Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Dziewiętnastowieczne egzekwie. O...

Dziewiętnastowieczne egzekwie. O Słowackim, Chopinie, Verhulście i innych

Jakub Jakubaszek

Nabożeństwo żałobne w pięćdziesiątą rocznicę śmierci Słowackiego uświetniło wykonanie „Requiem” Johannesa Verhulsta, na którego temat „Encyklopedia muzyki” PWN pod redakcją Andrzeja Chodkowskiego milczy, a nagrań samego utworu próżno, jak się zdaje, gdziekolwiek poszukiwać.

Nabożeństwo miało miejsce 10 kwietnia 1899 roku w warszawskim kościele Św. Krzyża, a „Requiem” Verhulsta dyrygował Piotr Maszyński, kompozytor, pedagog oraz pomysłodawca i kierownik Warszawskiego Towarzystwa Śpiewaczego „Lutnia” (sam Maszyński uczył się u Zygmunta Noskowskiego, który w warszawskim Instytucie Muzycznym wykształcił jeszcze między innymi Karola Szymanowskiego, Grzegorza Fitelberga i Mieczysława Karłowicza) [1].

Musiało być „Requiem” Verhulsta uznanym utworem okolicznościowym, przynajmniej na ziemiach polskich, skoro grano je również po śmierci Matejki, 7 listopada 1893 roku w krakowskim kościele Mariackim [2]. Maszyński i „Lutnia”, zanim przyszło im wykonywać „Requiem” pamięci Słowackiego, 5 października 1897 roku właśnie tym utworem uczcili – i też w Św. Krzyżu – niejako „łączoną” pamięć po Asnyku i Ujejskim [3]. A przecież pojawił się jeszcze koncept, by Verhulst wybrzmiał podczas uroczystego nabożeństwa za Chopina, zaplanowanego na październik roku 1899… Z kontrpropozycją wystąpił wówczas Ferdynand Hoesick, młody, poczytny i nadzwyczaj płodny historyk literatury, pisujący zbeletryzowane, obszerne biografie luminarzy kultury polskiej, których dziś nikt pewnie nie czyta (tak samo zresztą, jak nikt nie słucha Verhulsta). Kontrpropozycja polegała na powtórzeniu programu towarzyszącego nabożeństwu w paryskiej La Madeleine 30 października 1849 roku, „gdy trumna ze zwłokami mistrza stała pod olbrzymim baldachimem pośrodku natłoczonej [!] świątyni” [4]. Wtedy zagrano „Requiem” co prawda, ale to Mozartowskie, „Marsza żałobnego” w orkiestracji niejakiego Rebera (z czym nie mógł się pogodzić święcie przekonany, że zrobiłby to lepiej, Meyerbeer), wreszcie jakże „tanatyczne” preludia, h-moll i e-moll, w aranżacji na organy [5]. Wszelako projekt Hoesicka rozbił się ostatecznie czy to o niedostatek możliwości wykonawczych, jakimi dysponowali organizatorzy warszawskich obchodów, czy o spory, jakie toczyli w swym gronie, toteż Chopinowi przygrywała „Msza łacińska” Moniuszki, poprzedzająca recital Aleksandra Michałowskiego (ucznia Ignaza Moschelesa, nauczyciela Jerzego Żurawlewa, Władysława Szpilmana i – jak powiadają – Wandy Landowskiej), podobno jednak dosyć blady (bo przewidywalny i zagrany miernie) [6].

Co może wydać się interesujące, zwłaszcza wobec współczesnej mody na celebrowanie rozmaitych rocznic, to że organizatorom tamtych obchodów zarzucano w liście opublikowanym na łamach „Echa Muzycznego” bylejakość, powierzchowność, a nawet brak dobrej woli. „Data 17 października przeszła tedy bez należytego uwydatnienia charakteru uroczystości […]. Pisma wystąpiły z ładnymi numerami, «Kraj» poświęcił Chopinowi dodatek, […] ale to nie jest bynajmniej wystarczającym w Warszawie” – pisali sygnatariusze listu [7], dając zarazem do zrozumienia, że gdyby raz jeden cały warszawski światek muzyczny zechciał „zespolić swe siły”, obchody rocznicowe wypadłyby zapewne więcej niż poprawnie i pewnie jakoś okazalej… Lecz nie bez powodu powtarzano sobie w tych czasach pseudołacińskie porzekadło: Homo homini lupus, artifex artifici lupior, musicus musici lupissimus. Osobna sprawa, czy sił owych aby wystarczało.

„Dlaczego nabożeństwo – pytała żarliwie „Prawda” Świętochowskiego – obyło się w katedrze, a nie w kościele Św. Krzyża, gdzie przechowuje się serce Chopina? Jeżeli chcemy cześć wyrazić cześć symbolistycznie [!], to chyba wybornie nadawało się do tego miejsce posiadające tak wymowną pamiątkę” [8]. Mnie tymczasem cisną się na usta całkiem inne pytania: dlaczego, kiedy uroczyście grzebano Matejkę czy Ujejskiego, a odgrzebywano, żeby tak się wyrazić, autora „Kordiana”, to pierwszym wyborem do oprawy muzycznej było nie „Requiem” Mozarta, lecz to zapomniane Verhulsta? Czym uwodziło ono tych samych odbiorców, którzy na co dzień gustowali w „La prière d’une vierge” Tekli Bądarzewskiej lub bębnili sobie, gwoli spędzenia czasu, melancholijny walc typu „Mów do mnie jeszcze” bezimiennego autora, za to w wydaniu oprawnym w erotyzującą okładkę i opatrzony rozpoznawalnym tytułem, i być może dlatego tak dobrze się sprzedający? [9]. A może Mozart był po prostu za trudny dla peryferyjnego skądinąd towarzystwa muzycznego, albo nie godziło się przearanżować go w taki sposób, by z jednej strony wykonanie było do przyjęcia, a z drugiej – nie przeliczyć się z kosztami koncertu?

I wreszcie: dlaczego nikt dotąd nie wpadł, żeby nagrać repertuar któregoś z owych koncertów? Byłaby wszak z tego wcale przyjemna płyta: trochę kosmopolityczna (Verhulst), trochę patriotyczna (Słowacki), trochę swojska (pieśni nabożne Moniuszki, które prawie zawsze wyciągano przy wymienionych okazjach), trochę popularyzatorska i bardzo w konwencji wykonawstwa historycznego. Żeby jeszcze była hermeneutyczna, tak jak całe wykonawstwo historyczne, „Requiem” Verhulsta należałoby wykonać w konwencji epoki: „z akompaniamentem organów i instrumentów dętych” [10]. I tyle.

Tak czy inaczej, osobliwe były te preferencje estetyczne późnodziewiętnastowiecznej Warszawy. Oraz jej scena muzyczna i polska kariera Verhulsta. I to jeszcze, że „Requiem” Mozarta nie udało się zagrać nawet pamięci Chopina. Przychodzi mi na myśl „Eroika” (ta Simona Jonesa, nie Andrzeja Munka), specjalnie zaś scena, w której skrzypkowie z nieukrywanym trudem łapią oddech po jednym z trudniejszych fragmentów ekspozycji. Czy muzycy warszawscy mieliby podobne trudności z rozpędzonym „Confutatis”? Czy też: zwyczajnie nie było komu tego zagrać?

Przypisy:

[1] Ferdynand Hoesick, „Powieść mojego życia. (Dom rodzinny). Pamiętniki”, t. II, Wrocław–Kraków 1957, s. 266.
[2] Józef Życzkowski, „Gaudeamus igitur… Dzieje Krakowskiego Chóru Akademickiego”, oprac. Stanisław Has, Kraków 1977, s. 29–30.
[3] [B.a], „Odgłosy”, „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 1897, nr 41 (732), s. 487–488.
[4] Ferdynand Hoesick, „List otwarty do p. Piotra Maszyńskiego, dyrektora «Lutni»”, „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 1899, nr 20 (816) s. 229–230.
[5]Tamże.
[6]Tegoż, „Powieść mojego życia”, dz. cyt., s. 274.
[7] F.S.K.B., M.M. i inni, „Listy do Redakcji. (W sprawie obchodu Chopina)”, „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 1899, nr 44 (840), s. 526–527.
[8] [Aleksander Świętochowski?] b.a., „Pamiętnik. Rocznica Chopina”, „Prawda” 1899, nr 42, s. 499.
[9] Zob. Ferdynand Hoesick, Powieść mojego życia, dz. cyt., s. 438.
[10] [B.a], „Odgłosy”, dz. cyt.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 200

(45/2012)
6 listopada 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj