z góry widać, że wyprawa jest skazana na porażkę. Sonia podkreśla, że chce jedynie udzielić im pomocy, bo to jej obowiązek jako lekarza, a stan tych ludzi się pogarsza. Przekonuje, że równie dobrze mogą to być lekarze wojskowi lub policyjni, byleby ktokolwiek z wykształceniem medycznym udzielił im pomocy. W odpowiedzi słyszy, że nie ma takiej możliwości ani potrzeby, bo „stan tych ludzi nie jest wcale tak zły”.

Fot. Lekarka negocjuje możliwość udzielenia pomocy ze służbami.

„Dziękujemy”

Na miejscu są również posłanki Koalicji Obywatelskiej – Monika Rosa i Klaudia Jachira. Pomagają aktywistom w organizacji transportu. Na wieczornym zebraniu grupy zapada decyzja o opuszczeniu miejsca do północy. Ludzie pakują sprzęt i rozchodzą się do samochodów. W międzyczasie na miejsce zjeżdżają kolejne oddziały wojska i policji.

Fot. Narada Fundacji Ocalenie.

Fot. Wojskowa ciężarówka i oddział policji zmierzają w stronę obozowiska Afgańczyków.

Osoby przebywające na granicy zostały powiadomione o tym, że aktywiści i dziennikarze muszą opuścić Usnarz. O 22.30 ma miejsce ostatni kontakt przez megafon. Aktywiści zapewniają, że nie zostawią przybyszów samych i będą dalej walczyć o ich prawa. Na koniec słychać głośny okrzyk dobiegający z obozowiska. Jak wyjaśnia tłumacz, oznacza: „dziękujemy”.

Plac przed remizą pustoszeje, kolejne auta odjeżdżają w kierunku Warszawy, a przynajmniej poza obszar, który za kilkadziesiąt minut zostanie objęty stanem wyjątkowym. Jeszcze przed północą zatrzymał mnie patrol mundurowych rozstawiony na jednej z polnych dróg prowadzących do wsi. Miejscowość opuszczam z ostatnią grupą aktywistów, około godziny 23.45. Wyjeżdżając, mijamy tabliczkę z napisem „Obszar objęty stanem wyjątkowym”.

Fot. Wjazd do Usnarza Górnego.

W czasie przejazdu do kwatery mija północ, a na jednej z leśnych dróg napotykam kolejny patrol SG, który zatrzymał do kontroli srebrne auto. Funkcjonariusz każe mi się zatrzymać. „Musi pan trochę poczekać, bo sam pan widzi, kogo złapaliśmy. Czekamy na wsparcie” – mówi, wskazując jednocześnie latarką na dwie osoby o ciemniejszej karnacji, które siedziały w zatrzymanym pojeździe. Wyjaśniam, że jestem dziennikarzem i pytam, co się stanie z tymi ludźmi. To wywołuje poruszenie wśród oddziału, a do mojego samochodu szybko podchodzi osoba prawdopodobnie dowodząca całą akcją. Prosi o legitymację prasową, świeci po wnętrzu auta. Po chwili słyszę: „Najpierw dajcie odjechać panu redaktorowi. Wszystko będzie zgodnie z procedurami. A pana już tu nie powinno być… tylko bez żadnych zdjęć!”.

Strach przed wschodem 

Wśród okolicznych mieszkańców reakcje zarówno na sytuację na granicy, jak i decyzję o wprowadzeniu stanu wyjątkowego są bardzo zróżnicowane. Zdziwienia nie budzi zjawisko nielegalnej migracji, które występuje tutaj regularnie, a ewentualnie jego natężenie. Ludzie z Podlasia doskonale zdają sobie również sprawę, że ich region, a także cała Polska, niekoniecznie jest dla migrantów krajem, w którym chcieliby się osiedlić. „Uchodźcy nigdy nie byli tematem, przecież każdy szuka lepszego losu. Ci ludzie nic złego nam nie robią. Przekraczają granicę i idą dalej”, słyszę w jednej z relacji. „Źle się dzieje na świecie, to wtedy ludzi na granicy jest więcej”, dodaje rozmówca. „Teraz nas się straszy wojną, a tu są ludzie, którzy ją pamiętają i wiedzą, że to co innego”, mówi inna osoba.

Fot. Tablica z ogłoszeniami na rondzie w Krynkach.

Jednak pojawia się również zwykły strach, który podsyca rządowa propaganda. „Ja się po prostu boję. Dlatego cieszę się, że będzie ten stan wyjątkowy”, mówi kobieta, która wynajmuje pokoje turystom, kilkaset metrów od białoruskiej granicy. „Co by pan powiedział, jakby ktoś panu w środku nocy pukał w okno, a potem uciekał?”. Opowiada dalej: „Ta sytuacja nie trwa od dwóch tygodni, kiedy zjechały się tu wszystkie media i aktywiści, tylko od miesięcy. Ta grupka, która jest w Usnarzu Górnym, to nie problem, ale tutaj przez kilka tygodni codziennie przedzierały się nowe osoby, po które przyjeżdżały samochody na niemieckich rejestracjach. Prawie wszyscy, którzy tu mieszkają, ich widzieli. Ci ludzie z Warszawy chcą nas pouczać, mówić, jak mamy żyć i się zachowywać. Oni stąd za chwilę wyjadą, a ja tu żyję od urodzenia i będę żyć dalej. Ja bym każdą taką osobę, która skądś ucieka, nakarmiła, wykąpała i dała się wyspać. Ale potem bym zadzwoniła na Straż Graniczną. My też znamy tych chłopaków, którzy pracują na granicy, większość z nich to nasi sąsiedzi. Wiemy, że to dobrzy ludzie i oni po prostu dbają o nasze bezpieczeństwo, chronią nas przed Łukaszenką i całą resztą. Proszę mnie zrozumieć, my chcemy po prostu żyć spokojnie. A skoro to on ich sprowadził, to niech on się nimi zajmie”.

Patrząc szerzej, strach przed wschodem – czyli pośrednio przed białoruskim reżimem, a w rzeczywistości przed Kremlem – wydaje się istotnym czynnikiem, który kształtuje postawy części mieszkańców terenów przygranicznych. Potwierdza to Marcin Duma, szef IBRIS-u, który mówi mi, że „dla ludzi z Podlasia problemem jest to, że w Białoruś, a w domyśle Rosja, rozpoczęła działania przeciw Polsce, a to oni są na pierwszej linii. Z tego punktu widzenia wysyłanie wojska na granicę i wprowadzanie stanu wyjątkowego nie obsługuje tylko lęku przed migracją, ale wzmacnia poczucie bezpieczeństwa przed zagrożeniem ze wschodu. Militaryzacja regionu, który stanowi istotne zaplecze obozu władzy, jest manifestacją tego, że państwo będzie ich bronić. Narracja, w której wykorzystywany jest lęk przed muzułmanami i nielegalną migracją, jest skierowana w większym stopniu do pozostałej części kraju”.

To sugeruje, że PiS będzie wzmagało atmosferę strachu, dzięki czemu społeczeństwo będzie chętniej gromadzić się wokół władzy. W sondażu IBRIS-u dla Onetu ponad połowa respondentów pozytywnie oceniła działania rządu na granicy, a prawie 65 procent negatywnie odniosło się do postawy opozycji – o której pisaliśmy ostatnio wspólnie z Filipem Rudnikiem.

Z kolei podjętą przez niektórych aktywistów próbę zniszczenia ogrodzenia na granicy, którą sami zainteresowani przedstawiali jako „akt nieposłuszeństwa obywatelskiego”, negatywnie oceniło ponad 83 procent respondentów.

Stan wyjątkowy – Duda na meczu, Kaczyński na urlopie

Wprowadzenie pierwszego w historii III RP stanu wyjątkowego jest logiczne z perspektywy partyjnego interesu władzy. Jednak jego uzasadnienie budzi szereg zastrzeżeń. Zgodnie z prawem stan wyjątkowy powinno się wprowadzić tylko w przypadku zagrożenia wewnętrznego (którego w praktyce nie ma), kiedy wszystkie inne środki zostały już wykorzystane (a nie zostały), zaś rząd dalej nie radzi sobie z sytuacją (a radzi sobie). Decyzja kontrastuje z zapewnieniami władzy o tym, że sytuacja na granicy jest pod kontrolą i w żadnym wypadku nie wymyka się władzy z rąk. Co więcej, premier wysłał pograniczników na Łotwę i Litwę, aby wspomóc te państwa w kryzysie.

Rząd nie poprosił również Unii Europejskiej o pomoc, tak jak zrobiły to Litwa i Łotwa. PiS nie chce tego robić, bo funkcjonariusze unijnej agencji ochrony granic Frontex oprócz wsparcia sporządziliby raport o rzeczywistej sytuacji na granicy – a to mogłoby podważyć narrację prawicy o Polsce jako oblężonej twierdzy. Co więcej, rząd manipuluje twierdzeniem, że „odpowiedniki stanu wyjątkowego obowiązują już na Litwie i Łotwie”. Jest to część prawdy, bo w Polsce ograniczenia są najbardziej restrykcyjne, a w żadnym z tych krajów obecność mediów na terenach przygranicznych nie została odgórnie zakazana, chociaż na Litwie również dochodzi do protestów dziennikarzy.

Powagi nie dodaje fakt, że Jarosław Kaczyński, wicepremier do spraw bezpieczeństwa, był w ostatnim czasie nieobecny publicznie, zaś prezydent, od którego zależało wprowadzenie stanu wyjątkowego, nie pojawił się nawet na konferencji prasowej, na której ogłoszono publicznie rozporządzenie. Nie zabrakło go natomiast na meczu piłki nożnej Polski z Albanią. Powoduje to wrażenie, że działania władzy wymierzone są w pierwszej kolejności nie w Putina i Łukaszenkę, lecz we „wrogów” wewnętrznych PiS-u – niekorzystne sondaże, opozycję i niezależne media.

Zakaz relacjonowania sytuacji przy granicy uniemożliwia dokumentację naruszeń prawa przez polskie służby – które wielokrotnie bezprawnie wypychały migrantów z terenów RP, mimo że zwracali się o ochronę prawną w Polsce. Jak powiedziała mi Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, która przebywa obecnie niedaleko granicy, „stan wyjątkowy jest przede wszystkim wymierzony w nasze działania. „Widziałam jak Straż Graniczna nielegalnie wywozi osoby, który były już na terytorium Polski i chciały się ubiegać o ochronę międzynarodową, z powrotem na białoruską granicę. Skoro rząd zdecydował się na tak drastyczne środki, to mam jedynie nadzieję, że wykorzysta ten czas na realną pomoc tym ludziom i rozwiązanie kryzysu. To znaczy, bez blasku fleszy i ewentualnej negatywnej reakcji własnego elektoratu, który mógłby to uznać za słabość, wpuści tych ludzi, a następnie przyjmie i rozpatrzy ich wnioski. Trudno sobie wyobrazić, w jakim stanie będą ci ludzie za trzydzieści dni. Jak długo ta sytuacja jeszcze może trwać?”.

Nie grajmy w cyrku Łukaszenki

Jasne jest, że do zaistniałej sytuacji trzeba podejść poważnie. Białoruś organizuje transporty migrantów, a następnie wypycha ich na teren UE. Niepokój budzą rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe Zapad 2021, które rozpoczynają się 10 września, a udział w nich weźmie 200 tysięcy żołnierzy. Według informacji „Dziennika Gazety Prawnej” nie można wykluczyć akcji, w której wrogie wojska będą przenikać na teren Litwy. Bagatelizowanie tego zagrożenia byłoby nieodpowiedzialne.

Jeśli jednak takie zagrożenie istnieje, rząd w żaden sposób nie wyjaśnił tego sytuacji opinii publicznej ani nie porozumiał się z opozycją. Władza powinna to zrobić, ponieważ w innym razie powstaje wrażenie, że motywacją do wprowadzenia stanu wyjątkowego są przede wszystkim doraźne korzyści polityczne, a nie bezpieczeństwo państwa. A to oznaczałoby, że polską polityką można łatwo manipulować – każda zewnętrzna interwencja zostanie natychmiast wpisana w ramy rządowej propagandy i wykorzystana w wewnętrznym konflikcie. Łukaszenka mógł zorganizować ten cyrk, ale odpowiedzialność za granie w nim – podjęcie decyzji o wprowadzeniu stanu wyjątkowego w miejsce zwykłych mechanizmów działania państwa, wprowadzeniu zakazów medialnych oraz zaniechaniu konsultacji z opozycją – spada na PiS.

Zdążyć przed życiem… Wspomnienie o Włodzimierzu Borodzieju [1956–2021]

Prof. Włodzimierz Borodziej, Centrum Badań Historycznych PAN, Berlin 2018. Zdj. ze zbiorów Roberta Traby

 

Ance – „Rudej” i Norze

 

28 czerwca: „Brzmi atrakcyjnie. Chętnie widziałbym kilka stron z prehistorii: krótkie biografie Eckerta, Mertineita i Rhodego, Markiewicza i Wawrykowej. Na razie nie przychodzi mi do głowy trzecie nazwisko polskie, ale na pewno znajdziecie”. Tak pisał Włodzimierz Borodziej w ostatnim liście do mnie i Dominika Picka o pomyśle naszej książki o Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, której konspekt wysłałem dzień wcześniej. Zawsze reagował natychmiast. Nigdy nie zawodził. Później tylko telefonowaliśmy. Planowaliśmy jego udział w dyskusji 10 lipca. Nie w Brukseli, Berlinie czy Wiedniu tylko w mazurskim Ełku.

14 czerwca: „Zwariować łatwo. Mam coraz większe bóle kręgosłupa. Jakby innych brakowało…”. Krótkie dwa zdania były wyjątkowe. Nie pisał i nie mówił o sobie i swoich kłopotach. Słabnięcie fizyczne nadrabiał wzmożoną aktywnością i intensywną pracą. Włodzimierz Borodziej zmarł na ranem 11 lipca 2021 roku.

Problem? Spytaj Włodka, on na pewno będzie wiedział

Ostatnie trzy lata życia Włodka, bo tak najczęściej mówili do niego przyjaciele i dobrzy znajomi, było szaleńcze. Nie gonił życia. On je wyprzedzał w tempie, za którym chyba nikt nie nadążał. Zanim przyszła pandemia, jeździł po Europie z wykładami, konsultacjami, prywatnie z Anką odbył trzytygodniową podróż wzdłuż Ameryki Łacińskiej. Potem, obok zajęć zdalnych ze studentami i doktorantami, uczestniczył (i sam organizował) w niezliczonej liczbie kolokwiów, seminariów, konferencji online. W ostatnich miesiącach, wspólnie ze swoimi doktorantkami, Izą Mrzygłód i Joanną Urbanek, stworzył prywatny salon dyskusyjny, bez akademickich reguł, za to w aurze najlepszych intelektualnych debat. I ciągle pisał, komentował, recenzował. Skończył książkę o Ameryce Łacińskiej. Nie skończył autobiografii…

O autorze, pisarzu czy naukowcu świadczą dzieła. Tak zapewne będzie w przyszłości w przypadku profesora Włodzimierza Borodzieja. Dziś świadczą o nim jednak nie tylko publikacje. Stworzył wokół siebie grono uczniów, szeroki krąg koleżanek i kolegów, często rówieśników bądź nawet starszych od siebie, dla których był niezrównanym doradcą, konsultantem, autorytetem.

„– Problem? – Spytaj Włodka, on na pewno będzie wiedział”. Rzadko nie wiedział. Zawsze próbował pomóc.

Dialogi polsko-niemieckie

Włodzimierz Borodziej najbardziej związał się instytucjonalnie ze swoją alma mater – Uniwersytetem Warszawskim, gdzie zatrudniony był od 1979 roku, gdzie piastował funkcję prorektora (1999–2002) i gdzie przede wszystkim kształcił studentów i doktorantów. To była jego pasja i świętość zarazem w harmonogramie obowiązków. Na drugim miejscu był zapewne Imre Kertész Kolleg w Jenie, który współtworzył z Joachimem von Puttkamerem i związał się z nim na sześć lat (2010–2016) jako dyrektor. Szczęście miały również inne instytucje, którym towarzyszył jako przewodniczący rad naukowych bądź aktywny ich członek, nigdy pozorny, zawsze współkreujący, na przykład oblicze wystaw Domu Historii Europejskiej w Brukseli, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku czy działalność Centrum Badań Historycznych PAN (CBH PAN) w Berlinie. Z każdą z nich wiąże się jakaś opowieść o Włodzimierzu Borodzieju i znaczący stygmat jego intelektualnej osobowości.

W CBH PAN, którym kierowałem ponad 12 lat, odegrał – obok Władysława Bartoszewskiego i Ireny Lipowicz – rolę współtwórcy. Niełatwo było po raz pierwszy, ponad dwadzieścia lat od poznania (w 1986 roku) przejść z pozycji przyjacielskich na partnersko-służbowe tym bardziej, że berlińska placówka była nie tylko nowatorskim przedsięwzięciem naukowym, lecz również gorącym kartoflem politycznym, której byt i profil, odległy od preferowanego przez kierownictwo PAN schematu stacji naukowej, rodziły się w niełatwych czasach 2005–2007. Politycznie byliśmy zgodni. W Berlinie ma powstać nowy, silny polski instytut naukowy, który nie będzie uprawiał misji na zasadzie „my wam pokażemy prawdziwą historię”, tylko dzięki swojemu potencjałowi intelektualno-kreatorskiemu stanie się ważnym partnerem w dialogu polsko-niemieckim. Rzecz dość oczywista, ale nie w czasach, gdy nowa zagraniczna polityka historyczna sterowana była w stronę konfrontacji, a na wewnętrzny użytek koncentrowała się na odgrzewaniu stereotypu „Niemca wiecznego wroga”. Dzięki zdolnościom negocjacyjnym i szerokim kontaktom Włodzimierz Borodziej stworzył dla CBH PAN na tyle przyjazną otulinę polityczną, że w efekcie, po prawie trzech miesiącach, polski MSZ w osobie ówczesnego wiceministra Pawła Kowala dał swój placet pod decyzją prezesa PAN o powołaniu CBH PAN. Po czterech latach funkcję przewodniczącej rady przejęła poznańska historyczka Anna Wolff-Powęska, a Włodzimierz Borodziej jako dyrektor ośrodka w Jenie, w CBH stał się „tylko” jednym ze 117 autorów „Polsko-niemieckich miejsc pamięci” – największego polsko-niemieckiego projektu naukowego, zakończonego publikacją dziewięciotomowej serii. Wyszedł z roli przewodniczącego i mimo że często współpracowaliśmy, nigdy nie próbował doradzać… chyba że go o to poprosiłem. Niby zwykła przyzwoitość, a jakże rzadka w praktyce życia publicznego. Jego artykuł „Wersal & Jałta i Poczdam. Jak problem polsko-niemiecki zmienił historię powszechną” stał się klasykiem przetłumaczonym na kilka języków. Był kwintesencją jego pisania: błyskotliwego, trafiającego w punkt, czasami z dozą ironicznego dystansu.

Najdłużej, obok Uniwersytetu Warszawskiego, związał się ze Wspólną Polsko-Niemiecką Komisją Podręcznikową Historyków i Geografów. Był jej sekretarzem od 1983 roku i współprzewodniczącym w latach 1997–2007. Duży dorobek wydawniczy (publikacje monograficzne i zalecenia dydaktyczne) oraz dialogiczna, partnerska formuła działalności Komisji właśnie jemu zawdzięczają swój sukces. Gdy w 2007 roku przekazywał mi funkcję przewodniczącego, poczułem po raz pierwszy brzemię odpowiedzialności za kontynuację dorobku kilkudziesięciu starszych koleżanek i kolegów, a jednocześnie potrzebę zmiany, która nie zakładała radykalnych działań, lecz rozwinięcie i wzbogacenie dorobku poprzedników. Tym razem było trochę inaczej niż z placówką berlińską. Przestrzeń kierowania Komisją była moja, ale Włodek nigdy nie opuścił Komisji. Potrafił znaleźć się w cieniu i zawsze gotowy był do współpracy, ale nigdy do narzucania swojej decyzji z racji dorobku i autorytetu, jakim się cieszył.

Zawód: historyk

Włodzimierz Borodziej był wszechstronnym historykiem. Cenił słowo i nie lubił się rozpisywać. Miał styl skondensowany, precyzyjny, do bólu analityczny, ale jednocześnie wciągający czytelnika w jego płynną, elokwentną narrację. Widać jak na przestrzeni lat zmieniał sposób swojego pisania. Szybko wyszedł z ram akademickiej formy, bo już w 1985 roku opublikował w wydawnictwie „Pax” doktorat („Terror i polityka. Policja niemiecka a polski ruch oporu w GG 1939–1944”), a pięć lat później habilitację, wydaną w londyńskim „Aneksie”: „Od Poczdamu do Szklarskiej Poręby. Polska w stosunkach międzynarodowych 1945–1947”. Prace ważne, znaczące w historiografii (szczególnie doktorat), ale utrzymane w konwencji akademickiej. W wieku 34 lat był wolny od konieczności pokonywania kolejnych progów akademickiej kariery! Później, jeżeli nie pisał artykułów do naukowych kwartalników, coraz bardziej uwalniał swoje talenty narratorskie, zmierzał w kierunku eseju naukowego, w którym rozwijał refleksyjność, stawiał zaskakujące pytania, zmuszając czytelnika do spojrzenia z zupełnie nowej perspektywy. Zawsze jednak zachowywał precyzyjność i szlachetność stylu.

W takim duchu opublikował szkic „Co by było, gdyby Polacy wygrali powstanie warszawskie w 1944 roku?” w tomie „Gdyby… całkiem inna historia Polski. Historia kontrfaktyczna” [2009]. Ale apogeum osiągnął w dwutomowym dziele napisanym wspólnie z Maciejem Górnym „Nasza wojna” [tom I: „Imperia 1912–1916” oraz tom II: „Narody 1917–1923”, W.A.B., Warszawa 2014, 2018]. Długo się przymierzał do tej pracy, szukał partnera, którym okazał się w końcu „uczeń, który przerósł mistrza” – jak sam wyrażał się o młodszym o generację Macieju Górnym. Potem jeszcze w kooperacji z socjologiem Piotrem T. Kwiatkowskim dopisali epilog pierwszej wojny światowej „11.11.1918. Niepodległość i pamięć w Europie Środkowej”, wydany przez krakowskie Międzynarodowe Centrum Kultury w 2018 roku. W ten sposób Włodzimierz Borodziej zakończył jedną z ciekawszych przygód naukowego życia, która go fascynowała od ponad dekady, gdy na początku XXI wieku skończył badania nad drugą wojną światową.

Tym finałem finałów badań nad drugą wojną światową było czterotomowe wydawnictwo źródłowe po polsku i niemiecku „Niemcy w Polsce 1945–1950. Wybór dokumentów”, t. I–III, Warszawa 2000–2001 [„Unsere Heimat ist uns ein fremdes Land geworden… . Die Deutschen östlich von Oder und Neiße 1945–1950. Dokumente aus polnischen Archiven”, t. I–IV, Marburg 2000–2004]. Nie znam historyka, który zajmując się badaniami, pisząc własne książki, organizując naukę, zarazem byłby edytorem źródeł na taką skalę, jak robił to Włodzimierz Borodziej. W 2005 roku z dumą ogłosił, że został redaktorem serii „Polskie dokumenty dyplomatyczne”, wydawanej przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. W sumie wydał 25 tomów oryginalnych dokumentów oraz zbiorcze wersje angielskie dotyczące drugiej wojny. Był do tej pracy przygotowany, jak mało kto. Rok przed objęciem funkcji redaktora zakończył z Andrzejem Garlickim edycję czterech tomów „Okrągły Stół. Dokumenty i materiały”. Edycje źródeł były dla niego, jak sam mawiał, warsztatem i nauką pokory badacza, który w konfrontacji z zapisem sprzed lat musi wykazać się ogromną wiedzą, cierpliwością i wrażliwością, pozwalającymi kontekstualizować minione wydarzenia w oderwaniu od współczesnych poglądów i sympatii politycznych. Dlatego między innymi tak krytycznie odnosił się do zalewu propagandowych publikacji rodem z Instytutu Pamięci Narodowej, które w dużej części stworzyły ze źródeł fetysz zawodu historyka, często sprowadzany do politycznego wyroku, a nie rzetelnej analizy historycznej.

W Polsce jest prawie nieznany międzynarodowy wymiar znaczenia dorobku i pozycji naukowej Włodzimierza Borodzieja. Pisał głównie po niemiecku, z czasem również po angielsku i w takim europejsko-globalnym wymiarze czuł się znakomicie. Stał się partnerem, przyjacielem i autorytetem na zasadzie primus inter pares dla takich historyków, jak Timothy Garton Ash, Timothy Snyder, Ulrich Herbert, Volkhard Knigge, Michael G. Müller, Hans Henning Hahn, Norbert Frei, Philipp Ther, Jochen Böhler czy ze starszej generacji Hans Lemberg i Dietrich Geyer. Również w Austrii i Niemczech miał grono uczniów, studentów i doktorantów. Oprócz setek artykułów, komentarzy i wywiadów, jego pozycję ugruntowały dwie książki monograficzne, o powstaniu warszawskim i historii Polski w XX wieku. „Geschichte Polens im 20. Jahrhundert” [„Historia Polski w XX wieku”, 2010], wydana w renomowanym wydawnictwie monachijskiego Becka, jest do dzisiaj najlepiej sprzedającą się za granicą książką naukową polskiego autora.

Etyka naukowa i ludzka życzliwość

Włodek chronił swoją prywatność. Zdarzało się czasem, że otwierał się w gronie najbliższych przyjaciół. Zawsze zdawkowo, jakby nie chciał bądź nie mógł wejść w wewnętrzny dialog z sobą samym. Dawał sygnały, ale krył przed sobą jakąś osobistą tajemnicę. Przykrywał ją żartem bądź autoironią.

Nie wracał do przeszłości. Jakby wystarczało mu jej badanie, ale poza światem własnych, rodzinnych doświadczeń. Kiedyś pokłóciliśmy się o żałobę. Twierdziłem, że nasze pokolenie nie chce, nie może, nie umie sobie poradzić z przekazem wojennej traumy rodziców. Nie umie w sobie przerobić żałoby. W pierwszym odruchu zdecydowanie zaprotestował. Później z jego własnej inspiracji dwukrotnie wracaliśmy do tematu. Nie udało się jednak wyjść poza nowe pytania i ogólnikowe odpowiedzi. Nie byłem wówczas na tyle dociekliwy, nie będę teraz psychologizował.

W pamięci odblokowują się zupełnie inne obrazy, które przywołują i dopełniają mało znaną stronę osobowości Włodka. Jako dyżurni opiekunowie wyjeżdżaliśmy rodzinnie na Mazury i Kaszuby. Nora, Krzysiek, Tereska, Aleksander i jeszcze dwójka ich koleżanek i kolegów. Dwa tygodnie istnego szaleństwa! Szóstka dzieci i my jako zmieniający się opiekunowie. Pomysł Włodka. Na koniec wychodziło, że właśnie on umie sobie najlepiej poradzić w tej grupie, a oni go najbardziej lubią.

Nie zdziwiłbym się, gdyby w gronie przyjaciół każdy był depozytariuszem jakiegoś nieznanego i niedopowiedzianego fragmentu jego życiorysu. Dziś została pustka, a przecież to on nas inspirował, dodawał sił, zachęcał do niekonwencjonalnych działań. Rację ma Anita Majewska: „Włodek był naukowcem, ale patrzył w okolice serca i potrafił dostrzec to, co ważne”. Na szczęście pozostały dzieła i ludzie różnych pokoleń, dla których Włodzimierz Borodziej będzie wskazywał, czym jest rzetelność, etyka naukowa i wzajemna ludzka życzliwość.

 

16 lipca 2021 roku

Z Podlasia do Dubaju. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem

Znakomity współczesny malarz europejski trafił w lecie tego roku do hali fabrycznej w Bielsku Podlaskim. Tu w Fabryce Domów Modułowych Unihouse SA stworzył dzieło niezwykłe. Tym twórcą jest profesor Leon Tarasewicz, artysta związany z Podlasiem, a właściwie, jak sam powiada – z ziemiami dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przez dwa sierpniowe tygodnie Mistrz tworzył pracę wielkich rozmiarów o powierzchni 46 metrów kwadratowych. Dzieło to będzie zdobiło polski pawilon na Expo 2020 w Dubaju. Ze względu na pandemię covid-19, Expo 2020 w Dubaju zostało przełożone o rok i odbędzie się między 1 października 2021 roku a 31 marca 2022 roku pod hasłem: „Connecting Minds, Creating the Future” – „Łącząc umysły, tworzymy przyszłość”.

Podczas pierwszej prezentacji dzieła, jeszcze w fabrycznej hali, profesor Tarasewicz wyjaśniał: „Ukazuje ono las i grę świateł w różnych okresach. Pamiętajmy, że to będzie część pawilonu polskiego w Dubaju i w takim wypadku, jak się projektuje do tego pracę, to z jednej strony powinna być ona samodzielna, a z drugiej wiadomo, że będzie tłem dla innych obiektów i gablot, które tam są zaprojektowane. Mnie pozostało zrobienie syntezy czterech pór roku, lasu współgrającego w różny sposób z energią światła, aby mogło to funkcjonować jako część całej tej ekspozycji”.

Motywem przewodnim wystawy światowej w Dubaju jest zrównoważony rozwój. Realizacja tej idei okazuje się w dobie pandemii i pierwszych zwiastunów ekologicznej katastrofy prawdziwym wyzwaniem. Odpowiedzią na to wyzwanie jest zaproponowana przez województwo podlaskie wizja Xylopolis – miasta przyszłości, opartego na organicznej symbiozie natury i technologii. Dzieło Tarasewicza znakomicie wpisuje się w tę wizję. Jest jednocześnie artystyczną wizją środowiska naturalnego Podlasia, z jego polami, łąkami, bagnami i przede wszystkim lasami. Mistrz od lat podkreśla, że czerpie swoje abstrakcyjne inspiracje z miarowości leśnych pejzaży, rytmiki polnych bruzd, a nawet geometrii ptasich lotów, słowem z krajobrazów, które ogląda na co dzień w swych rodzinnych Waliłach.

Waliły – niewielka wieś na Podlasiu nie jest z pewnością centrum świata dla wszystkich. Położona kilkanaście kilometrów od drogi łączącej Białystok z granicą białoruską jest jedną z dziesiątek podlaskich wiosek. Wabiących ciszą, spokojem, resztkami starej wiejskiej zabudowy, a także głosem dzwonów wzywających na modlitwy do drewnianych cerkwi. Wiosek otoczonych wciąż jeszcze nie w pełni zdewastowanym środowiskiem naturalnym. Można tu usłyszeć klangor żurawi, klekot bocianów, nierozpoznane przez laika głosy dziesiątków innych ptaków.

Ale dla Leona Tarasewicza, profesora warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, jednego z najwybitniejszych współczesnych malarzy europejskich Waliły są właśnie centrum świata. Świadomie określiłem profesora Tarasewicza mianem malarza europejskiego, a nie polskiego czy białoruskiego. Artysta jest Białorusinem mieszkającym w Polsce. Niemniej, jego twórczość skłania do dostrzeżenia w nim artysty o wymiarze europejskim, czy raczej światowym – jego dzieła znane są na całym świecie, nie można ich zamknąć wyłącznie w wymiarze polskości czy białoruskości. Nie oznacza to, że Leon Tarasewicz nie czuje swych związków z białoruskim rodowodem, z dziedzictwem Wielkiego Księstwa Litewskiego, a szerzej z dziedzictwem Rzeczpospolitej Obojga Narodów. To właśnie chęć rozmowy o relacji łączącej artystę z rodzinnymi, czy narodowymi korzeniami z jednej strony i europejskością – czy raczej: uniwersalizmem – jego twórczych dokonań z drugiej, przywiodła mnie któregoś dnia do Walił.

Mistrz mieszka w pokaźnych rozmiarów domostwie, które było w okresie międzywojennym wiejską szkołą. W budowli tej najbardziej imponująca jest wysokość pomieszczeń. Jest czym oddychać. Jest miejsce na malarską pracownię. Dom Tarasewicza otacza niemałych rozmiarów ogród, jego częścią jest wybieg dla setek kur ozdobnych. Bo Leon Tarasewicz jest miłośnikiem drobiu ozdobnego, napisał nawet na ten temat książkę. Krytycy piszący o jego dziełach malarskich skłonni są widzieć w kolorystyce prac artysty inspiracje płynące z obserwacji barwnego upierzenia owego ozdobnego drobiu, który jest istotnym elementem domostwa malarza z Walił.

Profesor Tarasewicz przyjął mnie i towarzyszącą mi Elżbietę Dziuk, fotografkę, w pomieszczeniu wypełnionym kilkunastoma klatkami dla ptaków, których mowa towarzyszyła nam podczas trwającej ponad trzy godziny rozmowy.

Artyści są zawsze o krok przed współczesnością. Dlatego sztuka bywała i jest współcześnie tak znienawidzona przez polityków. Ci politycy niestety nie wiedzą, że to właśnie artyści wyznaczają drogi ku przyszłości, a nie odwrotnie. Tylko że pycha polityków jest trudna do opanowania.

Leon Tarasewicz

Krzysztof Renik: Panie profesorze, co sprawia, że nie opuszcza pan Walił, że ta niewielka wieś jest dla pana tak ważna?

Leon Tarasewicz: Jako urodzony tutaj, na tych terenach, to wybierać nie za bardzo miałem jak. Tarasewicze są tutaj co najmniej od czasów, w których zjechali tu i Chodkiewicze. A ze wsi Waliły pochodził Kondrat Tarasewicz. To jest rok 1640. Z boku wydaje się, że to jest takie nieznaczące miejsce na prowincji, a w rzeczywistości to miejsce ma swoją wielką historię. Niedaleki Gródek to jest miejsce związane z dwoma największymi rodami Wielkiego Księstwa Litewskiego. To z Gródka wywodził się ród Chodkiewiczów, to w Gródku tkwią korzenie Uniwersytetu Wileńskiego, to z Gródkiem wiąże się zwycięstwo pod Kircholmem. Tu powstała w roku 1498 pierwsza świątynia świętego Jana Złotoustego, a po dwóch latach klasztor w Supraślu, który był jednym z najważniejszych ośrodków intelektualnych Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dzisiaj to miejsce wygląda ubogo, ale ma swoją wielką historię.

Czy ta wielka historia jest twórcy, jest malarzowi potrzebna?

Jest podstawowa, jeżeli nie mówimy o malarzach naiwnych. Malarze, a szerzej artyści, to są ludzie, którzy kształtują współczesność, którzy budują współczesną myśl. To sztuka wyprzedza współczesną kulturę i to ona wytwarza nowe myśli, tworzy nowe idee. Nie znając przeszłości, nigdy nie zbuduje się przyszłości.

Sądzi pan, że intuicje artystów są ważniejsze dla rozwoju cywilizacji aniżeli dociekania badaczy, że to dzięki intuicjom artystów kultura się rozwija?

Wie pan, artyści są bardzo podobni do naukowców, którzy w swej pracy przekraczają progi, za którymi kryje się nieznane. To samo robią artyści, używając środków i narzędzi artystycznych. Prawdę mówiąc, artystom dobrze się rozmawia z matematykami czy fizykami, a szerzej z naukowcami. Artyści są zawsze o krok przed współczesnością. Dlatego sztuka bywała i jest współcześnie tak znienawidzona przez polityków. Ci politycy niestety nie wiedzą, że to właśnie artyści wyznaczają drogi ku przyszłości, a nie odwrotnie. Tylko że pycha polityków jest trudna do opanowania.

Zwykle tworzymy opozycję: z jednej strony intuicja, z drugiej rozum. Z pana słów rozumiem, że to jednak intuicja wyprzedza rozum?

Tak, ale jak pan prześledzi historię sztuki, to zauważy pan, że wszelkie idee miały swe podwaliny we wspólnej pracy. Rozwój jest możliwy tylko wtedy, gdy wraz z intuicjami rozwija się także intelekt. A malarstwo jest częścią rozwoju intelektu.

Niemal w każdym kraju artyści są dwu-, a nawet trójkulturowi. Dzięki temu są kołem zamachowym społeczeństwa. To co robiono na naszych terenach, to były najwyższe osiągnięcia sztuki współczesnej. […] Gdyby zabrać ze sztuki polskiej artystów, którzy nie są Polakami, to smutno by historia tej sztuki wyglądała.

Leon Tarasewicz

Jest pan Białorusinem mieszkającym w Polsce. Jest pan przywiązany do białoruskiej tradycji, a jednocześnie jest pan twórcą o wymiarze europejskim i światowym. Jak pan godzi to przywiązanie do lokalności ze światowym wymiarem swojej twórczości?

Moja sytuacja jest taka, jaka jest, bo tak się ułożyły losy tej ziemi. Człowiek jest zawsze częścią pewnej zbiorowości. W moim wariancie jest to zbiorowość Białorusinów. Poza tym mam to szczęście mieszkać na terenie, na którym jest i wielka historia, i rodzina, i język, i kultura razem z wyznaniem tak kontrastującym z katolicyzmem. To wszystko pozwala mi żyć w miejscu, w którym nie czuję się sierotą. Dla mnie zamieszkanie w takim kolonialnym Białymstoku byłoby trudniejsze, a w Warszawie czuję się tak, jak Polacy w Paryżu, gdy nie mieli swego państwa. Gdy w Warszawie opowiadałem o Białorusi, to zwykle widziałem w oczach rozmówcy ślady niewiedzy. I to wyglądało tak samo, gdy o Polsce jakiś emigrant opowiadał w Paryżu Francuzowi, który o Polsce mało co wiedział. Gdyby nie wojna, pewnie bym kończył Akademię w Wilnie i mój świat wyglądałby inaczej. Przed wojną myśmy z Warszawą nie mieli nic wspólnego. Dla nas centrum intelektualnym było wówczas Wilno.

Sądzi pan, że rzeczywiście istnieje w Polsce tak ogromna niewiedza na temat Białorusi, Białorusinów, także na temat mniejszości narodowych żyjących w kraju nad Wisłą?

Polacy nic nie wiedzą o Białorusi. Tylko mała grupka intelektualistów ma jakąś wiedzę na ten temat. Zresztą też niepełną, mimo że tak wielki człowiek jak Jerzy Giedroyć próbował im coś tłumaczyć.

Jak czuje się artysta światowej sławy, mieszkając w takiej osadzie jak Waliły? Czy środowisko lokalne jest przyjazne artyście i jego twórczym poszukiwaniom?

Takie samo pytanie może zadać ktoś z Nowego Jorku Polakowi z Warszawy. Jak ten Polak-artysta może mieszkać w Warszawie? Tutaj w Waliłach stworzyłem świat, który nie jest taki mały. Mieszkam na obszarze Wielkiego Księstwa Litewskiego, z wielką przeszłością. Historia jest tu oparta o jeden z największych domów europejskich, czyli Jagiellonów; historia jest tu oparta także o Chodkiewiczów. Mieszkam na szlaku łączącym Wilno, poprzez Grodno, Gródek, Bielsk, Lublin, Sandomierz z Krakowem. A dalej przez Bramę Morawską z Pragą. Mieszkam na ziemi, na której powstała w 1498 roku pierwsza świątynia chrześcijańska – zaznaczam, że Białegostoku wówczas jeszcze nie było. Na tych ziemiach w roku 1568 wydrukowana została pierwsza książka – Ewangelia Zabłudowska. Poza tym twórcy, pisarze, poeci tutejsi. Ściepan Petelskiarou drukował w „Naszej Niwie” od 1809 roku wiersze. To jeden z filarów białoruskiej poezji. Przyjaźniłem się przez las z Sokratem Janowiczem, a dziś prowadzę Fundację „Willa Sokrates”. Trzy kilometry stąd wychował się Ignacy Karpowicz, współczesny pisarz, który w dzieciństwie nie rozmawiał po polsku, bo babcia Niutka raczej po polsku nie rozmawiała w Słuczance. A babcia Niutka to jest dla mojego taty ciocia z Tarasewiczów.

To dziedzictwo przeszłości. Pańska prognoza dla tej ziemi na przyszłość?

Dziś młodzi z tych ziem będą się coraz bardziej rozwijać. Dopiero w tej chwili z tych obszarów, z Białostocczyzny wyjdzie rzesza twórców. Dopiero w tej chwili wyrastać tu będzie czwarte pokolenie, czyli pokolenie najbardziej kreatywne. Pokolenie artystów, twórców. Los tak sprawił, że inteligencję nam historia zabrała i po wojnie znowu zaczynaliśmy z pozycji chłopów i robotników. W wielu miejscach tak było i los Polski też nie był łatwy. Przypomnę panu taką chwilę, gdy w latach dziewięćdziesiątych siedzieliśmy z Romanem Opałką, wybitnym malarzem, który mieszka we Francji, a rodzina jego jest z Polski. Tak siedzimy z Romanem, pijemy białe wino w Korei, reprezentując znowu jako artyści sztukę polską za granicą. Mówię do niego: „Roman, co ty odpowiadasz, gdy ktoś zadaje ci pytanie, czy ty jesteś Polakiem, czy Francuzem?”. Roman myśli, myśli, wreszcie mówi: „Wiesz, nikt nigdy nie zadał mi takiego pytania”.

A panu ktoś zadaje takie pytanie?

W Polsce nikt nie pyta artysty mieszkającego w Polsce, jakiego on jest pochodzenia. A do mnie już się tak przyczepili, że nie mogą się odczepić od tej białoruskości. Tyle tylko, że niemal w każdym kraju artyści są dwu-, a nawet trójkulturowi. Dzięki temu są kołem zamachowym społeczeństwa. To co robiono na naszych terenach, to były najwyższe osiągnięcia sztuki współczesnej. Myślę o czasach Kazimierza Malewicza, Marca Chagalla, czyli Mojszy Chackielewicza Szahałau, czy El Lissitzkiego. To właśnie szkoła Unovis, która była w Witebsku, dała początek innym szkołom na Zachodzie. Chociażby szkole Bauhaus. Przecież cała sztuka współczesna bazuje na tamtych osiągnięciach. Ludzie, którzy kiedyś stąd wyjechali, nie mogli rozwinąć swego intelektu, swych talentów w tutejszych warunkach cywilizacyjnych, ale stworzyli fundament pod sztukę współczesną. Mówię tu o Marku Rotkowiczu, znanym później jako Marc Rothko, który jest z Dźwińska, z Łomży wyjechała rodzina Barucha Newmana, znanego po latach, jako Barnett Newman, z Brześcia wyjechał Jan Lebenstein. W Polsce mało kto wie, że Andrzej Wróblewski nie jest człowiekiem z Krakowa, ale jest naszym, porządnym Żydem z Wilna. Gdyby zabrać ze sztuki polskiej artystów, którzy nie są Polakami, to smutno by historia tej sztuki wyglądała.

Wieś to jest konserwatyzm w najczystszej formie. Wieś dąży do naśladowania czegoś, co jest lepsze. A jak artysta chce im to wszystko zburzyć, to normalną reakcją takich ludzi jest obrona.

Leon Tarasewicz

Mówi pan o tej białoruskości z pewnym wyrzutem, ale przecież pan sam często podkreśla – jestem Białorusinem. Czy to białoruskie pochodzenie odciska piętno na pańskiej twórczości, innymi słowy, czy białoruskość jest dla pana inspiracją?

Murarz muruje, malarz maluje – nie do mnie to pytanie. Ciężko być recenzentem siebie samego. Po latach można co najwyżej wspominać, jak wyglądało moje dzieciństwo, gdzie jeździłem, z kim się spotykałem. Niedawno wyszła książka pani Andy Rottenberg i tam jest o mnie esej. Anda, jako historyk sztuki, odpowiada tam na takie pytania.

To w takim razie spróbujmy i w tej rozmowie przywołać przeszłość. Jak narodziła się pasja malarska, pasja do sztuki?

Wydaje mi się, że tak jak w przypadku twórców z małych ośrodków, była to reakcja na alienację. Jest to rodzaj wypowiedzi, która pozwala w konserwatywnym środowisku na normalne oddychanie. W tych środowiskach rysowanie czy malowanie zawsze było na marginesie. Tak było w przeszłości, tak jest i dzisiaj. Dlatego rysowałem i malowałem dla siebie, gdzieś na uboczu, w ukryciu przed wzrokiem kolegów. Inaczej musiałbym pić wino, palić papierosy i kraść jabłka po ogrodach. Tak jest i w dziś. Wieś to jest konserwatyzm w najczystszej formie. Wieś dąży do naśladowania czegoś, co jest lepsze. A jak artysta chce im to wszystko zburzyć, to normalną reakcją takich ludzi jest obrona.

Kiedyś powiedział pan, że aby mieć na wsi spokój, trzeba wyrobić sobie opinię wariata. Rzeczywiście?

Tak, tylko że trzeba to rozszerzyć także na inne środowiska. Bo jak określano niegdyś Michała Anioła? Gdyby nie papież Innocenty, to traktowano by go jako zupełnego wariata. Jak traktowano innych artystów? Wielu z nich musiało emigrować do większych centrów kultury i intelektu. Przecież ja, mieszkając tu w Waliłach, kończyłem Akademię w Warszawie, bo w Białymstoku nie ma Akademii Sztuk Pięknych i jeszcze długo nie będzie. Natomiast jeżeli ja zajmuję się zmianą czegoś, co współcześnie uznane jest za wartość, to nigdy środowisko wiejskie tego nie zrozumie. Z całym szacunkiem dla chłopów, poświęciłem im kawał swego życia, ale oni cały czas naśladują. Przecież strój ludowy jest zbieraniną elementów, które chłop naśladował, obserwując dwór. Identycznie jest z architekturą. Najczęściej chłopi budują takie domy, jakie miał ich pan. Oczywiście, na ile potrafią to zrobić. Za moich czasów na wsi budowano werandy. Bo i we dworze były werandy. Tylko na wsi nikt na tych werandach nie pił kawy czy herbaty. One stawały się graciarniami, kolejnym pomieszczeniem na rzeczy niepotrzebne. Identycznie jak balkony, które miały służyć do patrzenia na świat, a na przykład na Białorusi lub Ukrainie zostały zabudowane, by tworzyć jeszcze jedno pomieszczenie na zbędne rzeczy.

Podczas tej rozmowy cały czas towarzyszą nam głosy ptaków, ozdobnego drobiu, którego hodowla jest pańską pasją. Twórca, artysta i drób ozdobny – zaskakujące zestawienie.

Jakoś tak zostało z dzieciństwa. Zawsze interesowałem się ptakami, bo były to zwierzęta mające w sobie najwięcej tajemnicy. Ich lot wydawał się tajemniczy. Od podstawówki miałem gołębie. Pamiętam, jak moja matka zareagowała na moje zamiłowanie do gołębi. Krzyczała, że będę pijakiem, złodziejem i nic ze mnie dobrego nie wyrośnie. Później zajmowałem się ornitologią. Wielu obecnych dyrektorów ogrodów zoologicznych czy organizacji zajmujących się przyrodą to są moim dawni koledzy, z którymi liczyliśmy jajka na Wiśle. Potem, gdy praca zawodowa sprawiła, że nie mogłem zajmować się już ornitologią, to miałem tu w Waliłach kolekcję bażantów z całego świata. Wreszcie w 1987 roku zobaczyłem na wystawie w Lipsku trzydzieści osiem tysięcy kur. Uświadomiłem sobie wówczas, jak jesteśmy cywilizacyjnie zacofani. Przywiozłem wtedy kilkanaście kur czubatek i zaczęliśmy tworzyć Klub „Gallus”. Dwa razy do roku jeżdżę na międzynarodowe zjazdy hodowców. I tak już zostało, że oprócz zawodowej pracy malarskiej zajmuję się także hodowlą kur. Kształty tych ptaków pochodzących z całego świata są dla artysty inspirujące.

Czym jest pędzel? To jest przedłużenie ręki. Obrazy na płótnie mają historię bardzo krótką. Cóż to jest pięćset lat… Przecież płótna pojawiły się wtedy, gdy okazało się, że w Wenecji jest za mokro, by malować bezpośrednio na ścianach.

Leon Tarasewicz

Anda Rottenberg napisała, że inspiracją dla kolorystyki pańskich dzieł jest lub może być barwne upierzenie hodowanych przez pana kur ozdobnych.

Anda Rottenberg ma wielki potencjał intelektualny i mało jest takich ludzi w Polsce. Jednak jeżeli chodzi o hodowlę kur i tworzenie się kolorów w przyrodzie, to Anda mało co wie. Kolorystyka kur nie jest duża. Jest ona robiona poprzez dwa pigmenty – od żółci po brąz i od szarości do czerni. Jeżeli pojawiają się inne kolory – połyskujące zielenie lub fiolety, to jest to efekt światła załamującego się na piórach, w strukturze pióra. Ale nie to jest najciekawsze w tej całej sprawie. W kurach widoczna jest bowiem cała cywilizacja ludzka. Jak pan spojrzy na kurę, to ja panu powiem z jakiej części świata jest ta kura, z jakiego kraju. Jeżeli są jakieś kury zachowane. Bo są takie kraje jak Polska, które zmarnowały wszystkie swoje kury. Dzisiaj wszyscy się powołują na zielononóżkę. Ale gdy spojrzeć na przedwojenną mapę występowania rasy zielononóżki w Polsce, to okazało by się, że to była Wileńszczyzna i województwo lwowskie.

A polskie czubatki?

One były w Polsce, ale one były na dworach – u Czartoryskich, u Potockich. Dzisiaj należałoby powiedzieć, że były to rasy kur z dawnych ziem polskich, dziś należących do Białorusi lub Ukrainy.

Wróćmy do malarstwa. Narzędziem malarza jest pędzel. Pan używa przy tworzeniu swoich prac także betoniarki, łopaty, kielni. To jeszcze malarstwo?

Czym jest pędzel? To jest przedłużenie ręki. Obrazy na płótnie mają historię bardzo krótką. Cóż to jest pięćset lat… Przecież płótna pojawiły się wtedy, gdy okazało się, że w Wenecji jest za mokro, by malować bezpośrednio na ścianach. Całe miasta greckie, rzymskie, te miasta były kolorowe. Rzeźby, ściany były wówczas malowane.

Chce mnie pan przekonać, że współczesny, wybitny artysta Leon Tarasewicz, malując ściany, chodniki, tworząc kolorowe kolumny, nawiązuje do tamtych czasów, do tamtej tradycji?

No tak, staram się przywrócić godne miejsce malarstwu. Czym człowiek dłużej pracuje, tym częściej wraca do tych największych osiągnięć, jakie artyści mieli w malarstwie. Ciągle powtarzam, że cywilizacje rozwijają się, ale i cofają się. Nie zawsze tak jest, że znajdujemy się na szczycie.

Łukaszenka już odniósł sukces

Aleksandra Sawa: Jak wygląda obecnie sytuacja na granicy z Białorusią?

Wojciech Konończuk: Polska straż graniczna codziennie zatrzymuje i kieruje do ośrodków dla cudzoziemców nawet kilkudziesięciu migrantów. Przez cały sierpień było to około tysiąca osób, co oznacza, że codziennie 30–40 osób wkraczało na terytorium Polski. Kilkukrotnie więcej jest nieudanych prób przekroczenia granicy. W ostatnich dniach polskie służby graniczne zatrzymują także pośredników – cudzoziemców zamieszkałych w innej części Unii Europejskiej, którzy, prawdopodobnie za sowitą opłatą, „przerzucają” tych imigrantów do Niemiec. Kilka dni temu „Die Welt” informował, że z szacunków niemieckich służb wynika, iż w ostatnich tygodniach około 250 Irakijczyków dotarło do Niemiec przez granicę polsko-białoruską lub litewsko-białoruską. Dla tych ludzi Polska nie jest krajem docelowym, tylko tranzytowym – chcieliby trafić do Niemiec, ewentualnie do Skandynawii.

A jaka część z tych osób to mogą być faktycznie uchodźcy?

Mniejszość. Dane litewskie, które są najdokładniejsze, mówią, że od początku kryzysu zatrzymano i skierowano do ośrodków 4148 osób, w tym tylko osiemdziesięciu trzech Afgańczyków.  W Polsce Urząd do spraw Cudzoziemców do 2 września przyjął 1140 wniosków o azyl od Afgańczyków*, ale część z nich – prawdopodobnie istotna – to ludzie ewakuowani polskimi samolotami rządowymi z Kabulu.

Całkowitą liczbę osób, które od czerwca weszły na terytorium Unii Europejskiej ze strony białoruskiej, można szacować na co najmniej 7 tysięcy. Wśród nich większość to Kurdowie z Iraku – kraju, który według ocen międzynarodowych jest uważany za bezpieczny. Na Litwie stanowią oni dwie trzecie wszystkich zatrzymanych. Jest też całkiem sporo obywateli Rosji z Kaukazu.

Skoro jest tak wiele osób, które są kierowane do ośrodków i od których wnioski są przyjmowane, to dlaczego sytuacja tych 32 osób w Usnarzu Górnym jest tak krytyczna?

Trzeba pamiętać, że to nie jest jedyna grupa. Podobną sytuację mamy też na granicy łotewsko-białoruskiej, gdzie jest 41 irackich Kurdów. Do tego, według danych litewskich i danych Frontexu, od 5 do 11 tysięcy ludzi, którzy próbują przenikać przez granicę z UE, wciąż przebywa na Białorusi. To nie jest naturalny kryzys migracyjny czy uchodźczy, tylko kryzys wywołany sztucznie przez Aleksandra Łukaszenkę. Mimo że w przypadku polskiego odcinka granicy wciąż jest to minikryzys migracyjny, to sytuacja wygląda dużo gorzej na litewsko-białoruskiej granicy. Na Litwie mamy bowiem niecałe 3 miliony mieszkańców i ponad 4 tysiące migrantów i uchodźców.

Po co Łukaszenka wywołał ten kryzys? Jakie cele chce przez to osiągnąć?

Łukaszenka już osiąga pewne korzyści polityczne, nawet przy niewielkiej skali tego kryzysu. On raczej nie zamierzał sprowadzić kilkudziesięciu tysięcy uchodźców, ale pewnie kilkanaście tysięcy – takie są moce przesyłowe samolotów, które startowały z miast Bliskiego Wschodu i lądowały w Mińsku. Natomiast z punktu widzenia interesów czy celów politycznych reżimu w Mińsku, on już osiągnął sukces, dlatego że wywołał wewnątrz polityczny problem w Polsce, na Litwie i na Łotwie. To, że tak gorąco dyskutujemy o tym, co się dzieje na granicy, kto ma rację, a kto jej nie ma – to już jest sukcesem Łukaszenki.

Powinniśmy to nazywać wojną hybrydową?

Jak najbardziej. Jest to forma agresji i zostało to przyznane – nie tylko przez Litwę, Łotwę i Polskę, ale też przez Komisję Europejską. Trzeba pamiętać, że świat się zmienił i dzisiaj już nie tylko konflikt zbrojny jest formą agresji.

A czy Rosja ma swój udział w tym kryzysie?

Łukaszenka z całą pewnością działa za wiedzą i przyzwoleniem strony rosyjskiej, a prawdopodobnie także we współpracy z nią. Służby białoruskie operują głównie wewnętrznie, walcząc z opozycją demokratyczną wewnątrz kraju. Ich priorytetem, jeśli chodzi o działalność zagraniczną, jest infiltracja opozycji białoruskiej w Wilnie, Warszawie, Kijowie czy w innych ośrodkach, które są ważnymi ośrodkami jej działania. Tam służby białoruskie mają pewien potencjał, natomiast nie mają potencjału operowania na Bliskim Wschodzie. Dlatego to, jak szybko udało się zorganizować proceder przerzutu migrantów z Bliskiego Wschodu, pozwala sądzić, że stało się to przy współpracy z służbami rosyjskimi.

Zdjęcie: kremlin.ru, CC BY 4.0 , źródło: Wikimedia Commons;

Za kilka dni mają się rozpocząć rosyjsko-białoruskie ćwiczenia wojskowe Zapad 2021. Czy jest jakiś związek między tymi dwoma wydarzeniami: kryzysem migracyjnym, wywołanym przez Białoruś, oraz rosyjskimi manewrami?

Przybliżmy kontekst. Zapad 2021 to największe tego typu ćwiczenia prowadzone w Europie od niemal czterdziestu lat. Łącznie zaangażują około 200 tysięcy żołnierzy białoruskich i rosyjskich. Oczywiście, w przekazie propagandowym są to ćwiczenia obronne. Główny scenariusz, który mają ćwiczyć wojska rosyjskie i białoruskie, to obrona przed… agresją ze strony państw bałtyckich i Polski. De facto będzie jednak ćwiczone coś dokładnie odwrotnego.

Te ćwiczenia mają charakter ofensywny, a nie defensywny i nic dziwnego, że państwa graniczne NATO, jak Łotwa, Litwa i Polska, wyrażają zaniepokojenie, czy w ich trakcie – a będą miały przecież miejsce także na terytorium zachodnich obwodów Białorusi –  nie dojdzie do prowokacji granicznych. Szczególnie że sytuacja migracyjna, która nakłada się na ćwiczenia Zapad 2021, temu sprzyja.

Jakimi jeszcze środkami dysponuje w tym momencie Unia Europejska? Czy Łukaszenkę czekają kolejne sankcje?

Udało się już częściowo ograniczyć kanał przerzutowy z Bliskiego Wschodu. Dzięki staraniom Litwy i Unii Europejskiej doszło do zawieszenia lotów i samoloty z Iraku już właściwie nie lądują w Mińsku. Wciąż startują jednak samoloty z Turcji, widzimy też próby dostarczania migrantów z Iraku na przykład z międzylądowaniem w Jordanii. Natomiast jeśli chodzi o sankcje, to Łukaszenka niejednokrotnie pokazywał, że dla niego podejmowanie działań, które można określić mianem bandytyzmu, nie stanowi problemu i że nie zamierza się uginać – ani pod unijnymi sankcjami, ani pod jakąkolwiek presją polityczną. On chce nas zmusić do negocjacji, być może liczy na złagodzenie sankcji unijnych czy też na to, że nowych sankcji nie będzie.

Trzeba pamiętać, że ostatnie sankcje gospodarcze są i będą bardzo dotkliwe dla gospodarki białoruskiej. Dlatego Łukaszenka tworzy problem, próbując w ten sposób oddziaływać na naszą politykę wobec Białorusi, licząc na jakieś ustępstwa. Moim zdaniem to się nie stanie. Ani wypowiedzi polityków litewskich, ani polskich, ani unijnych na to nie wskazują – to, co mu grozi, to raczej kolejna fala sankcji.

A czy nasze reakcje – polska, łotewska i litewska – wobec tego kryzysu są ze sobą spójne?

Unia Europejska jako taka nie ma wspólnej polityki migracyjnej, natomiast faktycznie, działania Litwy, Łotwy i Polski są do siebie podobne. Najwcześniej problem zaczął się na Litwie, więc Litwini w pewnym sensie „przetarli szlaki”. Bardzo szybko zwrócili się o pomoc do Frontexu i już od ponad dwóch miesięcy są wspierani przez tę unijną agencję, a także polskie służby graniczne. Jeszcze w czerwcu zaczęli zmieniać prawo, w lipcu wprowadzili stan sytuacji nadzwyczajnej i od początku sierpnia zanotowali łącznie tylko kilkadziesiąt nielegalnych przekroczeń granicy. Wynika to nie tylko z tego, że zaczęli uszczelniać granicę, ale także z tego, że zaczęli „wypychać” migrantów, co umożliwia im nowe prawo. Z drugiej strony, Białorusini wpychają migrantów siłą na terytorium litewskie. Mamy na to wiele potwierdzeń w formie nagrań wideo. Migranci znaleźli się więc między młotem a kowadłem – są wpychani przez służby białoruskie, a wypychani przez litewskie.

Jak ta procedura „wypychania” ma się do przepisów prawa międzynarodowego?

Jest to niezgodne z Konwencją Genewską z 1951 roku, co nie zmienia faktu, że wszyscy przymykają na to oczy. Bruksela milcząco akceptuje tego typu działania. Trzeba pamiętać jak bardzo zmieniły się nastroje wewnątrz Unii Europejskiej jeśli chodzi o przyjmowanie migrantów. To już nie jest rok 2015. Armin Laschet, jeden z głównych kandydatów na nowego kanclerza Niemiec, powiedział niedawno, że nie możemy sobie pozwolić na powtórzenie 2015 roku. To jest dobre podsumowanie obecnych emocji w UE.

 

* Stan na dzień 2 września 2021.

 

Stary wampir pisze o młodych wyborcach

W sierpniową noc siedziałem na kolacji u znajomych w budynku tuż obok kompleksu wyścigów konnych w Warszawie. Właśnie się skończył na hipodromie koncert Maty i wielotysięczny tłum młodzieży wypływał na trawniki i do czynnych jeszcze sklepów z alkoholem. Zanim się rozproszyli, idąc jeszcze w zwartych grupach, śpiewali „Barkę” na przemian z okrzykami „je… PiS”. Takie pokoleniowe zabawy w hasło i odzew. Nie było w tym polityki, tylko manifestacja pokoleniowej przekory, ironii i zabawy konwencjami. Czyli to, co młodzież uwielbia zawsze i wszędzie. Dodatkowego smaczku tej scenie dodawały ujawnione niedawno informacje, że autor „Barki”, hiszpański ksiądz Cesáreo Gabaráin, był pedofilem, mianowanym przez papieża Wojtyłę osobistym prałatem. Ten sam zestaw pokoleniowy co na koncercie Maty, na wieść o planach ministra Przemysława Czarnka studiowania w szkołach tekstów „prymasa tysiąclecia”, zareagował wyrzutem do internetu tysięcy memów z Wyszyńskim, wprowadzając sobie zawczasu szczepionki przeciw polityce aktualnych władz oświatowych oraz ich pomysłów edukacyjnych. O samym Janie Pawle II już nie będę wspominał, bo już dawno stał się dla kolejnych roczników, dzięki głupocie szerzycieli jego kultu, postacią, od której wyśmiania młodzi ludzie zaczynają swoją drogę od dzieciństwa do młodzieńczego buntu. Taka polska inicjacja, jak dawniej starosłowiańskie postrzyżyny, kiedy dziecko zaczynało prowadzić intensywne stadne życie wśród kolegów i koleżanek, z dala od rodziców i ich trwogi przed Swarożycem.

Po drugiej stronie pokoleniowego spektrum, zawarta grupa wyborców 60+, uznana przez rządzącą partię jako strategiczny zasób polityczny, stała się gwarantem trwania ministra Czarnka, jego pana Kaczyńskiego i całego legionu ludzi, którzy dla młodego pokolenia są jak kosmici, który nagle najechali Ziemię, „tę ziemię”. Póki nie strzelają zielonymi promieniami do ludzi na ulicach, a tylko w mediach, można czasami spotkać ich oblicza, z komicznym namaszczeniem mówiących jakieś bzdury, póki jest internet, „biedra z żabką”, nie ma powodu by się nimi przejmować. Dla słuchaczy Maty są bardziej śmieszni niż straszni. Z tego powodu babcie i dziadkowie, słuchający syberyjskiego szamana z Torunia i napominający, że tylko PiS może zbawić Polskę, a reszta to jacyś zdrajcy i złodzieje – nie dają powodu do jakiegoś konfliktu lub starcia. Bo babcia i dziadek tak kochają wnuczęta, że w przeciwieństwie do rodziców niczego nie oczekują ani niczego nie wymagają oprócz uśmiechu i odrobiny uwagi. To dlatego w naszym kraju tak popularne jest oszustwo „na wnuczka”, a nie na „syna” lub „córkę” – to mówi więcej o najintensywniejszej więzi międzypokoleniowej niż badania i statystyki.

Do kogo należy przyszłość

Lecz ta bezkonfliktowa koegzystencja ma swoje drugie oblicze. Najłatwiej ją zobaczyć w momentach realnego wyboru scenariusza przyszłości. I tak w wyborach parlamentarnych 2019 roku, PiS poparło 9 procent wyborców z grupy wiekowej 18–29, ale 38 procent z grupy 60+, co oznacza, że 56 procent ludzi starszych powyżej 60. roku życia zagłosowało za Kaczyńskim.

A teraz analogia z Wielkiej Brytanii. Tam w głosowania referendalnym (brexitowym), za wyjściem z UE głosowało 64 procent obywateli w wieku 65 lat i więcej. Piszę o analogii, bo te dane nie do końca przystają do siebie (inne kategorie wiekowe + referendum to nie wybory parlamentarne), ale trend jest oczywisty: babcie i dziadkowie urządzają przyszłość następnym pokoleniom w o wiele większym stopniu, niż by się to wydawało ludziom młodym, żyjącym w przekonaniu, że „przyszłość należy do nas”. Politycznie to niekoniecznie jest prawda i mimo biologicznej nieuchronności młodzi mogą żyć w kraju, który będzie urządzony nie przez nich, ale przez wyborców z drugiego końca wiekowego spektrum. Wezwania pojawiające się wielokrotnie, w tym także na stronach „Kultury Liberalnej”, by oddać wreszcie politykę młodym, bo boomersi nic nie rozumieją i ją psują, natrafia na prawdziwą barierę – nie tyle w systemie politycznym, ile w strukturze uczestnictwa w życiu publicznym.

Frekwencja w wyborach parlamentarnych 2019 roku wśród młodych do 29. roku życia wyniosła 47 procent, a w grupie 60+ było to o prawie 20 procent więcej (66 procent). W wyborach prezydenckich nastąpił „szturm młodych wyborców”, co o mały włos nie dało władzy kandydatowi opozycji, ale to nie w referendach i wyborach prezydenckich będzie się rozstrzygała przyszłość Polski.

„Osiem gwiazdek” to za mało 

Według opinii Andrzeja Machowskiego, socjologa i analityka badań, obecnie prawie półtora miliona tych młodych wyborców z czasów ostatnich wyborów prezydenckich nie ma zamiaru uczestniczyć w parlamentarnych. Jeśli ktoś uważa więc, że skandowanie i pisanie po murach „ośmiu gwiazdek” jest deklaracją polityczną młodego pokolenia, może doznać srogiego zawodu, analizując frekwencję po następnych wyborach parlamentarnych.

Jest to o tyle istotne, że przecież w każdym systemie przedstawicielskim szuka się zwolenników i tym samym politycznej siły wśród podobnych nam – i z tego się wywodzi pragnienie wywalczenia władzy. Tak, wywalczenia (pokojowego), bo nikt jej nie oddaje dobrowolnie, nawet w demokracjach. Czyli bez mobilizacji swojego pokolenia, grupą nadal dominującą nad „pokoleniem przyszłości” będą babcie i dziadkowie, a dotychczasowe nawoływania, by oddać młodym władzę, by wspomnieć choćby ostatni tekst Leszka Jażdżewskiego w „Liberté”, pozostaną wołaniami na puszczy zagubionych dzieci, już zresztą całkiem starszawych.

Ale drugim aspektem jest dialog międzypokoleniowy. Zdolność przekonywania, by dla wnucząt swoich ukochanych zechcieli zagłosować inaczej albo nie zagłosować w ogóle. Przekonywania, czyli używania pozytywnych emocji, a nie postulatu „zabierz babci dowód”. Kto ma przekonać te babcie jak nie wnuki? Przecież nie synowie i córki, co wiemy nie tylko z analiz społecznych, ale przede wszystkim z życia rodzinnego. Tego boomersi, staruchy polityczne, wampiry wysysające krew z młodych nigdy nie zrobią. Tu jest pole do pomysłów, działania, próbowania miękkich narzędzi emocjonalnej perswazji pokolenia wnucząt.

I na koniec jeszcze raz raper Mata. W lipcu, na festiwalu Rap Stacja w Sławnie, w czasie swojego występu wywołał swoje babcie i swoją prababcię, obecne na widowni, czym spowodował aplauz fanów, skandujących „babcia Ula”, „babcia Bronia”, „prababcia Halinka”, w sekwencji podawanych przez Matę imion. To był hołd dla starszego pokolenia tysięcy ludzi, a zarazem wciągnięcie babć w świat młodych. Mata zagrał w Sławnie nie tylko kolejny świetny koncert, ale zagrał na nucie, która może decydować o zmianie układu sił w kształtowaniu przyszłości.

Warto ten przypadek mieć w głowie. Przed szkodą, a nie po. Wybory parlamentarne mogą się zdarzyć wcześniej, niż nam się wydaje.

 

Królowa wśród ruin. Recenzja „Wojny” José Jorgego i André Letrii [KL dzieciom]

„Wojna” została napisana przez portugalski duet, ojca i syna: José Jorge Letria był odpowiedzialny za tekst, André Letria – za ilustracje. Obaj autorzy posługują się prostym językiem – unikają patosu i sztampy, nie próbują ukwiecać zjawisk okrutnie jednoznacznych, złych, niewyobrażalnych, a jednocześnie tak bardzo prawdziwych. Tekst oraz ilustracje wzajemnie się uzupełniają, tworząc przejmujący, wieloadresowy ikonotekst. Gatunkowo „Wojna” mogłaby być nazwana książką obrazkową. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że jest zdecydowanie czymś więcej; długo wyczekiwaną prawdą o zjawisku, którego istota pozornie wydaje się skrajnie sprzeczna z ludzką egzystencją.

Czym zatem jest wojna? Jest czającymi się w ciemnościach czarnymi insektami, których ludzkie oczy zwykle nie dostrzegają. Rosną one niezauważone w odległych krainach, by potem powoli, aczkolwiek skutecznie, przemierzyć gęste lasy w celu zaspokojenia głodu. Gdy są gotowe, zmieniają są postać – z grupy insektów tworzą kruka, by tym skuteczniej przemieszczać się w nieznane. Tekst podpowiada: „Wojna rozdziera dzień jak nagła choroba, o której mówi się tylko szeptem”. Bo gdyby powiedzieć o niej głośno, nazwana, może już nie mogłaby zmieniać swojej postaci. Może nie mogłaby brnąć dalej przez świat. Może nie mogłaby nieść zniszczenia.

A niesie je lekko, bezrefleksyjnie, pewnie. „Wojna nie słyszy, nie widzi i nie czuje”, co czyni z niej tym bardziej niebezpieczne zjawisko. Zupełnie jak demon wyczulony na ludzkie słabości, znajduje żywiciela najbardziej odpowiedniego do szerzenia nienawiści i śmierci. Dzięki niemu rośnie w siłę, reprodukuje się, tworzy „dzieci ze stali i cienia”. Gdy już wszystko zniszczy, gdy nie zostanie po niej żadne żywe stworzenie, a miasta zmienią się w ruiny, staje się ciszą i ciemnością. I ponownie przeistacza się w stado insektów, czekające w ciemności na ślad odradzającego się życia. Gdy jest go już wystarczająco dużo, a głosy o wojnie odchodzą w zapomnienie, ta powraca, bo przecież znów nikt już o niej nie mówi. Chyba że szeptem.

Autorzy „Wojny” wskazują wyraźnie na pewną prawidłowość: wojna, podobnie jak śmierć, pozostaje wciąż w strefie tabu literatury dziecięcej. Niewielu autorów i autorek sięga po ten temat, nie znajdując języka oddającego okrucieństwo wiążące się z bezgraniczną nienawiścią i bezsensowną śmiercią milionów. Próby takie oczywiście są podejmowane: w Polsce przykładem typowo „wojennej” literatury dziecięcej jest seria „Wojny dorosłych. Historie dzieci”. Jednak duetowi Letria udaje się osiągnąć coś zupełnie wyjątkowego. Sięgając po język najprostszy, a jednocześnie najbardziej efektywny, stworzyli liryczny obraz okrucieństwa: bez kropli krwi, bez jednej, drastycznej ilustracji czy „szokującego” opisu. Oddali istotę wojny, tkwiącą w najgłębszych ludzkich zranieniach. Wojna to nie heroiczne czyny żołnierzy, podstępne plany agresorów, statystyki śmierci po obu stronach frontu. „Wojna to ostatnia kryjówka śmierci”. I nie stoi za nią nic dobrego.

Jedna z ilustracji „Wojny” przedstawia stos książek gotowych do podpalenia. Towarzyszy jej zdanie: „Wojna nigdy nie umiała tworzyć opowieści”. Choć jest to stwierdzenie z wszech miar słuszne, tkwi w nim pewien paradoks. Duet Letria stworzył absolutnie genialną książkę, twórczą i piękną o czymś, co reprezentuje zniszczenie i ból. „Wojna” otrzymała liczne nagrody, między innymi zdobywając zasłużone miejsce na liście Białych Kruków (White Ravens) komponowanej co roku przez Internationale Jugendbiblithek (Międzynarodową Bibliotekę Książek dla Dzieci i Młodzieży) w Monachium. Choć „Wojna” zapewne nie odmieni losów tego świata, miejmy nadzieję, że ocali niejednego czytelnika przed złem czającym się w ciemnościach. Z pewnością jeszcze na długo pozostanie pozycją niezwykłą, przestrzegającą rodziców oraz ich dzieci przed gloryfikacją wojny lub, co gorsza, jej normalizacją. I nikt już nie będzie mówił o niej szeptem.

 

Książka:

José Jorge Letria, „Wojna”, il. André Letria, przeł. Katarzyna Okrasko, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2021.

Proponowany wiek odbiorcy: 8+

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

Zgubna fascynacja II RP

Szanowni Państwo!

W piątek Sejm głosami Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji przegłosował ustawę w sprawie odbudowy Pałacu Saskiego, Pałacu Brühla i kamienic przy ulicy Królewskiej w Warszawie. Gmach pierwszego z budynków został wysadzony w powietrze przez żołnierzy niemieckich w 1944 roku po upadku powstania warszawskiego. Jego pozostałością jest grób nieznanego żołnierza na placu Józefa Piłsudskiego.

Koszt przedsięwzięcia to blisko 2,45 miliarda złotych, a jego realizacja ma zająć dziesięć lat. Nie należy odrzucać samej idei odbudowy Pałacu Saskiego, bo projekt ten mógłby pełnić wiele funkcji w zakresie dostępu do kultury, sztuki czy rekonstrukcji tkanki miejskiej. Nie bez znaczenia pozostaje również kwestia odbudowy historycznego symbolu. Jednak podjęcie decyzji o jego realizacji w momencie, kiedy rząd boryka się między innymi z protestami personelu medycznego oraz rekordowymi liczbami nadmiarowych zgonów, to sytuacja co najmniej kontrowersyjna.

Continue reading

Bruksela jako Moskwa, czyli dwie drogi postkomunistycznego mimetyzmu

Wielu Polaków odczuwa strach: dlaczego rząd PiS-u gotowy jest na otwarte zwarcie z USA? Po drodze przecież zraził do siebie europejskich sojuszników. Niczego dla bezpieczeństwa nie ugrał, a już wchodzi w kolejne konflikty z instytucjami unijnymi. Nagle dowiadujemy się o innych awanturach, choćby mamy jakiś spór z Czechami.

Żelazne sojusze PiS-u z USA czy Grupą Wyszehradzką z wczoraj – dziś stają pod znakiem zapytania. Niejeden rodak nie rozumie, co się tutaj dzieje i obawia się tak zwanego polexitu, co – w przełożeniu na polski – oznacza utratę niepodległości i powrót do strefy wpływów Moskwy. Skąd zatem ta skłonność do szarż i geopolitycznego ryzyka? Czy w ogóle można zrozumieć takie postępowanie?

Koniec z dyktatem Brukseli!

„Koniec ze zgadzaniem się na dyktat Brukseli, koniec z cofaniem się. Musimy traktować ją jak Gazprom” – ostatnio stwierdził jeden z prominentnych polityków Zjednoczonej Prawicy.

„Będziemy bronić naszej tożsamości, naszej wolności, suwerenności za wszelką cenę, nie damy się terroryzować pieniędzmi” – niecały rok temu pod adresem organów unijnych powiedział Jarosław Kaczyński (podczas negocjacji budżetu Unii Europejskiej i tak zwanego koronafunduszu).

Takie słowa padają ciągle, w różnych wersjach. Wypowiadają je rządowi politycy, podpisują się pod nimi publicyści związani z obozem Zjednoczonej Prawicy.

Wielu osobom te słowa wydają się szczytem aberracji umysłowej. Ciągiem dalszym, wydawałoby się już dostatecznie długich, „dziejów głupoty w Polsce”. Niektórzy sądzą, że ten sposób myślenia to prosta droga do zguby państwa.

Jednak, aby lepiej polemizować z tym sposobem myślenia, a także, aby lepiej zrozumieć, dlaczego PiS cieszy się stałą popularnością wśród swojego elektoratu, mimo geopolitycznego ryzyka, jakie podejmuje, musimy pewną rzecz zrozumieć. Czy nam się to podoba, czy nie – takie słowa jak cytowane wyżej odsyłają nas do pewnej polskiej tradycji myślenia o racji stanu.

Co więcej, przypominają, że po 1989 mieliśmy co najmniej dwa źródła inspiracji do modernizowania kraju: jedno skierowane na Zachód, drugie – raczej bezkrytycznie wpatrzone we własną przeszłość.

Kac niepodległości 

Po 1989 roku niektórzy mieli patriotycznego kaca. Co to za niepodległość, którą odzyskano w drodze kompromisu z przeciwnikiem? Co to za nowa Rzeczpospolita, której początków nie okupiono daniną krwi?

W czasie, gdy jedni rzucili się budować fundamenty nowego państwa czy „robić biznesy”, drudzy próbowali poradzić sobie w rzeczywistości, której zupełnie nie rozumieli, jeszcze inni – gorzko lamentowali.

Owe biadania pochodziły od poważanych osób. Weźmy na przykład Zbigniewa Herberta, który w latach 80. wydawał się osiągać polityczny status równy wielkim romantykom. Poeta – autorytet moralny, który przypominał Polakom o „kwestii smaku” oraz narodowych obowiązkach – po upadku komuny zgorzkniał.

Jak wyznał, nie mógł pogodzić się ze sposobem wyjścia z niewoli. W głośnym wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” na początku lat 90. Herbert powiedział między innymi: „Sam zastanawiałem się, dlaczego budząc się co dzień ze świadomością, że żyję w niepodległym kraju – odczuwam pewien dyskomfort. Myślę, że wynika to stąd, że nie wywalczyłem tego. Niepodległość dostaliśmy w prezencie od historii, za wolność nie zapłaciliśmy ani kropli krwi”.

Nie był to wówczas głos odosobniony, ale z pewnością należał do mniejszości. Kompromis ‘89 wydawał się zgniły wcale nie tak małemu gronu osób, które „walczyły z komuną”. Brakowało im cezury ostrej jak gilotyna – „oddzielenia Dobra od Zła” – nie słowami, a czynem. Na tle polskiej historii Okrągły Stół wydawał im się mdły, nijaki.

Ilustracja: Max Skorwider

Schładzanie dziejów

Po 1989 roku ten punkt widzenia poza Polską mógł wydawać się anachronizmem. Na przykład znany historyk John Lewis Gaddis, w swojej kronice zimnej wojny, przypominał, że prawdopodobnie najważniejszym jej osiągnięciem było stopniowe odchodzenie od myślenia w kategoriach „gorących wojen”.

Chodziło o wyjście z pułapki determinizmu – nawyku myślenia, że przelew krwi jest normą w prowadzeniu i rozwiązywaniu konfliktów pomiędzy imperiami. W końcu tak było od początków ludzkości aż do 1945 roku. Gaddis oczywiście zdawał sobie sprawę, że między 1945 a 1989 rokiem lokalnych konfliktów i rozmaitych wojen nie brakowało, ale, jak podkreślał, ZSRR i USA powstrzymały się od frontalnej konfrontacji militarnej w stylu widocznym choćby w latach 1939–1945.

W tym kontekście – pokojowego dorobku „zimnej wojny” i aksamitnego z niej wyjścia, zadowolenia z upowszechnienia strategii non violence – natychmiast rzuca się w oczy, że Herbert osadzał niezadowolenie ze specyficznego sposobu wyjścia z niewoli wyłącznie w naszym, lokalnym kontekście – a dokładniej: w wycinku naszej tradycji.

Poeta odwoływał się nie do globalnego namysłu nad zimną wojną, ale do tej części polskiej tradycji, wedle której danina krwi jest niezbędna do oddzielenia stanu niewoli od wolności. Pomijał przy tym dyskretnie całe dekady wypracowywania polskiej ścieżki non violence w PRL-u, której szczytowego osiągnięcia, pierwszej „Solidarności”, co do zasady pokojowego ruchu 1980–1981, nie można było przecież nie zauważyć.

Opuszczając obszar metafor poetyckich, od razu widać, że wizje Herberta wychodziły od pewnego wyobrażenia na temat II RP, postkomunistycznie wyidealizowanej wizji międzywojennej przeszłości. Wówczas przecież u swych początków Polska miała prawdziwą wojnę. „Danina krwi” została zapłacona.

Wniosek dla osób tak myślących? Suwerenność była maksymalna (czytaj: prawdziwa), wolna od wpływu obcych państw. Osoby, dziedziczące ten sposób myślenia, uważają, że z suwerennością III RP od samego początku było coś nie tak.

Liberałowie mogą uważać, że ten sposób myślenia jest dziwaczny, utopijny i zwyczajnie fałszywy. A jednak ważne, aby wziąć go pod lupę. W ten sposób można zobaczyć, skąd biją głębokie źródła wielu dzisiejszych konfliktów w sferze publicznej.

Dwie drogi postkomunistycznego mimetyzmu

Skoro porzucamy PRL, co dalej? Co powinno być dla nas wzorem do naśladowania?

Otóż zapomina się, że po 1989 roku były dwa, a nie jeden, punkty odniesienia dla polskiej imitacji. Postkomunistyczny mimetyzm podążał dwoma drogami.

– Jedną stanowił postkomunistyczny mit Zachodu. Zgodnie z nim, przemiany transformacyjne miały prowadzić do upodobnienia Polski do dostatniego świata zachodniego, widzianego jako lepsza rzeczywistość zarówno ekonomiczna i polityczna, jak i moralna. (Pisałem o tym w „Rzeczpospolitej” w 2015 roku, a szerzej w „Kulturze Liberalnej” oraz książce „Koniec pokoleń podległości”).

– Drugą ścieżkę stanowił postkomunistyczny mit II RP, legenda państwa „suwerennego do absurdu”, jak to określił Stefan Kisielewski w 1990 roku [sic!].

O dwóch mimetyzmach z osobna na ogół nie myślano, albowiem przez długi czas te dwie drogi nakładały się na siebie.

Droga do EWG, czy później Unii Europejskiej, dla wielu osób wiodła przecież prosto do zabezpieczenia świeżo odzyskanej niepodległości. Imitowanie Zachodu przez Polskę gwarantować miało wzrost dobrobytu, wyjście z geopolitycznej pułapki, ucieczkę spod wpływów Wschodu.

Jednocześnie zaś nawiązywano do polskiej przeszłości. III RP „w numeracji” ponad PRL-em przerzucała most do II RP. Notabene Łotwa poszła nawet dalej, przywracając ustawę zasadniczą z 1922 roku. W Polsce przywrócono dawne godło, pospiesznie uzupełniając korony na głowach orłów, zmieniano nazwy ulic, obalano i wznoszono pomniki itd.

Niektórzy, jak choćby wspomniany Jarosław Kaczyński, traktowali te dwa wzorce imitacyjne – Zachód i II RP – nieomal jak supermarket. Proszę zerknąć do wywiadu-rzeki z 1993 roku „Czas na zmiany”. Przyszły prezes PiS-u, wedle uznania, na przemian mówi o imitowaniu Zachodu oraz o imitowaniu II Rzeczpospolitej.

Krytykował przeciwników politycznych, że „moglibyśmy być znacznie dalej na drodze ku NATO i EWG” [s. 89], że, niestety, w sferze zarobków pomiędzy urzędnikami a biznesem „nie ma systemu równowagi, który się wykształcił na Zachodzie” [s. 108], ale już na przykład budowa służb specjalnych powinna odbyć się „od nowa”, bo „tak było w przedwojennej Rzeczypospolitej” [s. 128]. Krótko mówiąc, raz jedno, raz drugie.

Jednak już na początku lat 90. można było dostrzec, że te drogi mogą się rozejść. Że legenda państwa „suwerennego do absurdu” może zderzyć się z kierunkiem „więcej Unii”, który tuż po zimnej wojnie ucieleśnił traktat z Maastricht (1992). Krótko mówiąc, że imitowanie II RP w pewnej chwili może się nie tylko rozejść, ale wejść w konflikt z imitowaniem Zachodu.

Bodaj pierwsze sygnały pochodziły ze środowisk polityków i publicystów katolickich wówczas uznawanych za skrajne. Od samego początku wyrażały one sprzeciw wobec imitacji Zachodu jeden do jednego.

Skupiano się głównie na sferze obyczajowej, odrzucaniu tak zwanych wartości chrześcijańskich, sporach o aborcję. Ale nie było to wszystko. Bardzo wcześnie krytykowano tam również pogłębianie integracji europejskiej. Słowa o „Europie ojczyzn” bez trudu odnajdziemy u samych początków III RP.

Wypowiedzi takie znajdowały się w programach prawicowego planktonu politycznego, drukowano je na łamach takich czasopism, jak „Niedziela” czy „Myśl Polska”. Rzecz wymagałaby dokładniejszego opisania, w tej chwili ważne jest coś innego.

To, co w latach 90. było marginesem, aktualnie jest wypowiadane w głównym nurcie polityki polskiej – przez członków rządu Mateusza Morawieckiego.

Narkotyk „non possumus” 

Dopiero przypomnienie o dwóch drogach postkomunistycznego mimetyzmu pozwala nam rzucić nieco światła na te przejawy aktualnej polityki, które w 2021 roku wielu z nas wydają się zupełnie absurdalne i niebezpieczne.

Najpierw wygaśnięcie postkomunistycznej fascynacji Zachodem, owego mitu piękniejszego, lepszego ekonomicznie, militarnie i moralnie świata, utorowało drogę do radykalnego zwrotu w naszej polityce w 2015 roku.

Wówczas do głównego nurtu na całego wchodzi narracja „wstawania z kolan”, która w niepodległej Polsce niczego innego nie może oznaczać niż pojmowania suwerenności w kategoriach rodem z II RP. Wzorem wówczas staje się polityka krajowa i zagraniczna ze szkoły Józefa Piłsudskiego i sanacji.

Po 2015 roku w retoryce rządzących w zasadzie, z nielicznymi wyjątkami, powrócono do niemal bałwochwalczej apologii II RP. Kaczyński nieraz wskazywał Naczelnika jako główny wzór osobowy. Czasem podśmiewano się z nieskromności tego porównania, ale to dziedzictwo – bez jakiejkolwiek krytyki – oznaczać może między innymi postawienie własnej interpretacji racji stanu ponad demokracją.

Rok 1926 i krwawy zamach majowy to przecież postawienie własnego rozumienia polityki krajowej i zagranicznej, tego, co dobre dla istnienia państwa polskiego, ponad ludowładztwem i konstytucją marcową.

Ideał maksymalnie suwerennego państwa został zapisany w polskiej kulturze, a dokładniej: w jednej z jej wciąż znajdujących się w obiegu interpretacji. W tej interpretacji każda polityka oporu wobec sił zewnętrznych, każdy gest czy słowo, będzie wartościowany pozytywnie, niezależnie od konsekwencji.

Można iść dalej – i każdy, kto wypowie czy podpisze się pod słowami „urągającymi potęgom cudzoziemskim” – będzie godny pochwały i urzędów, niezależnie od kompetencji.

Ważne, by podkreślić punkt, w którym ten tok rozumowania staje się niezwykle niebezpieczny. Oto w tej politycznej interpretacji motywacje stają się ważniejsze od konsekwencji. Z tej perspektywy rok 1926 można oceniać pozytywnie niezależnie od katastrofy 1939 roku.

Krótkie chwile dumy (czy pychy) są ważniejsze od ewolucyjnego budowania własnej pozycji. To dlatego non possumus dawniej wobec Moskwy, a dziś wobec Waszyngtonu i Brukseli zawsze przyjemnie ukłuje polityka Zjednoczonej Prawicy w serce. I, niestety, także wielu wyborców tego obozu.

Z tego punktu widzenia na przykład spory z TSUE czy Komisją Europejską to mały koszt w porównaniu z zamanifestowaniem „honoru w polityce”. Z tego punktu widzenia także przenoszenie sporów na forum Unii to „zdrada” i „Targowica”.

Zasłona dymna z „honoru”

Na zakończenie trzeba podkreślić, że konsekwencje rozchodzenia się dwóch dróg mimetyzmu mogą być tragiczne.

Wiemy to z przeszłości – wcale nie dlatego, że historia musi się powtarzać – ale dlatego że motywacją do działania stron sporu ostatecznie jest lęk egzystencjalny, strach przed rozpuszczeniem się czy wręcz upadkiem polskiej państwowości.

Pewnego tragizmu wewnątrzpolskim sporom przydaje fakt, że zarówno imitowanie Zachodu, jak i II RP, ostatecznie motywowane były (i są) tym samym strachem przed kolejną powtórką wydarzeń roku 1795 czy 1939. I niemal każdy podkreśla, że w ocenie rzeczywistości w kraju i poza nim kieruje się – uwaga – realizmem.

Neurotyczna obawa o egzystencję państwa doprowadziła w 1926 roku do bratobójczej wymiany ciosów. Obecnie zaś, póki co, mamy zimną wojnę polsko-polską.

Rozchodzenie się po 1989 dróg imitacji przywiodło nas niebezpiecznie do dwóch wizji Polski i polskości, które teoretycznie nie mieszczą się w jednym państwie. Jeśli czegoś XX wiek powinien nas nauczyć, to tego, ażeby kontynuacje dwóch postkomunistycznych mimetyzmów rozchodziły się jak najmniej.

Być może na tym polega odbudowanie naszej oryginalności po 1989 roku.

II RP zakończyła się katastrofą, której krótkie upojenie ultra-, super-, turbo- (niepotrzebne skreślić) suwerennością na pięć minut przed zagładą, niektórych zachwyca.

Mnie osobiście nie. Spór bowiem nie jest w istocie o to, czy w 1926 czy 1939 roku były lepsze wyjścia, ale jakie w 2021 roku w Polsce wyciągamy wnioski z tego, co się stało. I w sceptycznej ocenie suwerenności posuniętej aż do granic absurdu – z perspektywy XXI wieku – pozostanę po stronie polskiego liberała, Stefana Kisielewskiego.

Jednak po naszych narodowych porażkach trzeba zwracać uwagę nie na intencje, ale na konsekwencje naszych działań. Rok 1939 powinien być nieustannie odrabianą lekcją, w której suwerenistyczne non possumus w ogóle nie powinno być przedmiotem bezkrytycznego zachwytu.

Przeciwnie, gdy tylko polscy politycy, zamiast przedstawiania intersubiektywnie sprawdzalnych argumentów na rzecz swoich decyzji i kierunków polityki, szczególnie zagranicznej polityki bezpieczeństwa, znów nam prawią o honorze, o arbitralnie rozumianej dumie narodowej i godności – powinna nam się zapalać wielka czerwona lampka.

Wojnę wygrały muchy. Wokół „Kaputt” Curzia Malapartego

Próba sklasyfikowania „Kaputt”, jednego z najważniejszych literackich dzieł XX wieku, nie powiodła się od blisko osiemdziesięciu lat. I być może nie uda się nigdy.

To rzecz niezwykła, zachwycająca formą, choć momentami niemal wstrętna. Coś między historią a czystym zmyśleniem. Książka, która jak żadna inna ilustruje okrucieństwo wojny, niejednoznaczna jak sam autor, w której piękno miesza się z ludobójstwem, barok z przyziemnym odorem śmierci, okrucieństwo z komedią.

Malaparte tworzył symbole. Kreował je, malował, dopowiadał, by czytelnik poczuł wraz z nim grozę końca europejskiej cywilizacji. Rzeczywistość, nieważne jak znacząca i straszna, pisze we wstępie do nowego polskiego wydania Jarosław Mikołajewski, dla niego była straszna i znacząca za mało.

Oto, czym się staliśmy

„Kaputt”, z niemieckiego „złamany, skończony, zdruzgotany, przepadły”, to, jak mówi autor, potwór radosny i okrutny, którego twarde, ostre brzmienie jak nic innego oddaje to, czym Europa stała się w latach 40. ubiegłego wieku – stosem gruzu i odpadków, pogorzeliskiem, na którym wszystko trzeba budować od nowa.

Malaparte nie zna biegu wstecznego. Chce szokować i robi to z dziecięcą niemal frajdą. Kreśli obraz upadku człowieczeństwa z okrutnym zadowoleniem, jak wtedy, gdy relacjonuje księciu Szwecji reakcję obergruppenführera Dietricha na wieść o zjadaniu swoich towarzyszy przez radzieckich jeńców w obozie pod Smoleńskiem („Czy im smakowały?”, pyta niemiecki generał), czy też gdy wspomina widok martwych rosyjskich żołnierzy, ustawionych wzdłuż szosy z wyciągniętymi ramionami, by służyli za znaki drogowe.

„Kaputt” to istna karuzela. Po grozie przychodzi łkanie, po łkaniu – piękno, po pięknie – komedia. Znajdziemy tu polowanie na dzieci z warszawskiego getta. Młode, piękne żydowskie dziewczęta wtrącane siłą do niemieckich burdeli, które po dwudziestu dniach świadczenia darmowych usług, zużyte i do niczego, zostaną wywiezione gdzieś w stronę rzeki i rozstrzelane. Pociski na „czarnej szybie nocnego nieba”, piękne niby kwiaty na czarnym aksamicie. Fińskie konie, uwięzione w zamarzniętym nagle jeziorze, zastygłe w lodzie po sam łeb, przypominające widmowe końskie figury.

Malaparte szokuje, ostrzega i nade wszystko – nie pozwala nam zapomnieć: oto, czym się staliśmy; oto, na czym musimy budować.

Bale u ludobójców

„Kaputt” to jednak nie tylko front. Curzio Malaparte to człowiek salonów, ich stały i dumny bywalec, pełen uroku osobistego – i jego świadomy – egotysta. To też wyznawca kultu siły i przemocy, bliski przyjaciel zięcia Mussoliniego, Galeazza Ciana, zadeklarowany i zaangażowany faszysta. Ale niech tam, oddajmy mu sprawiedliwość, zaznaczając, że ludzie mu współcześni nie pałali przesadną miłością do demokracji. Sam Malaparte, człowiek, który ukochał zwycięzców, parę lat później pokocha komunistów i zyska sławę jako czołowy pisarz antyfaszystowski.

Jako korespondent wojenny dziennika „Corriere della Sera”, ale i uznany już włoski literat, raz po raz pełnił funkcję gościa honorowego przy stołach wielkich polityków lat 30. i 40., cytujących Apollinaire’a, rozprawiających o Chopinie i pięknie Florencji, dla których, jak się zdaje, wojna była sprawą zaledwie drugorzędną. Tu w „Kaputt” wchodzimy na owe salony. I tu ukazuje się nam specyficzna gra umęczonego światowca.

Prawdą jest przecież, że Malaparte był biernym obserwatorem pogromów w Jassach czy wychudłych, zapadniętych z głodu twarzy Żydów wtrąconych do „dzielnic zamkniętych” Krakowa, Lublina czy Częstochowy. Obserwował i zapisywał. Zasiadając do stołu z wojennymi zbrodniarzami, Malaparte raz po raz zapewnia nas jednak o swoim dyskomforcie. Wysłuchuje teorii swoich gospodarzy na temat narodu żydowskiego, naukowego podejścia do ich eksterminacji, gett (czy może, jak przekonywał „niemiecki król Polski” Hans Frank, „wolnych republik”), po czym rewanżuje się im makabrycznymi opowieściami z frontu, potykaniem się o trupy i żydowskie świeczniki, zupełnie jak gdyby chciał nam powiedzieć: „Spójrzcie, ile widziałem!”. Jak gdyby chciał usprawiedliwić jedzenie pieczeni z dzika z ludobójcami. A Malaparte je i popija winem. Nie szczędzi przy tym złośliwości tym, którzy mu polewają. Podobno.

„Stosunki Malapartego z Niemcami były nader złożone”, pisze w posłowiu polskiego wydania Jerzy W. Borejsza. „Potrafił poruszyć wszelkie struny, aby dotrzeć tam, gdzie pragnął. […] Nie omieszkał, gdy zachodziła potrzeba, przypominać swoje związki krwi z Niemcami, niezależnie od antypatii, jaką do nich żywił. Posługiwał się znajomością języka zdobywców świata. O tym wszystkim wiedzieli hitlerowcy. Tego wszystkiego zabrakło potem w «Kaputt»”.

W „Kaputt” włoski domnule capitan raz po raz kpi sobie z Niemców, co do których w roku 1943, gdy kończył książkę, był już przekonany, że przegrają wojnę.

Prezentując nagiego Himmlera, którego spotkał w saunie wraz jego z różowym, dziecięcym brzuchem i mało imponującym przyrodzeniem, kontestuje ideę straszliwego niemieckiego żołnierza. „Niemcy – napisze – nadzy są zadziwiająco bezbronni. […] Sekret ich siły nie tkwi w ich skórze, kościach i krwi, ale w ich mundurach”. Doda, że gdyby ludzie tylko wiedzieli, jak „bezbronna i martwa nagość” kryje się pod ich pięknymi czarnymi marynarkami, nawet dziecko stawiłoby czoła całemu niemieckiemu batalionowi.

Kilkanaście stron później opisze generała von Heunerta, bezskutecznie wojującego z ostatnim łososiem w Norwegii, który, po kolana w wodzie, wycieńczony walką ze zwierzęciem i czerwony z irytacji, każe go wreszcie rozstrzelać.

Z uporem dziecka i ironiczną manierą zdolnego, przemądrzałego studenta Malaparte musi wyjść zwycięsko z każdej dyskusji i za którymś razem zaczyna nas to drażnić. Nie sposób jednak przerwać czytania, bo choć w którymś momencie zdajemy sobie sprawę, że ten genialny narcyz koloryzuje, a czasem zwyczajnie zmyśla, naiwnie chcemy mu wierzyć. „Pisarz potrafi narzucić swoje wizje jako fakty historyczne”, zaznacza Borejsza. „To miara jego talentu”.

Człowiek ludu

Malaparte czuł się związany z Polakami i to licznym opowieściom o pobycie nad Wisłą i naszych okupantach zawdzięcza być może swą ogromną popularność w naszym kraju. W nich też najpełniej rysuje się jego gra z czytelnikiem.

Opowiadając o Polsce, którą poznał wkrótce po I wojnie światowej, wypełniając włoską misję wojskową, i w której pokochał rewolucję rosyjską – miłość tę nosił w sobie do końca – wspomina biedę, głód, niewolę i rozpacz. Łechce przy tym naszą próżność. Czytając o czystym spojrzeniu polskich oczu, owym „charakterystycznym spojrzeniu narodu polskiego w przeciwnościach losu”, sam dumnie wypinałem pierś. Gdy Malaparte przekonywał, że „Polacy są szlachetną rasą”, z uznaniem kiwałem głową.

Jednocześnie – on, chłop z włoskiego Prato, związany z warszawskim mieszczaństwem i momentami pozujący niemal na osobę, która współprzeżywała cierpienie z polskim ludem – ochoczo chwali się i szczyci kontaktami z polską arystokracją, wspomina piękne kobiety i wystawne bale w stołecznych pałacach, dając najlepszy wyraz swojego snobizmu.

Przekonuje, że podczas kolacji w wielkiej wawelskiej sali u Hansa Franka, „der deutsche König von Polen”, pali go wstyd. „Przed oczyma stawały mi wynędzniałe tłumy na ulicach Warszawy, Krakowa, Częstochowy czy Łodzi, tłumy o twarzach spotniałych z głodu i lęku, brnące w mokrym brudnym śniegu zalegającym chodniki”, pisze, zestawiając ze sobą „smutne domy i dumne pałace, z których dzień po dniu wywędrowały po cichu dywany, srebra, kryształy i porcelana – szczątki dawnego bogactwa, próżności i chwały”.

Jako włoski korespondent Malaparte istotnie doświadczył okropieństwa wojny. Będąc świadkiem masakry Żydów, jak wspomniałem, pełnił jednak tylko rolę uważnego obserwatora, popijając wino i koniak w bogato urządzonych salonach w Polsce, Szwecji, Finlandii czy Rumunii.

W książce, z charakterystyczną manierą narcystycznego pozera opisuje sposób, w jaki miał kpić z Franka na Wawelu czy w pałacu w Warszawie. To kolejny przejaw jego efektownego pozerstwa. Zupełnie inne wrażenie wywiera bowiem zawarty w posłowiu do polskiego wydania fragment telegramu, w którym Malaparte w mocno usłużnym tonie – bardziej niż wymagałaby tego sytuacja – zwracał się do „niemieckiego króla Polski”, robiąc przy tym, co mógł, by nie zamykać sobie drzwi do kolejnych wizyt w polskich rezydencjach.

„Podczas obu wojen światowych składał dowody osobistej odwagi żołnierskiej”, czytamy w posłowiu. „Ale nie miał odwagi moralnej […]”.

Muchy

To słowo, które zapamiętam z lektury „Kaputt”.

Wojnę wygrały muchy, obwieszcza mieszkaniec Neapolu w ostatnim zdaniu książki. Muchy unoszące się nad gruzami zniszczonej Europy, wściekle bzyczące wśród smrodu trupów, tworzące aureole wokół główek leżących na bruku nieżywych dzieci. Muchy świadczące o klęsce. Symbole porażki.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że muszki, choć nieco mniej dramatyczne i poetyckie, uparcie krążą też nad spuścizną Malapartego, próbą jego ciągłych usprawiedliwień, nad licznymi fragmentami niby-oskarżeń, z których zawsze wychodzi jako człowiek uczciwy. Czy przesłoniły jego literacki geniusz? Nie. Czy pozostają skazą na jego twórczości? Pewnie tak. A może najpełniej dopełniają wizerunku komedianta, narcystycznego mistrza słowa, który dla sławy i literackiego sukcesu gotów był niemal na wszystko?

Nie chcę dokładać kolejnej cegiełki do rosnącej wciąż sterty rozważań o tym, czy możliwe jest oddzielenie artysty od dzieła. Jeśli tak, Malaparte i jego opus magnum w pewnym sensie wygrali z muchami. „Kaputt” czyta się do dziś. I to jak.

 

Książka:

Curzio Malaparte, „Kaputt”, przeł. Joanna Ugniewska, Barbara Sieroszewska, wyd. W.A.B., Warszawa 2021.

 

* Na zdjęciu użytym jako ikona wpisu: Curzio Malaparte. Źródło: Wikimedia Commons.

Mafijne państwo Piłsudskiego

Tadeusz Dołęga-Mostowicz przemknął przez nasze dzieje jak meteor. Jest esencją II RP i jej największą karierą literacką. Tworzył jednak w cieniu marszałka Piłsudskiego i sanacji. W PRL-u wykształciliśmy w Polsce pewną wizję II RP – była suwerenna, odległa i tak odmienna od Polski Ludowej, jak to tylko możliwe. Nie obyło się bez pewnego idealizowania.

Wydaje się, że dziś, po trzydziestu latach wolności, możemy pozwolić sobie na nieco bardziej krytyczne spojrzenie i zbliżyć się do tego, jak II RP wyglądała naprawdę. Tym bardziej, że w 2021 roku podnoszą się głosy, chcące aby upodobnić III RP do jej poprzedniczki z lat międzywojennych. Czytając książkę „Parweniusz z rodowodem” Jarosława Górskiego, wydaje się, że w postaci pisarza przegląda się nie tylko II RP, ale i my sami. Tym bardziej że stworzył on bohatera naszej popkultury, która okazała się trwalsza niż ustroje na ziemiach polskich – Nikodema Dyzmę.

 

***

Jarosław Kuisz: Czy próby wzorowania się na sanacji i stawiania II RP jako pozytywnego punktu odniesienia mają jakieś uzasadnienie? W książce hołduje pan krytycznej wizji przeszłości sprzed 1939 roku.

Jarosław Górski: Żeby napisać książkę, musiałem przeczytać wiele źródeł z epoki, przewertować dziesiątki tytułów, setki roczników i tysiące egzemplarzy gazet. Nie wyłania się z nich pozytywny obraz tamtych czasów. Wydaje mi się, że ów wyidealizowany obraz tworzyły klasy uprzywilejowane. Rzeczywiście, w II RP byli tacy, którym wiodło się znakomicie. Wystarczy przeczytać, jakie życie wiodą koledzy Nikodema Dyzmy z elit. To są przecież same przyjemności! Pułkownik Wacław Wareda jako dowódca wojskowy wstaje koło południa, do piątej leczy kaca, a potem zaczyna obchód po knajpach. Na tym polegają jego obowiązki. W podobny sposób żyją ministrowie, a i ziemiaństwo oraz arystokracja nie może narzekać.

Okazuje się jednak, że to jest jakieś górne 10 tysięcy obywateli, w trzydziestomilionowym kraju. Tyle że to oni zostawiają pamiętniki, literaturę, są fotografowani i występują w filmach. W związku z tym z ich świadectw czerpiemy wyobrażenie o tamtej epoce. Epoce, która była potworna z wielu względów.

Co mnie najbardziej uderzyło przy zagłębianiu się w historię II RP, to niezwykła brutalność życia codziennego. Pamiętajmy, że dzieje II RP rozpoczynają się od mordu politycznego – zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza. A później tej przemocy było dużo więcej. Nie chodzi tylko o pobicia, ale nawet o skrytobójstwa. Po zamachu majowym ginie kilku generałów – Włodzimierz Zagórski rozpływa się w powietrzu, Rozwadowski po wyjściu z więzienia żyje kilka miesięcy i dla nikogo nie jest tajemnicą, że był tam otruwany. Ludzie znikają.

Ale szokiem była też dla mnie niezwykła brutalność życia codziennego. Najprostsze konflikty rodzinne rozwiązuje się przy pomocy butelki z kwasem, noża lub – jak ktoś miał – rewolweru. To wynikało z nędzy. Polska po odzyskaniu niepodległości była krajem niewyobrażalnej biedy. Większość mieszkańców – i mówię to bez przesady – czyli ponad 15 milionów, to są ludzie niepewni dnia jutrzejszego. Nie wiedzą, czy następnego dnia coś zjedzą, czy nie zostaną wyrzuceni z mieszkania, czy będą mieli pracę. To w większości chłopi, uzależnieni od przyrody i wrażliwi na wszelkie klęski naturalne. Życie w tamtych czasach wcale nie było słodkie – chyba że należało się do tych 10 tysięcy.

Podczas lektury książki przypomniał mi się pewien epizod. Pod koniec lat 80. w moim domu pojawiła się figurka Piłsudskiego. To małe, dość tandetnie wykonane popiersie pełniło ważną funkcję. Było wyrazem może nie bohaterstwa, ale takiego małego sprzeciwu, który można było wyrazić w przestrzeni domowej. Wobec białych plam w historii, braku suwerenności Polski Ludowej. Mam wrażenie, że my cały czas jeszcze jesteśmy w pewnym sensie w tym postkomunistycznym sposobie myślenia o II RP. Wtedy potrzebowaliśmy złapania się idealnego punktu odniesienia, jakim mogła być II RP ze względu na swoją suwerenność. Natomiast dopiero teraz, dzięki takim książkom jak pańska, możemy zobaczyć jej realia. Pan opisuje tradycje polskiej przemocy. Dopiero dziś możemy sobie pozwolić, żeby spojrzeć na to z dystansem i bez pudrowania – potrafiliśmy być wobec siebie niezwykle brutalni.

Tak. Podziały polityczne w dwudziestoleciu były bardzo silne i łączyły się z brutalnością życia codziennego. Partie, także legalne, miały bojówki. Socjaliści rozbijali wiece endecji, endecja socjalistów, frakcje walczyły na noże i browningi. To było coś na porządku dziennym, a później sanacja zrobiła porządek według swoich wzorców.

 

 

A nad wszystkim unosi się postać marszałka Piłsudskiego.

Piłsudski był obiektem niezwykle intensywnej akcji propagandowej. Jego zwolennicy byli fanatyczni, uważali go za zbawiciela narodu, wskrzesiciela ojczyzny. Nie mówię tego ironicznie, tak pisano o nim w prasie sanacyjnej – jak o postaci wręcz nadprzyrodzonej. Piłsudski miał być tym mickiewiczowskim wskrzesicielem ojczyzny o imieniu czterdzieści i cztery. Ukazywały się poważne prace naukowe, mówiące, że został przepowiedziany przez poetów romantycznych, przez Wernyhorę. Za tym szedł fanatyzm.

Zwolennicy Piłsudskiego byli często gotowi do każdego czynu w obronie honoru i czci swojego wodza. Na jego temat powstawały wiersze i powieści, z retoryką nie tylko romantyczną, ale też w pewnym sensie chrześcijańską. Tym, co wyróżniało Piłsudskiego spośród innych wodzów, było cierpienie. Cały czas myślał o ojczyźnie, poświęcił jej swoje życie, męczył się na Syberii. Właściwie każde sprzeciwienie się marszałkowi Piłsudskiemu było przez jego zwolenników traktowane jako profanacja świętości. Jakby ktoś żartował z męki Chrystusa na krzyżu.

Propaganda kultu Piłsudskiego zaczęła się, gdy był on naczelnikiem państwa, a po zamachu majowym stała się wszechobecna. I była niezwykle skuteczna. Na tyle, że przetrwała właściwie do dzisiaj. Piłsudski wciąż jest uważany za kogoś, kto osobiście odzyskał dla Polski niepodległość. Nie mówi się o procesach historycznych, które do tego doprowadziły, tylko personifikuje się wszystko w jego postaci. Dzisiaj możemy jednak podchodzić do tego z historycznym dystansem. Wtedy tego dystansu nie było.

W pana książce są fragmenty, które naiwny, prostoduszny obraz rządów pomajowych i sanacyjnych stawiają w zupełnie innym świetle. Opisuje pan to na konkretnych przykładach. Porwanie i pobicie Dołęgi-Mostowicza było sensacją. Rzecz się dzieje w samym środku Warszawy, w stosunku do znanego dziennikarza z ważnej gazety. Uderzający jest opis współpracy pomiędzy policją i wojskiem a zwykłymi bandytami. Pod propagandą, szumnymi hasłami i patriotyzmem kryło się to, że gdzieś policjant siadał razem z bandytą i jechali pobić dziennikarza.

Ta sprawa jest w ogóle smakowita, dlatego że Dołęgę-Mostowicza pobił porucznik Kusiński, wojskowy, który został oddelegowany do policji, gdzie był specjalistą od kultury. Sprowadzało się to do tego, że policjanci czytali i śpiewali o marszałku Piłsudskim. Oprócz niego było tam dwóch wywiadowców policyjnych – Sieczko i Kowalski, którzy byli czynnymi bandytami.

Po zamachu majowym w Warszawie została zwolniona większość pracowników wydziału śledczego, na czele z bardzo doświadczonym komisarzem Kurnatowskim. Usunięto ich, bo byli policjantami jeszcze w czasach rosyjskich, a poza tym sanacja potrzebowała tam własnych ludzi. Ponieważ zabrakło wywiadowców, zaangażowano przestępców, którzy się do tego najlepiej nadawali. Co więcej, większość tych bandytów była jednocześnie członkami bojówek Polskiej Partii Socjalistycznej.

Czyli do służb wniesiono gangsterskie nawyki sprzed I wojny światowej? 

Nie obarczałbym za to tylko sanacji. Przed zamachem majowym wydział śledczy również był siedliskiem różnych patologii. Komisarzowi Kurnatowskiemu wytoczono proces kryminalny (i polityczny), w którym udowodniono, że brał on łapówki od złodziei w zamian za odstąpienie od ich ścigania. W tamtych czasach takie zachowanie było niezależne od opcji politycznych.

Ale jak przyjrzymy się retoryce marszałka Piłsudskiego i jego zwolenników, to oni z jednej strony są nietzscheanistami, a z drugiej – są wychowani na polskim romantyzmie. Dla nich właściwie nie ma nic ważniejszego niż wola. Kiedy Piłsudskiemu zarzucano współpracę z austriackim i niemieckim wywiadem, częstą zmianę współpracowników czy porzucenie żony, marszałek odpowiadał, że jest człowiekiem woli i nie dba o drobiazgi, bo najważniejsza jest odrodzona ojczyzna. I ta retoryka rezonowała w dół. To, że bandyta był jednocześnie wywiadowcą policji, to była mała rzecz, jeśli poświęcał swoje życie ważnej sprawie. Poza tym – gdzie można było szukać ludzi o silnej woli, jak nie wśród bandytów?

To przywodzi mi na myśl film Fritza Langa „M”, gdzie światy policji i przestępców przenikały i uzupełniały się wzajemnie. Nawet w II RP powstał znamienny dla tej epoki film „Mocny człowiek”. Chciałbym dopytać o postać Nikodema Dyzmy. Wydaje mi się, że tak jak Dołęga-Mostowicz był fenomenem II RP, tak jego bohater jest fenomenem całego XX wieku w Polsce. O mało której postaci popkultury można powiedzieć, że przetrwała wszystkie ustroje. Książka w II Rzeczpospolitej stała się bestsellerem, a pozostali autorzy aspirowali do sukcesu jej autora. PRL także sięga do tej postaci, realizując je w formacie filmu i serialu. W III RP również powstał kolejny, chociaż marny film. Czym pan tłumaczy długowieczność bohatera, o którym trudno powiedzieć coś jednoznacznie dobrego? 

Nie do końca bym się zgodził z tak postawionym pytaniem. Wydaje mi się, że to jest bohater, w którego każdy może włożyć to, w co mu w duszy gra. Dla przeciwników sanacji był on symbolem, który oddawał ducha tej formacji. Z kolei dla zwolenników Piłsudskiego Dyzma był po prostu chamem, który nagle znalazł się na salonach, a na takich trzeba uważać.

Sam Nikodem Dyzma jako postać jest zresztą kompletnie… nijaki. Zanim zostaje on wzięty za dygnitarza, jest biednym człowiekiem, który nic nie potrafi. Wyrzucili go z poczty w Łyskowie dlatego, że nie potrafił usiedzieć przy listach! A potem podporządkowuje się i zachowuje jak kameleon. Zostaje chamem, bo wszyscy od niego tego oczekują. To nie Nikodem Dyzma jest karykaturą, ale raczej wszystkie postacie dookoła niego. On pozostaje zwierciadłem, w którym odbijają się poglądy i aspiracje pozostałych, którzy chcą silnego człowieka, bo takiego potrzebuje ojczyzna. I tak sobie go wyobrażają – jak trzeba, to rąbnie pięścią w stół, rzuci grubym słowem.

Sam Dołęga-Mostowicz pisał o tym, że różne rzeczy postrzegamy zależnie od kontekstu. Nędzarz, który przeklina, jest chamem, a ziemianin, który używa takiego samego słowa, jest oryginalny. Dopóki Nikodem Dyzma jest nikim, jego nieokrzesanie i brak manier na nikim nie robi wrażenia. W chwili, kiedy staje się dygnitarzem, to staje się pożądaną cechą.

To nakłada się na fakt, że w dwudziestoleciu międzywojennym relacje między przełożonymi a podwładnymi były w dużej mierze feudalne. Szef miał prawo uderzyć swojego pracownika i bardzo często to robił. Marszałek Piłsudski lżył swoich pułkowników i generałów, ministrowie lżyli dyrektorów departamentów, a oni tak samo zachowywali się wobec urzędników niższego szczebla. Powszechne było lżenie uczniów przez nauczycieli. Dyzmów, którzy umieli walnąć pięścią w stół i w ten sposób próbowali sobie podporządkować rzeczywistość, było wielu.

Ilustracja: Max Skorwider;

Przypomina mi się, że w amerykańskich filmach noir z lat 40. i 50. trudno znaleźć obraz, w którym mężczyzna nie uderzyłby kobiety w twarz. To rzeczywiście ma związek z brutalizacją życia publicznego, która z dzisiejszej perspektywy jest nieakceptowalna. 

Czy to nie jest jednak tak, że Dyzma jest postacią, która pośrednio zaspakaja naszą polską potrzebę istnienia elit i hierarchii? 

Jak najbardziej, ta postać wpisuje się w nasze przekonanie, które wielokrotnie jest tam wyrażane przez polityków, że istnieje coś takiego jak elita, do której nie powinno być dostępu. Bo jak ona zacznie przyjmować w swoje szeregi takich Dyzmów, to ulegnie samodegeneracji i w ten proces wciągnie ojczyznę.

To mit polskiej inteligencji i elit, których już nie ma, bo zostały wymordowane przez okupantów, a potem komuniści do reszty zdegradowali tę klasę. Jest przekonanie o tym, że elity powinny być czymś na kształt arystokracji, a kto do niej nie należy, ten jest intruzem.

Jakiś czas temu do Nikodema Dyzmy porównywano nagrania Daniela Obajtka. 

To spełnia również potrzebę, w której możemy obwinić kogoś spoza tej hierarchii i elit. Jak nie jest dobrze, to znaczy, że prostacy dostali się tam, gdzie nie powinni. To jest oczywiście antydemokratyczne przekonanie, że powinny istnieć stałe elity, które od urodzenia są predestynowane do tego, żeby rządzić i tworzyć nam lepszy świat. To konserwatywny pogląd, chociaż objawia się również u osób, które tak się nie identyfikują. Najlepiej, żeby winnym był prostak.

Czy Dyzma zostanie z nami w XXI wieku? 

Myślę, że tak. Z jednej strony, to postać, na którą można projektować bardzo różne wyobrażenia, a z drugiej – to bardzo plastyczny bohater literacki. Dlatego wydaje mi się, że „Kariera Nikodema Dyzmy” może być jeszcze wiele razy sfilmowana, mimo że serial Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego był absolutnie znakomity, może najlepszy w historii. Wszystko może się zmienić, ale jak długo Polska będzie istnieć, tak długo opowieść o Dyzmie będzie czytana.

Ksiądz Chmielowski i jaja latające. O „Nowych Atenach albo Akademii wszelkiej scyencyi pełnej”

Ileż było śmiechu, zdrowego profesorskiego i inteligenckiego śmiechu, kiedy w 1966 roku ukazał się wybór z „Nowych Aten albo Akademii wszelkiej scyencyi pełnej” księdza Benedykta Chmielowskiego (1700–1763) – dzieła wielce osobliwego, gdyż będącego pierwszą polską encyklopedią, a zarazem mającego ustaloną już w XIX wieku opinię naczelnego świadectwa degeneracji umysłowej czasów saskich. Autorzy tego wyboru, wydrukowanego na papierze pakowym i ozdobionego uciesznymi ilustracjami Szymona Kobylińskiego, umieścili w nim (bynajmniej nieprzypadkowo) te partie „Nowych Aten”, które dla dwudziestowiecznego intelektualisty były najbardziej niepoważne. Można więc było do woli dworować sobie z przygłupiego księżyny, który w czasach, kiedy Francuzi drukowali kolejne tomy „Encyklopedii” Diderota, opisywał niezawodne sposoby odczyniania uroków, deliberował nad umiejscowieniem geograficznym biblijnego Edenu oraz solennie referował dane na temat Psiogłowców i innych dziwnych stworzeń zamieszkujących – według średniowiecznych bestiariuszy – krańce świata.

Głosów usiłujących uwolnić księdza Chmielowskiego od roli największego mimowolnego błazna w historii kultury polskiej słychać było niewiele. Pewna badaczka napisała o nim habilitację, pewien badacz wskazywał, że autor „Nowych Aten” nie miał dostępu do nowszej literatury, ponieważ większość życia spędził na podolskiej wsi, gdzie był proboszczem, a poza tym pisał nie dla wyrafinowanych myślicieli, lecz głównie dla szlachty zaściankowej, która nie oczekiwała wieści o najświeższych odkryciach. Ale dopiero w obecnym stuleciu Chmielowski doczekał się kilku szerzej słyszalnych i sprawiedliwszych ocen w piśmiennictwie krytycznym, a także przynajmniej jednego empatycznego obrazu literackiego swojej postaci w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk.

„Nowe Ateny” to bardzo obszerny utwór – w pełnej wersji ma około trzech tysięcy stron druku. Mało kto przeczytał go w całości. Dlatego też mało kto wie, że znaczną część jego zawartości stanowią rzetelne informacje z różnych dziedzin wiedzy, które autor wypisał z setek cudzych ksiąg, nie zawsze bałamutnych. Zestawił je jednak w sposób, który współczesnemu czytelnikowi wydaje się chaotyczny, a ponadto ubarwił gawędziarskim komentarzem odautorskim, który dodatkowo złościł nowoczesnych uczonych, przyzwyczajonych do bezosobowego stylu narracji intelektualnej. Dlatego tylko bardzo wytrwali czytelnicy mogą odkryć, że całość tomu drugiego „Nowych Aten” stanowi ogromny bedeker geograficzno-historyczno-obyczajowy po krajach Europy, Azji, Afryki i Ameryki, przeznaczony, jak autor zaznaczył na wstępie, dla ludzi, którzy nie mogą lub nie chcą sami podróżować – spory wpływ na jego kształt wywarła okoliczność, że sam autor również nie podróżował, przeto wszystkie podane informacje czerpać musiał z książek.

Ostatnie sto stron tego tomu zawiera wydzielony „tytuł [czyli rozdział] drugi […], Zwierciadło Geniuszów, żywy obyczaiów obraz różnych w świecie narodów” – znajdujemy tu dane o zwyczajach obcych ludów podane w porządku alfabetycznym, według ich nazw – oraz „tytuł trzeci […], Wielki Lingwista, biegły tłumacz języków albo scyencya o językach ich originem et declinationem opisuiąca z wielu Autorów”, gdzie zgromadzone są informacje protojęzykoznawcze zgodne z ówczesnym ogólnym stanem wiedzy na ten temat. Tom trzeci składa się z ośmiu „tytułów”, z których każdy dotyczy innej dziedziny, odpowiadając z grubsza tematom pomieszczonym już uprzednio w tomie pierwszym, a zatem: teologii, hagiografii, wiedzy tajemnej, przyrodoznawstwa, ekonomiki i spraw gospodarskich, a wreszcie curiositates, czyli osobliwości i ciekawostek oraz wiadomości biograficznych o kilkuset sławnych postaciach ze wszystkich epok. Tom czwarty natomiast podzielony jest na sześć „tytułów”, z których cztery zawierają omówienie heterodoksyjnych wyznań chrześcijańskich, dwa ostatnie zaś – szereg dopowiedzeń i uzupełnień wiedzy geograficznej, biologicznej i etnologicznej wyłożonej w tomach poprzednich. Innymi słowy – „Nowe Ateny” naprawdę były encyklopedią, chociaż nieporządną pod względem struktury i nieaktualną pod wieloma względami już w momencie, gdy ukazała się drukiem.

Niech jeden drobny przykład zaświadczy, jak niesprawiedliwi i złośliwi byli krytycy pomawiający księdza Chmielowskiego o zwyczajną głupotę. Przykładem tym jest często obśmiewany fragment, w którym mówi się o pewnym eksperymencie:

Co czynić, aby jaje latało po powietrzu?

Weź jaje świeże w Maju, przebij igłą lub szydełkiem w obóch końcach, wydmij z niego wszystko, dopiero do próżnego nalej prawdziwej samej rosy, przed Wschodem słońca zbieranej, i to w Maju, bo innych czasów nie jest tak czysta i sprawiedliwa rosa, i to nie po deszczu. Nalawszy pełną skorupkę jaja, woskiem ciepłym dobrze zatkaj obie w końcach jaja dziury, wystaw te jaje na gorące słońce, tedy go gorącem swoim do góry pociągnie na powietrze. Ale to w tych krajach się praktykuje, gdzie słońce bardzo operuje; w tych krajach Polskich ja tego próbowałem bez skutku”.

Kupa śmiechu, proszę państwa. Ksiądz Chmielowski wyczytał jakieś głupoty w jakichś średniowiecznych szpargałach, uwierzył w to, co przeczytał (łatwowierność i dziecięca naiwność należą do najczęściej spotykanych w piśmiennictwie krytycznym zarzutów przeciw niemu) – i próbował spraktykować owe zalecenia. W tym przypadku chodziło o sprawienie, żeby kurze jaja unosiły się w powietrzu. Zwizualizować tę scenę – i będziemy mieli ujęcie w sam raz do filmu braci Marx.

Tymczasem, jeśli przeczyta się ten opis uważnie i bez uprzedzeń, można się w nim dopatrzyć propozycji całkiem zmyślnego doświadczenia, niemającego wprawdzie dużego znaczenia dla nauki, ale mogącego być całkiem niezłą sztuczką poglądową. Należy zatem sporządzić wydmuszkę, a następnie napełnić ją czystą, świeżą wodą, zatkać woskiem i wystawić na pełne słońce. Po jakimś czasie jajo powinno unieść się w powietrze. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś magiczną siłę, która miałaby przy tym procesie zadziałać, lecz raczej o fakt, że w wysokiej temperaturze woda wewnątrz wydmuszki zacznie parować, a para wodna, ponieważ jest lżejsza od powietrza, w końcu uniesie lekką skorupkę jajka na tej samej zasadzie, na jakiej działa każdy balon. W nowoczesnych podręcznikach typu „jak ciekawie wykładać fizykę” można znaleźć dziesiątki podobnych propozycji, z których nikt się nie naśmiewa.

Co więcej, uwaga Chmielowskiego o niepowodzeniu jego własnej próby przeprowadzenia tego doświadczenia świadczy nie tyle o jego tępocie, ile raczej o bystrości. (Niestety dla siebie, był on chyba człowiekiem prostolinijnym, mówiącym i piszącym szczerze, co naprawdę myśli, a taka postawa nie popłaca w żadnej epoce, wywołuje bowiem u bliźnich albo złość, albo uciechę, albo złośliwą uciechę.) Powiada on bowiem, że „to się w tych krajach praktykuje, gdzie słońce bardzo operuje” – co znaczy, że rozumie, iż do „jajecznego lotu” potrzebna jest wysoka temperatura powietrza, bo tylko w niej woda w wydmuszce może w wystarczającej ilości przejść do stanu gazowego, a wosk stopi się, uwalniając nadmiar wody i dając miejsce parze.

Trudno powiedzieć, czy latające jajo byłoby możliwe na przykład w strefie subtropikalnej albo w czterdziestostopniowych upałach, które stają się obecnie coraz bardziej powszechne również w naszych szerokościach geograficznych. Pewne jest natomiast, że ksiądz Chmielowski czytał swoje książki uważniej i roztropniej niż niegdyś sądzono. Jego współcześnika, księdza Bakę, zrehabilitowano już dawno. Czas już, aby oddać sprawiedliwość i jemu.

 

Książka:

„Nowe Ateny albo Akademia wszelkiej sciencyi pełna, na różne tytuły jak na Classes podzielona, Mądrym dla memoryału, Idiotom dla Nauki, Politykom dla praktyki, Melancholikom dla rozrywki erygowana […] przez Xsiędza Benedykta Chmielowskiego”, pierwsze wydanie we Lwowie 1745–1746 (dwa tomy), drugie, znacznie rozszerzone, we Lwowie 1754–1756 (cztery tomy, 846+783+716+635 stron, reprint: Warszawa 2018–2019); wybór w opr. Marii i Jana Józefa Lipskich: Kraków 1966, 21968.

Józef Beck – najgorszy polityk w historii Polski?

Z postacią Józefa Becka, jak z mało którą, wiąże się mnóstwo zasadniczych i wciąż aktualnych dla nas pytań, poczynając od tego, jak prowadzić politykę zagraniczną, żeby nie skończyła się katastrofą. Beck był ministrem spraw zagranicznych, jednym z ulubieńców Józefa Piłsudskiego. Wciągnięty przez niego do polityki, po tym jak w 1926 roku wsparł zamach majowy, włączył się w budowanie autorytarnego kursu państwa. Brał udział w zatrzymaniach opozycji i osadzeniach w Brześciu. Od 1932 roku prowadził polską politykę zagraniczną, od 1935 roku – po śmierci Piłsudskiego – samodzielnie. Internowany w Rumunii, gdzie zmarł przed wybuchem powstania warszawskiego. 

***

Jarosław Kuisz: Dlaczego w 2021 roku wzięli panowie w obronę Józefa Becka? 

Marek Kornat: Nie ma specjalnego znaczenia, czy książka ukazałaby się w 2021 roku, czy w 2017, czy 2025 – ja jako autor części poświęconej polityce zagranicznej nie widzę możliwości prowadzenia zasadniczo innej polityki, innej geopolityki w tamtych realiach. Nie jest tak, że wybieramy sobie sąsiadów w społeczności międzynarodowej i nie jest tak, że heros zasiądzie na urzędzie ministra spraw zagranicznych i powie „nie” wszystkim możnym tego świata i zwycięży. Takich cudów historia nie zna. Dlatego po prostu staraliśmy się nie przyjmować pozycji sędziego – bo w stosunku do Józefa Becka łatwo można przyjąć postawę sędziego i powiedzieć, że „najgorszy”, że „grabarz ojczyzny” i tym podobne ostre oceny.

Ale jest jeszcze postawa historyka jako tłumacza przeszłości. I nam – mnie i profesorowi Wołosowi – przyświecała właśnie taka postawa. To z tego punktu widzenia rozpatrywaliśmy ówczesne położenie Polski, ówczesne dylematy, próbując odczytywać je na podstawie źródeł. Nasz wniosek jest taki, że Polska w tamtych warunkach nie mogła wyjść poza politykę równowagi. No bo cóż oznaczałoby to dla Polski? Perspektywę sojuszu z Niemcami, co dzisiaj niektórzy doradzają ex post, albo orientację na Rosję, czyli de facto nieuniknione podporządkowanie kraju Sowietom. Nie mam wątpliwości, że jest to perspektywa i w pierwszym, i w drugim przypadku dosyć przerażająca. Ubolewam jedynie, że niektórzy w naszym społeczeństwie są tak pozbawieni wyobraźni, że tego nie rozumieją. Ja natomiast nie mam tutaj żadnych dylematów – tak to widzę i dlatego taka, a nie inna jest ta książka.

Nie mam wątpliwości, że panowie starają się procedować sine ira et studio, obiektywnie. Niemniej przy postaci Józefa Becka nie da się powstrzymać od ocen. Są w książce dość liczne fragmenty, kiedy jednak panowie wchodzą w polemikę z różnymi osobami. Jednym z największych adwersarzy jest Stanisław Cat-Mackiewicz, który napisał o polityce Józefa Becka znaną książkę, klasykę polskiego eseju politycznego, zawierającą negatywną ocenę polityki Becka, z wymownym tytułem zakończenia: „Z nagrobka swojej polityki zrobił sobie piedestał”.

Jak zauważa Cat-Mackiewicz, Beck miał w 1939 roku swoje pięć minut powodzenia, kiedy na legendarnym już dzisiaj posiedzeniu plenarnym Sejmu 5 maja 1939 roku wygłosił przemówienie, w którym padają słowa o honorze i o tym, że Polacy nie będą ulegać szantażowi niemieckiemu. U Cata jest to bardzo ciekawe, bo są to częściowo jego wspomnienia – mówił, że „widział, jak po przemowie Becka kobiety w Warszawie rzucały mu kwiaty do samochodu, kłaniał się i uśmiechał, każdemu przyjemna jest popularność”. Ale argumenty, które podaje Cat, to, po pierwsze, że polityka honoru uderzyła w struny polskie, ale Beck całkowicie się mylił w ocenie polityki sowieckiej. Zaś drugi jego błąd to przekonanie, że mimo wszystko wojny nie będzie. Cat pyta w książce retorycznie, „na czym je opierał, nie wiadomo”. Rozumiem, że jednym z polemistów dla pana jest na pewno Cat-Mackiewicz. 

W naszej książce nie prowadziliśmy narracji, aby weryfikować wszystkie twierdzenia Stanisława Mackiewicza. Są one bez wątpienia twierdzeniami w dużej mierze niemądrymi. Podam jeden przykład. Mackiewicz pisze w swojej książce, jak trzeba było prowadzić politykę zagraniczną w 1938 i 1939 roku: że już w 1938 roku trzeba było stworzyć koalicję antyniemiecką, kiedy Niemcy przygotowywały się do Anschlussu – że Polska powinna była ją wówczas montować, aby udaremnić aneksję. Otóż, jest to rzecz niesłychana, że tak wytrawny dziennikarz może coś takiego napisać! Co Polska mogła zrobić, gdy Austriaccy sami garnęli się do Niemiec? Niemcy nie miały żadnego przeciwnika na arenie międzynarodowej. Mocarstwa zachodnie prowadziły krótkowzroczną politykę appeasement. Włochy i Austria sprzedały – czy raczej złożyły się na ołtarzu – sojuszu z Niemcami. Mussolini wycofał się z koncepcji obrony Austrii, bo taka była koncepcja. Co mógł wtedy zrobić Beck? Zrobił to, co zrobił – powiedział, że los Austrii go nie interesuje. Gdybania to jest przykład krytyki ex post, która do niczego nie prowadzi.

Warto podkreślić też, że minister Beck swojej mowy z 5 maja nie uważał wcale za sukces, ale raczej za obowiązek. Uważał, że ma obowiązek wytłumaczyć narodowi polskiemu, dlaczego nie przyjął niemieckich żądań terytorialnych. Skoro kanclerz Hitler ujawnił je 28 kwietnia, to należało również publicznie mu odpowiedzieć – a więc Beck czyni to, co dyktuje mu obowiązek. Twierdzenie, że zrobił sobie „z nagrobka piedestał” jest – delikatnie rzecz ujmując – tyleż efektowne, co niezbyt trafne.

Są takie momenty w historii narodu, w których trzeba wszystko postawić na jedną kartę. Tak nie jest codziennie. Polityk, który by codziennie chodził i opowiadał o honorze, byłby śmieszny. Polityka jest sztuką kompromisu, sztuką dochodzenia do częściowego osiągnięcia celu, jaki sobie stawiamy. Sytuacje zerojedynkowe są niezwykle rzadkie.

Natomiast w sytuacji, w której występuje śmiertelne zagrożenie państwa – bo próba spełnienia tych żądań, które postawili Polsce Niemcy prowadziłaby do pozbycia się niepodległości przy zielonym stoliku – Józef Beck mówi „nie” i odwołuje się do instancji, którą jest honor. I to jest wszystko. Sytuacja zerojedynkowa.

Podczas powtórnego pogrzebu Becka w Warszawie Krzysztof Skubiszewski powiedział to dokładnie takimi słowami: polityka jest sztuką kompromisu, ale są wartości, które są imponderabiliami i nie mają wymiernej ceny.

Punktem wyjścia do alternatywnych historii jest sprawdzanie możliwych scenariuszy, zadawanie pytań o to, czy to była jedyna ścieżka. Najważniejszym przedmiotem krytyki jest to, że Józef Beck uniósł się honorem, ale państwa nie tylko nie ocalił, ale tak naprawdę przyniosło to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii Polski – jedną z największych katastrof na przestrzeni dziesięciu stuleci. 

Konsekwencje tamtych decyzji w zasadzie dobiegły końca w 1989 roku, nie można się zatem dziwić, że Beck stał się jednym z najważniejszych ćwiczeń politycznych aż do dziś. Stąd również aktualność panów pracy nad książką. Możemy zadawać sobie pytanie, czy, skoro to się skończyło katastrofą, taki sposób postępowania nie powinien zostać ostro zrewidowany.

Mnie jako historykowi zawsze przyświeca takie pragnienie: kiedy oceniam kogoś, staram się odszukać możliwości alternatywnego działania, zrobić coś lepiej i osiągnąć cel. Natomiast absolutnie nie potrafię sobie wyobrazić, aby ktoś stojący na czele Polski w 1939 roku zdołał uniknąć tej katastrofy. Spełnienie niemieckich żądań terytorialnych mogło sprawić tylko tyle, że Polska spotkałaby się z następnymi żądaniami w dalszym czasie – a więc była to linia absolutnie nie do przyjęcia, koncepcja samobójcza. Musimy pamiętać, co by dla Polski oznaczał sojusz z Niemcami w realiach II wojny światowej. A jeśli ktoś twierdzi, że Polska mogła spełnić żądania terytorialne Niemiec i być neutralna, to znaczy, że nie rozumie mapy Europy. Nie widział, gdzie leży Polska na tej mapie. Neutralna mogła być Hiszpania, ale nie Polska. Zgadzam się, że była to straszna klęska: odrodzone po długiej niewoli państwo uległo rozbiorowi pomiędzy dwa totalitarne mocarstwa, które jeszcze na tym terytorium wypróbowywały całe swoje instrumentarium zbrodniczych środków działania w służbie ideologii. To wszystko jest prawdą, natomiast ja nie potrafię znaleźć możliwości ocalenia Polski w ówczesnych warunkach.

Mamy w historiografii dwie tendencje – warto je przypomnieć. W czasach PRL argumentacja była prosta: trzeba było latem 1939 roku pójść na współpracę ze Związkiem Sowieckim i nie utrudniać Sowietom przemarszu Armii Czerwonej przez polskie terytorium. Takie żądania przedłożył Stalin 16 sierpnia 1939 roku. To rozumowanie prowadziło do bardzo prostego wniosku: polityka była błędna, należało prowadzić inną – pójść na wielką koalicję, tak jak proponowały zachodnie mocarstwa i zgodzić się na przemarsz Armii Czerwonej. Ale wpuszczenie Armii Czerwonej na nasze terytorium oznaczałoby wyrok śmierci na własne państwo rękami własnego rządu. Były kraje, które to zrobiły – Litwa, Łotwa i Estonia jesienią 1939 roku zgodziły się na bazy radzieckie na swoim terytorium. Potem wojska z tych baz wyszły i kraje znalazły się pod okupacją Sowietów. Latem 1940 roku nawet nie miały szans na demonstracyjną obronę. Druga narracja jest taka, jaką pan wcześniej wprowadził, cytując Mackiewicza. To jest narracja o – rzekomej, według mnie – zbawienności sojuszu z Niemcami. Mój pogląd na ten temat przedstawiłem wcześniej, mogę jeszcze tylko dodać, że Stanisław Mackiewicz jest typowym przykładem dziennikarza, który przeprowadził niezwykle zręczną mistyfikację.

To znaczy?

Wiosną i latem 1939 roku Mackiewicz wcale nie domagał się sojuszu z Niemcami, a w każdym razie nie postulował przyjęcia żądań terytorialnych, które przedstawił Hitler. Krytykował wówczas rząd, że się słabo zbroi, że Polska jest nieuzbrojona, że lichym premierem jest Sławoj Składkowski. Za to wysłano go na dwa tygodnie do Berezy. To jest prawda. Nie jest natomiast prawdą, że Mackiewicz odważył się publicznie postulować przyjęcie żądań terytorialnych Niemiec, czyli aneksji Gdańska jako Wolnego Miasta do Rzeszy oraz eksterytorialnej autostrady przez Pomorze, która po wprowadzeniu wojsk niemieckich powodowałaby całkowite odcięcie od Bałtyku. To są kwestie bardzo poważne.

Później, na uchodźstwie, Mackiewicz wystąpił z gwałtowną krytyką ministra Becka i po raz pierwszy uczynił to w roku 1941. Odtąd zaczął być widziany w roli patrona, doradcy, którego głosu nie posłuchano. Ale to jest mistyfikacja – gwoli ścisłości, warto to podkreślić.

Czyli pan zajmuje stanowisko, że lepiej było postawić na to, co panowie w książce nazwali postawą non possumus: w pewnym momencie bronimy honoru i ważniejszy jest ten moment honoru, bo potem klęska i tak by nastąpiła?

Osoby, które zastanawiają się nad innymi scenariuszami, przesuwają punkt wyjścia do wydania oceny, bo wtedy pojawia się argument, że zniszczenia być może byłyby mniejsze albo nastąpiłyby później, że te katastrofy, które spadły na II Rzeczpospolitą, może miałyby mniejszy zasięg. 

W gruncie rzeczy pole do innych scenariuszy otwiera się dlatego, że ten, który się zrealizował – co prawda oparty na słowach o honorze – był najgorszym z możliwych. 

Jeżeli za wiarygodne uznamy tajne wypowiedzi Hitlera do generalicji Wehrmachtu – jedna pochodzi z 23 maja 1939 roku, druga z 22 sierpnia 1939 roku – to Hitler mówi tam coś takiego: chciał ułożyć sobie stosunki z Polską i rzucić się na zachód, przeciw Francji. I teraz, gdyby w realiach 1939 roku Francja potrafiła powtórzyć to, co zrobiła w czasie I wojny światowej, czyli skutecznie się bronić, to Polska dobrze by na tym wyszła. Polska czekałaby bowiem na rozwój wypadków, nie byłaby uwikłana w wojnę w pierwszej kolejności, chyba żeby od wschodu zaatakował Związek Sowiecki. Co do tego, można przypuszczać, że tak by było, ale można też podnosić argumenty, że tak mogłoby nie być.

Ale de facto nie było – czekali do 17 września. To jest taki żelazny argument, że Sowieci czekali na rozwój wypadków. 

Wyobraźmy sobie, że Niemcy ruszają na Francję, a Polska wcześniej oddaje Gdańsk i eksterytorialną autostradę i nie prowadzi wojny – wtedy Sowieci mają inną sytuację niż we wrześniu 1939 roku i prowadzą na pewno własną politykę, taką czy inną, ale na pewno Polsce nieżyczliwą. Ale skoro Francja w 1940 roku została rozgromiona w krótkotrwałej kampanii, to w 1939 też by tak się chyba stało. Ja w każdym razie nie potrafię powiedzieć inaczej. Czym Francja mogła pokonać nieprzyjaciela mającego tak znaczną przewagę? Przy skostniałej doktrynie wojennej, przy bardzo słabym myśleniu koncepcyjnym?

W tych warunkach wracamy do punktu wyjścia: Polska ponownie staje się przedmiotem zainteresowania Niemiec i musiałaby wziąć udział w wyprawie na Związek Sowiecki. Jest niemożliwe, żeby Niemcy pozostawiły Polskę, nie zmuszając jej do udziału w wyprawie na Związek Sowiecki – ta wyprawa była przecież ukoronowaniem całej misji historycznej Hitlera, którą sobie obrał. Hitler jeszcze w wigilię paktu Ribbentrop–Mołotow powiedział do generalicji Wehrmachtu, że to wcale nie oznacza sojuszu, że „rozbijemy w pył Związek Sowiecki”. Tak jest napisane w dokumentach norymberskich.

Żołnierz węgierski czy rumuński ginął na froncie wschodnim – ginąłby i polski. Mało tego, Polska staje się polem bitewnym, bo oddziela te dwa państwa, więc ja nie widzę koncepcji zysku, jaką mielibyśmy związać z tezą o alternatywie niemieckiej.

I jeszcze jedno: Józef Beck, odrzucając żądania niemieckie i przyjmując ofertę sojuszu ze strony rządu brytyjskiego, nie był wcale przekonany o tym, że wszystko jest już rozstrzygnięte i teraz oczekujemy na klęskę. Przede wszystkim uważał, że należy zaczekać na rozwój wypadków w dyplomacji, że dyplomacja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i że Niemcy nie mogą wygrać wojny z całym światem, więc może się cofną. Jeżeli ktoś nazywa to naiwnością, to ja się nie zgadzam. Beck w styczniu 1939 roku powiedział wyraźnie do prezydenta i do marszałka Śmigłego, że jeżeli Niemcy będą obstawały przy żądaniach nie do spełnienia, to grozi nam konflikt w wielkim stylu. A więc to nie jest tak, że Józef Beck jest naiwny, ale też nie jest tak, że Józef Beck od razu zakładał, że mamy jutro wojnę – nie, po prostu uważał, że dyplomacja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

I druga rzecz. Józef Beck naprawdę uważał, że kiedy już armia niemiecka rzuci się na Polskę, to żeby osiągnąć swój cel, będzie musiała na Polskę rzucić gros sił. A wtedy Niemcy się odsłaniają na Zachodzie i mocarstwa zachodnie dostają unikalną szansę przystąpienia do wojny. Choćby zbombardowanie Zagłębia Ruhry przy użyciu lotnictwa byłoby bardzo potężnym ciosem, także psychologicznym. Józef Beck myślał tymi kategoriami.

I się pomylił…

Oczywiście.

Pomylił się w analizie sytuacji i to jest jednym z elementów jego czarnej legendy. I nawet jeśli Piłsudski go lubił, to po prostu wybrał człowieka o niedostatecznych kompetencjach dyplomatycznych czy analitycznych – na pewno nie jest to postać, która byłaby w stanie przeprowadzić Polskę przez nadzwyczajny kryzys. Ta sytuacja wymagała nadzwyczajnych ludzi, a takich ludzi autorytarny system II RP utrącał z założenia. 

Nie wierzę w nadzwyczajnych ludzi.

Nie wierzę w herosów, którzy potrafią wypowiedzieć słowo, które staje się ciałem i mocarstwa zaczynają się uginać przed państwem średniej wielkości.

A Mannerheim?

Przykład z Mannerheimem jest trochę mylący.

Z uwagi na geografię. Ale jednak to był człowiek, który potrafił sobie poradzić również w beznadziejnych sytuacjach. 

Ja się zgadzam, że wspaniały czyn, jakim jest obrona Finlandii, zasługuje na podziw i nie da się go nie zapisać na konto Mannerheima…

Ilustracja: Max Skorwider;

Przypomnijmy, że Finlandia w trakcie wojny zmieniała sojusze i znajdowała się, tak samo jak my, między młotem a kowadłem, ale wyszła z tego jako państwo, które ocaliło swoją niezależność – bodaj jako jedyny kraj szeroko rozumianego regionu. 

Finlandia broniła się skutecznie, jest to jedno z cudownych zdarzeń historycznych. Jest straszliwa zima, Armia Czerwona nie jest w stanie przełamać linii Mannerheima, wszystko się kończy kompromisowym pokojem zawartym w Moskwie w marcu 1940 roku.

Trzeba tylko pamiętać, że mocarstwa zachodnie przystąpiły do formowania korpusu ekspedycyjnego, który miałby być wysłany na pomoc Finom, bo w tamtym czasie Związek Sowiecki w Paryżu i w Londynie był postrzegany jako cichy aliant Niemiec. Gdyby nie te pogłoski, Stalin wcześniej czy później musiałby zdobyć Finlandię – nie wyobrażam sobie, że po przeminięciu zimy wojska fińskie dalej broniłyby linii Mannerheima.

Finlandia była osłabiona po tej wielkiej czystce. 

Była, ale tam była przewaga sto do jednego, jeżeliby policzyć rezerwy. Dla kogoś takiego jak Stalin człowiek się nie liczy – dla niego było nieistotne, czy by tam zginęło jeszcze pół miliona czerwonoarmistów czy milion. Zgadzam się więc, że to jest cudowne wydarzenie, ale nie widzę szans, żeby Polska mogła z czegoś podobnego w tamtych warunkach skorzystać. Finlandia leży tam, gdzie leży. Jest to jedyne państwo, które zaliczono do przyszłych ofiar paktu Ribbentrop–Mołotow, które tą ofiarą się nie staje, tylko się broni.

Ale decyzja polityczna jest podobna jak u Becka – rząd Finlandii zbiera się, podchodzi do żądań sowieckich w sposób rzeczowy i je odrzuca. Przeważa głos ministra spraw zagranicznych, który argumentuje, że oddanie części terytoriów oznacza wejście na równię pochyłą i utratę niepodległości. Rozumowanie Finów jest całkowitą analogią do rozumowania rządu polskiego.

Ale później w trakcie wojny Finowie przecież sprzymierzyli się z Niemcami, potrafili lawirować między potężniejszymi od siebie państwami. A wracając do postaci Becka – to nie tego formatu postać, to nie marszałek Piłsudski, to nie Mannerheim, nawet oczekiwania pewnie są niższe. Może po prostu ten dobór kadr był w pewnej chwili dobry, bo Piłsudski miał posłusznego wykonawcę swoich poleceń w postaci Becka, ale jak przyszedł moment próby, to tego typu postacie nie zdały egzaminu i jedyne, o czym mogły mówić, to honor?

Jeszcze jedna kwestia, jeśli chodzi o Finlandię: decyzja odrzucająca żądania sowieckie jest podobna, analogicznie motywowana jak w przypadku Polski, która odrzuca żądania niemieckie. Obydwa rządy – polski i fiński – argumentują odmowę tym, że wchodzimy wówczas na równię pochyłą: godząc się na jedne żądania, otwieramy drogę następnym. Różnica jest tylko taka, że mamy kampanię wrześniową i blitzkrieg Wehrmachtu, a Finowie mają wojnę zimową w nieludzkich warunkach atmosferycznych, kiedy Sowieci nie mogli wykorzystać wszystkich możliwości technicznych, jakie miała ich armia (niezależnie od tego, że zdziesiątkowany przez Stalina korpus oficerski słabo się też spisywał).

Jeśli chodzi o system autorytarny: tak, oczywiście był w Polsce system autorytarny, była łagodna dyktatura marszałka Piłsudskiego. Celowo podkreślam: „łagodna dyktatura”, a to określenie rozumiem w ten sposób, że, mówiąc krótko, był to ustrój, który uniemożliwiał opozycji dojście do władzy legalną drogą.

Byłoby bicie, zamykanie w więzieniu, skłanianie do emigracji postaci tak wybitnych jak Witos. To nie są dawne sprawy, to są jak najbardziej cały czas aktualne tematy – w 2020 roku mamy kasację wniesioną do Sądu Najwyższego przez Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie procesu brzeskiego.

Jak wspominaliśmy, Beck brał udział w montowaniu sprawy Brześcia, czyli, krótko mówiąc, w tym, że bardzo prominentni politycy opozycyjni zostali zamknięci, byli poniżani, niektórzy bici, potem skłaniani do emigracji, a wreszcie nastąpił sam proces brzeski – farsa w wymiarze sprawiedliwości. 

Posłowie byli aresztowani, byli bici, natomiast problem polega na tym, że trzeba też uwzględnić działania opozycji w roku 1930 – choćby tak zwany Kongres w Obronie Wolności Praw w Krakowie, który był wielkim wystąpieniem antyrządowym. Były tam ponoć nawet transparenty „powiesić Mościckiego – lokaja Piłsudskiego”. Ale tak – dochodzi do tej akcji i oczywiście Józef Beck w tej akcji bierze udział.

Widziano go w Brześciu, razem z Kostką-Biernackim.

Tak, bierze udział w tej akcji, natomiast trzeba też dodać, że rząd marszałka Piłsudskiego, ten drugi, utworzony w sierpniu 1930 roku, miał go w osobie swojego wicepremiera i Józef Beck pracował wtedy w zasadzie jako kierownik Rady Ministrów. Mówimy o tych krytycznych momentach, jak rozwiązanie Sejmu, wcześniej powołanie Piłsudskiego na premiera, do wyborów, które kończą się zwycięstwem strony rządowej, które to zwycięstwo nie dokonało się z poszanowaniem elementarnych standardów demokracji parlamentarnej.

Czyli Beck bierze udział w budowaniu systemu autorytarnego. Było to relatywizowane, ale dziś możemy sobie pozwolić na takie oceny, na jakie przez lata sobie nie pozwalano. Może więc zamach majowy wydawał się Piłsudskiemu w 1926 roku uzasadniony, ale jak spojrzymy na to, że musiało zginąć tyle osób, a jeszcze na dodatek mamy późniejszą perspektywę budowy sanacyjnego reżimu, który ostatecznie nikogo nie uchronił przed klęską wrześniową, to wydaje się, że możemy być ostrzejsi w ocenie? 

Nie zgadzam się z takim rozumowaniem, jest ono poważnym uproszczeniem. Ktokolwiek by nie rządził, we wrześniu 1939 roku wynik byłby ten sam, bo żadna polityka Polski, jak napisał kiedyś profesor Wandycz, nie mogła udaremnić sojuszu Berlin–Moskwa i nie mogła sprawić, że mocarstwa zachodnie na nasze żądanie przyjdą nam z pomocą.

To prawda, ale skoro tak ważny był honor w 1939 roku, to można również odwrócić ten argument i powiedzieć: to w 1926 roku równie ważne może było to, żeby utrzymać standardy demokratyczne, uczyć się tych standardów wówczas przez całe dwudziestolecie wojenne i zostawić tego typu dziedzictwo na przyszłość, zamiast tylko dziedzictwa słów Becka z maja 1939 roku.

Nie wiem, jakie możliwości miało państwo polskie w osiągnięciu stabilizacji, ale trudno mi sobie wyobrazić, jak pod demokracją parlamentarną i konstytucją marcową w sposób spokojny można było dokonać tak ciężkich przejść jak między innymi wielki kryzys gospodarczy. To też trzeba wziąć pod uwagę.

Ja nie bronię ani Brześcia, ani Berezy. Chcę tylko powiedzieć tyle: na tle innych państw europejskich wypadamy w sumie nie najgorzej. Tej przemocy było niewiele. W ramach ustroju autorytarnego istniały i swobodnie działały partie polityczne, nikt ich nie rozbijał, nie likwidował fizycznie. Były wolne wybory do samorządu terytorialnego. Inna sprawa, że na przykład w Warszawie rada miasta nie mogła wybrać prezydenta, bo była wewnętrznie rozbita, i Starzyński, który się tak obywatelsko potem zachował, był prezydentem komisarycznym, wyznaczonym przez premiera.

Wydaje mi się, że dorobek tych trzynastu lat rządów piłsudczykowskich nie da się określić mianem wartości nieistniejącej. Nie da się powiedzieć, że to się nie liczy. Choćby te wszystkie inwestycje publiczne, które wiążą się z polityką gospodarczą Kwiatkowskiego – przecież to jest duże osiągnięcie w tamtych warunkach. Inna sprawa, że Polska, aby rozwiązać swoje problemy, musiałaby mieć nie jeden Centralny Okręg Przemysłowy, a dziesięć. Ale jednak, w tak krótkim czasie coś takiego potrafiono zrobić. Mieliśmy cały szereg osiągnięć: nauka, kultura – wtedy to były same sukcesy. To jest wielki kapitał. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że gdyby nie było Piłsudskiego i gdyby nie było zamachu stanu, to działałoby to podobnie.

Jest to kuszący argument, a poza tym mielibyśmy dłuższe tradycje demokracji, a nie tylko sześć lat. Byłoby to też rozwinięciem demokracji z czasów I Rzeczpospolitej, przeniesionej na więcej warstw społeczeństwa. I nawet jeśli ta koniunktura w latach 30. byłaby niesprzyjająca, to nadal mielibyśmy piękne dziedzictwo narodowe na później. A tak zostajemy z zamachem majowym, z zamordowanymi w bratobójczej wymianie ognia obywatelami II RP. Te jasne strony nie mogą też przysłaniać ciemniejszych, jak choćby polityka na Kresach wobec mniejszości, a Beck wypowiedział przecież traktat o mniejszościach. 

Panowie stawiają w swojej tezie książkę, że należałoby lata 30. Becka i jego wysiłki ocenić pozytywnie, bo w ówczesnych warunkach nie dało się nic zrobić, a 1939 rok i tak by przyszedł ze swoją katastrofą. Może w takim razie to, co Beck robił, co mówił, nie ma w gruncie rzeczy większego znaczenia? Gracze dookoła byli więksi i silniejsi, nie dało się osiągnąć lepszego rezultatu – czy taki jest wniosek tej książki?

Nie chcę powiedzieć czegoś takiego, że skoro było, jak było, to należało… może w ogóle zlikwidować Ministerstwo Spraw Zagranicznych? Nie.

Sądzę, że polityka równowagi dała pokaz określonej możliwości. Za dobre posunięcie uważam choćby ugodę z Niemcami z 1934 roku, bo mogliśmy stać się ofiarą przetargu mocarstw z Niemcami w duchu appeasementu. Przypomnijmy, że tak zwany polski korytarz do morza i Gdańsk to były najbardziej sztuczne rozwiązania terytorialne w percepcji elit politycznych, i nie tylko politycznych, zachodu. Więc nie jest tak, że od polityki polskiej nic nie zależało. Zarówno polityka układów o nieagresji ze Związkiem Sowieckim i potem z Niemcami, deklaracja dokonania sojuszu złożona wobec Francji w 1936 roku – to też są bardzo ważne posunięcia. One nie dają skutku, ale nie z naszej winy.

Ale to są pozytywne oceny natury wycinkowej – w gruncie rzeczy są to tylko pięciominutowe sukcesy, które nie prowadzą do niczego innego niż do puenty, którą znamy. To jest to wielkie pytanie: co oznacza „licytowanie Polski wzwyż”. Bardzo mi się podoba, że panowie wyciągnęli ten cytat z rozmowy z ambasadorem francuskim Larochem, gdzie Józef Beck mówi, że to „licytowanie Polski wzwyż” to linia polityki. Może za wysoko licytowano?

Polska lat 1934–1938 znaczy w świecie niepomiernie dużo więcej niż Polska w 1924 czy w 1927. To są fakty. I to nazywam właśnie „licytacją Polski wzwyż.” I uważam, że taką politykę czasami trzeba robić, nawet na wyrost – bo wtedy coś osiągamy, kiedy potrafimy się upomnieć o „swoje” i kiedy mamy skuteczny aparat akcji w danym momencie.

To brzmi jak lekcja na dziś. Czytelnik czyta w kontekście. 

Nie chciałem aktualizować, natomiast jeśli bym został doradcą księcia dzisiaj, to nie odżegnałbym się od stwierdzeń z tej rozmowy. Kategorycznie sprzeciwiam się tylko temu, że niektórzy widzą związek między polityką polską a katastrofą i rozbiorem państwa. Wynik, jakim była katastrofa, nie ma związku przyczynowo-skutkowego z polityką, bo trzeba by wskazać środki ocalenia, które rzekomo były i nie zostały użyte. Jeśli ktoś to zrobi, to przekona mnie do rewizji poglądów i do napisania tej książki jeszcze raz. Ale teraz nie odstępuję od swojego głębokiego przekonania o niemożności wyjścia z tej sytuacji.

Zostawiają panowie czytelnika z morałem, z bardzo jasnym stanowiskiem w sporze o Becka. Mianowicie, odnosząc się do słów ministra o honorze, piszą panowie, że „nie był to potok frazesów. Polityka zagraniczna państwa jest sztuką kompromisów, ale istnieją także imponderabilia, a więc wartości niemające wymiernej ceny i niezbywalne, które nie znają kompromisu. A ten, kto odrzuca imponderabilia, nie jest realistą”. Można powiedzieć, że to jest piękne, ale można też zapytać, czy to oznacza, że my się niczego od 1939 roku nie nauczyliśmy…

Imponderabilia są trzy. Po pierwsze, terytorium jako całość, które jest niezbywalne. Kraj, który zbywa część terytorium, prędzej czy później traci niepodległość – tak uczy historia. Drugie imponderabilium to niepodległość, a trzecie to zasada „nic o nas bez nas”. Ale to nie jest tak, że narodzi się jakiś heros, który powie „od jutra nic o nas bez nas” i to wyegzekwuje. To trzeba próbować wywalczyć w stosunkach międzynarodowych ciężką pracą w czasie pokoju – ale to musi być zasada orientacyjna każdego rządu, także i dzisiaj. Zresztą ministrowie spraw zagranicznych III RP nie mówili niczego innego: mówił to Skubiszewski i paru innych jego następców.

Kompromisowość i bezkompromisowość nabierają w ostatnim czasie w polityce zagranicznej nowych barw i trzeba powiedzieć, że z całą pewnością panowie zostawiają czytelnika z takim przesłaniem, że polityka Becka powinna być oceniana pozytywnie i że są takie sytuacje, w których zachowanie się jak Beck w 1939 byłoby wskazane w przyszłości. 

Jeżeli pojawi się taka sytuacja, że padną żądania cesji części terytorium albo zbycia niepodległości przy zielonym stoliku, to trzeba tak postąpić jak Józef Beck – tak uważam.

Dla mnie wniosek z tej książki jest jeszcze trochę inny: żeby nigdy nie doprowadzać do takich sytuacji. Żeby myśleć o tych kompromisach dużo, dużo wcześniej, a także mieć analityków wychowanych w demokracji, a nie w autorytaryzmie, tak aby ich zdolności oceny rywalizowały między sobą, a nie obowiązywały tylko dlatego, że ktoś był wobec marszałka bardziej uprzejmy niż ktoś inny. 

To, co pan teraz powiedział, jest oczywiście słuszne, ale przy założeniu, że można nie doprowadzić do takiej sytuacji. A tu dochodzimy do dwóch wariantów: albo na czele kraju średniego, zapóźnionego cywilizacyjnie, otoczonego przez wrogie państwa, staje heros i po prostu następuje cud – heros zawiesza prawa przyrody i w ten oto sposób wychodzimy na prostą. A druga opcja to jest to, co robił Beck. Szukał koalicjantów? Szukał. Kiedy dowiedział się, że Niemcom nie chodzi o Gdańsk, tylko o ujarzmienie Polski, powiedział non possumus. Tyle – tak to działa.

 

PiS-owi marzy się tatarski chanat

Największy łotr Rzeczpospolitej na elitarnej uczelni

W Palazzo dell’Archiginnasio, gmachu Uniwersytetu Bolońskiego, ściany są pokryte herbami studentów, którzy w nagrodę za swe osiągnięcia mogli je umieszczać na murach tej najstarszej uczelni cywilizacji łacińskiej. Są ich setki, wyłożone są nimi korytarze, sale, klatki schodowe. To nie tylko podpisy – zawierają również informację dotyczącą narodowości lub z jakiego kraju, państwa czy miasta pochodził student. Można je oglądać godzinami, bo są niezwykłą wyprawą do tożsamości ludzi przed wiekami, do Europy, jakiej już nie ma. Spotykamy tu flandryjskie miasta obok całych krain – Brugia sąsiaduje z Bohemią, Nawarra ze „Scytią” opisuje kontynent od zachodu po najdalszy wschód. Poprzez kartusze herbowe oglądamy różne formy państwowości, od cesarskiej po władze miast, księstw, państwa kościelnego – mozaikę różnorodności całego ówczesnego kontynentu od Neapolu do Szwecji. Uczelnia bolońska słynęła ze studiów prawniczych. I to od początku jej istnienia – powstała w 1088 roku, by badać odnalezione kilkadziesiąt lat wcześniej kodeksy Justyniana, przez które prawo rzymskie weszło powoli w krwioobieg Europy.

Nasza wyobraźnia zdominowana przez koncept jednolitych państw narodowych, przecież stosunkowo świeży – liczący sobie około dwieście lat – z trudem obejmuje taką Europę, w której koegzystowały najróżniejsze formy rządów, a zatem i prawa, jak nakładające się na siebie obrazy. Dziedzictwo średniowiecznego rozproszenia władzy trwało w rozlicznych przywilejach i odrębnościach aż do XIX wieku. Tym bardziej niezwykły jest ten tłum herbów z całego kontynentu, ludzi przybywających do Bolonii, by studiować prawo. Każdy z nich żył pod innym, a czasami pod wieloma systemami naraz, stąd pytanie, które zadawano w Europie przez liczne wieki: „jakiemu prawu podlegasz?”. W Bolonii wykładano jego zasady i esencje, wywiedzione z prawa rzymskiego i kościelnego. Bo Europa od początku swego istnienia oparta była właśnie na wspólnym rozumieniu wagi przepisów – tysiącach praw i przywilejów kaligrafowanych na średniowiecznych pergaminach czy potem drukowanych kodeksach, a nie woli ogłaszanej przez barbarzyńskich władców, których wypowiedziany rozkaz stawał się jedynym prawem. W finale, ustrój Unii Europejskiej pochodzi z uwspólnotowienia reguł państw, zgadzających się dobrowolnie na przyjęcie jednolitego sytemu prawnego i jest dopełnieniem procesu, który tysiąc lat wcześniej zaczynał się w Bolonii.

Wśród bolońskiej kolekcji herbów są, a jakżeby inaczej, herby Polaków. Wprawdzie Mikołaj Kopernik studiował prawo w Bolonii zanim wzniesiono renesansowy gmach uczelni, ale odnaleziono przynajmniej dwadzieścia kartuszy rodaków, którzy uczyli się tu w XVI i XVII wieku. Wśród nich jeden jest szczególny: „Samuel Laszcz de Tuczap Polonus” herbu Prawdzic. Samuel Łaszcz, największy łotr Rzeczpospolitej Obojga Narodów, studiował prawo w Bolonii. Ten Samuel Łaszcz, który miał 236 wyroków banicji i 47 wyroków infamii, za morderstwa, napady zbrojne, łupiestwo – całe jego życie to bandytyzm. Ale równocześnie był świetnym wojownikiem, który wielokrotnie odznaczył się w walkach z wrogami Korony Polskiej. Chroniony przez własną bandę zabijaków i protekcję magnatów, którym szablą wyświadczał przysługi, przywołany został przez Henryka Sienkiewicza w „Potopie” jako postać symbolizująca to, co było najgorsze w ówczesnej Rzeczpospolitej. Kmicic, w swojej spowiedzi przed królem wyznaje, że za swojego rozbójniczego życia chciał być „jak imć Łaszcz, co sobie deliję wyrokami podbić kazał”. Bo jak głosi plotka sprzed stuleci, tenże absolwent prawa bolońskiej uczelni zażyczył sobie podszewkę z wyroków skazujących go trybunałów. Najwyraźniej samo studiowanie prawa, nawet na najlepszych uniwersytetach, nie oznacza automatycznie szacunku do niego.

Prawnicy demolują państwa prawa 

Ostatnio przerabiamy podobne biografie, wprawdzie nie tak drastycznie realizowane, ale być może z równie tragicznymi skutkami w przyszłości. Rządowi prawnicy, sędziowie powołani w ciągu ostatnich lat, politycy – absolwenci prawa, wszyscy oni rzucili się uzasadniać, że przyjęte traktowo przez Polskę prawo Unii Europejskiej w naszym kraju nie jest ważne i że wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE nas nie obowiązują. Wprawdzie jeszcze nie podbijają sobie garsonek czy garniturów od Hugo Bossa sentencjami wyroków TSUE w sprawie Polski, ale w retoryce są temu bliscy. A wszystko dlatego, że władza w Polsce chce uzyskać swobodę działania podobną chanom tatarskim, gdzie słowo władcy decyduje, czy ktoś jest winny lub nie. Przecież cały spór z Brukselą polega na stanowisku władz w Warszawie, że mają „suwerenne” prawo zastraszyć, a potem podporządkować sobie sędziów (Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego), by następnie skutecznie skazywać tych, którzy są ich oponentami. Ich jurydyczne wywody są niczym innym jak uzasadnieniami woli politycznej, dla której nie ma hamulców w żadnym prawie i żadnym kodeksie. To jest rząd, który chce opuścić system prawny Europy, bo krępuje on dążenie do absolutnej władzy nad Polakami.

Kto uważa, że to tylko chwilowe zamieszanie i skończy się ustępstwami, ten nie widzi lub nie chce zobaczyć intencji. Oni nie potrafią działać inaczej i są gotowi poświęcić wszystko, by ten model utrzymać, nawet ryzykując zupełną marginalizacją Polski w UE. Dotyczy to przecież prawie każdej dziedziny życia – sądów, mediów, szkolnictwa i nauki, samorządów, Sejmu i innych licznych instytucji, które miały być od władzy niezależne lub ją kontrolować. To system, a nie osobne incydenty. Polemiki z poszczególnymi ministrami, urzędnikami czy politykami obecnego rządu – jakby to oni pojedynczo byli odpowiedzialni za kolejne ekscesy – nie mogą przykryć faktu, że cała ta władza w sposobie rządzenia jest obca nie tylko ciągłości państwa polskiego, ale istocie demokratycznego porządku prawnego. Sześć lat to chyba wystarczająco długi okres, by się o tym przekonać?

Udawanie, że to tylko naturalny spór między rządzonymi i rządzącymi, który będzie rozstrzygnięty w wyborach, zaciemnia obraz i powoduje złudne przekonanie, że jest to normalna kolej rzeczy. Nie, to nie jest normalna kolej rzeczy i niekoniecznie na końcu odbędą się sprawiedliwe i wolne wybory. Jeśli nie weźmiemy na poważnie takiej możliwości pod uwagę, możemy się obudzić w rzeczywistości, jaka w tej chwili przekracza wyobraźnię komentatorów, dziennikarzy czy polityków.

Biografia Samuela Łaszcza jako absolwenta prawa Uniwersytetu Bolońskiego jest paradoksem, ale przede wszystkim przestrogą. Ostatecznie to pogarda dla prawa, wszystko jedno czy wywiedziona z dążenia do koncentracji władzy, czy przeciwnie – anarchii, zabija państwowości i niszczy społeczeństwa. Nie mogę się oprzeć myśli, że obecna władza w Polsce chce twórczo połączyć te sprzeczności: zanarchizować państwo poprzez bezprawie i jednocześnie, posługując się bezprawiem, wprowadzić autorytaryzm. Czy wtedy taki rząd będzie można uznać za legalny, pozostaje kwestią całkowicie otwartą.

 

Wypijmy za błędy lat 90. Recenzja serialu „Rojst ’97”

Lipiec 1997. Bezimienne miasto na południowym zachodzie Polski. Zaraz po wielkiej powodzi. Woda odsłoniła fundamenty i prawdę o ukrywanych tajemnicach. Akcja „Rojst ’97” dzieje się 13 lat po pierwszej serii, kiedy to w 1984 roku dwóch dziennikarzy lokalnej gazety miało wątpliwości co do sposobu, w jaki lokalna milicja prowadziła sprawę morderstwa prostytutki i komunistycznego działacza. Rozpoczęli więc własne, ryzykowne śledztwo. Serial zapadał w pamięć dzięki głównym rolom stworzonym przez genialny duet aktorski – k Dawida Ogrodnika w roli początkującego redaktora i Andrzeja Seweryna jako doświadczonego dziennikarza „Kuriera Wieczornego”. W drugim sezonie spotykamy ich ponownie: po latach spędzonych w Krakowie, dziennikarz Piotr Zarzycki (Ogrodnik) wraz z żoną i córką wraca do miasteczka w funkcji redaktora naczelnego gazety. Natomiast Witold Wanycz (Seweryn), emerytowany dziennikarz, nadal rozwiązuje lokalne kryminalne zagadki; ich wątki nie stanowią jednak tym razem głównej osi serialu.

Materiały prasowe „Rojst’97”, prod. Netflix

Duch lat dziewięćdziesiątych

Historia drugiego sezonu powstała na kanwie scenariusza Marcina Wrony i Pawła Maślony pod tytułem „Mord”. W mieście pękają wały, a woda zalewa osiedle i las na Grontach. Powódź odsłania zakopane w lesie ludzkie szczątki oraz ciało nastoletniego chłopca, który uznany zostaje za przypadkową ofiarę żywiołu. Śledztwo w sprawie zagadkowej śmierci prowadzą policjantka z Warszawy Anna Jass (świetna rola Magdaleny Różczki) oraz miejscowy inspektor Adam Mika (genialny Łukasz Simlat). Co ciekawe, powódź ominęła eleganckie osiedle domów klasy średniej „Oaza”. To tutaj mieszka dziennikarz Piotr Zarzycki. Z kolei najbardziej intrygująca w serialu jest postać Jass stworzona na przekór ówczesnej obyczajowości – jest osobą homoseksualną, interesuje się astrologią i ma romskie korzenie. Jak na dość zachowawcze postaci kobiet policjantek w polskich serialach, to dość intrygujące zestawienie.

Materiały prasowe „Rojst’97”, prod. Netflix

Jak zauważa Marcin Kula: „Przeszłość odzwierciedla się w każdym przedmiocie i zjawisku, które trwa do dziś. W konsekwencji nośnikiem pamięci o przeszłości, przynajmniej potencjalnym, jest dosłownie wszystko” [1]. Osadzenie akcji serialu w drugiej połowie lat 90. zdecydowanie uruchomiło wyobraźnię twórców w kwestii spektrum takich nośników pamięci. W telewizorze ogląda się „Słoneczny patrol” lub „Matki, żony i kochanki”, słucha się „Oko za oko” Steczkowskiej, rapowych kawałków kultowego już składu Kaliber 44 oraz pije się za błędy znane z piosenki Rynkowskiego. Chociaż minęło już ponad dwadzieścia lat zmieniających politycznie, społecznie i kulturowo Polskę, wydaje się, że opowiadane wydarzenia z 1997 roku miały miejsce chwilę temu. Twórcom udało się oddać nie tylko wizualny klimat tamtych czasów – w scenografii i kostiumach – ale też echo ówczesnej mentalności, współtworzonej przez wszechobecne wiadomości o porwaniach dla okupu, szemranych biznesach, wymuszeniach, dzikiej deweloperce i patologicznych przedsiębiorcach. Nie wszystkie pomysły wydają się jednak trafione: język, którym posługują się bohaterowie, chwilami wydaje się zbyt współczesny, osiedla przypominają czasami te ze współczesnych folderów. Próby przywołania ducha tamtego czasu wydają się czasami nadmierne, szczególnie w przypadku postarzenia postaci Ogrodnika i jego żony granej przez Zofię Wichłacz.

Materiały prasowe „Rojst’97”, prod. Netflix

Odkupić przeszłość

Scenografia jest jedynie tłem śledztwa prowadzonego przez policjantkę Jass i przebiegłego starszego sierżanta Mikę. Z pozoru nieporadny, jąkający się policjant to w gruncie rzeczy najbardziej charyzmatyczna postać serialu – zapadająca w pamięć głównie dzięki sprytowi bohatera. Duet stworzony przez Simlata i Różczkę świetnie realizuje się w szorstkich dialogach – jak chociażby w znakomitej scenie po rozdaniu nagród, gdy w dwóch zdaniach wypowiadają negatywne opinie na swój temat. W „Rojście ’97” dobrze wypadają również, ciekawie zaaranżowane strzelaniny (na przykład scena na bazarze) – docierają do nas dalekie echa „Życia na gorąco” Konica i „Psów” Pasikowskiego. Holoubek z sukcesem przenosi na polski grunt konwencję wypracowaną w ramach amerykańskiej popkultury, co pokazał swoją drogą w „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”.

Najbardziej interesujący w „Rojst ’97” jest jednak sposób wspominania wydarzeń związanych z powodzią, budowania narracji Ziem Odzyskanych oraz przeinaczania znanych z lat 90. historii (jak chociażby częste porwania). Reżyser rusza w podróż, o której pisał Przemysław Czapliński: „Wyprawa nostalgika w przeszłość jest wyprawą archeologa, który odkrywając bogactwo minionego, stwierdza, że poszczególne cząstki jego osoby tkwią w niegdyś spotkanych ludziach, przeżytych doświadczeniach, dotkniętych przedmiotach” [2]. Wydaje się nawet chwilami, że retrospekcja ma w tej wielowymiarowej opowieści przewagę nad myśleniem bohaterów o przyszłości – choć sama intryga kryminalna trzyma w napięciu do samego zaskakującego finału. Walka ze złem zmusza funkcjonariuszy do weryfikacji własnych tożsamości. „Rojst ’97” staje się opowieścią o odkupieniu winy za grzechy sprzed lat.

Przypisy:

[1] Marcin Kula, „Nośniki pamięci historycznej”, Warszawa 2002, s. 7–8.
[2] Przemysław Czapliński, „Wznoszenie biografii: proza polska lat dziewięćdziesiątych w poszukiwaniu utraconego czasu”, „Teksty Drugie – teoria literatury / krytyka / interpretacja”, nr 3 (56), Warszawa 1999, s. 76.