Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Pusty fetyszyzm...

Pusty fetyszyzm czy realne zagrożenie? O mandze spod znaku Hitlera

Daniela Wołos

Od edycji „Mein Kampf” w formie mangi minęło pięć lat. Jednak po niedawnym wygaśnięciu praw autorskich do tego dzieła, znów wraca pytanie o miejsce nazistowskich treści i symboli w japońskiej popkulturze.

Polskie media ze sporym opóźnieniem zainteresowały się mangowym wydaniem „Mein Kampf” z 2009 r. Świat zajął się nim dużo wcześniej, zewsząd odezwały się głosy zarówno oburzenia, jak i niedowierzania. Pojawili się i tacy, którzy podkreślali, że dzieło Hitlera samo w sobie jest jedynie książką i najwyższa pora, by skończyć z tą europejską histerią.

Wydaje się, że to odpowiedni moment na otwarcie szerokiej dyskusji na temat tej kontrowersyjnej publikacji – z jednej strony w 2015 r. wygasają prawa autorskie, które do tej pory spoczywały w rękach władz Bawarii, z drugiej natomiast „Mein Kampf” w formie elektronicznej bije rekordy sprzedaży. Jednocześnie wspomniana manga zyskuje popularność poza kontynentem azjatyckim, na przykład w Turcji. W kontekście zbliżającego się wygaśnięcia praw autorskich warto zastanowić się nad tym, czy jesteśmy gotowi na nowe spotkanie z „Mein Kampf”, również w formie, jaką oferuje japońska popkultura. O ile każdy Europejczyk ma świadomość kontekstu tej książki i w większości przypadków patrzy na nią z perspektywy II wojny światowej i Holokaustu, o tyle sprawa wydaje się znacznie bardziej skomplikowana w odniesieniu do krajów azjatyckich, a Japonii w szczególności.

„Mein Kampf”, czyli edukacja

manga Mein Kampf_okladka„Waga Tōsō”, bo tak brzmi japońska nazwa „Mein Kampf”, tylko w ciągu kilku pierwszych miesięcy od publikacji sprzedała się w nakładzie blisko 45 tysięcy egzemplarzy. Eksperci z Centrum Szymona Wiesenthala (CSW) alarmowali, że problem nie leży w samym przekładzie książki na język komiksu, ale w fakcie, że jest on zupełnie pozbawiony kontekstu historycznego. I rzeczywiście, to, wydawać by się mogło, karkołomne przedsięwzięcie jest literalnym przedstawieniem treści zawartych w manifeście politycznym Hitlera. W kraju, w którym świadomość historyczna europejskich realiów pierwszej połowy XX w. jest znikoma, wydaje się to szczególnie niebezpieczne. Podobna sytuacja miała miejsce w 1994 r., kiedy to Yoshio Ogai wydał książkę „Hitler Election Strategy: A Bible for Certain Victory in Modern Elections” przedstawiającą Hitlera jako genialnego przywódcę w kontekście wczesnych nazistowskich reform z całkowitym pominięciem ich konsekwencji. Również wtedy rabin Abraham Cooper z CSW apelował do wydawcy, by zrezygnował z dystrybucji książki. Bezskutecznie.

Międzynarodowa dyskusja wywołana ukazaniem się „Waga Tōsō” zmusiła wydawcę Kosukego Marua do złożenia publicznego oświadczenia. Wyraził w nim głębokie zdziwienie zamieszaniem wokół publikacji. Podkreślił, że ma ono wartość edukacyjną i służy nade wszystko przybliżeniu Japończykom kultury niemieckiej (sic!). Rząd Bawarii ograniczył się w tym przypadku do stwierdzenia, że komiks nie jest odpowiednią formą do przedstawienia dzieła nazistowskiego przywódcy.

Manga „Mein Kampf” nie jest pierwszym tego typu przedsięwzięciem wydawnictwa EastPress. Wpisuje się ona w bardzo popularny trend – tzw. manga de dokuha („poznawanie przez mangę”). Patrząc na wyniki sprzedażowe najpopularniejszych japońskich komiksów, liczba 45 tysięcy egzemplarzy nie robi wielkiego wrażenia. Należy jednak pamiętać, że cykl „Manga de Dokuha” pozostaje produktem niszowym. Inne książki z tej serii sprzedawały się jak dotąd w nakładzie około 35 tysięcy egzemplarzy. Publikacja „Waga Tōsō” jest więc niewątpliwie sukcesem wydawniczym. Wcześniej kontrowersje wzbudziło również wydanie „Kapitału” Karola Marksa. Podobnie jak w przypadku „Mein Kampf” „Kapitał” był pozbawiony kontekstu historycznego. Pojawiły się wówczas oskarżenia, że wydawnictwo EastPress propaguje ideologię komunistyczną. Z drugiej strony należy uczciwie przyznać, że ma ono faktyczne zasługi na polu upowszechniania europejskiej kultury wysokiej. Dzięki niemu w mangowej formie ukazały się m.in.: „Zbrodnia i Kara” Dostojewskiego, „Wojna i pokój” Tołstoja, „Faust” Goethego czy „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego. Są to jednak dzieła stricte literackie, o wartości których można dyskutować, ale które są wolne od negatywnych konotacji historycznych. Teraz wydawnictwo EastPress odmawia komentarzy; twierdzi, że ich stanowisko wobec „Waga Tōsō” jest powszechnie znane i nie potrzebuje uzupełniania.

Faszyzm i fetyszyzm

Nie jest tajemnicą, że Japończycy nie poradzili sobie najlepiej z rozliczeniami wojennymi. Nie przeprowadzili poważnej narodowej debaty o współpracy z nazistowskimi Niemcami, co jest być może, w kontekście zbrodni wojennych popełnionych przez Armię Cesarską w Azji sprawą marginalną, ale budzącą wiele wątpliwości. Podręczniki przedstawiają rewizjonistyczną koncepcję historii, która ogranicza historię II wojny światowej do ataków atomowych na Nagasaki i Hiroszimę oraz późniejszej amerykańskiej okupacji kraju. Dzięki tym prostym zabiegom nadany Japończykom przez Hitlera status „honorowego aryjczyka” zupełnie zniknął ze świadomości społecznej. Status ten był zresztą dla Japonii czasów Hirohito sprawą oczywistą: powszechnie znane jest zjawisko japońskiego szowinizmu, który wciąż pozostaje trudny do scharakteryzowania. Obywatele Kraju Kwitnącej Wiśni w sposób naturalny uważali siebie za rasowo lepszych od pozostałych Azjatów. Edward Frederick Langley postawił tezę, iż szowinizm japoński wynika ze swoistej mieszanki poczucia wyższości wobec rasy azjatyckiej i poczucia niższości wobec rasy europejskiej. Nie można oczywiście pominąć też stanowiska japońskiego wobec zbrodni wojennych w Chinach, Mandżurii czy Korei. W tym przypadku sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że rzutuje na aktualne stosunki polityczne między państwami. Przywódcy japońscy wykazują tendencję do zaogniania konfliktu, szczególnie poprzez wizyty w chramie Yasukuni – miejscu poświęconym duchom poległych w wojnach żołnierzy, także tych uznanych za zbrodniarzy wojennych. Dopiero w tym kontekście japońska manga zyskuje prawdziwie złowrogie oblicze.

manga Mein Kampf 1

Ale sam komiks to nie jedyny aspekt romansu współczesnej Japonii z hitlerowskimi Niemcami. Powszechnie znana jest słabość Azjatów do nazistowskich symboli. Częściowo wynika ona prawdopodobnie z pewnego rodzaju fetyszyzmu związanego z kultem mundurów, błyszczących butów, wojskowego szyku, który jest bardzo bliski dawnej Armii Cesarskiej. Nikogo nie dziwi widok ludzi paradujących po ulicach Tokio w mundurach szytych na wzór mundurów Wehrmachtu. Rowerowe kaski ze swastyką to absolutny must have japońskich hipsterów, a wojskowe czapki z symbolem Totenkopf stanowią doskonałe uzupełnienie wieczorowej kreacji. Są to jednak elementy popkultury niezwiązane z fascynacją ideologią nazistowską, traktowane z przymrużeniem oka i wynikające raczej z ignorancji i niewiedzy. Trend ten jest z resztą powszechny w krajach azjatyckich – wystarczy wspomnieć indyjski sklep odzieżowy „Hitler” czy indonezyjską sieć restauracji, których motywem przewodnim są nazistowskie Niemcy.

Nieodrobiona lekcja historii

Sytuacja staje się niebezpieczna tam, gdzie pojawia się element fascynacji ideologią, a o to w Japonii nietrudno. Izraelski sprzedawca z serwisu Ebay, specjalizujący się w handlu nazistowskimi reliktami przyznaje, że Japonia stanowi jeden z największych rynków zbytu dla jego przedmiotów. Na jednej z aukcji wystawił właśnie oryginale nagranie z procesu Adolfa Eichmanna i jest przekonany, że cena 9 tysięcy dolarów nie zniechęci jego klientów. „Nie wiem, dlaczego właśnie Japończycy są tak chętni do kolekcjonowania tych przedmiotów, ale wiem jak dużo tych rzeczy trafia właśnie tam. Znaczki, monety i foldery, które można kupić w zasadzie już za kilka dolarów, trafiają raczej do amerykańskich i europejskich nabywców, ale to są drobni gracze”. Pytany o przykłady wspomina egzemplarz amerykańskiej gazety „Stars & Stripes” z maja 1945 r. informujący o śmierci Hitlera sprzedany mieszkańcowi Osaki za niecałe 500 dolarów.

Nierzadko rodzimi naukowcy negujący japońskie zbrodnie wojenne poddają w wątpliwość również Holokaust. I tu objawia się prawdziwe niebezpieczeństwo fascynacji nazizmem. Wystarczy wspomnieć, że w chwili obecnej w Japonii działa blisko tysiąc uyoku dantai – partii skrajnie prawicowych. Najwidoczniejsza jest działalność Narodowej Socjalistycznej Partii Robotniczej Japonii (NSPRJ), która nawet nazwą nawiązuje do NSDAP. Europejski przykład pokazuje, że każdy ekstremizm jest niebezpieczny. Ponadto wydaje się, iż ksenofobiczne hasła zyskują na sile, co widać po wzroście poparcia dla skrajnych partii (jak w przypadku Słowacji czy Węgier). Również w Japonii występowanie tego zjawiska nie jest powszechne, ale – jak zauważył Moshe Kantor, przewodniczący Europejskiego Kongresu Żydów – „Neonaziści coraz częściej wygrywają korzystając z systemu demokratycznego przeciwko samej demokracji. Demokracja musi walczyć, a urzędnicy europejscy powinni stworzyć plan działania, w tym także delegalizacji neonazistowskich partii politycznych, by wygrać z tym zjawiskiem, nim stanie się za późno”. Jedną z najważniejszych informacji, jakie można uzyskać po wejściu na stronę internetową NSPRJ, jest zdanie: „Należy również pamiętać, że Żydzi tacy jak Albert Einstein, Leó Szilárd (Spitz), Edward Teller, Eugene (Jenő Wigner i Robert Oppenheimer przynieśli zagładę atomową na Hiroszimę i Nagasaki”. Warto zauważyć, że antysemityzm w przeciwieństwie do szowinizmu nie jest zjawiskiem wpisanym w tradycję japońską, stosunkowo młodym, bezpośrednio związanym z ideologią nazistowskich Niemiec.

Należy pamiętać, że ugrupowania te są nie tylko zupełnie legalne, lecz także prowadzą szeroko zakrojoną działalność agitacyjną. Najpopularniejszym sposobem propagowania ideologii są tzw. samochody agitacyjne – furgonetki oklejone nazistowskimi transparentami, jeżdżące po ulicach miast. Specjalnie wyznaczeni naganiacze godzinami wykrzykują przez megafony faszystowskie hasła nawołujące do sprzeciwu wobec „polityki chylenia czoła przed podludźmi”. Japońskie partie skrajnie prawicowe zgrabnie połączyły hitlerowską koncepcję niemieckiego nadczłowieka ze wspomnianym wyżej statusem „honorowego aryjczyka”. Mamy więc „lokalny” rasizm (powszechne w czasach II wojny światowej określanie „kłoda” czy „mandżurska małpa” w odniesieniu do Chińczyków), rewizjonizm historyczny (wynikający również z poczucia krzywdy wywołanego atakami atomowymi i upokorzenia, jakim była amerykańska okupacja), wybiórczo traktowane elementy kodeksu samurajskiego, szintoizm i wreszcie naturalny japoński szowinizm, którego szczytowym momentem były okresy rządów cesarza Hirohito i jego kultu (tenno).

Wszystkie te elementy razem muszą skłaniać do zastanowienia, czy kontrowersje wokół „Waga Tōsō” mają sens, skoro publikacja manifestu Hitlera stanowi doskonały pretekst do poważnej dyskusji na temat budzących wciąż żywe zainteresowanie pozostałości po najmroczniejszym okresie w historii współczesnego świata. Kłopot w tym, że po raz kolejny dyskusja toczy się w krajach, w których zarówno kontekst historyczny nazizmu, jak i jego oceny są jednoznacznie negatywne. Azja wciąż nie odrobiła swojej lekcji historii, w społeczeństwie japońskim trudno napotkać wolę rozliczenia się z własnej przeszłości. Pozostaje pytanie, czy wynika to z nieświadomości historycznej czy jest raczej uwarunkowane kulturowo.

 

Komiks:

„Waga Tōsō” (według: Adolf Hitler, „Mein Kampf”), Wydawnictwo EastPress, seria „Manga de Dokuha” 2009.

* Śródtytuły pochodzą od redakcji.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 265

(5/2014)
4 lutego 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj