0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > WOLFF, ISKANDAR, WILCZURA,...

WOLFF, ISKANDAR, WILCZURA, SZULECKI, BUSZA: Kmicic je kebab… „Orientalizm” po polsku?

Szanowni Państwo!

Znajdując się na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu, jak to określił Sławomir Mrożek, mamy niepowtarzalną szansę na obserwowanie przepływów kulturowego fermentu. Tymczasem szyje nas bolą od patrzenia w jednym kierunku. Czas się nad tym zastanowić. Ongiś koncepcja orientalizmu” Edwarda W. Saida słusznie wzbudziła olbrzymie emocje. Dziś dla wielu ludzi stanowi inspirację lub skłania do dyskusji. Czy Polska jest orientalizowana przez Zachód i czy sama wywiera podobny wpływ na inne kraje? Czy orientalizowanie Innego jest niezbędnym składnikiem każdej tożsamości? Na Uniwersytecie Jagiellońskim w tym tygodniu odbędzie się wielka konferencja poświęcona słynnemu intelektualiście, a my zapraszamy do lektury Tematu Tygodnia, który podejmuje te pytania.

Larry Wolff, autor ciekawej książki Inventing Eastern Europe”, opowiada o zjawisku orientalizacji naszej części świata. Adel Iskandar, uczeń Edwarda Saida, zastanawia się nad aktualnością pojęcia orientalizacji  i wskazuje miejsca, w których może ona zachodzić dzisiaj. Aleksandra Wilczura odwraca pojęcie, pytając, do jakiego stopnia Polska ulega wschodnim wpływom poprzez sushi bary czy filmowe megaprodukcje z Indii i Chin. Wreszcie Kacper Szulecki, członek redakcji „Kultury Liberalnej”, wskazuje na elementy orientalizacji występujące w polskim podejściu do naszych wschodnich sąsiadów. Zapraszamy również do lektury rozmowy Karoliny Wigury w zakładce „Pytając”, w której poeta i prozaik Andrzej Busza wspomina postać Saida.

Konferencja „Saidism in XXI Century”, nad którą „Kultura Liberalna” miała przyjemność objąć patronat medialny, odbędzie się w dniach 8-9 listopada br. w Krakowie. Sympozjum zostało zorganizowane przez Instytut Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, The Kapiszewski Center for Bridging Cultural Boundaries oraz czasopismo „Studia Bliskowschodnie” we współpracy z Międzynarodowym Festiwalem Literatury im. J. Conrada. Więcej informacji można znaleźć na stronie www.saidism.pl.

Redakcja



1. LARRY WOLFF: Postzimnowojenny półorientalizm?
2. ADEL ISKANDAR: Wielki Wybuch w globalnym kostiumie
3. ALEKSANDRA WILCZURA: Współczesny „Orient” polski
4. KACPER SZULECKI: Inna Europa i Kresowa Atlantyda. O Polsce orientalizowanej i orientalizującej


* * *

Larry Wolff

Postzimnowojenny półorientalizm?

„Gdy wjeżdża się do Polski, można odnieść wrażenie, że opuściło się już całkiem Europę” – pisał Francuz, Ludwik Filip hrabia de Ségur w latach 80. XVIII wieku. Ten dziwny rodzaj podskórnego orientalizmu – poczucie opuszczania Europy, będąc wciąż daleko od Azji – miał cechować większą część wschodnich obszarów Starego Kontynentu od czasu ich pierwszego wymyślenia jako „Europy Wschodniej” w XVIII stuleciu. Z jednej strony, byłoby geograficznym nonsensem postulowanie, że Polska jest położona gdziekolwiek indziej niż w Europie. Z drugiej jednak, fakty geograficzne zostały podporządkowane władzy wyobrażeniowej kartografii, gdy spostrzeżenia podróżników pozwalały im na własną rękę decydować, co było Europą, a co nie.

Europa Wschodnia, już od początku swego pojęciowego istnienia, była zdefiniowana osobliwie: jako region, który co prawda leżał w Europie, ale podróżnikom z Zachodu nie zdawał się europejski. Obszar, na którym podróżnicy zatracali poczucie kontynentalnego rozeznania. Dla Edwarda Saida Orient był definiowany jako „Inny” w stosunku do Zachodu. Europa Wschodnia jako region nie zyskała absolutnej odmienności „Innego” – była natomiast myląco bliska i egzotyczna zarazem. W moich pracach nazywałem to na wpół inkluzyjnym, na wpół ekskluzywnym podejściem do Europy Wschodniej, „półorientalizmem” – w przeciwieństwie do nadawania absolutnej Inności poprzez Saidowski Orientalizm.

Przykładem osiemnastowiecznego dzieła, które gładko podsumowuje tę przedziwną równowagę bliskości i różnicowania, była opera Mozarta „Così fan tutte”, w której włoscy kochankowie przebierają się za Albańczyków, zwyczajnie zakładając egzotyczne kostiumy i doklejając sobie sztuczne wąsy. W ten sposób stają się nierozpoznawalni na scenie nawet dla swych ukochanych. W komedii Mozarta różnica między Europą Wschodnią i Zachodnią była równie powierzchowna jak zwykła zmiana kostiumu. Angielskie „Eastern Europe” brzmi neutralnie i geograficznie, ale po francusku czy włosku wyrażenia „L’Europe Orientale” lub „Europa Orientale” niosą sugestywne konotacje z Saidowskimi tezami dotyczącymi Orientu. Co jednak znaczy dla Europy bycie „orientalną”? W XIX wieku Galicyjski pisarz Karl Emil Franzos napisał zbiór opowiadań o Galicji Wschodniej, zatytułowany po niemiecku „Halb-Asien” (Pół-Azja). To kolejny epitet w półorientalistycznym duchu.

Poczucie oddalenia i odmienności Europy Wschodniej było wciąż dojmująco silne w czasach Zimnej Wojny. O ile przed II wojną światową można było twierdzić, że „Europa Wschodnia” była raczej kulturowym konstruktem niż częścią historycznej i geograficznej rzeczywistości, to miedzy 1945 a 1989 rokiem geograficzna różnica między obiema połowami Europy stała się namacalna i przekonywująca jak nigdy dotąd. W Europie podzielonej żelazną kurtyną społeczne, polityczne i ekonomiczne rozwiązania podyktowane przez Stalina stworzyły warunki większej niż kiedykolwiek jednorodności Europy Wschodniej. W czasach mojego zimnowojennego dzieciństwa Europa Wschodnia, ze swoim sowieckim modelem komunizmu, zdawała się zarówno jednolita, jak i obca. Mówiliśmy o niej „blok sowiecki”, czasem „blok wschodni”. Nawet w sposobie rozumienia komunizmu jako totalitaryzmu, łączącym się z dawniejszymi, zakorzenionymi w XVIII wieku pojęciami orientalnego despotyzmu, był element klasycznego Orientalizmu.

Rozszerzenie Unii Europejskiej w latach 2004 i 2007 położyło ostatecznie kres zimnowojennemu podziałowi Europy na wschodni i zachodni obóz. Myślę, że można śmiało powiedzieć, że „Europa Wschodnia” nie istnieje już w sensie pół-Orientalistycznym, w jakim trwała przez trzy ostatnie stulecia. Widoczne różnice przecinające Europę pozostały, podobnie jak uprzedzenia i snobizmy, które je podkreślają. Jednakże włączenie tak wielu niegdysiejszych „wschodnich” krajów do Wspólnoty Europejskiej spowoduje (w przeciągu najbliższego pokolenia) stopniowy zanik różnic i nasilenie integracji. Teoria orientalizmu Saida sugeruje, rzecz jasna, że wraz z każdym włączeniem musi nastąpić nowe wykluczenie, że każde Ja potrzebuje Innego, by określić swoją tożsamość. Możliwe, że obecne granice Schengen spowodują stworzenie nowej wyobrażonej „Europy Wschodniej”, odepchniętej dalej na wschód. Tak czy inaczej, po rozszerzeniu Unii w 2004 roku jest już w zasadzie niemożliwe, by współczesny Francuz, potomek hrabiego de Segur, poczuł, że wjeżdżając do Polski, opuścił Europę całkowicie.

* Larry Wolff, dyrektor Centrum Studiów Europejskich i Śródziemnomorskich na New York University. Opublikował m.in. „Inventing Eastern Europe: The Map of Civilization on the Mind of the Enlightenment” (Stanford University Press, 1994), a ostatnio „The Idea of Galicia: History and Fantasy in Habsburg Political Culture” (Stanford University Press, 2010).

** Przełożył Kacper Szulecki.

Do góry

* * *

Adel Iskandar

Wielki Wybuch w globalnym kostiumie

W szeroko pojętej humanistyce niewiele było tak wielkich przełomów, jak opublikowanie „Orientalizmu” przez Edwarda Saida. Choć początkowo książka przyjęta była krytycznie, z dzisiejszego punktu widzenia tylko z największą trudnością moglibyśmy wyobrazić sobie język analizy kulturowej i politycznej bez pojęć i dróg interpretacji, zaproponowanych przez Saida. Był to prawdziwy Wielki Wybuch w naukach humanistycznych. Stało się tak nie dlatego, że książka ta była udanym studium relacji między Orientem a jego kolonizatorami w konkretnym momencie historycznym. Najważniejsze było, że Said potrafił uchwycić i opisać mechanizm tejże relacji. Mechanizm, polegający na tworzeniu romantycznego, a jednocześnie antagonistycznego, czy wręcz demonicznego wizerunku Innego w społecznych kodach i środkach przekazu. „Orientalizm” wyraźnie wskazywał także na głębokie uzależnienie tego procesu od polityki.

To dlatego choć książka Saida opublikowana została ponad 30 lat temu, upływający czas nie przestaje przynosić jej wciąż nowej amunicji. Dobrym przykładem jest rozwój nowoczesnych mediów informacyjnych. To prawdziwe laboratorium nowych dyskursów orientalistycznych, których Said, pracujący przede wszystkim na tekstach literackich i sztuce, nie brał jeszcze w „Orientalizmie” na warsztat. Orientalizm istnieje dziś tak samo, jak wówczas – zmieniły się tylko środki wyrazu, jego kostium, kamuflaż. Często występuje pod płaszczykiem dziennikarskiej obiektywności.

Gdzie w takim razie szukać współczesnych przejawów orientalizmu? Warto na przykład wskazać ciekawe zjawisko, jakim jest reakcja orientalizowanych społeczności na proces, któremu są poddawane. W tego rodzaju grupach rozwija się pewien szczególnie silny rodzaj autokrytycyzmu. Dobrze widać to na Bliskim Wschodzie, gdzie część rdzennych mieszkańców próbuje zdystansować się wobec języka arabskiego czy własnej historii. W Kairze istnieją całe osiedla, których mieszkańcy żyją w sposób niczym nie różniący się od sposobu życia przeciętnych Europejczyków czy Amerykanów. Co prawda dekorują swoje domy orientalnymi meblami i malowidłami, pozbawiają je jednak kontekstu, a sprowadzają jedynie do materialnych, wręcz konsumpcyjnych artefaktów. W mediach zachodnich ta skomplikowana dyskusja często sprowadzana jest do alternatywy „chusta czy mini spódniczka”, która jest jednak bardzo poważnym uproszczeniem dyskusji, jaka odbywa się na ten temat w bliskowschodnim środowisku kulturowym.

Jednak, choć „orientalizm” jest pojęciem osadzonym w pierwotnym, bliskowschodnim kontekście geopolitycznym, Saidowi chodziło przede wszystkim o to, by stworzyć krytykę systematycznej produkcji nieprawdziwych informacji na temat tego regionu. Czyniąc to, zwracał uwagę przede wszystkim na czynniki proceduralne, a nie geograficzne czy polityczne. Dlatego zaproponowana przez Saida krytyka daje się stosować również w innych kontekstach, a nie tylko palestyńskim, arabskim czy bliskowschodnim. Innymi słowy, orientalizm jest procesem zakorzenionym w naturze władzy i polityki, jednak nigdy nie był procesem unikalnym tylko dla Zachodu.

I tak, jeśli spojrzymy na relacje chińsko-japońskie, okaże się, że również one głęboko nacechowane są orientalizmem. Chińczycy krytykują historię Japończyków, zarzucając im postawy imperialne rodem z Zachodu. Z kolei Japończycy mają wyobrażenie o Chińczykach jako o dalekim, niezrozumiałym ludzie.

Inne ciekawe zjawisko polega na tym, że Zachód sam orientalizuje pewne części swojego terytorium. Nie chodzi mi o przykłady tak proste, jak imigranci z Bliskiego Wschodu czy Chin, mieszkający w Europie. Nie uwzględniają one całego skomplikowania, które cechuje projekt Unii Europejskiej i europejskiej tożsamości jako taki. Bo jak zintegrować w jednej wspólnocie Litwina, Polaka, Macedończyka, Albańczyka, Hiszpana, Mołdawianina? Jaka będzie wspólna dla nich płaszczyzna? Wielkie, pannarodowe projekty mają w swej naturze, że muszą proponować pewne znaczenie „centrum”, przestrzeni, w której większość może się spotkać. To siłą rzeczy pewne zjawiska czy grupy społeczne spycha na margines. Przykładem takiego marginesu mogą być w Unii Europejskiej na przykład francuscy Romowie. Czy istnieje sposób, by wszystkie te bardzo zróżnicowane grupy połączyć w jednym organizmie, którym jest UE? Wydaje mi się, że jedyną drogą jest myślenie i działanie w kategoriach najszerzej rozumianych wartości humanistycznych. Jeśli Europa o nich z pragmatycznych względów zapomni, grozić jej będzie odrodzenie różnego rodzaju nacjonalizmów, a potem stoczenie się ich w niebezpieczeństwo różnej maści fundamentalizmu.

* Adel Iskandar, profesor medioznawstwa na Georgetown University w USA. W przeszłości uczeń Edwarda Saida.

** wysłuchała i opracowała Karolina Wigura.

Do góry

* * *

Aleksandra Wilczura
Współczesny „Orient” polski

Orient trafia do naszej świadomości z wielu różnych poziomów. Poczynając od wystaw sklepowych z najróżniejszymi orientalnymi sosami i przyprawami, sushi barów i restauracji żydowskich w centrach większych miast, po filmowe megaprodukcje z Indii i Chin czy też orientalne nawiązania w reklamach i innych przekazach masowej komunikacji. Nie można zaprzeczyć, że Orient jest wszechobecny w Polsce, jednak czy oznacza to, że Polacy są „orientalizowani”? Powierzchowna obserwacja wzrostu popularności fenomenów takich jak Bollywood, manga i anime, kuchnia orientalna, itd., prowadzi do wniosku, że orientalizacja przebiega w szerszej skali niż tylko na łonie naszego społeczeństwa i być może jest jednym z rezultatów globalizacji. Natomiast rodzi się kolejne pytanie: czy jest to jedynie tylko przemijający trend, chwilowa moda, czy może zjawisko, które posiada potencjał do trwałej zmiany otaczającej nas rzeczywistości?

Nowatorska koncepcja Edwarda Saida narodziła się w latach 70. XX wieku na bazie prowadzonych przez niego badań komparatystycznych na temat sposobów ujmowania przez literaturę (głównie angielską i francuską) szeroko rozumianego motywu Orientu. Said koncentrował swoją uwagę na roli, jaką odgrywała europejska literatura w realizacji projektów imperialnych, oraz starał się odpowiedzieć na pytanie, jak jej twórcy, którzy w myśl założenia Michela Foucaulta mieli swoją wiedzą wspierać poczynania władzy, odczuwali ciążącą na nich odpowiedzialność. Właśnie ta Foucaultowska teoria dominacji stworzyła podwaliny pod Saidowską teorię orientalizmu. Na podstawie swoich badań Said doszedł do wniosku, że literatura i nauka nie są wolne od motywacji politycznych i są często wykorzystywane do „mało szczytynych” celów, jakim była polityczna i kulturowa dominacja epoki kolonializmu.

Mimo względnego braku kolonialnych ambicji w historii polskiej polityki, polskie ziemie również nie były wolne od podziału na dominujących i dominowanych, zaś sama koncepcja Orientu zajmowała wyjątkowe miejsce w wielowiekowych dziejach państwowości polskiej. Już za czasów dynastii Jagiellonów ziemie polskie były miejscem, gdzie dochodziło do pogłębionych interakcji między przedstawicielami tzw. Wschodu i Zachodu. Potoczne określanie Polski mianem przedmurza chrześcijaństwa w pełni oddawało charakter zderzenia Orientu i Okcydentu, chrześcijaństwa symbolicznie reprezentującego Okcydent i całej reszty, innej, nieznanej, obcej – utożsamianej z Orientem na zasadzie antynomii.

Tygiel kulturowy w Polsce Jagiellonów pozwalał jednak na zespolenie tych dwóch światów i ich wielowiekową koegzystencję w ramach jednej niepodzielnej całości. Dzięki czemu na ziemiach polskich mieliśmy do czynienia z wyjątkowym w stosunku do całego świata zjawiskiem, jakim było występowanie na ich obszarze dwóch rodzajów Orientu, tj. wewnętrznego (rodzimego) i zewnętrznego (obcego). Rodzimy Orient, swoiście polski, stanowili od pokoleń m.in. karaimi, Ormianie, Żydzi i Tatarzy. Natomiast Orient zewnętrzny, epizodycznie pojawiający się na kartach polskiej historii, to głównie Turcy i Mongołowie. Jeden i drugi Orient budził pewien dystans w społeczeństwie polskim, gdyż był postrzegany jako „inny niż my”. Jednak ten rodzimy zawsze zawierał w sobie pewien pierwiastek powinowactwa, objawiający się nierzadko w postaci zwykłej sąsiedzkiej solidarności.

Sytuacja zmieniła się, kiedy ciągłość wielowiekowego współistnienia niechrześcijańskiego „Orientu” i chrześcijańskiego „Okcydentu” na ziemiach polskich przerwały najpierw narodziny ruchów nacjonalistycznych, a następnie wydarzenia I i II wojny światowej, których kulminacją był Holokaust. Po nich przez kolejne pół wieku Polska pozostawała krajem religijnie, kulturowo i narodowościowo homogenicznym. Przełomem w takim postrzeganiu polskiego społeczeństwa stał się upadek komunizmu w 1989 roku. Jednak w rzeczywistości o znaczących zmianach można mówić dopiero we wczesnych latach 90., kiedy pojawiły się pierwsze efekty transformacji społeczno-ustrojowej.

Wtedy to o swoje prawa zaczęły upominać się odradzające się mniejszości narodowe, religijne i etniczne, w tym głównie społeczność żydowska i muzułmańska, które zaczęły nawiązywać do regulacji prawnych z czasów przedwojennej Polski. Uwieńczeniem ich starań było wprowadzenie ustawy z 6 stycznia 2005 roku o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, przyznającej mniejszościom wiele praw sytuujących je na równi z polską większością.

Wydawałoby się, że taki stan rzeczy stwarza idealne warunki do rozwoju mniejszości narodowo-etnicznych w Polsce i ich koegzystencji z większością polską w ramach wielokulturowego społeczeństwa polskiego. I rzeczywiście, z roku na rok statystyki prowadzone przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz związki wyznaniowe religii orientalnych (judaizmu, islamu i buddyzmu) w Polsce wskazują, że społeczności te dynamicznie rozwijają się pod względem liczebności swoich członków. Ten wzrost jest o tyle ciekawy, iż podobne tendencje obserwujemy w innych państwach europejskich – w Niemczech, Czechach, Francji czy Wielkiej Brytanii.

Współczesny polski „Orient” jest jednak wyjątkowy, gdyż rozwija się nie tyle z powodu dynamicznej imigracji z krajów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, jak to ma miejsce w Europie Zachodniej, co w dwóch innych kierunkach: na fali tzw. powrotu do korzeni Orientu rodzimego (żydowskiego, ormiańskiego lub tatarskiego) oraz konwersji na religie lub kultury orientalne, a tym samym odtwarzanie w Polsce tzw. Orientu obcego. Na polskich ulicach coraz częściej spotykamy osoby w jarmułkach oraz kobiety ubrane w stroje charakterystyczne dla kultury muzułmańskiej. Co ciekawe, badania wskazują, że większość z osób podążających za tymi trendami stanowią Polacy, którzy postanowili przyjąć nowy światopogląd i styl życia, nie posiadając żadnych orientalnych korzeni.

Odpowiedzią na takie transformacje światopoglądów i mód jest wzrost popularności licznych inicjatyw promujących kultury blisko i dalekowschodnie – żydowską, arabską, muzułmańską, japońską, chińską, indyjską lub buddyjską. W niemal każdym zakątku Polski organizowane są kolejne festiwale filmów, muzyki i sztuki orientalnej. W jakimś stopniu w ten trend wpisuje się także konferencja poświęcona myśli i twórczości Edwarda W. Saida – „Saidyzm w XXI wieku”, która odbędzie się niebawem w Krakowie. Jej nadrzędnym celem jest jednak nie tyle popularyzacja kultur orientalnych czy przybliżenie postaci Edwarda W. Saida, lecz poddanie krytycznej ocenie problemów, które ten intelektualista opisywał, oraz poszukiwanie ich konkretnych rozwiązań na polu różnych dziedzin nauki. Kierunki i metody tych poszukiwań organizatorzy konferencji określają mianem saidyzmu.

Z tej perspektywy celem organizatorów przedsięwzięcia jest z jednej strony uwypuklenie niezmiernie ważnych dla współczesnej humanistyki koncepcji orientalizmu i ich wkładu w rozwój studiów postkolonialnych, z drugiej natomiast zapoznanie szerszej publiczności z kontrapunktową formą postrzegania rzeczywistości przez Edwarda Saida i charakterystyczną dla niego polifoniczną interpretacją zjawisk i tendencji występujących we współczesnym świecie.

Zdaniem pomysłodawców konferencji to właśnie Saidowska metoda może w przyszłości pozwolić na pełne zrozumienie zjawisk zachodzących obecnie wewnątrz współczesnych społeczeństw zachodnich, a tym samym umożliwić stworzenie płaszczyzny, na której będą mogły współistnieć na zasadzie równości i wzajemnego poszanowania oba światy – Orientu i Okcydentu. A nie na której będzie dochodzić do Huntingtonowskich zderzeń wrogich sobie cywilizacji.

* Aleksandra Wilczura, doktorantka w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, pomysłodawczyni konferencji „Saidism in XXI Century”.

Do góry

* * *

Kacper Szulecki

Inna Europa i Kresowa Atlantyda. O Polsce orientalizowanej i orientalizującej

Ryszard Kapuściński powtarzał w rozmowach z Afrykanami, że Polska, choć to kraj „białych”, który nigdy nie miał kolonii, sama była przez długi czas skolonizowana. To zdanie nie jest prawdziwe. Choć rzeczywiście Polska nigdy bezpośrednio nie miała zamorskich kolonii – ani za czasów swej mocarstwowej świetności, ani też, mimo starań Polskiej Ligi Morskiej i Kolonialnej, za czasów swych mocarstwowych rojeń, można z całą pewnością powiedzieć, że była kolonizatorem.

Nasze „kolonie” zamiast za morzami znajdowały się blisko, niejako za progiem – za Bugiem, nad Dniestrem, Niemnem i Prypecią, na Ukrainie, Litwie i Białorusi. Jak pisze francuski historyk Daniel Beauvois: „Do dzisiejszego dnia Ukraina stanowi dla Polaków temat drażliwy. Emocje zastępują prawdę. Polska obecność na Ukrainie, która należy już tylko do historii, jest podobna do polskiej obecności na Litwie. Każde jej przypomnienie wkracza w sferę mitu, przywołuje czar utraconego świata, w którym ongiś żyło się tak szczęśliwie. Niektórzy Francuzi podobnie mówią o Algierii i […] porównanie to nie jest absurdalne”. Wydaje się, że wielu Polaków wciąż nie potrafi mówić o tzw. Kresach bez emocji i z dystansem do narodowych mitów. Zaś działania Jerzego Giedroycia, Czesława Miłosza lub Jacka Kuronia na rzecz normalizacji stosunków ze wschodnimi sąsiadami pozostają bez zrozumienia.

Z czego wynika ta sytuacja? Otóż istnieje mechanizm społecznej reprodukcji zideologizowanej wiedzy na temat polskości ziem „kresowych” i polskiej na nich obecności. To „orientalistyczny” (w negatywnym rozumieniu zaproponowanym przez Edwarda Saida) dyskurs kresowy, wpływający na to, co mówi się i pisze o „Kresach”. Dyskurs ten, wciąż stanowiący ważny element dyskursu publicznego w ogóle, w szczególnym stopniu uaktywniany jest, kiedy poruszane są sprawy stosunków ze wschodnimi sąsiadami, zwłaszcza w kontekście historycznym. Ma podłoże kolonialne – jest związany z militarną i kulturową dominacją Polaków na terenach dawnych wschodnich ziem Rzeczypospolitej. Ma więc w pewnym sensie charakter imperialny. Jego korzenie sięgają XIX-wiecznego mitu „Kresów”, ale przede wszystkim wzmocniła go utrata ziem etnicznie niepolskich po drugiej wojnie światowej. „Polski orientalizm” łączy się z poczuciem wyższości kulturowej Polaków, a także poczuciem moralnego prawa do „utraconych Kresów”. Dyskurs ten jest przy tym kluczowy w tworzeniu ważnego dla Polski obrazu Innego – czy może trzech odrębnych, choć bliskich sobie nawzajem, Innych. W takim ujęciu „dyskurs kresowy” staje się kluczowym elementem składowym polskiej tożsamości.

Zaobserwowane podobieństwa miedzy kolonialnym dyskursem zachodnich mocarstw – zwłaszcza Wielkiej Brytanii i Francji – wobec tak zwanego „Orientu” a dyskursem Polaków wobec tak zwanych „Kresów” pozwalają mi zaproponować mówienie o polskim orientalizmie – kresowym dyskursie kolonialnym. Czy porównanie to jest zasadne? Sam Said zajmuje się w swoim „Orientalizmie” „Orientem” pomniejszonym, zawężonym jedynie do znanego autorowi niejako z autopsji świata Islamu, konkretniej – arabskiej części tego świata. Jeśli uzasadnione jest takie zawężenie znaczenia orientalizmu, być może da się także usprawiedliwić jego rozszerzenie?

Mechanizm orientalizacji, rozumiany jako tworzenie nierównego Innego i podporządkowywanie go w dyskursywnych praktykach, można dostrzec w innych niż tylko „Zachodu” z „Orientem” relacjach. Najistotniejszym przykładem tego procesu z polskiego punktu widzenia jest „wynalezienie” Europy Wschodniej w zachodnioeuropejskiej myśli oświeceniowej, które analizuje Larry Wolff (również autor w dzisiejszym Temacie Tygodnia – przyp. red.) w swojej klasycznej już dziś publikacji „Inventing Eastern Europe”. Podążając za jego myślą, i po to by uczynić zadość polskiemu przywiązaniu do roli ciemiężonej ofiary, a nie ciemiężącego kolonizatora, przyjrzę się najpierw pokrótce temu, jak Polska i cały region były orientalizowane.

***

Państwo polskie od samego początku historii pisanej musiało aktywnie zabiegać o uznanie za część tej samej, co Włochy czy Francja, cywilizacji. Sukcesy w tych staraniach – jak przyjęcie Bolesława Chrobrego w poczet książąt europejskich przez Ottona III w roku 1000, a Rzeczypospolitej w poczet państw Unii Europejskiej nieco ponad tysiąc lat później – są tylko sporadycznym ukoronowaniem ogromnego kulturowego wysiłku Polaków przeciw geografii.

O ile uniwersalizm średniowiecza łagodził różnice geograficzne wewnątrz chrześcijańskiej wspólnoty ludów, w XVI wieku nastąpiło zderzenie światów. Pierwszy elekcyjny król Polski, Henri de Valois, przybył objąć w posiadanie obce, wschodnie państwo. Wizyta władcy trwała niecały rok, do legendy przeszły powtarzane potem we Francji historie o tym, jak w drodze przez skute lodem słowiańskie ziemie przy saniach króla zamarzły konie wraz z woźnicą. W mroźnej wschodniej krainie William Shakespeare kazał ojcu Hamleta wydawać „rozkazy, aby rozgromić Polaków ciągnących na nas saniami przez lody”. Polska, jako kraniec świata, staje się też miejscem akcji filozoficznego dramatu Pedra Calderona de la Barki „Życie snem” – miejscem równie ważnym dla akcji jak Polska z „Ubu Króla”. Rzec można: „w Polsce czyli nigdzie”. Jakkolwiek pozbawione rzeczywistej treści, te przedstawienia Polski są symptomami traktowania kraju jako możliwego do zignorowania, nieznaczącego, bo odległego. Nawet jeśli Polska nie jest u Calderona i Jarry’ego jakaś, to z pewnością jest nie tu, a gdzieś. Jest obca i pozostająca poza znanym i własnym światem, nie jest elementem Ja, podmiotu, choćby przez swoją odległość.

Ta odległość i historycznie udokumentowana odmienność rozwojowa, odniesiona nie tylko do Polski, ale całego otaczającego ją regionu, została, zdaniem Wolffa, przemieniona w kulturowy projekt tworzenia czy wynajdywania Europy Wschodniej, będącej ważnym Innym. To w niej Zachód mógł przeglądać się i dowartościowywać, widział bowiem Innych tak podobnych, a przecież tak dzikich i zacofanych. Jak z nieskrywanym zaskoczeniem konstatował podróżujący w 1914 roku po Bałkanach (w tym ujęciu części Europy Wschodniej, a jakże) William Sloane, „aż dziwne, że są biali. Dzicy biali”. Słowianie, podobnie jak ludzie „właściwego” Orientu, zakotwiczani byli w antyku, nazywani Scytami i Sarmatami. Biali i nie biali, Polacy, Czesi, Żydzi, Rosjanie, Rusini, Tatarzy i ludy Syberii – zbite w Zachodniej świadomości w jedną kategorię Europy Wschodniej, czyli w zasadzie Zachodniej Azji, jak mówił Josif Brodski. Na zjazdach zachodnich towarzystw slawistycznych do dziś prezentuje się także badania z zakresu hungarystyki i etnografii plemion turkmeńskich.

Bardzo podobna operacja została przeprowadzona na zmitologizowanych Bałkanach, o czym pisze Maria Todorova w „Bałkanach wyobrażonych”, a skutki czego analizuje Lene Hansen, badająca (brzemienny w polityczne i militarne skutki) dyskurs zachodnich mocarstw w stosunku do „dzikiej i plemiennej” Jugosławii w czasie wojny w Bośni.

Efekty oświeceniowego wynalezienia Europy Wschodniej zostały spotęgowane dodatkowo podziałem politycznym i ideologicznym kontynentu po II wojnie światowej. Jako część owej wynalezionej Europy Wschodniej, Polska i Polacy stali się przedmiotem orientalizacji – włączeni w pewną sztucznie stworzoną, wynalezioną całość, do której należeć wcale niekoniecznie chcieli. W operacji tej Zachód narzucił im cechy, które rzekomo od zawsze posiadali. Stali się zatem ledwie odróżnialnym od pozostałych elementem zbiorowego Innego – kluczowego dla pewnego modelu „europejskiej” tożsamości. W takim ujęciu „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza zaczyna jawić się jako prawdziwa kontrnarracja, postulując „naturalną” równość pomiędzy kolonialną elitą brytyjską a Polakiem Tarkowskim. Szkoda tylko, że równość ta objawia się często w dominacji nad „orientalnymi” i afrykańskimi Innymi. Sienkiewicz wpisuje się tu w nurt klasycznego Saidowskiego Orientalizmu i zdaje się być naturalną kontynuacją romantycznej kreacji „Orientu” w wykonaniu Byrona, Goethego, Chateaubrianda albo – na rodzimym gruncie – Mickiewicza z „Sonetów krymskich”. Sienkiewicz jest jednak przede wszystkim filarem polskiego orientalizmu przez małe „o”: kresowego kolonializmu.

***

Operacja, jakiej dokonał „Zachód” na „Oriencie”, miała dwa cele. Pierwszy to konstrukcja Innego, nadanie mu pewnych cech, narzucenie formy. W tym stworzonym dla własnych potrzeb obrazie kulturowej całości Innego zachodnie Ja mogło się przeglądać. Cechy „Orientu” były tym, co zachodnie Ja chciało z siebie wyrzucić, wobec czego chciało się definiować. Operacja ta wiąże się z myśleniem ideologicznym oraz nauką i kulturą w służbie władzy. W ten sposób przechodzimy do celu drugiego – podporządkowania Innego, uzasadnienia dominacji nad nim i nadania jej totalizującego charakteru. Dokonano tego przez stworzenie dyskursu, poza który wyjść nie można. Ta dyskursywna dominacja miała więc nie tylko racjonalnie uzasadnić realną zachodnią dominację, ale też faktycznie przenieść panujący układ sił (strukturę władzy) z obszaru tego, co podważalne, w obszar tego, co naturalne, a zatem niemożliwe do zakwestionowania i zrewidowania. Oba te cele ma również operacja intelektualnego przywłaszczania i skolonizowania, jakiej Polacy dokonali na „Kresach” i wobec ich mieszkańców (także innych Polaków). Użycie terminów „orientalizm” i „orientalizacja” są tu zatem całkowicie uzasadnione.

Leżące na wschód od obecnych granic Polski ziemie, nazywane powszechnie „polskimi Kresami”, stanowiły i stanowią obszar działania czegoś, co Said nazywa „geografią kreacyjną”. Jest to obszar, na którym przestrzeń, historia, polityka i kultura mieszają się, tworząc wybuchową mieszankę – zarzewie niegasnących konfliktów. „Kresy”, podobnie jak „Orient” (oba te zjawiska to twory wyobraźni zbiorowej, są w tej mierze wyraźnie pokrewne), pachną egzotyką, przygodą, nasuwają na myśl „obrońców naszych polskich granic”, a także burzany wonne i dzięcieliny pałające, tajemnicę, ale i błogą sielankę.

Od „Orientu” różni „Kresy” to, iż oprócz zapełnienia Innymi, są również „nasze”. Nie jest to tylko echo kolonialnego żądania opartego na prawie silniejszego, ale efekt autentycznej długotrwałej polskiej obecności na ziemiach wschodnich. Pytanie tylko, czy sama obecność, nawet jeśli niosła ze sobą potężne, często pozytywne wpływy kulturowe, może uzasadniać jakiekolwiek roszczenia terytorialne? Mało osób zdaje sobie chyba sprawę, iż na „Kresach” w rozumieniu pierwotnym (Ukraina prawobrzeżna, Kijowszczyzna) polscy mieszkańcy byli liczebnie przebijani przez ludność ukraińską w stosunku ponad tysiąc do jednego. Nie dolicza się tu istotnego liczebnie elementu żydowskiego, który można uznać za neutralny. Zmniejsza on jeszcze procentowy udział ludności polskiej populacji regionu. Gdyby więc taka, lub nawet nieco liczniejsza obecność, miała uzasadniać nacjonalistyczne rojenia o mocarstwie „od morza do morza”, prawo pierwszeństwa w składaniu roszczeń mógłby mieć w stosunku do części Europy… Izrael.

Operacja „kresowej” kreacji to jednak przede wszystkim zbudowana na micie autentyczna praktyka dominacji na „Kresach” bliższych – wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej. To właśnie tam przez wiele lat rozgrywała się dyskursywna, ale i fizyczna walka o dominację. To przez dziesięciolecia obustronnych krzywd współpraca między sąsiadami wciąż nie układała się tak dobrze, jak by mogła, gdyby nie obustronnie pokutująca narodowa mitomania. Dobrą ilustracją może być iście kiplingowski cytat z „Przewodnika po Polesiu” (1935) Dr. Michała Marczyka: „Na ten skrupuł człowiek nowoczesny zwykle odpowie, że tak czy owak pytać się o wolę ludności nie będziemy, lecz zabierzemy się do jej uszczęśliwiania według własnej recepty”.

„Kresowe” narody, którym – jak Białorusinom czy nazywanym „Rusinami” Ukraińcom – odmawiano w ramach tego systemu wiedzy prawa do samodzielnego istnienia, ubezwłasnowolniano, były „ciemną” tubylcza masą. Na gruncie kulturowym częściowa suwerenność Litwy w Rzeczypospolitej Obojga Narodów była fikcją, a etniczni Litwini czy Żmudzini podlegali identycznemu mechanizmowi orientalizacji. „Masie” tej proponowano jedyną drogę do cywilizacji – polonizację, przez utratę własnej tożsamości, która jako wyraz niższości kulturowej była nie do przyjęcia. Warto, używając Saidowskiego aparatu pojęciowego, spojrzeć na międzywojenną politykę wobec „Kresów” jako na zmaganie wszechogarniającego systemu wiedzy/władzy (polskiego orientalizmu) z budzącą się świadomością Innego – nacjonalizmami ukraińskim, litewskim i białoruskim. Zmienia to w dużym stopniu bilans przemocy na niekorzyść Polaków, bo do przemocy fizycznej ze strony polskiego aparatu państwowego dokłada jeszcze ogromne pokłady przemocy strukturalnej, wyrażanej w hegemonicznej wiedzy, kulturze, języku i odmawianiu do nich praw „obcym” (by użyć zasmucającego określenia Stanisława Lema).

Na tym tle inaczej zupełnie rysuje się nurt „anty-Kresowy”, oparty na projekcie „Polski Jagiellońskiej”. W napisanej przez siebie biografii Artur Domosławski zaatakował Ryszarda Kapuścińskiego za budowanie mitu wielokulturowości Polesia. To błąd, gdyż mitem w tym kontekście była tylko jego „polskość”, a jego nośnikiem – przytaczane przez Domosławskiego katoendeckie teksty. W obliczu dominującego dyskursu „kresowego”, wielokulturowość (istniejąca realnie, choć nie sielankowo-harmonijnie) opisywana przez Kapuścińskiego, Tadeusza Konwickiego i Czesława Miłosza to narracja oporu wobec orientalizmu, przebijanie się myślą poza duszący dyskurs kresowy. Postawę jeszcze bardziej radykalną reprezentował Oskar Miłosz, który przyjął obywatelstwo litewskie i także zaprzeczył wielokulturowości „Kresów”, ale z pozycji nacjonalizmu narodu przez stulecia zdominowanego. To wszystko jednak przeszłość, bo „Kresy” należą już tylko do przeszłości, jako co najwyżej obszar nostalgii, polska (choć wcale nie polska) „Atlantyda”.

***

Jak pokazuje przykład Polski, orientalista może stać się zorientalizowanym, jeśli tylko struktura władzy – hierarchia cywilizacyjna, układ potęgi ekonomicznej itp. – niefortunnie się dla niego ułoży. Dlatego też warto w każdej sytuacji podważać taki, zdawałoby się, „naturalny” hierarchizujący dyskurs, który podrzuca czytelne i jasne heurystyki, kryjąc jednak przy tym prawdę i rodząc niesprawiedliwość. I dlatego też krytyczne ostrze, ukryte w pojęciach zaproponowanych przez Saida ponad trzydzieści lat temu, pozostaje wciąż ostre i potrzebne.

* Kacper Szulecki, doktorant na Uniwersytecie w Konstancji w Niemczech. Współtworzy Instytut Badań nad Środowiskiem i Polityką ESPRi we Wrocławiu.

Do góry

* Autorzy koncepcji numeru: Kacper Szulecki i Karolina Wigura.
** Autor ilustracji: Rafał Kucharczuk.

„Kultura Liberalna” nr 95 (45/2010) z 2 listopada 2010 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 96

(46/2010)
2 listopada 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj