Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Rysując > TIMOFIEJUK/SZTYBOR/SAWICKI: Top 10...

TIMOFIEJUK/SZTYBOR/SAWICKI: Top 10 rynku anglojęzycznego za 2010 rok – potrójna klasyfikacja!

Timofiejuk/Sztybor/Sawicki

Top 10 rynku anglojęzycznego za 2010 rok – potrójna klasyfikacja!

Dawnym zwyczajem, który parokrotnie już dał znakomite efekty, postanowiliśmy podsumować ubiegły rok na rynku komiksów anglojęzycznych, tworząc listę Top 10. Niestety, jak okazało się w praniu, z pięciu uczestników głosowania dwóch odpadło w przedbiegach, a listy pozostałych trzech zbiegły się zbyt małym stopniu, by umożliwić wyłonienie uzgodnionego Top 10. Okazało się, że na dziesięć typów, tylko trzy tytuły znalazły się na listach więcej niż jednego oceniającego, a na dodatek żaden tytuł nie znalazł się na listach wszystkich uczestników głosowania. Dlatego też pozwalamy sobie oddać w Wasze ręce pełne zestawienie głosów; efektem jest duża różnorodność tytułów, które naszym zdaniem są warte uwagi. Zapraszamy do lektury tego skromnego podsumowania 2010 roku na rynku komiksów anglojęzycznych.

Paweł Timofiejuk:

1. Lint – Ware.

Nowy Ware z początku nie wywołał u mnie zachwytu. Od czasu „Jimmy’ego Corrigana” nie doczekałem się od tego autora niczego, co przyjąłbym z entuzjazmem, a najczęstsze reakcje były wręcz odwrotne. Było tak jednak do momentu wydania „Linta”. Początkowo lektura skłaniała mnie raczej do refleksji nad tym, jak łatwo można zachwycić komiksiarzy, odwołując się do podstawowych analiz z psychologii rozwojowej. Ale z czasem okazało się, że im dalej, tym bardziej wciąga, a zmienność stylu wraz ze zmianą faz rozwoju człowieka oraz sytuacji życiowej bohatera doskonale się splatają, by w końcu stworzyć obraz dzieła pełnego i największego osiągnięcia roku.

2. Cuba: My Revolution – Lockpez/Haspiel.

Komiks ten był wychwalany przez wszystkich ludzi powiązanych z DC podczas NYCC; wtedy raczej się tym, nie przejąłem. Po czasie przyszło mi stwierdzić, że historia jest naprawdę dobra, trzeba też docenić kunszt graficzny Haspiela, który w zamierzony sposób odbiega od stylu rysowania, który mogliśmy już zapamiętać. Komiks to autobiograficzna opowieść o życiu Inverny Locpez w rodzącej się komunistycznej Kubie, o rozczarowaniu rewolucją i ucieczce do USA. Warto zapoznać się z historią, która otworzyła drogę Marzi na rynek amerykański, gdyż nie ulega wątpliwości, że bez tego sukcesu redaktorzy DC nie ruszyliby na poszukiwanie innych opowieści w tym stylu.

3. How to Understand Israel in 60 Days or Less – Glidden.

Sarah zanim trafiła z komiksem ostatecznie do DC, pierwszy jego fragment wydała własnym sumptem. Dopiero potem okazało się, że duży wydawca zainteresował się historią młodej amerykańskiej Żydówki wyruszającej w podróż, by poznać korzenie swojego narodu. Przy okazji ścierają się tu z rzeczywistością liczne obiegowe poglądy człowieka Zachodu na konflikt izraelsko-palestyński. Niektóre uprzedzenia zostaną rozwiane, inne nabiorą nowego wymiaru. Wszystko w stylu, który – choć odmienny – nie pozwala oderwać się od skojarzeń z Rutu Modan.

4. Dance by the Light of the Moon – Vanistendael.

O tym flamandzkim komiksie usłyszałem, zanim ukazał się w języku angielskim; dopiero wtedy mogłem samodzielnie zapoznać się z jego treścią. Opowiada historię związku młodej Belgijki i azylanta z Togo. Mamy tu zajmującą opowieść o relacjach międzyludzkich, uprzedzeniach i miłości, ale również i o europejskiej biurokracji. Autorka opowiada złożoną historię, w dużym stopniu opartą na wątkach autobiograficznych. Komiks to nowy głos w dyskusji o rasizmie i zagadnieniu uchodźstwa. Do tego świetny styl graficzny.

5. Salvatore – de Crecy.

Wszystkim, którzy kochają rysunki de Crecy’ego, wystarczy już samo istnienie tego komiksu. Treść jest wręcz zbędna, chociaż – jak to zwykle u autora – opowiadana historia jest przewrotna i pełna sarkazmu. Postaci zwierzęcych bohaterów obnażają przywary bynajmniej nie zwierzęce. De Crecy potrafi odkrywać miłość w najbardziej zaskakujących sytuacjach, a czytelnik nie może wręcz doczekać się dalszego ciągu historii. Urzekające. Pies mechanik i jego samochód urzekają.

6. The Abominable Charles Christopher – Kerschl.

Świetnie wydana przez samego autora książka, zbierająca odcinki historii z jego niezwykle popularnego i klimatycznego bloga – http://www.abominable.cc/. Droga, ale warta zachodu opowieść o królestwie zwierząt i bliskich nam problemach egzystencjalnych. W takim właśnie świecie przychodzi żyć głównemu bohaterowi, stworowi, który odpowiada typowemu wyobrażeniu autsajdera.

7. X’ed Out/Johnny 23 – Burns.

„X’ed”, jedno z nowych dzieł Burnsa, z początku mnie nie zachwyciło – co tam uniesienia nad „TinTinem” i inne nawroty młodzieżowych przeżyć u pięćdziesięciolatka. Dopiero gdy w moje ręce wpadł „Johnny 23”, własnoręczny bootleg Burnsa w dziwacznym kosmicznym języku, uwierzyłem w sens przedsięwzięcia. Początkowo zastanawiałem się jeszcze, czy oba komiksy są takie same. Na szczęście na stoisku obok znajdowało się francuskie wydanie „X’ed”, dzięki czemu szybko się mogłem przekonać, że słusznie zakładałem odmienność i większą odwagę w szaleńczym „Johnnym 23”. Dopiero zestawienie obu komiksów sprawia, że nowe dokonanie Burnsa jest warte znalezienia się w rankingach najlepszych komiksów ubiegłego roku.

8. Superman: Earth One – Straczynski/Davis.

Jedyny na mojej liście komiks z kręgu superhero: być może dlatego, że od paru lat niewiele tego typu historii jest w stanie mnie do siebie przekonać. Tym razem się udało. Całkiem zgrabna próba restartu bohatera. Szkoda tylko, że jak na razie bez mocniejszego uderzenia: nie podjęto szybkiej kontynuacji publikowania Supermana w formie graphic novel.

9. Tonoharu 2 – Martinson.

Na drugi tom trzeba było czekać ponad dwa lata. Jednak komiks ten okazał się tego warty. Historia nauczyciela angielskiego w Japonii nie zjada swojego ogona, lecz niespodziewanie wskakuje na nowy tor, pokazując, że ten odmienny kraj nie jest znowuż taki inny od naszego zachodniego świata. Niezwykle klimatyczny komiks, z bardzo formalnym stylem rysunku, który jest jego mocnym atutem.

10. Market Day – Sturm.

Długo zastanawiałem się, który komiks powinien zająć to miejsce. Czy Manara z Clermontem, czy antologia „AX”, a może któryś z hitów Vertigo, czy jakaś powieść graficzna? Ostatecznie wybór padł na Sturma i jego kolejną opowieść o świecie wschodnioeuropejskich Żydów i przemianach w ich życiu, towarzyszących przełomowi XIX i XX w. Sielankowy obrazek dnia targowego kryje w sobie liczne opowieści o życiu zwykłych ludzi.

* * *

Paweł Sawicki:

1. 75 Years of DC Comics: The Art Of Modern Mythmaking – Paul Levitz.

Co prawda, nie jest to komiks, lecz monumentalizm tego dzieła musiał zaważyć o przyznaniu palmy pierwszeństwa. Historia wydawnictwa DC napisana i wydana z niespotykanym dotychczas rozmachem. Ciekawe, co wymyślą na 100-lecie wydawnictwa.

2. Cuba: My Revolution – Inverna Lockpez, Dean Haspiel.

Rewolucja na Kubie to temat wdzięczny sam w sobie. Tu widziany jest oczami młodej dziewczyny, która przekonuje się, jak łatwo giną ideały. Mimo to historia opowiedziana bez patosu i bardzo przystępnie. Piękne, klimatyczne rysunki.

3. Superman: Earth One – J. Michael Straczynski, Shane Davis.

Straczynski zrobił z Supermanem dokładnie to samo, co John Byrne 25 lat temu. I kolejny raz okazało się, że najlepsze są te historie, które już znamy. Znów chce się czytać opowieści o Człowieku ze Stali. Najlepszy Superman od czasu „For All Seasons” i przy okazji najlepszy komiks superbohaterski zeszłego roku.

4. Batwoman: Elegy – Greg Rucka, J.H. Williams.

Batwoman długo prowadziła w rankingu najlepszych komiksów superbohaterskich 2010 roku. Greg Rucka tchnął nowe życie w postać, która zawsze była niedoceniana i pełniła trzeciorzędną rolę. Piękne rysunki Williamsa, bardzo dynamiczne kadrowanie. Warto przeczytać.

5. Dark Rain – A New Orleans Story – Mat Johnson, Simon Gane.

Nowy Orlean tuż po morderczym huraganie Katrina. Ciekawie nakreślone postaci dwóch byłych skazańców, którzy korzystając z ogólnego chaosu, planują obrabować bank.

6. X-Men: Gals on The Run – Chris Claremont, Milo Manara.

Zaskoczenie roku. Milo Manara rysuje X-menów. A właściwie X-Women, bo tym razem drużyna składa się tylko z pań. Scenariusz nie ma znaczenia – to tylko pretekst do doskonałego przedstawienia superkobiet w pozach dokładnie podkreślających ich prawdziwe supermoce.

7. Revolver – Matt Kindt.

Główny bohater żyje w dwóch światach, przekonany, że tylko jeden z nich jest realny. Pytanie tylko: który – ten spokojny i nudny, czy ten w którym ciągłe zagrożenie popycha go do granic jego wytrzymałości? Jeśli spodobała się wam „Incepcja”, przeczytajcie ten komiks.

8. Batman and Robin vol. 1: Batman Reborn – Grant Morrison, Frank Quitely, Philip Tan.

To niemal niemożliwe – Grant Morrison napisał doskonały komiks o Batmanie! Po tylu latach znęcania się nad Gackiem tym razem wreszcie dzieło godne i autora, i bohatera. To wersja przygód Dynamic Duo o niebo lepsza od wizji Franka Millera i Jima Lee z „All-Star Batman & Robin”!

9. American Vampire vol. 1 – Scott Snyder, Stephen King, Rafael Albuquereque.

Historia Ameryki widziana oczami wampirów i pisana krwią ich ofiar. Krótkie, dynamiczne opowiadania, świetnie napisane i doskonałe graficznie. „Zmierzch” niech się schowa.

10. Blackest Night – Geoff Johns, Ivan Reis.

Wielkim superbohaterskim eventom zwykle towarzyszą hasła, że „nic później nie będzie takie samo”, tymczasem okazują się one nudne i przewidywalne. Nie tym razem. Hal Jordan i reszta Green Lantern Corps muszą stawić czoło poległym superbohaterom i superłotrom, którzy powstają z martwych i tworzą Korpus Czarnych Latarni. Brzmi banalnie, ale jest ciekawie. Wszystko to zasługa scenarzysty.

* * *

Bartosz Sztybor:

1. Mesmo Delivery – Rafael Grampa.

Przegapiłem wersję wydaną w 2008 roku przez Adhouse Books, więc zeszłoroczna edycja Dark Horse jest dla mnie absolutną nowością. I absolutnym objawieniem. Choć scenariuszowo komiks nie jest wybitny, a historia to coś w rodzaju prostej przypowiastki z morałem (utrzymanej w klimacie „Opowieści z krypty”), to Rafael Grampa udowadnia, że jego twórczość nie potrzebuje treści. Forma jest tutaj wszystkim. Nie dość, że autor jest absolutnie genialnym rysownikiem, to należy mu się także wyróżnienie za piekielnie dobre prowadzenie narracji i komponowanie kadrów. Każda ramka to oddzielne dzieło sztuki. Grampa pokazuje niektóre wydarzenia z zaskakujących punktów widzenia (np. z perspektywy wnętrza rozcinanego gardła), a wszystkie obrazki płynnie ze sobą łączy, korzystając z niesamowitych rozwiązań tak komiksowych, jak i filmowych. Największe zaskoczenie i objawienie 2010 roku.

2. Scalped (cała seria) – Jason Aaron, R.M. Guera.

„Scalped” można dzielić na zeszyty czy kolejne tomy, na lepsze czy gorsze momenty, ale całkowicie mija się to z celem. Nawet odrobinę gorszy fragment w kontekście całej serii prezentuje bardzo wysoki poziom w kontekście innych komiksów. To przede wszystkim świetnie napisana historia, która zaskakuje zwrotami akcji, świetnymi dialogami i pełnokrwistymi postaciami. Z fabułą świetnie zgrywają się rysunki i kolory, które w perfekcyjny sposób podkręcają brud, brzydotę i brutalność treści. Choć całość się jeszcze nie skończyła, to już teraz zanosi się na to (a przynajmniej gorąco temu kibicuję), że „Scalped” będzie najlepszą serią w całej historii wydawnictwa Vertigo.

3. Almost Silent – Jason.

Jason jest po prostu mistrzem i wreszcie doczekał się ekskluzywnych wydawnictw typu „best of”, które zbierają jego dotychczasowe prace w twardych oprawach. W 2010 roku wyszły dwa takie albumy – „Almost Silent” i „What I Did” – oba świetne. Za wyborem „Almost Silent” przemawia jednak to, że właśnie w „What I Did” znalazła się nowela „The Iron Wagon”, najgorsza i wręcz niepotrzebna w dorobku rewelacyjnego Jasona. Co nie zmienia faktu, że Jason jest po prostu mistrzem.

4. Parker: The Outfit – Darwyn Cooke.

Klasyczne kryminały Richarda Starka w komiksowej odsłonie. W epoce postmodernistycznych intryg, przerzucania się obrazami odcinanych kończyn i falujących biustów „Parker: The Outfit” jest przyjemną odskocznią. Postać i treść są tu najważniejsze. A że postać to facet z krwi i kości, a treść to najwyższej próby klasyczny kryminał – czyta się to wszystko znakomicie. Jednak sam pierwowzór nie miałby takiej siły rażenia, gdyby nie świetne rysunki Darwyna Cooke’a, perfekcyjnie nawiązujące do epoki i klimatu samych opowieści. To wyjątkowy komiks, jakby odnaleziony po latach klasyk zeszłej epoki. Niestety, takich komiksów już się nie robi…

5. King of the Flies Vol. 1: Hallorave – Mezzo, Pirus.

Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to już było, bo i kreska, i szalona treść przywodzą na myśl twórczość Charlesa Burnsa. Ale tam, gdzie Burns odchodzi w rejony odległej podświadomości, Mezzo i Pirus trzymają się rzeczywistości. Jest to bardzo niepokojąca i momentami przerażająca rzeczywistość, ale także – co najważniejsze – niebywale wciąga. Pirus zręcznie prowadzi opowieść, żonglując wątkami i postaciami, by w odpowiednim momencie pewne rzeczy wyjaśnić, a jednocześnie dodać parę niewiadomych. Mezzo dzielnie mu sekunduje, wizualizując wszystkie te prowokujące dreszczyk niepokoju opowieści. Najbardziej intrygujący komiks 2010 roku.

6. Afrodisiac – Brian Maruca, Jim Rugg.

Przepiękny hołd dla kina blaxploitation oraz komiksów Marvela z lat 80. Piękne kobiety, alfonsi w kolorowych garniturach i mnóstwo bijatyk w lekko zakurzonym stylu kung-fu. Bezkompromisowa rozrywka, która potrafi rozbawić i oczarować. Kino klasy B i komiks klasy B spotkały się w „Afrodisiacu”, by powstało coś A-klasowego.

7. Ghostopolis – Doug TenNapel.

Doug TenNapel miał zawsze niesamowite pomysły. Wszystkie jego gry, animacje czy komiksy onieśmielają od samego początku zaskakującym punktem wyjścia, by następnie jeszcze bardziej rozkochać w sobie czytelnika. I choć „Ghostopolis” to komiks przede wszystkim dla najmłodszych odbiorców, TenNapel nie zamierza się ograniczać: nie kryguje się i ponownie wypuszcza swoją wyobraźnię na szerokie wody. I znowu onieśmiela. W 2010 roku zrobił to najlepiej ze wszystkich.

8. It Was the War of the Trenches – Jacques Tardi.

Francuski klasyk po raz pierwszy wydany po angielsku. Jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza opowieść Jacquesa Tardi. Ligne claire w zestawieniu z historiami frontowymi robi ogromne wrażenie. Tardi opowiada o brutalnych czasach wojny i strasznych przeżyciach na froncie. Robi to jednak bez wizualnej dosłowności, a z ogromnym ładunkiem emocji. Emocji, które uderzają o wiele mocniej niż widok wyprutych flaków.

9. X’ed Out – Charles Burns.

To dopiero początek historii, więc trudno powiedzieć, czy całość zakończy się sukcesem. Na razie jednak zachwyca sam eksperyment Burnsa, połączenie jego mrocznych fantazji z klasycznym komiksem przygodowym. Burns nawiązuje do „TinTina” i francuskich albumów sprzed kilku dekad, a wszystko filtruje przez charakterystyczny dla siebie oniryzm i stylistykę horroru. Świetnie buduje napięcie i zawiesza je w odpowiednim momencie. Chciał pobawić się francuskim sposobem opowiadania i na razie wyszło mu to wzorowo.

10. Phonogram Volume 2: The Singles Club – Jamie Mckelvie, Kieron Gillen.

Pierwszy album z tej serii był kompletną pomyłką, drugi jest dużym zaskoczeniem, a wszystko za sprawą świetnego konceptu, na dodatek bardzo umiejętnie poprowadzonego. Wystarczy powiedzieć, że każdy rozdział opowiadany jest z perspektywy innej postaci, przy zachowaniu jedności miejsca i czasu. Tak więc przypadkowy przechodzień z pierwszego epizodu okazuje się głównym bohaterem i ważnym ogniwem opowieści w epizodzie czwartym. Każdy kolejny rozdział daje odbiorcy możliwość poznania tej samej historii z innej perspektywy, zobaczenia rzeczywistych motywacji danych postaci i przekonania się, kto rzeczywiście jest fałszywy, a kto prawdomówny. Nieważne, kiedy i czy w ogóle pojawi się trzecia odsłona „Phonogram”, bo „The Singles Club” to odrębna całość. Na dodatek cały projekt imponuje konstrukcyjnym rozmachem.

* Paweł Timofiejuk, politolog i wydawca komiksów.

„Kultura Liberalna” nr 109 (6/2011) z 8 lutego 2011 r.

...czy możemy poprosić Cię o jeszcze chwilę uwagi? Mamy dla Ciebie ważną wiadomość.

„Kultura Liberalna” jest magazynem wydawanym społecznie: to znaczy, że ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Patrzymy na ręce politykom wszystkich opcji. Bronimy wartości demokratycznych i wolnościowych. Pracujemy nad wizjami Polski na przyszłość. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Wspólnie tworzymy demokratyczne media. Jeśli czytasz „Kulturę Liberalną” i popierasz to, co robimy, wesprzyj nas.

SKOMENTUJ

Nr 109

(5/2011)
8 lutego 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj