Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > „Wielki Liberace” –...

„Wielki Liberace” – „Behind the Candelabra”. Sekrety i kłamstwa (polskiego) celebryty

Katarzyna Kazimierowska

Steven Soderbergh swoim ostatnim filmem w spektakularny sposób żegna się z Hollywood i jednocześnie – odsłaniając kolejne warstwy historii genialnego Lee Liberace’a – mówi nam wiele o zgniłej moralności amerykańskiej fabryki snów.

Wielki Steven Soderbergh ogłosił ponad rok temu, że kończy swoją przygodę z Hollywood. Na swój pożegnalny obraz wybrał historię bardzo dwuznaczną; w dodatku postanowił opowiedzieć ją w sposób, który do realiów finansowych Hollywood nie bardzo przystaje. Koniec końców pieniądze na film dała prywatna stacja telewizyjna, co tylko utwierdziło reżysera w przekonaniu, że słusznie postępuje, odcinając się od hollywoodzkiego światka filmowej finansjery. Ale dzięki temu jego film zyskał: żadnych kompromisów, pełna artystyczna wolność i szczerość wobec widza, wreszcie – możliwość pokazania historii w taki sposób, w jaki reżyser chce, by widz ją odczytał.

743880_BTC_72312_CB_1812

„Behind the Candelabra”/„Wielki Liberace” mogliśmy zobaczyć na zakończenie American Film Festival, a w zeszły piątek obraz trafił do polskich kin. I choć nie obyło się bez kontrowersji (już od niemal roku amerykańskie media trąbiły o tym, że dzieło jest prowokacyjne, że opowiada o homoseksualnym związku i rozwiązłym życiu jednego z największych amerykańskich artystów drugiej połowy XX wieku, a całość – choć w doborowej obsadzie – pachnie zwyczajnie skandalem), to nie dajmy się zwieść. Mamy przed sobą wybitne kino, dzieło skończone spełnionego reżysera, które pokazuje nie tylko historię pianisty-celebryty, lecz także blaski i cienie ówczesnego świata show biznesu.

Mamy drugą połowę lat 70. To ten wspaniały czas, kiedy jeszcze nikt nie mówi o AIDS, kiedy nikt nie musi wychodzić z szafy, a sprawy serca i potrzeb seksualnych załatwia się w gejowskich barach, które wyglądają niewinnie jak każde inne miejsce. Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Scott Thorson (rewelacyjny Matt Damon), młody miłośnik zwierząt, który pragnie zostać weterynarzem. W gejowskim barze w Los Angeles wdaje się w znajomość, która odmieni całe jego życie. Jego nowy przyjaciel zabiera go na koncert jednej z największych gwiazd show biznesu, należącego do muzycznej elity pianisty Lee Liberace’a (rola życia Michaela Douglasa). Oczarowany pełnym blichtru show Scott zostaje przedstawiony gwieździe wieczoru. Wkrótce zostaje jego kochankiem, a my krok po kroku, wraz z nim, poznajemy sekrety świata, do którego zwykli śmiertelnicy nie mają dostępu. Z jednej strony to opowieść o Kopciuszku, który trafił do pałacu księcia – bo tak też ta relacja wygląda, jak typowy związek gwiazdy z kimś z ludu. Z drugiej, całą historię oglądamy oczami Scotta – Soderbergh zastosował zabieg, jaki znamy z „Wielkiego Gatsby’ego” Fitzgeralda, gdzie świat poznajemy oczami Nicka Carrawaya. Po kolei odsłaniane są przed nami tajemnice i prawdy.

Pierwsza ukazuje się nam, gdy Liberace i Scott lądują w bąbelkowej kąpieli w domu tego pierwszego – dom to mało powiedziane. To pałac jak z bajki, ociekający bogactwem i kiczem. Wszystko w nim jest przerysowane, od pojawiających się greckich porządków architektonicznych po gigantyczne portrety gospodarza domu w złoconych ramach. Blichtr jest wręcz groteskowy, podobnie jak postać pana domu, który przed światem ukrywa nie tylko swoją orientację seksualną, lecz także gigantyczny tupecik, dodający mu włosów i odejmujący lat. Obok tupecika Liberace odsłania przed Scottem również swoje polskie pochodzenie – jest potomkiem imigrantów, a jego prawdziwe imię to Władzio. Historia jest wzruszająca, tym bardziej że niedługo potem poznajemy matkę Władzia – graną rewelacyjnie przez starą gwiazdę kina Debbie Reynolds, która genialnym polskim akcentem namawia niemal 60-letniego syna, by się wreszcie ustatkował i ożenił.

743880_BTC_82212_CB_5253

Kolejny poziom wtajemniczenia osiągniemy, poznając Liberace’a od strony prywatnej. Nie tylko proponuje on Scottowi związek na dobre i na złe („będę twoim ojcem, bratem, kochankiem, przyjacielem, wszystkim, chcę być wszystkim dla ciebie”, co dla tułającego się dotąd po kolejnych domach zastępczych Scotta jest największym wyznaniem miłości), ale obiecuje mu nawet adopcję. Tych dwoje żyje sobie jak mąż i żona, w związku, w którym role są jasno rozdzielone. To Liberace decyduje, kto ma pieniądze, co razem robią, jak spędzają czas, to on nadaje ton. Jedynie w łóżku sytuacja się odwraca, co będzie miało znamienne skutki dla Scotta w przyszłości. Jednocześnie w przekonaniu opinii publicznej Scott jest szoferem Władzia. Ubrany jak on, umalowany jak on, pełen blichtru jak on – staje się jego sekretarką, PR-owcem, buforem między nim a zakochanymi w nim fankami. Na koniec Scott staje się niemal samym Liberace’em. Jednocześnie trzyma w ręku wszystkie sekrety Władzia, także ten, że starszy pan – sprytnie ukrywający swój wiek, puszczający oko z ekranu telewizora i mówiący w wywiadach, że nie spotkał tej jedynej – jest seksoholikiem, który z równym uwielbieniem jak do swojego kochanka podchodzi do brudnych gejowskich barów z porno i dark roomami na zapleczu i który ma wszczepione implanty w penisa, by być zawsze w gotowości (jakoś sobie radzono, zanim ktoś sprytny wynalazł viagrę).

I to trzeci krok, kolejna kotara, jaka odsłania się przed nami. Liberace ma obsesję na punkcie swojego wyglądu, na punkcie młodości. Jego twarz ratuje nie tylko tupecik, ale także makijaż i szczupła sylwetka. Dlatego pewnego dnia ląduje wraz ze Scottem u demonicznego i wyglądającego jak chodząca antyreklama operacji plastycznych dra Startza, który funduje Władziowi morderczy lifting, a Scotta upodabnia fizycznie – na życzenia Liberace’a – do jego starszego partnera. Ten moment w filmie jest nie tylko na granicy groteski i absurdu, ale też dowcipu. Każda zaś scena z drem Startzem, granym wybitnie przez Roba Lowe’a, kradnie show Scottowi i Władziowi. Ta zmiana fizyczna obu bohaterów jest ostatnim krokiem na granicy zabawy i dramatu. Dalej już nie będzie tak kolorowo.

743880_BTC_82712_CB_5534Blichtr, kicz, show, zabawa i groteska – tak wygląda świat przedstawiony przez Soderbergha. A jednocześnie reżyser podchodzi z pełną wzruszenia sympatią do swoich bohaterów. Nie ocenia ich, nie przerysowuje, nie wyśmiewa i nie krytykuje. Patrzy na nich jak na dwóch świetnie bawiących się chłopców, z których jeden nie zapomina, że jest cały czas na świeczniku, a drugi szybko uświadamia sobie, że jest tylko Kopciuszkiem, nieformalną „żoną” tego pierwszego – w świecie, w którym nie może być żoną oficjalnie, domagać się alimentów za wspólne trudy życia i do końca dni żyć dostatnio. Po śmierci Liberace’a Scott napisał wspomnienia i to właśnie na ich podstawie Soderbergh stworzył cukierkowy do bólu, ale jakże prawdziwy świat show biznesu przełomu lat 70. i 80. Świat, w którym można jeszcze pozostać niewinnym, gdzie wszystko może być zabawą, gdzie dramat ma wymiar indywidualny, a nie jest jeszcze sprawą publiczną, gdzie prywatne pozostaje prywatnym i nie ląduje na okładkach gazet. „Behind the Candelabra” można uznać za hołd złożony wielkiemu artyście o duszy dziecka, ostatniemu z celebrytów, który niemal do końca mógł bawić się swoim życiem i cieszyć z tego, co przyniosła mu sława. Dzisiejsze gwiazdy już nie cieszą się z tego przywileju.

Trudno nie doszukiwać się pewnej symboliki między tematem, jaki obrał Soderbergh, a jego decyzją o pożegnaniu się z fabryką filmów. Jako że nikt z hollywoodzkich producentów nie chciał sfinansować dość ryzykownego w treści i realizacji pomysłu reżysera, postanowił on udać się do niezależnej stacji HBO. Dzięki temu mógł zrobić film na własnych warunkach i na tym poziomie szczerości artystycznej, na jakim mu zależało. W wyniku takiego działania doszło do dość dużego paradoksu – w Europie film pokazywany był na międzynarodowych festiwalach, zachwycają się nim krytycy filmowi. W Stanach – miał premierę telewizyjną, a jego recenzjami zajęli się krytycy telewizyjni. Jednocześnie obraz zgarnął 11 nagród Emmy. Nie pierwszy raz Soderbergh utarł nosa Hollywood i pokazał, kto ma rację, ale tym razem zrobił to już po raz ostatni. „To koniec z Hollywood”, powtarza w wywiadach reżyser. Śledzenie jego historii walki z obłudą i brakiem artystycznej wolności Hollywood jest trochę jak odsłanianie kolejnych zasłon w ostatnim obrazie „Wielki Liberace” – gdy odrzucimy cały blichtr, kicz i blask świec, okaże się, że mamy do czynienia z człowiekiem, który do końca myślał, że swój największy sekret zabiera ze sobą do grobu, podczas gdy dla wszystkich wokół jego życie było tylko tajemnicą poliszynela.

Film:

„Wielki Liberace”, reż. Steven Soderbergh, USA 2013.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 257

(50/2013)
10 grudnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj